Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )

 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

Drzewo · [ Standardowy ] · Linearny+

> Szkolne Lata Severusa Snape'a, szalone perypetie młodziutkiego SS

kanalia
post 21.08.2006 02:47
Post #1 

Mugol


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 2
Dołączył: 21.08.2006
Skąd: 3miasto

Płeć: Kobieta



UWAGA
NIE WIADOMO, CZY OPOWIADANIE ZOSTAŁO ZAKOŃCZONE CZY TEŻ NIE.


Mała przedmowa: nie będzie tu szalonych romansów z Lilly Evans, ekscytujących podbojów miłosnych Severusa ani nastoletnich kłopotów typu : "Jezu, mam pryszcza!", "Mam 16 lat, czy powinienem dostać miotłę?" albo "Umówić się z tą czy z tamtą? Dobra, umówie się z obiema". Dlaczego nie będzie ? Po 1.- bo to denne, po 2. - bo wątpię, żeby tego rodzaju problemy dotyczyły Severusa w wieku 11 lat, a tyle właśnie ma, gdy ja zaczynam moją opowieść biggrin.gif Jeśli Was nie zniechęcił brak podobnych tematów, to zapraszam do czytania:

Rozdział I: Podróż

- Rusz się Severusie, nie mamy całego dnia! Ojciec czeka w samochodzie! - warknęła bardzo chuda i raczej brzydka kobieta około trzydziestki do małego, czarnowłosego chłopca z haczykowatym nosem. I chłopiec, i kobieta swoim wyglądem zdradzali, że na nadmiar pieniędzy nie mogą narzekać. Ich ubrania były znoszone, a walizki, które chłopiec nazwany Severusem taszczył przez stację King’s Cross - mocno połatane.

Kobieta odebrała od syna bagaże, po czym ruszyła szybkim, pewnym krokiem w kierunku barierki znajdującej się pomiędzy peronem 9 a 10 i... znikła. Chłopiec stał chwile niepewnie rozglądając się na boki, po czym uczynił to samo.

Przeszywający gwizd lokomotywy, huk rozmów i śmiechu, bijąca po oczach czerwień maszyny... Takie były pierwsze wrażenia małego Severusa zaraz po dostaniu się na peron 9 i 3/4. Nieco oszołomiony rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu matki. Znalazł ją wychodzącą z jednego z wagonów, już bez walizek.

- Tam masz swoje bagaże - oznajmiła, wskazując na jedno z okien pociągu. - Tylko nic nie zgub -dodała nieco sroższym tonem, marszcząc szerokie brwi. - Wiesz jakie wszystko jest drogie, a ty bywasz taki roztrzepany...

Chłopiec spuścił nieco głowę, nadal milcząc.

- No już, już - jego matka pochyliła się, by zajrzeć w czarne oczy, takie same jak jej. - Nie martw się, zobaczysz jaka szkoła jest fajna... - kobieta urwała krzywiąc się na myśl jaką nieprawdę próbowała właśnie wmówić synowi. - Muszę już iść. Twój ojciec się wścieknie, jeśli będzie zbyt długo czekał... Bądź dzielny, Severusie - pocałowała chłopca w policzek, wyprostowała się i ruszyła w stronę barierki.

Severus stał chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy, przyglądając się miejscu, gdzie znikła jego matka, poczym ruszył, nieco się garbiąc, w kierunku najbliższego wejścia do wagonu.

Wszedł do przedziału, w którym, jak mu się zdawało, znajdowały się jego walizki. Z pewnym zakłopotaniem przekonał się, że nie jest on jednak pusty. Siedziało tam trzech chłopców około trzynasto - czternastoletnich. Dwaj z nich byli wzrostu i postury młodych goryli, trzeci zaś, miał w sobie coś z arystokraty...

Wciąż przez nich niedostrzeżony Severus stał na korytarzu gapiąc się przez szybę w drzwiach, gdy nagle ktoś na niego wpadł.

- Przepraszam - sapnął drobny chłopiec w okularach i z bardzo potarganymi ciemnymi włosami.

- Uważaj jak łazisz łamago - odwarknął Severus i bez zastanowienia otworzył drzwi przedziału, przed którym stał tyle czasu, nie zwracając uwagi na oburzona minę okularnika.

- Czego? - syknął jasnowłosy, arystokratycznie wyglądający chłopak, przeciągając sylaby. - Nie widzisz, że jest zajęte? - Sam gustownie ubrany, obrzucił postać Severusa kpiącym spojrzeniem.

- Tu jest mój bagaż - wyjaśnił ten, nic nie robiąc sobie z tego spojrzenia.

-To bierz go i spadaj! - warknął jasnowłosy.

Severus wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym bez słowa chwycił walizki i, z niemałym trudem, wytaszczył je z powrotem na korytarz.

- Tak to się właśnie robi z gówniarzami - usłyszał za sobą triumfalny głos "arystokraty" i śmiech dwóch pozostałych chłopaków.

Pociąg już dawno ruszył, a Severus wędrował przez korytarz w poszukiwaniu pustego przedziału. Na nieszczęście dla niego wszystkie były pełne. W końcu znalazł taki, gdzie siedziała jedynie jasnowłosa dziewczynka w jego wieku i, nie wybrzydzając dłużej, wszedł do środka.

Gdy tylko otworzył drzwi, dziewczynka uniosła wzrok z nad jakiejś kolorowej gazet pełnej ruchomych obrazków i zaczęła przypatrywać mu się niezwykle lazurowymi oczami, ni to z lekiem, ni z ciekawością.

Severus umieścił walizki na półce, po czym usiadł przy oknie, wpatrując się w migoczący za szybą krajobraz i obiecując sobie w duchu, że przez całą podróż będzie ignorował jedyną towarzyszkę.

- Cześć - odezwała się nieśmiało dziewczyna po jakiś dwóch minutach grobowej ciszy. - Jadę do Hogwartu pierwszy raz, a ty?

- Ja też - burknął chłopak, zwracając na nią w końcu swoje czarne, bezdenne spojrzenie.

- A, to fajnie! Ja w ogóle jestem Narcyza Black, ale mów mi Cyzia, a ty?

- Severus Snape - odpowiedział chłopiec z miną, jakby właśnie wdepnął w coś paskudnego i nie mógł się tego teraz pozbyć.

- Masz jakieś starsze rodzeństwo w Hogwarcie?

- Nie.

- A ja mam! – ekscytowała się Narcyza. - Starszą o cztery lata siostrę - Bellatrix. Jest w Slytherinie i...

- W Slytherinie?- ożywił się Severus.

- No, tak... Cała moja rodzina tam jest! Wszyscy, wszyscy Blackowie i ja też będę, bo to najlepszy dom.

- Wiem. Moja matka też w nim była.

- Och, naprawdę? - ucieszyła się Cyzia. - A już martwiłam się, że nikogo nie poznam, ale jeśli i ty tam trafisz... No, bo zwykle trafia się po rodzicach... a twój tata do jakiego domu należał?

Severus spojrzał na nią ostro. Już otworzył usta, by odpowiedzieć, gdy otwarły się drzwi...

- Zajęte? - zapytał raczej niski chłopak z jasną, potarganą czupryną i rozbieganym spojrzeniem wypukłych oczu.

- Tak - warknął Severus.

- Nie - odparła jednocześnie Cyzia, po czym spojrzała niepewnie na Snape'a.

- A to dobrze, bo wszystko pełne, pełne, pełne jak nie wiem co - uśmiechnął się jasnowłosy chłopak, co nadało mu jeszcze bardziej szalonego wglądu. Nie zważając na niechętną minę Severusa usadowił się obok niego wcześniej wkładając na półkę swój kufer.

- Jestem Arnold Lovegood - oświadczył.

Snape wymamrotał swoje nazwisko, zaraz po Cyzi, zezując podejrzliwie na pióro wystające zza ucha Arnolda.

- To na straszaki jadowite - wyjaśnił ten dostrzegając wzrok Severusa - Atakują tylko i wyłącznie w pociągu, ale jeśli na czas wepchniesz im pióro w...

- To też będzie twój pierwszy rok w Hogwarcie? - zapytała Cyzia.

- Tak...

- Jak myślisz do jakiego domu przydzieli cię Tiara Przydziału?

- Tiara Przydziału?! - Arnold wytrzeszczył na Narcyzę swoje i tak wypukłe gałki oczne.

- No, tak... -odrzekła nieco skonfundowana dziewczyna. - Może nie wiesz, ale to taki kapelusz, co...

- Ależ, wiem tylko dziwne, że ty myślisz, że on ma jakikolwiek wpływ na to, gdzie nas przydzielą... Wiadomo przecież, że z góry jest to ustalone przez...

- Dyrektora szkoły? - zaciekawił się Severus.

- Nie... Dajcie spokój, nie wiecie? Oczywiście, że przez Wielkiego Kierowniczego!

- Kogo? – zmarszczył brwi mały Snape.

- Przez Wielkiego Kierowniczego. To taki urzędnik z Ministerstwa, ale jeszcze potężniejszy niż sam Minister Magii! Ba, on nim kieruje! Ale nikt nie wie nic o jego istnieniu. Jego celem jest pilnowanie porządku w Wielkiej Brytanii i ogólnie harmonii wiecie, żeby do Slytherinu nie trafiło więcej niż do Gryffindoru, bo wtedy cała polityka wewnętrzna państwa zostałaby zachwiana...

Snape przyglądał się gadającemu Lovegoodowi, wcale go nie słuchając. Na początku myślał, że chłopak żartuje, ale teraz stwierdził, że to niemożliwe. Nie mógłby, aż tak dobrze grać. Mówił to wszystko z takim przekonaniem.

Severus spojrzał na Cyzię. Dziewczyna dostrzegła jego wzrok i uśmiechnęła się. Jednak nie przyjaźnie i niewinnie jak wcześniej, ale wręcz szyderczo... Ona też już wiedziała, że ma do czynienia z pomyleńcem.

Dzień upłynął szybciej niż Severus mógłby się spodziewać i nastał wieczór. Pociąg zatrzymał się na opustoszałej stacji, a uczniowie zaczęli zbierać się do wyjścia.
Severus, przebrany w znoszone szaty z drugiej ręki, opuścił pociąg tuż za wystrojoną Cyzią i wciąż pomylonym Lovegoodem, myśląc sobie, że matka nie żartowała każąc mu być dzielnym.

ROZDZIAŁ II: Tiara, Slughorn, Krew i Honor


- Black Narcyza! - zawołała chuda i wysoka kobieta w okularach o prostokątnych oprawkach.
Blondwłosa dziewczynka wyłoniła się z tłumu jedenastolatków i ruszyła niepewnie ku krzesłu, na którym leżała ogromna, połatana tiara. Severus obserwował uważnie, jak chuda czarownica nazywana profesor McGonagall wkłada kapelusz na głowę jego niedawnej współpasażerki.
Cyzia została wywołana jako pierwsza podczas tegorocznej Ceremonii Przydziału, tak więc wśród tłumu obserwujących ją pierwszoroczniaków panowała absolutna cisza. Z zapartym tchem chłonęli każdą, nawet najmniejszą czynność związaną z inicjacją mającą za chwilę dotyczyć każdego z nich.
Podekscytowane jedenastolatki, a także starsze klasy, które zajęły wcześniej miejsca przy stołach, obserwowali dziewczynkę w napięciu, ale wciąż nic się nie działo.
Cyzia nie wydawała się zbyt szczęśliwa faktem, iż jest obiektem zainteresowania całej szkoły. Siedziała na krześle z wielkim kapeluszem opadającym jej na oczy i niewesołą miną, tuż obok groźnie wyglądającej McGonagall.
- Co jest? - rozległy się zniecierpliwione szepty tuż za Severusem. - Czemu tak długo?
- Slytherin! - wykrzyknęła w tym samym momencie tiara, a złotowłosa Narcyza pobiegła z ulgą do stołu z godłem węża, gdzie powitały ją oklaski i wiwaty. Naprzeciw wyszła jej jakaś śniada kilkunastoletnia dziewczyna.
„Pewnie jej siostra” - pomyślał Severus.
- Black Syriusz! - zawołała McGonagall i z tłumu wyłonił się wysoki, jak na swój wiek, ciemnowłosy chłopak.
”Dziwne... Czyżby to był kuzyn Narcyzy? A może jej brat?” - Mały Severus odwrócił się, by znów spojrzeć na stół Slytherinu. Cyzia zajęła już miejsce, teraz obserwując kolejnego Blacka z pewną niechęcią malującą się na jasnej twarzy.
- Gryffindor! - zawołała Tiara Przydziału, a chłopak ruszył w kierunku stołu z godłem lwa. Tym razem nie było jednak żadnych wiwatów, czy oklasków. Za to od stołu Slytherinu rozległy się gwizdy. Severus ponownie się odwrócił, by zobaczyć, że gwiżdże domniemana siostra Cyzi i jakiś chłopak siedzący obok niej.
”Zaraz... Czy Cyzia czasem nie wspominała, że cała jej rodzina trafia zwykle do Slytherinu?” Rozmyślania Severusa zostały brutalnie przerwane przez krzyk profesor McGonagall.
- Cisza!!! Profesorze Slughorn, proszę uciszyć swój dom, a zwłaszcza Black i Lestrange’a. A wy, Gryfoni, powitajcie nowego członka Gryffindoru tak, jak należy. - Rozległy się słabe oklaski. - Ekhm... W porządku... Idziemy dalej... Brown Thomas!
Kolejne nazwiska były wyczytywane, kolejne osoby przydzielane do jednego z czterech domów. Severus obserwował, jak pomylony Arnold Lovegood trafia do Hufflepuffu ( „Tam gdzie jego miejsce” - podsumował w myślach młody Snape), a okularnik, który na niego wpadł w pociągu - niejaki James Potter, do Gryffindoru ( „Lepiej sparowaliby go z Arnoldem. Wygląda na kretyna.” ). W końcu przyszła kolej i na Severusa.
Snape, nagle w centrum uwagi, przestał się dziwić nieszczęśliwej minie, którą wcześniej widział na twarzy Cyzi. Usiadł na krześle, czując na sobie wzrok przypatrujących mu się ze wszystkich stron uczniów, a profesor McGonagall włożyła na jego głowę stary łach, nazywany Tiarą Przydziału.
- To oczywiste! - usłyszał cienki głosik. Nie... Niezupełnie usłyszał. Ten głosik rozlegał się jak gdyby w jego głowie. Był pewien, że oprócz niego nikt inny go nie słyszy.
”Co jest oczywiste?” – pomyślał. – „Czy to Tiara Przydziału?”
- Tak, Tiara - ponownie rozległ się głosik. - A oczywiste jest to, że powinnam przydzielić cię do Slytherinu. - Na te słowa Severusowi szybciej zabiło serce. - Pasujesz tam, jak ulał. Choć biorąc pod uwagę wyłącznie twój intelekt lepiej byłoby ci w Ravenclaw...
”Nie... Ja chcę do Slytherinu...”
- ...Jednak twoja ambicja i przebiegłość... - ciągnęła dalej Tira, nie zwracając uwagi na myśli Severusa - ...przesądzają całą sprawę. SLYTHERIN!!!
Młody Snape poczuł, jak McGonagall zdejmuje mu kapelusz z głowy, po czym ruszył nieco oszołomiony w kierunku przystrojonego na zielono stołu, gdzie rozległy się oklaski. Cyzia siedząca z brzegu stołu wskazała mu puste krzesło obok siebie. Odsunął je i usiadł, rozglądając się ciekawie wokół siebie.
- Smirnoff Icy - rozległ się wyczytujący nazwiska głos, ale nikt już nie zwracał uwagi na Ceremonię Przydziału. Wszyscy Ślizgoni pochłonięci byli rozmowami, które skracały im czas oczekiwania na rozpoczęcie kolacji. Severus zauważył, że wśród mieszkańców Slytherinu znajduje się jasnowłosy chłopak snobistycznie przeciągający sylaby, którego spotkał tego ranka w przedziale, oraz jego dwaj rośli koledzy.
- Jestem strasznie głodna - jęknęła Cyzia, smętnie patrząc na pusty talerz stojący przed nią na stole. - Kiedy dadzą jeść?
- Wtedy, gdy zakończy się Ceremonia Przydziału, młoda damo - rozległ się przyprawiający o dreszcze głos.
Severus zobaczył przerażoną minę Cyzi i podążył za jej wzrokiem. Nad stołem unosił się spowity w łańcuchy, ochlapany czymś srebrnym duch.
„To chyba krew” - pomyślał młody Snape z lekką fascynacją.
Zjawa zabrzęczała dramatycznie łańcuchami i poszybowała na drugi koniec stołu.
- To Krwawy Baron - odezwał się chłopak z bardzo wystającymi przednimi zębami siedzący po drugiej stronie stołu. - Mój brat mi o nim opowiadał. No, i w ogóle trochę o Hogwarcie. Jest teraz w piątej klasie...
- Och! - jęknęła zachwycona Cyzia. - Moja siostra też! Tam jest - wskazała w kierunku śniadej nastolatki siedzącej na kolanach chłopaka, z którym wcześniej gwizdała na młodego Syriusza Blacka.
- A to jest mój brat - powiedział chłopak z wystającymi zębami.
- Który? - nie zrozumiała Cyzia.
- Ten, na którym siedzi twoja siostra - objaśnił jej Severus, nie mogąc już dłużej znieść denerwującego szczebiotu Cyzi i powstrzymując się, żeby nie kazać jej się zamknąć.
- Tak, to Rod - chłopak zwrócił spojrzenie na Snape'a, - a ja jestem Rabastan Lestrange.
- Severus Snape.
- Narcyza Black, ale proszę, nazywaj mnie Cyzią... Narcyza brzmi tak staro, tylko moja babcia mnie tak nazywa. - Snape zacisnął zęby. - Wiesz, Rab, że Bella chyba coś wspominała o tym twoim bracie? Tak mi się wydaje...
Przypominający królika Rabastan zamrugał, nieco, jak się Snape'owi zdawało, onieśmielony zachowaniem Cyzi.
- Eeee... Naprawdę? Za to Rod cały czas gada w domu o Belli. Mama już ją chciała zaprosić na obiad, żeby ją poznać, ale Rod jej nigdy nie...
- Proszę o ciszę. - Wszyscy zwrócili wzrok na stół nauczycielski. Z krzesła powstał dyrektor Hogwartu, Albus Dumbledore, ogarniając spojrzeniem jasnoniebieskich oczu Wielką Salę i znajdującą się w niej młodzież. - Kolejny rok szkolny zaczynamy dziś w Hogwarcie. Przede wszystkim chciałbym powitać nowych uczniów - uśmiechnął się szczerze i trochę łobuzersko, - którzy rozpoczynają swoją siedmioletnią edukację. Pan Filch, nasz woźny, prosił mnie, abym wam przekazał...
- Zamknij się już, głupi staruchu albo lepiej wepchnij sobie te białe kłaki do gardła, zamiast truć jak co roku - szepnął jasnowłosy arystokrata, a wśród Ślizgonów rozległy się złośliwe uwagi pod adresem dyrektora, zupełnie nieświadomego rzucanych na niego obelg.
- ... tak więc, życzę smacznego! - zawołał Dumbledore i usiadł z powrotem na swoim miejscu, a na talerzach, stojących przed uczniami i nauczycielami, jak na komendę, pojawiło się jedzenie.
Severus, który nie jadł nic od samego rana, nie licząc kilku łakoci, ofiarowanych mu przez Cyzię w pociągu, rzucił się na jedzenie, jak wygłodniały wilk na stado owiec.
- Mhm... Całkiem smaczne - stwierdziła Cyzia, budząc u Severusa uznanie mistrzowskim posługiwaniem się sztućcami.
- Co ty gadasz? Świetne żarcie. Dawno takiego nie jadłem. Chyba, że na obozie początkujących drwali w Kanadzie, cztery lata temu - odezwał się chłopak siedzący po drugiej stronie Cyzi. Severus widział go na Ceremonii Przydziału. Wyglądał na przygłupa, ale jeśli chodzi o mięśnie, spokojnie mógłby konkurować z gorylowatymi kolesiami "arystokraty", którzy przecież byli kilka lat starsi. - Wy też jesteście nowi? - spojrzał pytająco na Cyzię, Snape'a i królikowatego Rabastana. Kiedy ci przytaknęli, przedstawił się jako Walden Macnair.
Podczas uczty Severus poznał także Marka Avery'ego, Augusta Rookwooda oraz rodzeństwo - Alecto i Amicusa Dark.
- Uczta zakończona - odezwał się ponownie Dumbledore, - a brzuchy, mam nadzieję pełne. Pozostańcie jeszcze chwilę na miejscach. Gospodarze domu rozdadzą wam tegoroczne plany zajęć.
- Patrzcie jaki grubas - wyszeptał Avery, gdy do ich stołu zaczął się zbliżać bardzo otyły mężczyzna w ekstrawaganckich szatach i uśmiechem pełnym samozadowolenia na szerokiej twarzy.
- Słyszałem o nim od brata - odezwał się Rabastan. - To nasz gospodarz domu, Horacy Slughorn. Podobno wybiera sobie pupilków, którzy są dobrzy z jego przedmiotu.
- Czego uczy? – zainteresował się Severus.
- Chyba eliksirów.
- No, witajcie pierwszoroczni! - zawołał grubas tubalnym głosem, rozdając na prawo i lewo plany zajęć gestem, przywodzącym na myśl wręczanie kart wstępu do bardzo elitarnego lokalu. - Proszę bardzo, proszę bardzo... Och, jaka urocza młoda dama! Jak się nazywasz?
- Eee... Cyzia... To znaczy Narcyza Black...
- Och, siostra Belli! - Slughorn zaśmiał się głośno. - Widać, największy skarb Blacków to piękne dziewczęta. No, dobrze... A ty, chłopcze uprawiasz jakiś sport? - jego wzrok powędrował do Macnaira. - Aaa... Rąbanie drewna... To takie mugolskie. Bez obrazy. Myślę, że mógłbyś wykorzystać swoją krzepę w jakiejś innej dziedzinie, bardziej odpowiedniej dla czarodzieja... Lestrange, tak? Poznaje po rysach twarzy. Twój starszy brat jest prefektem, powinieneś brać z niego przykład.
Severus dostał swój plan zajęć bez jakiegokolwiek komentarza ze strony Slughorna. Nieco pochmurny zaczął się przyglądać świstkowi papieru z wypisanymi po kolei lekcjami.
- Nie martw się, Severusie - powiedziała Cyzia, najwyraźniej przekonana, że pozostawienie aparycji Snape'a bez komentarza sprawiło mu przykrość. - Na pewno kiedy indziej zwróci na ciebie uwagę.
- Już nie mogę się doczekać - odrzekł z ironią chłopak. - Chociaż jeśli przyjmie mnie do grona swoich pupilków ze względu na moją inteligencję, a nie rodzeństwo w starszych klasach, będę bardzo zawiedziony.
Avery zachichotał.
- To ty też masz rodzeństwo w Hogwarcie? - zainteresował się Macnair.
- Nie.
- A więc, o co ci chodziło?
- O niego i jego pupilków - wyręczył Snape'a Rookwood, wskazując głowa na krzątającego się wśród uczniów Slughorna.
- Panno Bellatrix, proszę zejść z kolan pana Lestrange’a i zacząć wypełniać swoje obowiązki prefekta.
- Chodź, Rod - Bella pociągnęła chłopaka, który jeszcze chwilę wcześniej był wykorzystywany w charakterze krzesła, w kierunku pierwszoroczniaków. – Ruszcie tyłki, gówniarze, idziemy!
Wśród jedenastolatków rozległ się cichy pomruk, wyrażający jawne oburzenie takim traktowaniem.
- Nie słyszeliście? - odezwał się tym razem Rod Lestrange. – Ruszajcie zadki z krzeseł!
Severus i reszta ruszyli powoli za nim ku wyjściu z Wielkiej Sali. Pochód małoletnich Ślizgonów zamykała Bellatrix.
- Bella! - Severus usłyszał gdzieś z tyłu, dobrze mu znany szczebiot. - Czemu jesteś taka niemiła? Powiem wszystko mamie...
- Mamę zobaczysz za kilka miesięcy, a teraz ja tu rządzę, smarkulo, więc nie podskakuj.
Rod poprowadził ich do podziemnego korytarza z kamiennymi ścianami, przyozdobionymi świecznikami, które dawały niewiele światła, za to tworzyły tajemniczy i złowrogi nastrój. W końcu zatrzymali się przed jedną ze ścian, niczym nie wyróżniającą się od innych. No, może tylko nieco bardziej wilgotną.
- Krew i honor - odezwał się chłopak, a ściana przesunęła się odsłaniając wejście, prowadzące do pokoju wspólnego Slytherinu.
- Słyszeliście? - zawołała Bella z drugiego końca korytarza. - "Krew i honor" to nasze hasło. Lepiej je zapamiętajcie, inaczej nie wejdziecie do środka i spędzicie noc tutaj. Dupy wam odmarzną, a szczury zagryzą. Jest ich tutaj pełno, wierzcie mi.
- Tak, wierzymy. Zwłaszcza, że sama jesteś jednym z nich - rozległ się snobistyczny głos, przeciągający sylaby. - Odpuść, Black. Te bajki możesz sobie opowiadać gówniarzom, ale ja chcę już wejść do środka, a nie słuchać twoich bredni.
- Słucham, Malfoy? A może chcesz zaliczyć szlaban? To ja tu jestem prefektem, zapomniałeś? - Bella roześmiała się, a zabrzmiało to jakoś upiornie, zwłaszcza, że echo jej, przyprawionego nutką szaleństwa, śmiechu odbiło się od kamiennych ścian.
- Szlaban? Ciekawe u kogo? Chyba nie u Slughorna? Staruszek zna osobiście mojego ojca i w życiu nie postawił mi nic poniżej Zadowalającego, a ty myślisz, że nagle zgodzi się dać mi szlaban?! - blondyn parsknął. - Możesz sobie być prefektem. Choć, to samo w sobie jest zastanawiające... Co zrobiłaś dla Slughorna, że cię tak lubi… ? No, bo chyba nie bez powodu? U niego wszystko ma jakiś powód...
Severus został odepchnięty na bok, gdy Rod w kilku susach pokonał przestrzeń dzielącą go od Malfoya, by rzucić się na niego z pięściami.
- Nigdy... tak... nie mów... o Belli! - wykrztusił między jednym, a drugim uderzeniem, które serwował jasnowłosemu arystokracie prosto w nos.
Dwa goryle, które ani na krok nie odstępowały snobistycznego Malfoya, rzuciły mu się na pomoc.
- Drętwota! Locomotor Mortis! - wrzasnęła Bella, celując różdżką w kierunku dwóch osiłków.
Zafascynowany Snape obserwował, jak jeden z chłopaków zastyga w bezruchu, zaś drugi, nie mogąc ruszyć nogami, upada prosto na twarz, rozkwaszając sobie przy tym nos.
- Bella, nie! - wrzasnęła przerażona Cyzia, widząc, że jej siostra z nienawiścią w oczach celuje w kierunku blondyna, nazwanego Malfoyem.
- CO TU SI DZIEJE?!
Wszyscy Ślizgoni ucichli i odwrócili się, by spojrzeć na opiekuna swojego domu. Na twarzy Slughorna nie było ani śladu dobrodusznego ojcowskiego wyrazu, jakim uraczył ich po zakończeniu uczty podczas rozdawania planów zajęć. Pulchne policzki poczerwieniały ze złości, zaś, przywodzące na myśl morsa, wąsy wydawały się być jeszcze bardziej gęste i nastroszone. - Słychać was w moim gabinecie! – oznajmił oskarżycielskim tonem, a jego wzrok powędrował ku dwóm skamieniałym gorylom. Nauczyciel machnął różdżką i obaj chłopcy powoli podnieśli się z podłogi. - Lestrange! Coś ty zrobił Lucjuszowi? Na Boga, jesteś prefektem i takie zachowanie nie powinno mieć miejsca!
- Ależ, panie profesorze! On obraził Bellę...
- Bella, Lestrange, Lucjusz i wy, Crabbe i Goyle - przerwał mu Slughorn. - Cała wasza piątka za mną, do mojego gabinetu, a reszta - spać. Tylko cicho to róbcie, żadnych więcej bijatyk... Nie jestem już pierwszej młodości i także potrzebuje wypoczynku.
Ślizgoni ruszyli potulnie ku wejściu do pokoju wspólnego. Tylko Cyzia stała, obserwując z niepokojem, jak jej siostra z miną zbitego psa podąża kamiennym korytarzem za Slughornem i pozostałą czwórką, biorącą udział w bójce.
- Chodź - popędził Cyzię Snape. Nie był pewien, ale chyba odczuł w stosunku do niej coś na kształt współczucia. Sam przecież wiedział najlepiej, jak to jest mieć nie taką rodzinę, jaką chciałoby się mieć. - Niezłą masz siostrzyczkę - powiedział z ironią, gdy znaleźli się już w pokoju wspólnym. Był na siebie trochę zły, że odczuwa żal w stosunku do tego działającego mu na nerwy, blondwłosego stworzenia. Jeszcze weźmie to za oznaki sympatii i nigdy się od niego nie odczepi. Taka możliwość szczerze przeraziła Severusa.
- Wiem - szepnęła Cyzia. - Nie jest zbyt miła.
- Niemiła to mało powiedziane - prychnął młody Snape, - ale fajnie rzuca czary - dodał po chwili na wypadek, gdyby ktoś słyszał jego niezbyt pochlebną wypowiedź na temat panny Black i postanowił jej o tym donieść.
- Nie to mam na myśli - szepnęła Cyzia. - Ty też nie jesteś zbyt miły.
Snape'a zatkało.
- Ekhm... w takim razie po co się ze mną zadajesz? - To wydawała się być świetna okazja na pozbycie się negatywnie działającej na jego nerwy Cyzi. - Może znajdziesz sobie kogoś bardziej życzliwego i pełnego radości niż ja? Chociażby... em... Rabastana Lestrange’a. Twoja siostra pewnie by się z tym zgodziła. W końcu lubi jego brata…
- Nie rozumiesz, Sev... - zaczęła ze smutkiem Cyzia. - Mogę tak do ciebie mówić? Bo wiesz, Severus to takie długie imię...
- Nie - odrzekł spokojnie, ale stanowczo młody Snape. - Nie, możesz.
- No, dobrze. Widzisz, bo mi chodzi o to, że...
- Hej, zakochana paro! - zawołał jakiś szósto- czy siódmoklasista. - Odbywa się właśnie przydzielanie łóżek dla pierwszoroczniaków. Lepiej się pospieszcie, ale nie liczcie na wspólny pokój. Tu nie ma koedukacyjnych.
Kilka osób się roześmiało. Severusa zalała fala wściekłości. Poczuł, że się czerwieni i ruszył czym prędzej w kierunku najbliższego dormitorium.
- Czekaj! - Cyzia złapała go za tył szaty.
- Nie mam czasu! - zaczął się wyrywać Severus. Właśnie tego się obawiał.
- Puszczę cię i dam ci spokój, jeżeli mnie wysłuchasz do końca! - Na twarzy panny Black pojawił się upór i zdecydowanie.
- Dobra - poddał się chłopak. - Byle szybko. Skończyłaś na tym, że nie jestem dość miły. Co dalej?
- Tak, bo widzisz. Tu nikt nie jest miły... tak, jak ja... to znaczy, ja tu chyba nie pasuję - Cyzia ściszyła głos. - Co ci powiedziała Tiara?
- Że przydziela mnie do Slytherinu - odpowiedział już nieco zniecierpliwiony Severus, nie mając najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie dziewczęcych rozterek.
- Nie to na głos. Chodzi mi, co powiedziała TOBIE.
Snape przypatrywał się jej uważnie przez chwilę. Wyglądała na zdesperowaną. Znał ją, co prawda, zaledwie od kilku godzin, ale wydawało mu się, że taki stan do niej nie pasuje.
- Powiedziała, że ze swoim umysłem pasowałbym do Ravenclawu - odezwał się w końcu.
- A mi - wyszeptała Cyzia, - że posyła mnie do Slytherinu tylko dlatego, że tak bardzo tego pragnę, a normalnie przydzieliłaby mnie do Hufflepuffu...
Spojrzała swoimi okrągłymi z przerażenia oczami na Severusa, któremu nagle zachciało się tak bardzo śmiać, że musiał się powstrzymywać, aby nie dać tego po sobie poznać.
- Ale nikomu nie powiesz, dobrze...?
- Wy DWOJE, do dormitoriów!
Tej nocy, gdy Severus zasypiał w swojej nowej sypialni, dzielonej z Averym, Rookwoodem, Macnairem i Rabastanem, zastanawiał się, jakby to było, gdyby nie trafił do Slytherinu, a do Ravenclawu. Czy miałoby to duży wpływ na jego dalsze życie?

ROZDZIAŁ III: Szaleństwa panny Belli

- Podaj mi sól, bardzo proszę – powiedziała Cyzia z charakterystyczną nutką władczości w głosie, którą Severus zdołał już u niej wcześniej zauważyć.
Wściekły udał, że jej nie słyszy i zajął się swoją jajecznicą.
Był zły, gdyż jego wczorajsze próby pozbycia się nachalnej dziewczyny i napuszczenia jej na Bogu ducha winnego Rabastana Lestrange’a spełzły na niczym. Nie dość, że z niewyjaśnionych przyczyn zdawała się uważać jego towarzystwo za najbardziej interesujące, co jak liczył zmieni się, gdy tylko pozna inne przedstawicielki swojej płci, to na dodatek nie reagowała na podjęte przez niego dalsze wysiłki zniechęcenia jej do siebie. Między innymi poprzez kompletne ignorowanie jej obecności. Cyzia zdawała się zupełnie nie przejmować jego milczeniem. Może nawet było jej to na rękę, gdyż dzięki temu mogła mówić bez końca.
Szczęka Severusa była bardzo obolała z powodu ciągłego zaciskania zębów na dźwięk doprowadzającego go do szału szczebiotu. Przed wykrzyczeniem jej prosto w twarz, żeby się od niego wreszcie odczepiła (na co miał ogromną ochotę), powstrzymywała go jedynie myśl, co się stanie gdy, zapłakana Cyzia pobiegnie na skargę do starszej siostry.
Severusowi było wstyd przyznać się nawet przed samym sobą, ale Bellatrix Black budziła w nim respekt i za nic nie chciałby jej czymś podpaść. Nie chodziło o to, że była prefektem i, jak wynikało ze słów Malfoya, pupilką Slughorna, co dawało jej dużą władzę. Chodziło o jej zachowanie. Wieczorna kłótnia między nią i snobistycznym Lucjuszem wydawała się być doskonałym przykładem, jak nieobliczalna jest ta dziewczyna. Było w niej coś takiego, co Snape’owi przywodziło na myśl ojca i sprawiało, że czuł do siostry Cyzi odrazę.
- Rozmawiałam dziś z Bellą – powiedziała Cyzia, widząc jak Severus spogląda w zamyśleniu na drugi koniec stołu, gdzie siedziała Bellatrix w towarzystwie Roda. – Pytałam jej, jaką dostała karę od profesora Slughorna, a ona zaśmiała się i powiedziała, że żadną…
- Mój brat też nie został ukarany – wtrącił się do rozmowy Rabastan. – Powiedział, że Slughorn uznał, że wszystkiemu winni są ci dwaj – wskazał głową w kierunku ogromnych kolegów Malfoya, jakoś dziwnie dziś przygaszonych.
- A Malfoy? – zapytał Snape. – Jego też nie ukarał?
- O ile wiem, to nie.
- Sami słyszeliście, że Slughorn zna jego starego – dołączył się do rozmowy Avery. – Czyli to z tymi pupilkami to prawda, a myślałem, że tylko wyolbrzymiana plotka… Cholera, moich starych nie zna… Przechlapane mam.
- Pierwsza nasza lekcja to eliksiry – Severus wyciągnął swój plan zajęć z torby obok krzesła. - Z Gryffindorem.
- Z Gryfonami? – wyraźnie ucieszył się Avery – No, to dopiero będzie zabawa. Słyszałem, że się strasznie panoszą po szkole, bo stary Dumby też należał kiedyś do Gryffindoru.
- Tak, to było pewnie jakieś dwa wieki temu – zakpił Rookwood.
- No, to możemy im pokazać, kto tu TERAZ rządzi.
Po śniadaniu wszyscy Ślizgoni udali się do lochów, gdzie miała się odbyć podwójna lekcja eliksirów. Pierwszoroczni Gryfoni stali już przed drzwiami pracowni, czekając na nadejście Slughorna. Snape zauważył wśród nich rozczochranego okularnika z pociągu – Jamesa Pottera oraz Syriusza Blacka. Obaj chłopcy wydawali się być zaprzyjaźnieni.
- Patrzcie na to – wyszeptał Mark Avery i, mijając grupkę Gryfonów, kopnął drobnego chłopaczka o zlęknionym wyrazie twarzy prosto w kostkę.
Ten zawył i pochylił się, aby pomasować obolałą nogę, ale wtedy Walden Macnair, najwyraźniej nie potrafiący oprzeć się pokusie, kopnął go prosto w tyłek. Kopnięcie początkującego drwala było na tyle silne, aby zwalić dzieciaka z nóg.
- Co robicie?! – krzyknęła drobna dziewczyna z rudymi włosami i o zielonych oczach. – Nie wstyd wam? Zaraz zawołam profesora i…
- Zamknij się, szlamo! – warknęła wysoka, ciemnoskóra Ślizgonka o nazwisku Zabini. – Pokazujemy tylko, gdzie jest wasze miejsce, bo na pewno nie tu, w Hogwarcie!
- Ja nie jestem szlamą – jęknął z podłogi skopany chłopak. – Oboje moi rodzice są czarodziejami…
- A kogo to obchodzi. Skoro zadajesz się ze szlamami, to stajesz się jedną z nich… Stajesz się zdrajcą krwi! – zawołał Rookwood i zamierzył się na kulącego na kamiennej posadzce chłopaka, gdy nagle rozczochrany Potter wyskoczył z obserwującego całą scenę tłumu i dźgnął Ślizgona w pierś różdżką.
- Tylko waż się go tknąć, a rzucę na ciebie klątwę!.
August Rookwood spojrzał niepewnie na skierowany na niego kawałek drewna i roześmiał się niezbyt przekonująco.
- Akurat, bo byś potrafił – powiedział niepewnie.
- Potrafiłbym – uśmiechnął się tamten. – A jeżeli wątpisz, to sam sprawdź… Wstawaj, Peter, nic ci nie grozi.
- A kto powiedział, że jesteś jedyną tu osobą, która potrafi rzucić zaklęcie? – Severus wystąpił z tłumu, także wyciągając swoją różdżkę, która służyła jeszcze jego matce. Wszystkie oczy zwróciły się na niego. – Może ja pokażę ci na co stać NAS, czystej krwi, Potter?
Przez chwilę okularnik wydawał się być zmieszany tym nagłym pojawieniem się następnego przeciwnika, a może tym, że zna on jego nazwisko? Snape nie wiedział, ale widząc tę niepewność, malującą się na twarzy Gryfona, odczuł ogromną satysfakcję.
- Dobra – powiedział Potter, nagle jakoś pewniej. – Proszę bardzo, zaczaruj mnie.
Snape tylko na to czekał. Wycelował różdżkę w rozczochranego chłopaka, który swojej nawet nie uniósł, za to uśmiechał się wyzywająco. Otworzył usta, by wypowiedzieć zaklęcie, gdy coś mu nagle podcięło nogi i runął do tyłu, z impetem waląc plecami o twardą posadzkę. Zgromadzeni wokół Gryfoni roześmiali się szyderczo. Snape uniósł głowę i zobaczył jak James Potter ze zwycięskim uśmiechem przybija piątkę Syriuszowi Blackowi. Severus poczuł, jak jakaś drobna dłoń chwyta go za rękę i pomaga stanąć na nogi.
- Dziewczyna musi ci pomóc wstać, bo sam byś nie dał rady – zaśmiał się Black, demonstrując wszystkim swoje białe zęby.
Gryfoni znowu gruchnęli śmiechem. Snape z rozpaczą zauważył, że także kilku Ślizgonów się roześmiało. Odepchnął ze złością i wstydem pomagającą mu Cyzię i skierował wzrok pełen szczerej nienawiści na dwóch zataczających się ze śmiechu chłopaków.
- Syriusz, przestań! – zawołała Cyzia płaczliwym głosem. – To, co zrobiłeś było niesprawiedliwe!
Snape miał ochotę zapaść się pod ziemię.
- Ach, tak? A to, co oni zrobili jemu – Black wskazał na kulącego się za Potterem Petera. – Było sprawiedliwe?!
- Nie – odparła Narcyza jakoś niemrawo, ale zaraz potem powróciła jej werwa. – Ale Severus tego nie zrobił, więc nie powinieneś był przewracać JEGO!
Snape miał dosyć. Nie mógł pozwolić, że broniła go dziewczyna na oczach połowy swojego rocznika! Ponownie wycelował różdżką w śmiejącego się okularnika i krzyknął:
- Drętwota!
Jaskrawoczerwone światło wystrzeliło z jego różdżki i uderzyło w nic się niespodziewającego Pottera, który teraz przypominał gipsowy posąg. Wszyscy dookoła zamarli, wpatrując się to w Pottera, to w Snape’a.
- Odczaruj go! Słyszysz?! – Black podbiegł do, wciąż będącego pod wrażeniem własnych zdolności, Severusa i złapał go za przód znoszonej szaty.
Młody Snape uśmiechnął się złośliwie, nie reagując na czającą się w głosie Blacka groźbę. Nie dlatego, że był taki odważny. Po prostu, nie znał przeciwzaklęcia… Silny cios trafił go prosto w prawy policzek, aż głowa odskoczyła mu w lewą stronę.
- Powiem wszystko Belli, a ona już się tobą zajmie! – krzyknęła Cyzia, podbiegając do rozcierającego sobie knykcie Syriusza.
Snape powoli podniósł się z posadzki, by rozejrzeć się za różdżką, która leżała tuż obok. Kręciło mu się w głowie, a przed oczami tańczyły gwiazdy.
- Z pewnością będzie sobie zawracała głowę obroną twojego nowego koleżki – zakpił młody Black.
- Tym pewnie nie. Ale założę się, że nieźle wprałaby ci za to, że trafiłeś do Gryfindoru – na bladej twarzyczce Cyzi pojawił się mściwy uśmieszek na widok nietęgiej miny swojego krewniaka. – Podczas Ceremonii Przydziału powiedziała, że zhańbiłeś nasze nazwisko, że wstydzi się, że jest twoja kuzynką. Aha i jeszcze – Cyzia uśmiechnęła się szerzej, - że pożałujesz…
- Wszyscy już są? – rozległ się tubalny głos nadchodzącego kamiennym korytarzem Slughorna. – Przepraszam za spóźnienie, ale te babeczki są takie pyszne… Wiem, że dość kaloryczne i człowiek w moim wieku powinien wyzbywać się tego typu przyjemności, jednak pozwoliłem sobie… Co to wszystko znaczy?! – wzrok opiekuna Slytherinu padł najpierw na unieruchomionego przez zaklęcie Pottera, a potem przesunął się na Blacka, Cyzię i czającego się z różdżką w ręku, Snape’a. – Kolejna bójka? Znowu?! – Na twarzy profesora eliksirów pojawił się wyraz udręki, jakby miał dość nieznośnej i niewdzięcznej młodzieży, którą on, jako nauczyciel, bez skutku próbuje pokierować na właściwe tory życia. Po sekundzie jednak mina ta została zastąpiona przez bezbrzeżne zdumienie, jak gdyby Slughorn nagle coś sobie uświadomił. Jego wzrok na powrót spoczął na unieruchomionym Potterze.
- Kto to zrobił? – zapytał.
Tuzin Gryfonów, z Blackiem na czele, wskazało na Severusa, który zdołał już podnieść się z ziemi.
- Czy to prawda? – zwrócił się do niego Slughorn surowym tonem.
- Tak – odpowiedział młody Snape, nie unosząc wzroku. Był wściekły. Nie tylko na Blacka, Pottera i tę głupią Cyzię. Teraz jeszcze ten kretyński Slughorn ukarze go i…
- To niebywałe! – zapiał nauczyciel, a Severus podniósł wzrok i z zaskoczeniem zauważył na szerokim obliczu profesora uśmiech skierowany prosto do niego. – Niebywałe, niebywałe! – Slughorn machnął różdżką w kierunku Pottera, który chwilę potem rozejrzał się dookoła niepewnie. – Udana Drętwota w pierwszej klasie! Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem. Jak się nazywasz? Snape? Jakoś nie kojarzę tego nazwiska… No, ale w końcu miałem wielu uczniów – Snape ledwo dostrzegalnie odetchnął z ulgą. Jeszcze chwilę, a jego tajemnica by się wydała. – Chłopcze, masz wielki talent! – spojrzał na resztę uczniów. – Wszyscy do środka. Już dość straciliśmy czasu.
Przez następne dwie godziny młodzi Gryfoni i Ślizgoni przy użyciu swoich kociołków, przepisu z podręcznika oraz kilku składników przygotowywali (a właściwie, próbowali przygotować) swój pierwszy eliksir pod nadzorem Slughorna, który krążył po klasie ze swoim pokaźnym brzuszyskiem, ledwo co przeciskając się pomiędzy ławkami. Severus nie miał z tym większego problemu. Wystarczyło tylko postępować według wskazówek zawartych w książce. Nie wszyscy jednak uważali to za takie proste zadanie. Co jakiś czas z lewej strony, gdzie siedziała Cyzia, dochodziły jęki rozpaczy, gdy bulgoczący w kociołku płyn przyjął zupełnie inną barwę niż powinien, a gorączkowe zabiegi dziewczyny nie poprawiały sytuacji, ani o drobinę. Macnairowi, siedzącemu po drugiej stronie, nie szło dużo lepiej niż pannie Black, ale jęki rozpaczy zastąpił bardzo wymyślnymi przekleństwami, których wiązanki wyrzucał z siebie w odstępie około minuty. Na jego nieszczęście, wypowiedzenie jednego z bardziej wulgarnych zwrotów pod adresem nieposłusznej cieczy zbiegło się z nadejściem Slughorna, który, ku uciesze Gryfonów, odjął Slytherinowi dziesięć punktów i wyznaczył Waldenowi szlaban.
Pod koniec drugiej lekcji, profesor przeszedł się po klasie, by ostatecznie ocenić wysiłki swoich nowych uczniów. Severus nie był wcale zaskoczony, gdy ponownie usłyszał, że ma wielki talent. Humor popsuł mu tylko fakt, że Slughorn podobne słowa skierował do jednej z Gryfonek – rudej, zielonookiej dziewczyny, która broniła wcześniej niejakiego Petera.
- Tobie też nie poszło najgorzej, Syriuszu – nauczyciel podszedł do kociołka należącego do kuzyna Cyzi. – Jakbyś się lepiej przyłożył, to kto wie… Swoją drogą szkoda, że nie trafiłeś do mojego domu. Oboje twoi rodzice, ciotki, kuzyni…
- Ja nie żałuję, panie profesorze – odparł Black, nie patrząc na Slughorna, ale kierując wzrok za niego, na ławkę przy której siedział Snape. – Nie sądzę, aby towarzystwo mi odpowiadało…
Slughorn otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym samym momencie rozległ się dzwonek, obwieszczający koniec lekcji.
- Możecie się spakować – zawołał nauczyciel, uśmiechając się przy tym dobrotliwie niczym Święty Mikołaj, rozdający dzieciom wymarzone prezenty. – Koniec na dzisiaj! Severusie, mógłbym cię prosić, abyś został na chwilę?
Snape skinął tylko głową, nieco zaniepokojony, ignorując przy tym złośliwe spojrzenia Pottera i Blacka oraz te zaintrygowane, należące do Ślizgonów. Kiedy drzwi się zamknęły za ostatnim wychodzącym uczniem, a Severus i Slughorn pozostali w opustoszałej klasie sami, nauczyciel odezwał się pierwszy:
- Prosiłem cię, abyś został, Severusie, gdyż chcę z tobą porozmawiać o twoich niezwykłych umiejętnościach.
Snape milczał wyczekująco. Z doświadczenia wiedział, że lepiej nie odzywać się tak długo, jak długo nie jest to konieczne. Slughorn, nieco zaskoczony brakiem jakiejkolwiek reakcji, kontynuował:
- Chciałbym cię prosić, abyś nie używał więcej zaklęć tego typu… w sumie, to jakichkolwiek… na swoich kolegach – chrząknął i zakręcił palcem swojego sumiastego wąsa. – I to nie tylko dlatego, że nie jest to do końca zgodne z regulaminem szkoły. Widzisz, używanie czarów przez nieletnich poza Hogwartem jest nielegalne.
- Ale ja zrobiłem to na terenie Hogwartu – odezwał się Severus ze spokojem.
Slughorn wyglądał przez chwilę na nieco wytrąconego z równowagi.
- No, tak. Oczywiście. Jednak, udana Drętwota w pierwszym dniu szkoły może budzić podejrzenia. Rozumiesz, chłopcze? Ktoś byłby jeszcze gotów stwierdzić, że twoi rodzice uczyli cię czarów poza szkołą, a to jest zabronione! Nie mówię, oczywiście, że tak było, a jedynie cię ostrzegam.
Severus skinął poważnie głową.
- Mam nadzieję, że to się już więcej nie powtórzy. I proszę cię, aby ta rozmowa została między nami.
- Dobrze. Do widzenia, panie profesorze – Snape chwycił swoją torbę i wyszedł z klasy, trafiając na kamienny korytarz, gdzie, ku jego rozdrażnieniu, czekała na niego Cyzia.
- O co chodziło? – zapytała, nawet nie starając się ukryć ciekawości.
- O to, że zaczarowałem Pottera. Powiedział mi, żebym więcej tego nie robił, bo to niezgodne z regulaminem szkoły – wybrnął zręcznie z zadanego mu pytania chłopak.
- Ale nie będziesz miał szlabanu? Wiedziałam. Lubi cię, bo jesteś dobry z jego przedmiotu.
Severus odebrał to jako zarzut.
- A ciebie, bo na nazwisko masz Black! – syknął.
Narcyza zamrugała szybko, jak gdyby coś jej wpadło do oka.
- Nie miałam nic złego na myśli… Poza tym wolałabym być na twoim miejscu… Okropnie jest mieć takiego kuzyna jak Syriusz.
Snape spojrzał na nią szybko.
- Nie lubisz go? Czemu?
- Jakoś tak wyszło. Bella nigdy go nie cierpiała, a on jej… No, i jest okropnie zarozumiały. Myśli, że jest najlepszy…
Snape przyglądał się w zamyśleniu mówiącej Cyzi. A więc tak to było. Dziewczyna nie lubiła Syriusza przez wzgląd na starszą siostrę. Mógł się tego spodziewać. Przecież to przesłodzone dziewczę nie znielubiłoby nikogo z własnej woli. Skoro nawet on nie potrafił jej urazić…
Następną lekcję – Zielarstwo – mieli z Hufflepuffem. Przedmiotu uczyła profesor Sprout, trzydziestoparoletnia czarownica, od stóp do głów pokryta smoczym łajnem. Lekcja była dość nudna, a dla Snape’a wyjątkowo denerwująca, bo poza Cyzią miał tym razem na głowie także Arnolda Lovegooda.
- Słyszałem, że dyrektor każe tu hodować konopie indyjskie – Puchon wyszeptał na ucho przejętej Cyzi.
- Och, naprawdę? A co to takiego?
- Taka mugolska roślina o specyficznym działaniu. Podobno Dumbledore miesza ją z fajkowym zielem i pali przed każdym posiłkiem w towarzystwie swojego feniksa, który swoją drogą jest szpiegiem w Ministerstwie…
- Jaka jest następna lekcja? – Snape, nie mogący już dłużej słuchać tych bredni, zwrócił się do Macnaira, który z wielkim zainteresowaniem przyglądał się workowi ze smoczym łajnem.
- Lekcja latania – odpowiedział za niego Avery. – Co ci wtedy powiedział Slughorn, kiedy kazał ci zostać na przerwie?
- Tylko tyle, żebym więcej nie rzucał zaklęć na Gryfonów.
Avery roześmiał się uradowany.
- Lekcję latania mamy ze wszystkimi domami. To znaczy, że z Gryffindorem też…
- Mój brat mówi, że będzie nas uczyć pani Hooch – wtrącił się Rabastan Lestrange.
- Tak, podobno jest nowa w szkole. Wcześniej była w drużynie Rakiet, ale wyrzucono ją – dodał August Rookwood ze znudzeniem strącający niewidoczne pyłki ze swojej szkolnej szaty. – Słyszałem, że niezła z niej laska. Najlepsza ze wszystkich nauczycielek.
- No, jasne skoro inne wyglądają tak – Avery spojrzał znacząco w kierunku pulchnej profesor Sprout i zachichotał złośliwie.
Kilka minut później, gdy rozległ się dzwonek na przerwę, Ślizgoni i Puchoni wybiegli na błonia, gdzie miała się odbyć lekcja latania. Po jakimś czasie zjawili się także Gryfoni i Krukoni, ale po nauczycielce wciąż nie było śladu.
- Już po dzwonku, a jej nie ma – jęknęła Cyzia, patrząc z niepokojem na Severusa, który mierzył wzrokiem Pottera i Blacka.
- Dorwę cię jeszcze, Snape – powiedział rozczochrany brunet, dostrzegając wzrok Severusa. – Może i Slughornowi nie przeszkadza, że miotasz w innych klątwami, ale mogę się założyć, że nie wszyscy nauczyciele są tacy tolerancyjni.
- Chcesz to sprawdzić? – wysyczał Snape, ponownie sięgając po różdżkę.
- Nie, przecież mówiłeś, że Slughorn ci zabronił! – zawołała Cyzia, dramatycznie czepiając się jego ramienia niczym żona błagająca porywczego męża, aby się opamiętał.
Wściekły Snape ją odepchnął. Czy ona zawsze musiała urządzać taki cyrk?
- A więc jednak! – ucieszył się Syriusz. – Nie możesz używać czarów. Chodź tu i zmierz się z Jamesem, jak przystało na prawdziwego faceta…
- Chyba chciałeś powiedzieć: prawdziwego Mugola, Black! – wycedził Severus niezbyt przekonany, co do własnego powodzenia w ewentualnym starciu z chuderlawym Potterem.
- No, właśnie! – poprał go Avery. – Tylko Mugolaki używają pięści. Czarodzieje nigdy by się do tego nie zniżyli. Zaczaruj go, Snape!
Wśród obserwujących ich pierwszoroczniaków podniosła się wrzawa. Ślizgoni, poza Cyzią oczywiście, zaczęli zachęcać Snape’a, aby ponownie zaczarował Pottera. Gryfoni skandowali imię Syriusza i Jamesa, a Puchoni oraz Krukoni mieli bardzo podzielone zdania.
- Co tu się dzieje, gówniarze?! Zaraz wam spiorę tyłki, to pozamykacie swoje plugawe jadaczki! – na błoniach rozległ się nieprzyjemny zachrypnięty głos, powodując natychmiastową ciszę.
Severus od razu rozpoznał do kogo ów głos należy, jednak większość pierwszoklasistów wydawała się przez chwilę sądzić, że to „najlepsza ze wszystkich nauczycielek” trochę się zdenerwowała. Gdy jednak odwrócili się, by spojrzeć za siebie nie ujrzeli ani jednej nauczycielki, za to aż czterech prefektów, po jednym z każdego domu.
- Ten wysoki to Amos Diggory, prefekt Hufflepuffu – Severus usłyszał gdzieś z tyłu głos Arnolda, najprawdopodobniej zwracającego się do Cyzi.
- Droga pani Bimber nie mogła dziś przyjść, bo gdzieś tam musiała lecieć, więc my się zajmiemy waszą edukacją – Bellatrix wskazała na pozostałych trzech prefektów. Oprócz Amosa Diggory’ego, stał tam jeszcze raczej niski chłopak o wesołej twarzy z naszywką Gryffindoru na szacie oraz mocno umalowana blondynka w rogowych okularach – prefekt Ravenclawu. – Łapcie!
Bellatrix Black rzuciła w kierunku zaskoczonych pierwszoroczniaków miotły, na których chwilę wcześniej się podpierała. Severus zdołał się uchylić, ale stojący za nim Macnair nie miał takiego szczęścia. Drewniana rączka miotły trafiła go prosto w czoło. Rozlegające się dookoła jęki bólu świadczyły, że nie tylko jego.
- Ale z was gamonie! Wiecie czym jest refleks? – Bellatrix zaniosła się śmiechem.
Pozostałych trzech prefektów spojrzało na nią z dezaprobatą i odsunęło się trochę, jakby obawiając się, że szaleństwo może być zaraźliwe.
- A właśnie! Jest tutaj Remus Lupin? – odezwał się prefekt Gryffindoru, przebiegając wzrokiem po tłumie jedenastolatków, podnoszących z ziemi rozrzucone miotły.
Chudy szatyn w wyjątkowo połatanych szatach wystąpił z grupki Gryfonów i podszedł bez słowa do prefekta swojego domu.
- Masz się zaraz udać do dyrektora – te słowa wywołały falę zaciekawionych pomruków i szeptów, która przetoczyła się przez tłum pierwszoklasistów. – Wiesz, gdzie znajduje się jego gabinet?
Szatyn odpowiedział, że wie i ruszył w kierunku zamku, nie oglądając się na przejętych kolegów.
- Musiał nieźle nabroić! – Bellatrix powiedziała głośno to, co wszyscy pomyśleli. – Nie wiesz, co ten mały smark zrobił, Longbottom? – zwróciła się do prefekta Gryffindoru.
Tamten tylko wzruszył ramionami.
- Czy ktoś nie ma miotły? – zapytał pierwszoroczniaków gdy nikt się nie odezwał, kontynuował. – Teraz połóżcie miotłę na ziemi obok siebie… Nie, nie… Musicie mieć więcej miejsca. Rozejdźcie się…
Rozpoczęły się dość nudne ćwiczenia polegające na przywołaniu do siebie miotły. Severusowi zupełnie nie wychodziło. Na szczęście nie był jedyny, co jednak nie było wielkim pocieszeniem. Zwłaszcza, że Potterowi udało się chyba za pierwszym razem.
Diggory i Krukonka przechadzali się wśród pierwszoroczniaków i pomagali im zastosować instrukcje Franka Longbottoma w praktyce. Tylko Bellatrix stała z boku, ziewając ostentacyjnie i przypatrując się wszystkiemu spod swoich ciężkich powiek.
- Dość tego, Longbottom! – zawołała w końcu i ruszyła w kierunku ćwiczących dzieciaków, które rozpierzchły się niczym kury na widok zbliżającego się jastrzębia. – Zaraz chyba umrę z nudów! Czas pokazać gówniarzom, o co naprawdę chodzi w lataniu.
Podeszła do Arnolda Lovegooda, który miał najwyraźniej dość słaby refleks, gdyż nie zdążył się wycofać na czas, i wyrwała mu brutalnie miotłę z rąk.
- Co robisz? – oburzyła się Krukonka z odznaką prefekta. – Chyba nie chcesz…?
- Zamknij się, Skeeter – smagła Ślizgonka usiadła okrakiem na miotle, mocno chwytając za jej koniec. Potem spojrzała na Lovegooda, który chyba po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co powiedzieć. – Ty, mały, bierz swój zadek i wskakuj za mnie. Trzymaj się, żeby nie zlecieć, ale nie za mocno. Jak mi podrzesz szaty, to zabiję.
- Bella, nie możesz! – jęknęła Cyzia, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.
Arnold Lovegood wpatrywał się oniemiały w dziewczynę, która właśnie zabrała mu miotłę i nie zrobił absolutnie nic. Bellatrix, pomimo protestów innych prefektów, chwyciła go za kark i niemal siłą posadziła za sobą.
- Wiesz, że dwie osoby nie mogą latać na jednej miotle! – zawołała Diggory, zbliżając się do Ślizgonki. – Jak ten mały spadnie, to wszyscy będziemy mieli kłopoty!
- Odnotują to w naszych papierach – dodała przejęta Skeeter. – Nigdy nie dostanę pracy!
Bellatrix odbiła się nogami od ziemi, a jej miotła poszybowała w górę w zawrotnym tempie i śmignęła w kierunku zamku. Wszyscy wstrzymali oddech.
- Zaraz wydarzy się tragedia – oznajmiła Skeeter nie potrafiąc ukryć podniecenia. – Tu i teraz! Na naszych oczach! Zaraz wpadną na ścianę!
Jednak tuż przed murem zamku Bella skierowała miotłę o sto osiemdziesiąt stopni w górę. Dobiegły ich przerażone wrzaski Arnolda. Wszyscy ujrzeli małą, czarną sylwetkę, która odrywa się od miotły i leci w kierunku ziemi. Bellatrix zapikowała w dół i, tuż nad ziemią, chwyciła chłopaka w locie za powiewające szaty, po czym posadziła go z powrotem na miotle. Potem Ślizgonka urządziła sobie slalom między kominami zamku, by wreszcie wylądować z powrotem na błoniach, wśród swojej małej widowni, złożonej z trzech prefektów i pierwszoroczniaków. Nikt się nie odezwał, tylko Diggory dyszał ciężko, niewiadomo czy z przejęcia, czy z wściekłości.
- Fajnie było, co? Ale nie mów Rodowi, że wzięłam cię na przejażdżkę, bo będzie zazdrosny – Bellatrix zaśmiała się i spojrzała na Lovegooda, który zsunął się z miotły, prosto na trawnik i już się nie podniósł. – Ktoś jeszcze chce polatać? – jej wzrok padł na Syriusza Blacka, który zdrętwiał napotykając jej spojrzenie. – Może ty, drogi kuzynie? – Ślizgonka uśmiechnęła się złośliwie, a Snape nieświadomie razem z nią. Był pewien, że jeżeli Black spadnie z miotły, Bella nie złapie go, tak jak załapała Arnolda.
- Bellatrix Black! Czy możesz mi wytłumaczyć, co ty wyprawiasz?! – rozległ się zdenerwowany głos, sprawiając, że wszyscy podskoczyli zaskoczeni i odwrócili się, by spojrzeć na chudą czarownicę w okularach o prostokątnych oprawkach. Profesor McGonagall podeszła niezauważenie do grupy uczniów, co nie było trudnym zadaniem, biorąc pod uwagę, że jak dotąd wszystkie pary oczu śledziły wyczyny Bellatrix i Arnolda na niebie, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co miało miejsce nieco niżej. Opiekunka Gryyffindoru przyglądała się ani trochę niezmieszanej Ślizgonce, a nozdrza rozszerzyły jej się ze wściekłości. – Widziałam twoje wyczyny przez okno, podobnie jak cała piąta klasa! I nie chodzi tu bynajmniej o to, że burzysz niezbędny do prowadzenia lekcji spokój, a o to, że narażasz życie pierwszoklasistów! Nie po to cię zwalniałam z lekcji transmutacji! Gdzie jest ten biedny dzieciak, którego o mały włos nie zabiłaś?
Kilku uczniów odsunęło się ukazując profesor McGonagall Arnolda Lovegooda nieruchomo leżącego na trawie ze szklistym wzrokiem utkwionym w niebie.
- Ty i ty – nauczycielka transmutacji wskazała na Snape’a i Cyzię, jak zwykle, stojącą obok. – Zabierzcie go i zaprowadźcie do pielęgniarki. Longbottom i inni prefekci, na was także się bardzo zawiodłam. Jak mogliście dopuścić do takiej sytuacji?! Nic mnie to nie obchodzi Diggory, że próbowałeś! – fuknęła na otwierającego usta Puchona. - Widocznie niezbyt skutecznie. Zaraz wszyscy udacie się ze mną do dyrektora. Dumbledore nie będzie zachwycony… A ty – ponownie spojrzała na Bellatrix, która bezczelnie nie spuściła wzroku. – Dodatkowo wytłumaczysz się przed Horacym Slughornem. Ja już tego dopilnuję… Nie wiem jak on cię mógł mianować prefektem…
Głos profesor McGonagall stawał się coraz bardziej odległy, gdy Severus i Cyzia, wlokąc Lovegooda pod ramię, zbliżali się do zamku. Kiedy tylko znaleźli się w pustej Sali Wejściowej, poza wzrokiem McGonagall, Snape potrząsnął mocno Puchonem, tak że ten zaczął wreszcie przebierać nogami, czego do tej pory nie był łaskaw czynić. Ruszyli w kierunku schodów prowadzących do góry. Nagle, z najbliższego korytarza dobiegł ich odgłos zbliżających się kroków.
- Dziękuję bardzo, panie dyrektorze – powiedział cienki głos, a ich oczom ukazał się Gryfon w podartych szatach.
- Nie ma za co, drogi Remusie – zza rogu wyłonił się także dyrektor Hogwartu. Wysoki, chudy i białobrody, jak zawsze. Jego wzroki padł na trzech pierwszoroczniaków.
Cyzia i Snape szybko wymamrotali „dzień dobry” i ruszyli pospiesznie dalej, bardzo przejęci napotkaniem tak ważnej osobistości na swojej drodze.
„Za co on mu tak dziękował?” – zainteresował się Severus. – „Czyżby dyrektor darował mu karę…? Ale za co miałby go, tak w ogóle, karać? To przecież pierwszy dzień szkoły, a ten chłopak wyglądał potulnie jak baranek. Co mógłby zbroić, że wzywał go sam dyrektor? Do tego nikt o niczym nie wiedział. Ale jeżeli nic nie zrobił, to o co chodziło?”
- Jesteśmy chyba w skrzydle szpitalnym – oznajmiła Cyzia. – Ach, tak! Tu jest napisane.
Zapukała do drzwi, zza których rozległo się: „Już idę!”
- Cyzia spojrzała nieco zmieszana na Arnolda, który nadal wydawał się być nie do końca sobą.
- Przepraszam cię za moja siostrę, Bellę. Wiem, że jest okropna i…
- Co?! Bellę?! – Lovegood zamrugał, jakby dopiero co się obudził z głębokiego snu. – Twoja siostra nie jest okropna… To najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek spotkałem. Ja ją chyba kocham…
Cyzia i Snape zaniemówili patrząc z niedowierzaniem na Puchona. W tej samej chwili drzwi, przed którymi stali, otworzyły się i ukazała się w nich pielęgniarka – pani Pomfrey.
- Ach, ty jesteś tym uczniem. Profesor McGonagall mówiła mi o tobie. Jesteś w stanie szoku, co? Zresztą można to stwierdzić na pierwszy rzut oka. Dam ci coś na uspokojenie. A wy – zwróciła się do Panny Black i Severusa. – Możecie już iść.
Dwójka Ślizgonów ruszyła bez słowa schodami w dół.
„On jest jednak naprawdę nienormalny” – pomyślał Snape, powracając myślami do Arnolda, gdy nagle coś usłyszał. Był to głos dyrektora i jakiegoś bardzo zdenerwowanego mężczyzny. Oba głosy dochodziły z dołu. Severus i Cyzia zatrzymali się, nasłuch..ąc.
- Dumbledore, od razu musiałem do ciebie przyjść. Wiesz, co się stało. Dziesiątki Mugoli martwych! On postradał zmysły. Naprawdę chce z nich oczyścić świat! Ale najgorsze jest to, że ma tylu zwolenników. Obawiam się, że jego następnym celem może się okazać Hogwart i dzieci nieczystej krwi…
- Uspokój się, Barty – dał się słyszeć łagodny głos dyrektora. – Wiem już o wszystkim. Chodź ze mną do gabinetu. Tu może nas ktoś usłyszeć.
Cyzia i Severus spojrzeli po sobie. W tym samym momencie rozległ się dzwonek, oznajmiający, że czas na ucztę. Dwójka Ślizgonów ruszyła w kierunku Wielkiej Sali, ani słowem nie komentując tego, co przed chwilą usłyszeli.

Ten post był edytowany przez Avadakedaver: 08.04.2007 21:36
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post

Reply to this topicTopic OptionsStart new topic
 


Kontakt · Lekka wersja
Time is now: 18.01.2018 09:53