Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )

 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

Drzewo · [ Standardowy ] · Linearny+

> The Velvet Underground & Nico [1967]

Potti
post 16.12.2007 17:31
Post #1 

Plotkara


Grupa: czysta krew..
Postów: 2140
Dołączył: 05.04.2003
Skąd: Paris or maybe Hell

Płeć: Kobieta



"Everyone who bought one of those 30.000 copies started a band."
Brian Eno

Fakt, że wydano ją w 1967 to prawie jak rekomendacja, niewiarygodne rzeczy się wtedy działy w muzyce. Ludzie jednak swoim zwyczajem nie potrafili niektórych z nich docenić. To przytrafiło się choćby "Forever Changes" czy właśnie "The Velvet Underground & Nico", a chociaż od tamtego czasu były wielokrotnie wychwalane przez środowisko muzyczne (szczególnie ta druga), średnio zainteresowanym wciąż zdarza się ich nie zauważać. Tak jak potrafię zrozumieć, że "bananowy album" nie zawojował 40 lat temu świata pogrążonego w miłości i pokoju, bo szalona rzeczywistość Fabryki Warhola raczej niewiele miała z nim wspólnego, dziś jest inaczej. Łatwo się tą płytą zafascynować, a nawet jest bliska momentami.
Zresztą, już sam początek albumu, "Sunday Morning" tłumaczy o co mi chodzi. Słodka, przyjemna melodia, akurat na ból głowy i dobrze wszystkim znane poczucie winy - "It's just the wasted years so close behind / Watch out, the world's behind you". Gdzie zgubiliśmy sens? Lou Reed akurat pewnie w heroinie i potem trochę się denerwuje, czekając na dealera. "Feel sick and dirty, more dead than alive". Refleksyjny, spokojny nastrój ulatuje. Reszta też zaczyna pokazywać złość. Wiadomość dla niektórych współczesnych zespołów: Cale może sobie udawać, że nie umie grać, ale udawanie, że się udaje, że się nie umie, w końcu się nudzi. Uważajcie naśladując kogoś, kogo nigdy nie dogonicie. W następnym kawałku wkracza już Nico, istotna dekoracja. Dość zabawne, że Reed napisał dla niej taką piosenkę, choć z drugiej strony raczej celowała w bycie chłopcem niż femme fatale. Ale uwaga, bo czas na highlight. Czasem patrzę się przez ponad pięć minut przed siebie jak głupia, serce mi bije w rytm perkusji i chłonę klimat stworzony przez skrzypce Cale'a gonione przez strusią gitarę Reeda. Poza tym, znów popis liryczny - "I am tired/ I am weary/ I could sleep for a thousand years/ A thousand dreams that would awake me/ Different colors made of tears". "Run Run Run" stanowczo wyrywa z transu i popycha dalej, przed nami najlepsze. Znów jesteśmy w domu, tym razem z Nico, bo "All Tomorrow's Parties" to kawałek uniwersalny, choć opowiada o ludziach żyjących w Fabryce. Ale przecież każdy albo sam kiedyś na chwilę wpadł w pusty, imprezowy ciąg, albo przynajmniej poświęcił chwilę na zastanowienie się nad tymi, którzy prowadzą taki tryb życia. Jeśli nie, mimo wszystko jest się czym zachwycać, sławna gitara Reeda znów daje popis, tym razem z pianinem. Wróćmy jednak do rzeczywistości Reeda, bo "Heroin" to jedna z najlepszych piosenek w ogóle. Geniusz tkwi w prostocie i jest dzięki temu podwójnie niesamowita. Po pierwsze, w warstwie muzycznej cudownie prosta i chaotyczna. Rozwija się wraz ze zmianami samopoczucia podmiotu lirycznego, które wędruje od zagubienia w niesprawiedliwym świecie do cudownej błogości. A w tych momentach, kiedy przyśpiesza, sama się czuję jakby wszystko przestało mieć znaczenie. Po drugie, dzięki oczywistemu tekstowi, pozbawionemu jednak opinii na poruszany temat, pozostawia większe pole do dyskusji niż pojawiające się zwykle przy takich kawałkach "is it about drugs?". Co prawda dla większości wciąż jest to pytanie z banalną odpowiedzią, czyli "brać czy nie?", ale dla mnie nie tylko. Jak już się zastanowicie, dwie piosenki o miłości, której przecież zabraknąć nie mogło. Najpierw mocniejsza "There She Goes Again", o niezbyt udanym związku, zmierzającemu ku końcowi. Znajdziemy w nim zazdrość i przemoc ("Look at all your friends that she's gonna meet/ You better hit her"). Ale po chwili przychodzi "I'll be your mirror" i ślicznie zaśpiewane przez Nico wyznanie. "When you think the night has seen your mind/ That inside you're twisted and unkind/ Let me stand to show that you are blind". Żeby nie było za słodko, później dostajemy awangardowe oblicze zespołu. W "The Black Angel's Death Song" pesymistycznym rozważaniom po raz kolejny przygrywają skrzypce Cale'a i dziwne odgłosy. Na sam koniec Velvet Underground serwują "European Son", w którym po minucie tekst się urywa i tłuczemy talerze, by pożegnać się kilkoma minutami improwizacji.
Właśnie one są dla mnie idealnym podsumowaniem albumu. Kiedy go słucham zdaje mi się, jakby wszystko tam miało swoje miejsce- każde niedociągnięcie, niby przypadkowy odgłos, nawet głupi śmiech w "Heroin". Nie bardzo wyobrażam sobie, żeby cokolwiek potoczyło się inaczej, np. żeby nie było Nico, która wskoczyła przecież do zespołu z powodu kaprysu Warhola i na pozór raczej średnio się nadawała (a przecież przyszłość pokazała, że perkusistka też umie śpiewać). Z drugiej strony jednak była idealna, bo trudno ją nazwać normalną, podobnie jak większość pozostałych osób maczających palce w tworzeniu tej płyty, środowisko, w którym żyły i ich pomysły. Tak się rodzą wielkie rzeczy.
Trudno w ogóle ogarnąć jak wielką jest "The Velvet Underground & Nico" dla muzyki. Casablancas kiedyś powiedział, że tak bardzo starał się z nich zżynać i zupełnie mu nie wychodziło, aż w końcu nauczyli go być sobą. Za to lubię indie. A część winy za indie można spokojnie zwalić na The Velvet Underground i to w trochę szerszym znaczeniu niż muzyka a'la The Strokes. To znaczy, że prawie każdy zna chociaż kilka zespołów, na które wpłynęli. Ale co z tego, skoro nieznajomość tej płyty nie jest takim obciachem jak jej rówieśników typu "Sierżant Pieprz", "Are You Experienced?" czy "The Doors". A powinna.

The Velvet Underground - The Velvet Underground & Nico
Heroin

Bonus: płyta została nagrana "w tle" Exploding Plastic Inevitable multimedia tour Warhola. Uczestniczyli w niej oczywiście jego ulubieńcy z Fabryki, a w przypadku VU wyglądało to tak:
part 1
part 2



--------------------
voir clair dans le ravissement
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Katon
post 24.12.2007 01:12
Post #2 

YOU WON!!


Grupa: czysta krew..
Postów: 7023
Dołączył: 08.04.2003
Skąd: z króliczej dupy.

Płeć: tata muminka



To dobre miejsce, żeby się pochwalić, że mam kolekcjonerską edycję - 2cd, na jednym płyta w stereo na drugim w mono i bonusy. Pięknie wydana, jeden z moich największych płytowych skarbów.

Samą płytę kocham, ale nie za często. To jest jednak niezwykle mroczna muzyka. Nieporównanie bardziej mroczna od tak zwanej mrocznej muzyki, bo nie posługująca się żadnymi trikami i efekciarstwem, ale wlewająca mrok w duszę (ach...) samym swoim jestestwem. Może tylko "Sunday Morning" jest go względnie wyzbyte. "Venus in furs" o prostu rozgniata mnie od środka. "Heroine" przeraża do tego stopnia, że zdarza mi się ją skipnąć, mimo jej bezapelacyjnego geniuszu. Tak mam z tą płytą. W 50tce po prostu musi się znaleźć. Znać trzeba, odradzam naużywanie.
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post

Reply to this topicTopic OptionsStart new topic
 


Kontakt · Lekka wersja
Time is now: 23.09.2018 03:18