Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )

 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

Drzewo · [ Standardowy ] · Linearny+

> Intryga, Diamenty I Śmierć. [cdn]

Bratiin
post 14.06.2006 21:19
Post #1 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 55
Dołączył: 16.02.2004
Skąd: Hammer Bay, Genosha

Płeć: Kobieta



Moje pierwsze jakiekolwiek dzieło pisarskie nie napisane na polski smile.gif Jest to opowiadanie dziejące się w zmodyfikowanym przeze mnie uniwersum Marvela (x-men, fantastyczna czwórka, kapitan ameryka :/), lecz jego znajomość absolutnie nie jest konieczna do przeczytania tego opowiadania. Świat tym różni się od naszego, że występują Homo Superior - ludzie obdarzeni genem X, dającym im różne zdolności.
Proszę o komentarze, co poprawić, co jest dobrze i w ogóle czy wstyd się z tym pokazywać smile.gif
Główny bohater jest wymyślony przeze mnie, podobnie zresztą jak znaczna większość osób się tu w przyszłości pojawiających wink2.gif. Jak na razie tylko Emma Frost jest © by Marvel smile.gif
Na początek baaardzo krótki wstęp, ale już jutro wkleję porządną część. To tylko tak gwoli zasugerowania tematyki smile.gif Od razu lecimy z akcją, a co smile.gif

Jack siedział w swoim gabinecie i nudził się. Nie było w tym akurat nic dziwnego, zważywszy na fakt, że w tamtej chwili jedynym jego zajęciem było ssanie miętówki. Wszystkie osoby, które kiedykolwiek spotkały Jacka Wilsona, widząc jego uzależnienie od miętówek, były przekonane, że rzuca palenie. Myliły się. Jack palił pomimo swego głębokiego przekonania o szkodliwości tego nałogu, uważał bowiem palenie za niezbędny rekwizyt w pracy detektywa.
Jego nicnierobienie przerwały skrzypiące drzwi. (Skrzypiące drzwi były kolejną rzeczą, która według Wilsona pracowała na jego reputację, podobnie jak biurko wstawione w taki sposób, by zawsze było w cieniu.) W ułamki sekundy, zanim dojrzał wchodzącą przez nie osobę, pomodlił się, by nie była to piękna, tajemnicza kobieta, bo w swojej praktyce spotkał się z wystarczającą ilością takich kobiet, by wiedzieć, że zwiastują kłopoty.
Jednak osoba wchodząca przez drzwi nie była tajemnicza, piękna, ani tym bardziej nie była kobietą. Był to Sinious Middle, szef Jacka. Jego aparycję w rozmowie z kolegą Wilson określił krótko: „postawny, dumny burak”. Sinious Middle mógł poszczycić się sporą otyłością, która w zestawie z nadciśnieniem nadawała jego twarzy iście czerwony kolor. Świadomy swych braków charyzmy z każdym rokiem wyżej podnosił głowę, co złośliwi komentowali: „bo nie może znieść tego, że nie widzi własnych stóp”.
Pan Middle miał na ustach nieszczery uśmiech, który mówił Jackowi, że bez kłopotów się nie obejdzie.
- No co tam, Wilson? Obijamy się? – nieszczery uśmiech niebezpiecznie się rozszerzył.
- Słucham, szefie - Jack pokazał ręką krzesło, na którym z ulgą spoczął jego szef.
- Mam dla ciebie ciekawą robótkę – stwierdzenie „ciekawa robótka” utwierdziła Jacka w przekonaniu, że może pomachać na do widzenia spokojowi. – Widzisz, sprawa tyczy się samej góry.
- Prezydenta? – Jack poczuł suchość w gardle.
- Nie, Wilson, rzecz rozchodzi się o nią – Middle podsunął Jackowi zdjęcie. Widniała na nim twarz atrakcyjnej blondynki o wyniosłym i chłodnym spojrzeniu.
- Ach, Panna Chłód – mruknął Jack.
– Widzę, że kojarzysz - Middle popatrzył z litością na swego podwładnego.
- „Urocza, sławna dyrektorka Instytutu Xaviera i liderka X-men, Emma Frost.” Kto nie zna tej formułki? No ale co z nią? Jest przecież obywatelką i mieszkanką Stanów Zjednoczonych, więc...
- Ona zaginęła, Wilson - Przerwał mu wpół słowa Sinious - I to na naszym terenie.


Wiem, że wstępu jest więcej niż treści, ale juz jutro to naprawię.

Ten post był edytowany przez Bratiin: 17.10.2006 15:01


--------------------
...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Tajemnicza
post 14.06.2006 23:47
Post #2 

Prefekt


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 385
Dołączył: 06.04.2003
Skąd: Tureeeek/Poznań

Płeć: Kobieta



Eeee... Rzeczywiście mało. Szczerze mowiac, nawet przez taki kawałąek trudno przebrnelam. No coz, poczekamy, zobaczymy. Powodzenia =)


--------------------
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Bratiin
post 15.06.2006 13:19
Post #3 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 55
Dołączył: 16.02.2004
Skąd: Hammer Bay, Genosha

Płeć: Kobieta



„A niech ich wszystkich szlag.”- myślał ponuro Jack, starając rozluźnić się w swoim fotelu. Od samego początku miał złe przeczucia, jednak dopiero w domu uświadomił sobie, że ma poważne kłopoty. Sam fakt, że chodzi o jakiegoś amerykańskiego mutanta był wystarczająco złowieszczy. Wszelako to, że sprawa dotyczy tej przeklętej dyrektorki tego przeklętego Instytutu, musiał doprowadzić do wyciągnięcia przez Jacka starej, dobrej whisky z zaśniedziałego barku. Niepokoiło go to, że co jak co, ale ta dawna Biała Królowa z Hellfire Club, którą pamiętał dobrze jako nastolatek, a w chwili obecnej liderka jednej z najpotężniejszej grupy bohaterów na świecie nie poddałaby się ot tak. Siła która poradziła sobie z nią, musiała być imponująca i Jack był pewien, że nie chce mieć z tym nic wspólnego. Zresztą same okoliczności jej zaginięcia były podejrzane. Jack wyciągnął notatki, które sporządził zaraz po rozmowie z Middle’iem. Każdą sprawę opisywał według tego samego schematu.

Co?: Zaginięcie Emmy Frost
Kim jest?: obecna dyrektorka Instytutu Xaviera, liderka X-men, była członkini Hellfire Club (poszlaka! ) prezes Frost Enterprises
Kiedy?: Ostatnio była widziana 17 września.
Gdzie?: Na lotnisku w Nowym Jorku, gdy wsiadała do samolotu lecącego bezpośrednio na Purcell ( godz. 10:00 ) Od tej pory grupa X-men zaprzestała poszukiwań i zgłosiła jej zaginięcie purcellskim służbom policyjnym.

Jack przerwał czytanie. Coś tu śmierdziało mu na odległość. Zadziwiało go to, że tacy wielcy bohaterowie nie poszukują osobiście swej przywódczyni. Jak do tej pory nie spotkał się z przypadkiem, gdy supergrupa zgłasza zaginięcie jednego ze swych członków. X-men nie zgłosili do tej pory nawet żadnej kradzieży, morderstwa ani jakiegokolwiek przestępstwa, co wcale nie znaczyło że się one nie zdarzały - po prostu zawsze wszystko załatwiali między sobą.
Zdrowo pociągnął z butelki. Właśnie od tego uciekł z Nowego Jorku. Od śmierdzących spraw. Spalił za sobą wszystkie mosty by podjąć tak uroczą posadę w purcellskiej dochodzeniówce. Purcell z perspektywy USA było państwem idealnym, szczególnie dla mutanta – ludzie i homo superior koegzystujący koło siebie w spokoju. Mutopia – tak ludzie nazywali tę cholerną wyspę. Żadnych młodocianych gangów, doskonale rozwinięta gospodarka, czysto, ładnie i pachnąco. Tylko dlaczego do cholery nie zastanowiło go to, że McCarter tak gorliwie zachwala mu tę robotę? Do tej pory przeklinał własną głupotę i naiwność.

Z niechęcią powrócił do tych lakonicznych i raczej bezwartościowych notatek, które dostał w teczce dumnie podpisanej „akta sprawy”. Jego umysł nie potrafił się jednak skupić, strajkując wszystkimi siłami przeciwko takiej nadeksploatacji. Jack nie posiadał umiejętności współpracy ze zbuntowanymi organami wewnętrznymi, więc ze względu na późną porę podjął decyzję o szybkim prysznicu i śnie.
Po wykonaniu pierwszej części planu zaczął powoli wkraczać w fazę drugą, gdy ciszę rozciął głośny dźwięk dzwonka do drzwi. Niezbyt zaskoczony tym faktem, co nie znaczy że zachwycony, ruszył szybkim krokiem w stronę wejścia. Nauczony doświadczeniem, spojrzał przez wizjer, po czym cicho przeklął. Za drzwiami stała Alice Hurk, jego sąsiadka. Jego niezadowolenie nie brało się z faktu, że Alice była złą sąsiadką – nie podpalała mu wycieraczek ani nie wysyłała brzydkich donosów do administracji budynku. Wręcz przeciwnie – zawsze przynosiła mu kawałek ciasta z urodzin i przy każdej okazji zapraszała go na kawę. Była wprost urocza. Jedyną przyczyną, która sprawiała, że Jack Wilson pragnął by ta kobieta trzymała się od niego z daleka była jej mutacja. Gen X, który posiadał także Wilson, sprawił, że nie posiadała oczu. Nie chodziło o to, że miała puste oczodoły - to na ulicach Purcell (gdzie sporo mutantów potrafi zrobić coś takiego z cudzymi gałkami, że robią puff! i rozpryskują się po całej okolicy) było mimo wszystko zjawiskiem dość często spotykanym – ale o to, że powyżej nosa nie było n i c prócz gładkiej skóry. Jack nigdy nie mógł się skupić, gdy z nią rozmawiał. Dodatkowym utrudnieniem dla ich wzajemnych relacji było to, że Alice widziała. Posiadała pewne zdolności empatyczne, które sprawiały, że gdy przebywała w pobliżu istoty żywej, zaczynała widzieć jej oczami. Jack uważał, że stanowczo jest to zbyt krępujące i brutalnie naruszające jego prywatność.
Niechętnie otworzył drzwi jednocześnie zupełnie niepotrzebnie przywołując na usta uśmiech.
- Witaj, Alice. Co cię sprowadza o tej porze?
- Hej, Jacky. Normalnie nie nachodziłabym cię tak późno, ale znalazłam jakąś paczkę na wycieraczce – weszła do mieszkania – tyle, że jest ona zaadresowana do ciebie. Przyszłabym jutro, ale mam przeczucie, że to coś ważnego, poza tym, dawno się nie widzieliśmy, więc pomyślałam, że nie zaszkodzi jak się wproszę, nawiasem mówiąc, Jack, czyżbyś mnie unikał? – zachichotała, i Jack miał wielką nadzieję że nie jest to zalotny chichot.
Wiedział, że jeśli Alice Hurk już raz wejdzie, to tak szybko nie wyjdzie, a niepokoiła go ta paczka. Mimo, że miał spore wątpliwości co do stanu umysłowego mutantki (o co nie miał pretensji, w końcu osoba która nigdy nie widzi twarzy swojego rozmówcy - chyba, że ten akurat przegląda się w lustrze - może być odrobinę niezrównoważona), wierzył w jej przeczucia.
Spojrzał na swoją bezoką sąsiadkę, która cały czas coś mówiła. Nie ma co, pomyślał, zawsze marzyłem o takim spędzaniu czasu.


***

Jack był wyczerpany. Pomyślał, że spotkał się z wieloma bandytami i żaden nie wykończył go tak jak Alice. Paplała o niczym do 3. Miał już słodko udać się do krainy snu, gdy przypomniał sobie o paczce. Otwieranie tajemniczych paczek było już właściwie tradycją w jego pracy, martwił go jedynie fakt, że końcowym, stałym punktem tej tradycji jest coś obrzydliwego/ strasznego / potwornego i niezmiennie chcącego go skrzywdzić. Szybko przybrał swoją diamentową formę, dzięki czemu niewiele rzeczy mogło go zranić i zaczął zbliżać się do paczki z nożem do papieru. Zaczął powoli rozcinać pakunek, cały czas będąc w pozycji obronnej. Gdy papier spadł na ziemię, zaczął pomału otwierać zwykłe kartonowe pudło. Odczekał parę sekund, poczym zajrzał do pudełka. Była tam jakaś lalka i list. Mimo, że nie wyglądało to groźnie, ostrożnie wyciągnął kartkę i zaczął czytać.

Witam!
Jestem niezwykle kontent, że śledztwem w sprawie zaginięcia panny Emmy Frost zajął się Pan. Sądzę, że sprawi się Pan znakomicie. To miło jest mieć świadomość, że przeciwnikiem jest ktoś tego godny. Życzę sukcesów.

Aha. Więc to taki typ. Sięgnął po lalkę. Po zastanowieniu doszedł, że przedstawia ona Emmę Frost. To smutne, jak w dzisiejszych czasach ciężko jest złoczyńcom o odpowiedni złowróżbny efekt, pomyślał. Ja bym przynajmniej powbijał w nią kilka szpilek...
Ułożył lalkę i list w pudełku, które starannie zamknął. Wyciągnął z małej zielonej paczki miętówkę i umieścił ją pod językiem. Chwilę później położył się do łóżka i odpłynął w krainę snu.

Następnego ranka postanowił zacząć śledztwo od lotniska. Podczas poszukiwań zaginionych gdzieś po kątach ubrań, niechcący kopnął wczorajszą paczkę. Schylił się, by posprzątać, jednak widok jaki zobaczył nieco wytrącił go z równowagi. Lalka była cała pokryta jakąś czerwoną mazią. Delikatnie podniósł marionetkę i zobaczył, że nie ma ręki. Od jej wypchanego ramienia leciała właśnie ta dziwna ciecz.
Doskonale, myślał Jack. Psychopata. Nie ma to jak porządny świr, zawsze tak uważał. Bardzo prawdopodobne, że jest potężnym telepatą. Był to fakt dosyć niepokojący. Niekoniecznie bezpośrednio dla niego, ponieważ Jack posiadał mutację, dzięki której był całkowicie odporny na ataki psychiczne i wszelakie manipulacje umysłem, ale taki zawsze może sporo narozrabiać z umysłami innych ludzi...
Zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście ten wariat wyrwał Frost rękę. Nie sądził. Na pewno zrobił to z tą lalką wyłącznie dla wywołania efektu grozy. Jack nie myślał nawet nad technicznym sposobem, w jaki udało się temu psycholowi rozwalić tą lalkę, bo po latach pracy w tym bagnie wiedział, że zawsze znajdą się jakieś metody. Pomyślał za to, że warto zanieść tą podejrzaną ciecz do ekspertyzy, co może stanowić jakąś poszlakę.
W czasie, gdy jego ciało mechanicznie wykonywało codzienne poranne rytuały umysł Jacka zajęty był rozmyślaniem, po co ktoś porwał Frost. Nie wysłał żadnego żądania okupu, manifestu przeciwko czemukolwiek, ani innej rzeczy z długiej listy standardowych zagrań porywaczy autorstwa Jacka Wilsona. Sam autor pomyślał, że ta cała sprawa jest wręcz podręcznikowo cuchnąca.

Wilson zawiózł próbkę czerwonej substancji do policyjnego laboratorium i po otrzymaniu informacji, że wyniki będą za kilka godzin zmierzał swoim Contagionem w stronę lotniska. Ponieważ leżało na granicy miasta i równin, mógł podczas podróży podziwiać Purcell w całej okazałości. Jako państwo położone było na wyspie na Oceanie Atlantyckim w centralnej części trójkąta bermudzkiego. Jej wschodnia część była zurbanizowana (nazwana podczas przypływu czyjejś inwencji twórczej miastem Purcell), natomiast zachodnią pokrywał ogromny las i równiny, gdzie schronienie znajdowali odmieńcy społeczeństwa, dla których nie było miejsca nawet w liberalnym Purcell.
Wyjeżdżał z miasta przez bramę, na której widniał staroświecki napis: „Mutatis mutandis”. Początkowo szyld ten znajdował się w porcie, jednak z biegiem czasu uznano, że więcej gości przybywa od strony lotniska. Był on poświęcony pamięci Jamesa Purcella, Szkota, który w XVIII w. przybył na wyspę i założył tutaj osadę. Przez wieki tajemniczymi sposobami trafiali tu wygnańcy z własnych państw, którym przyświecało właśnie hasło „Mutatis mutandis”.
Gospodarka rozwijała się tu świetnie, ponieważ nie obawiano się używać zdolności mutacyjnych dla korzyści społeczeństwa. Prawdziwy rozwój Purcell przeżyło po roku 1950, kiedy istnienie tej wyspy stało się powszechnie znane. Wtedy to głowy państw ustaliły, że podobnie jak w wypadku Genoshy, każdy mutant automatycznie po urodzeniu staje się obywatelem Purcell.
Jack spojrzał w lusterko. Nie przepadał za przebywaniem poza miastem. Można tu było spotkać wiele istot, których obecność dzieci często wyczuwają pod własnymi łóżkami. Jack w dzieciństwie długi czas musiał chodzić do pewnej niezbyt sympatycznej pani psycholog, aby przestać się bać Strachów. W ostatecznym rozrachunku to nie dzięki sesjom terapeutycznym, ale odkryciu u siebie mutacyjnych, obronnych zdolności nie musiał zasypiając mieć włączonego światła.
Trzymał kierownicę jedną ręką, drugą szeleszcząc w zielonym opakowaniu miętówek. Starał się wyrzucić z myśli niezbyt przyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Z ulgą dojrzał zatem nowoczesny budynek lotniska.


--------------------
...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Kara
post 20.06.2006 12:25
Post #4 

Absolwent Hogwartu


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 666
Dołączył: 12.11.2005
Skąd: 3miasto

Płeć: Kobieta



Jakos mnie nie wciągnęło... takie nudne i nieciekawe... X-meni?? dobra można ich lubic ale pisac o nich FF?? Nie to dla mnie za dużo...


--------------------
Luke I'm your father!!!
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Abaska
post 21.06.2006 11:37
Post #5 

Uczeń Hogwartu


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 240
Dołączył: 06.04.2003
Skąd: a nie wiem, tak z powietrza.

Płeć: Kobieta



Nawet niezłe, przyjemnie się czytało bo żadne błędy nie rzucały się w oczy, a pomysł, żeby wkręcić bohaterów o nadprzyrodzonych mocach dość ciekawy.

Kara bez obrazy, ale Twój komentarz nie świadczy bynajmniej o Twojej wysokiej tolerancji na gust kogoś innego niż Ty. Fani xmenow mogliby napisac "HP?? dobra można go lubić ale pisać o nim FF?", ale tego nie robią, bo właśnie od tego jest FanFiction - pisania tego, co w głowie siedzi, a nie tego, co wszyscy inni. Wkurza mnie taka krytyka, bo jest całkowicie bezpodstawna. To, że nie podoba Ci się pomysł nie znaczy, że należy go potępiać.


--------------------
uhm.
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Kara
post 22.06.2006 16:52
Post #6 

Absolwent Hogwartu


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 666
Dołączył: 12.11.2005
Skąd: 3miasto

Płeć: Kobieta



no dobra może masz troche racji.. ale nie chce nikogo dyskryminowac co uwielbia xmenów powiedziałam że dla MNIE to za dużo. i nie mówiłam zeby nie pisał czy cos. Niektórzy z twz. gówna potrafią zrbic cos fajnego i interesujacego... A tu na razie nic mnie nie wciągnęło... I tyle... Pozdrowienia dla ciebie i autora. To była tylko moja SUBIEKTYWNA ocena. następnym razem postaram sie byc dla ciebie bardziej obviektywna.


--------------------
Luke I'm your father!!!
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Bratiin
post 27.06.2006 12:49
Post #7 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 55
Dołączył: 16.02.2004
Skąd: Hammer Bay, Genosha

Płeć: Kobieta



No cóż, dzięki za komentarze. Co do wypowiedzi Kary, nie będę się powtarzać, gdyż podpisuje się jedynie pod wypowiedzią Abaski. Szkoda, że cię nie wciągnęło, ale takie negowanie tematu jest mało konstruktywne.
A tak gwoli ścisłości, nie uwielbiam x-menów, a to nie jest fan-fiction o nich smile.gif Postacie są moje, otoczenie jest moje, historia jest moja smile.gif A w roli Emmy Frost mógłaby wystąpić równie dobrze jakaś moja postać. Jeżeli ktoś interesował by się x-menami, to byłoby po prostu dla niego "mrugnięcie okiem" smile.gif. (Emma również może posiadać diamentową skórę smile.gif) No, a to jest kolejna część.

- Więc twierdzi pan, że jej nie widział? – Jack stawał się zirytowany. Od trzech godzin próbował dojść, kto 17 września o godzinie 10:15 pracował na lotnisku. Fenomenem było to, że każda osoba z którą rozmawiał stanowczo twierdziła, że nie ma o niczym pojęcia i odsyłała go do kogoś: „kto na bank panu pomoże”. Ten facet był 20 „bankową” osobą i Jack powoli wątpił, że coś uda mu się tu wskórać.
- Głuchyś pan czy co? Przecież mówię wyraźnie, że nie – jego niezbyt zadbany rozmówca nonszalancko podłubał w uchu. Był tu sprzątaczem i tak wysoką pozycję w hierarchii lotniskowej zajmował prawdopodobnie jedynie dzięki dużym znajomościom.
- Czy jest możliwe, że jej pan po prostu nie zauważył?
- Panie, zgłupiał żeś pan całkiem? – sprzątacz patrzył na niego podejrzliwie – to ta babka, co bije się po całym świecie. Sam żem ją widział już raz tutaj i wierz mi pan, takiej kobity na pewno nie da się „nie zauważyć”.
Jack przeklinał w myślach. O ile się orientował Emma Frost nie posiadała zdolności stawania się niewidzialną, a jedynie taka opcja uzasadniała fakt, że nikt na tym lotnisku jej nie spostrzegł. Liczył, że chociaż ten człowiek będzie coś wiedział, bo wyglądał na takiego typa, który słyszy i widzi wszystko.
- Nie wie pan przynajmniej, kto mógłby mi pomóc?
- Wiesz pan, może bym i wiedział... – szary obywatel Purcell wykonał rękami znaczący gest znany w języku Wilsona jako „szeleszczenie pieniędzmi”.
Jack naprawdę stawał się coraz bardziej rozdrażniony. Miał wielką ochotę na miętówkę, jednak zdawał sobie sprawę, że nie wzbudzi tym respektu w sprzątaczu. Powolnie zaczął więc wyciągać paczkę papierosów z kieszeni, równie niespiesznym ruchem wyciągnął jednego z paczki i bardzo ociężale zapalił go. Potem zaciągnął się i długo wydmuchiwał dym znajdujący się w jego organizmie. Dopiero po dłuższej chwili, gdy obaj mężczyźni byli już otoczeni cuchnącą chmurą a sprzątacz ponaglająco pokasływał Jack zbliżył swoją twarz do twarzy swego rozmówcy i dobrze wyćwiczonym głosem, sugerującym, że na każdego coś się znajdzie, zwężając powieki lodowato powiedział:
- Dobrze ci radzę chłopie, pospiesz się, bo masz 60 sekund by doprowadzić mnie do tej osoby.

Można powiedzieć, że Jack spodziewał się tego, co tu zastał. Sądząc po wyglądzie lotniskowego sprzątacza, jego krąg znajomych nie wykraczał poza mieszkańców najgorszych slumsów. Jakby na potwierdzenie własnych domysłów Wilson stał teraz przed jakimś kartonowym domem.
- No i co panie władzo było się denerwować, przecież mówiłem, że pana doprowadzę – mężczyzna odsłonił mocno zaniedbane zęby w nerwowym uśmiechu.
- Jak na razie nie widzę tutaj nikogo – Jack dalej mówił lodowatym głosem, który w osobach pokroju mężczyzny stojącego właśnie przed nim wzbudzał spory lęk.
- Już, już ją wołam – odwrócił się w stronę budy i zawołał:
- Lizzie, to ja! Dun!
Jack nawet nie zorientował kiedy stanęła przed nim, jak się domyślał, Lizzie. Z całą pewnością była mutantką, co Jack wywnioskował z chorobliwego, zielonkawego odcienia jej skóry. Była ubrana w niemodną od jakichś 20 lat sukienkę, czarną w ogromne białe grochy. Wrażenie, że ta istota nie pochodzi z tej ery dopełniał fakt, iż nosiła na sobie ogromne, zabłocone wojskowe buty i pasek z mnóstwem wypchanych kieszeni. Miała na oko koło trzydziestu lat, lecz Jack za to nie ręczył, gdyż na czubku jej głowy kołysały się dwa wielkie kucyki w kolorze blond z równie ogromnymi kokardami.
Kobieta właśnie spoglądała nieco zdziwionym wzrokiem na Wilsona.
- A ten na co niby choruje, Duncan?
- Nie, nie, on nie jest...
- Jack Wilson z Wydziału Dochodzeniowego – detektyw przejął pałeczkę - Prowadzę śledztwo w sprawie zaginięcia tej kobiety...- podał zdjęcie Liz – i ten człowiek powiedział mi, że może pani coś na ten temat wiedzieć.
- Mów mi Liz. Liz Charminskin – wyciągnęła rękę, którą Jack z lekkim wahaniem uścisnął - ale większość tutaj zna mnie jako Pill. Odnośnie twojego śledztwa, myślę, że będę mogła ci pomóc.

***

Kolejne pół godziny Jack poświęcił na rozmowę z Pill, w ciągu której poznał masę szczegółów o swojej rozmówczyni, jednak ani jednej rzeczy przydatnej dla jego śledztwa. Dowiedział się między innymi, że Liz jest „prawie lekarką” i leczy najbiedniejszych mutantów dzięki swoim zdolnościom mutacyjnym, które umożliwiają jej przejęcie cudzej choroby przez dotyk, i następnie zwalczanie dzięki przeciwciałom wytwarzanymi przez jej organizm. Potem potrafi tą samą drogą zarazić chorobami innych ludzi, co jak stwierdziła bardzo przydaje się w „negocjacjach”.
W tym momencie Jack uznał, że rozmowa schodzi na niebezpieczne tematy dlatego powiedział:
- Wiesz, Elizabeth, to naprawdę wszystko jest szalenie ciekawe, ale moja praca jest bardzo pracochłonna tak więc byłbym wdzięczny, gdybyś zechciała przejść do faktów związanych z moim śledztwem.
- Oh Jack, wybacz, ale tak dawno nie było tu nikogo z kim można by sensownie porozmawiać... Duncan jest słodki, ale ma problemy, gdy trzeba przemyśleć dwie idee na raz...
Jack poczuł się lekko zaniepokojony. Czy ona nazwała tego obszarpanego, zaniedbanego, i co tu dużo mówić, po prostu śmierdzącego człowieka słodkim? W każdym bądź razie znowu poczuł że rozmowa idzie nie w tą stronę co trzeba.
- Taa... ale jeżeli chodzi o Emmę Frost, to możesz mi powiedzieć kiedy i w jakich okolicznościach ją widziałaś?
- Ach tak, nasza Biała Królowa... – Jack zauważył, że Pill się zachmurzyła – To było 18 września, akurat pamiętam, bo miałam wtedy sprawę rozwodową... Opowiadałam ci już o moim ex? Bo wiesz... – Liz urwała gdy ujrzała minę Wilsona – W każdym razie, to było gdzieś tak koło południa, w pobliżu Złotego Ziarna, wiesz, akurat sąsiaduje z budynkiem sądu więc...
Jack Wilson już nie słuchał. Musiał przyznać, że nie spodziewał się że Emma Frost będzie akurat w takim miejscu. Złote Ziarno to ekskluzywny klub multimilionerów, najbardziej snobistyczne miejsce na całym globie. Pojawienie się tam Panny Chłód mogło tłumaczyć jedynie porwanie przez jakiegoś stukniętego bogacza, który miał obsesję na jej punkcie. Wiele rzeczy mu się nie zgadzało, zapytał więc jeszcze dla pewności:
- Była sama? Aaa... jak wyglądała?
Lizzie spojrzała na niego spod byka:
- A jak sądzisz? Oczywiście, że wystrzałowo... Chociaż gdybym ja miała takie futro, to założę się, że wyglądałabym...
- Nie, nie, chyba mnie źle zrozumiałaś. Czy wyglądała jakby było przetrzymywana, no wiesz, siłą?
Elizabeth Charminskin wyglądała na rozmarzoną:
- Ja to bym chciała być tam przetrzymywana siłą... – pod wpływem wzroku Wilsona nikt jednak nie mógł długo fantazjować – Nie była sama, oczywiście otaczał ją tłum facetów, ale nawet nie pytaj jak wyglądali, to była taka wiesz, ogromna, niezidentyfikowana, śliniąca się masa... W dodatku całkiem bogata...- mruknęła. Po ułamku sekundy dodała - myślę, że wyglądała odrobinę, jakby nie chciała tam być.
Wilson uniósł lekko brew:
- Odrobinę?
- Chociaż sama nie wiem, ona zawsze ma minę jakby miała gó... – Liz szybko rzuciła wzrokiem na Wilsona – nieczystości pod nosem... Tak w ogóle to nie wiem co widzą w niej ci mężczyźni...
Jack poczuł, że tu już nic więcej się nie dowie. Grzecznie pożegnał się więc z gospodynią nieco ubogiego domku, rzucił złośliwie „Słyszałaś, że Frost była młodzieżową Miss stanu Ohio?” i wyruszył swoim Contagionem w stronę policyjnego laboratorium.

Amilaglabes Johanson był osobą całkowicie nudną i nie cierpiącą ekscesów. Ta cecha prawdopodobnie brała się z tego, że jako człowiek, którego rodzice obdarzyli wyjątkowo niespotykany imieniem, miał wrodzoną nieufność do ludzi i zdarzeń o skłonnościach „wybrykowych”.
Tak więc rezultaty badań, które trzymał w rękach i miał zamiar właśnie przekazać swojemu dobremu znajomemu Jackowi Wilsonowi wybitnie go irytowały.
- No i co tam Glab, stary druhu? Mam nadzieję że masz już te wyniki?
- Wolałbym ich nie mieć, Jacky. Już raz widziałem coś takiego. Prawdopodobnie jest to kolejna substancja wydzielana przez ciało jakiegoś homo superior – Johanson był najbardziej poprawną politycznie osobą w całym uniwersum i taka nazwa jak „mutant” nie chciała mu nawet przejść przez gardło. – Widzisz, ta substancja ma niespotykane właściwości. Masz wielkie szczęście, że jej nie dotknąłeś... – rzucił wzrokiem przelotnie na Wilsona, którego wyraz twarzy sugerował, że jednak dosłownie maczał w tym palce. Glab zaniemówił. Po chwili jednak jego zdolność mowy została przywrócona i można powiedzieć, że dzięki sile swojej wypowiedzi nadrobił wszystkie kwestie wypowiedziane flegmatycznym głosem.
- Czy ty od wczoraj pracujesz w policji?! Czy to nie na pierwszych lekcjach w akademii uczą, aby nigdy! pod żadnym! pozorem! nie dotykać! nieznanych! substancji?! Zachowałeś się jak kompletnie nieodpowiedzialny szczeniak! Powinienem iść do twoich przełożonych! Stanowisz zagrożenie dla siebie i ludzi których masz chronić!
- Glab, wiem, że masz rację, ale to był impuls, po prostu podniosłem tą lalkę, skąd mogłem wiedzieć, że tam jest ta ciecz? Właściwie dotąd nie wiem o co ci chodzi...
Johanson był cały czerwony i ciężko dyszał, ale ze zdwojoną mocą przerwał wypowiedź Wilsona, wykrzykując:
- Ja ci powiem, o co chodzi! Ty nieodpowiedzialny idioto! Nawet nie przypuszczałem że jesteś tak głupi!
- Glab, błagam, uspokój się!
Amilaglabes Johanson, mocno wyczerpany własnym wybuchem, teraz był w stanie tylko spojrzeć z żalem na swego przyjaciela. Po chwili zaczął mówić cichym i dziwnie spokojnym głosem:
- Tak mi przykro, tak bardzo przykro...
Jack mocno już zaniepokojony patrzył na swego kolegę. Najpierw wybuch tak bardzo niepasujący do doskonale przewidywalnego Glaba... A teraz głos, jakby Jack już jedną nogą był w grobie... Zdołał tylko wydukać:
- To co...to za... substancja?
Chemik spuścił łysawą już głowę i mówił jednostajnym głosem:
- Ona zawiera rzadko spotykany rodzaj wirusa, który przenosi się przy najlżejszym kontakcie fizycznym. Po upływie maksymalnie 5 godzin od zakażenia powoduje całkowity rozkład narządów wewnętrznych każdego organizmu żywego.
Jack poczuł, że ma ochotę zwymiotować. Jednak już po kilku sekundach, jako, że był rasowym detektywem, fakty zaczęły mu się nie zgadzać.
- Powiedziałeś, że maksymalnie 5 godzin, a od czasu gdy jej dotknąłem minęło co najmniej 7. Jak widzisz, moje wnętrzności jeszcze istnieją, więc pewnie musiałeś popełnić jakiś błąd w badaniach...
Johanson był bardzo zirytowany. Coś takiego przytrafiło mu się po raz pierwszy w całej jego karierze chemicznej.
- Nie, Jacky, to nie możliwe. Jak ci już mówiłem, już wcześniej spotkałem się z tą substancją, chodź lepiej nie pytaj w jakich okolicznościach. Wszystkie badania potwierdziły, że jest to ta sama substancja, i niestety wiemy, że jest to maksymalnie 5 godzin.
Wilsona nagle oświeciło. I nie było to miłe uczucie. Zdołał tylko wyksztusić:
- Pill...


--------------------
...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Bratiin
post 07.08.2006 13:10
Post #8 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 55
Dołączył: 16.02.2004
Skąd: Hammer Bay, Genosha

Płeć: Kobieta



Widzę, że to opowiadanie podąża drogą wielu poprzedników, czyli zapomnienia smile.gif
W każdym bądź razie oto kolejna część.


Od laboratorium do slumsów było 120 kilometrów. W czasie drogi, który z powodu sporych korków w mieście wydłużył się do godziny, Jack przekonywał sam siebie, że Pill nic nie grozi. Przecież powiedziała, że jej organizm neutralizuje wszystkie trucizny i choroby. Jednak im bardziej to sobie perswadował, tym natrętniejszy głos mówił mu, że to, co zobaczy po przybyciu do kartonowego domku będzie niezbyt ładnym widokiem.
Po przybyciu, mimo własnych nieprzyjemnych sugestii, przeżył szok. Okazało się, że był to jeden z najgorszych widoków, jakie Jack ujrzał w całym swoim życiu, a trzeba uczciwie przyznać, że po 10 latach pracy w nowojorskim getcie mutantów widział naprawdę „niezbyt ładne widoki”.
Jego wzrok wytrzymał ułamek sekundy na czymś, co kiedyś było ciałem Elizabeth Charminskin, a w chwili obecnej wyglądało jak zielony skórzany worek, z którego ze wszystkich najmniejszych otworów wychodziło zgniłe i cuchnące mięso.
Wilson wyciągnął komórkę i zadzwonił do Wydziału Zabójstw. Oświadczyli, że przyjadą za 20 minut i do tego czasu detektyw ma tam pozostać.
W tamtej chwili o niczym nie myślał.
Stojąc w bezpiecznej odległości od zwłok, które zwisały bezwładnie z brzydkiego drewnianego krzesła, i zakrywając twarz, by uchronić się od wstrętnego fetoru rozejrzał się po pokoju. Zauważył, że przed trupem stoi jakaś zupa. Przełamując się, podszedł do stołu i zbliżył rękę nad powierzchnię zupy. Była jeszcze ciepła. Błyskawicznie skojarzył fakty. Wyszedł na zewnątrz, wyciągnął notatnik, który zawsze miał przy sobie i zaczął pisać:

Mutantka Elizabeth Charminskin vel. Pill, posiadała zdolności, które pozwalały na przejęcie choroby i zneutralizowaniu jej przez jej własny organizm. W chwili, gdy została zakażona przeze mnie wirusem, przejęła moją chorobę, którą udało jej się zneutralizować, jednakże także jej organizm został nim zainfekowany. W związku z umiejętnościami leczniczymi, w jej organizmie choroba nie rozwijała się jak w innych istotach żywych. Trwała tam ciągła walka, z której Pill prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy, co świadczy stojąca przed nią zupa (znak, że czuła się normalnie) Jednak w pewnym momencie nastąpiła przegrana jej organizmu i nastąpił natychmiastowy zgon. Przypuszczam, że całkowity rozkład narządów wewnętrznych nastąpił już po zgonie.

Zamknął notatnik i wyciągnął miętówkę. Do chwili przyjazdu oddziału patologicznego w jego głowie nie zagościła żadna myśl.


Jack jechał w stronę domu. By zabić czas i nie myśleć przypatrywał się mieszkańcom Purcell. Doliczył się 63 naruszeń najczęściej łamanego przepisu, który mówił, że:
Zgodnie z art.4 poprawki 16, zabrania się używania zdolności mutacyjnych przez homo superior w miejscach publicznych. Wyjątki stanowią: patrz przypis 3.
Jednym z wyjątków byli ci, którzy mieszkali na II poziomie Purcell, czyli mutanci potrafiący latać. Stanowili właściwie osobną społeczność i można powiedzieć, że byli symbolem Purcell. Na większości pocztówek można było zobaczyć wieżowce pośród których szybują telekinetycy bądź istoty obdarzone skrzydłami. Jack często im zazdrościł. Kiedyś spotykał się z pewną kobietą potrafiącą wytwarzać wiatr i na całe życie zapamiętał uczucie towarzyszące lotowi w chmurach...
Otrząsnął się. Był już po swoim obskurnym blokiem. Niechętnie wyszedł z nowoczesnego samochodu tak niepasującego do otoczenia i rozejrzał się pobieżnie po zaniedbanym osiedlu. Dostrzegł Alice wraz z jej nieodłącznym kotem, zmierzających w stronę kiosku z gazetami. Jako, że był wybitnie nie w nastroju do plotek ze swoją gadatliwą sąsiadką, zaczął skradać się po cichu, by jej przeklęty czarny kocur go nie zauważył. Dopiero, gdy dotarł do swoich drzwi, odważył się odetchnąć. Zaczął wyciągać klucze i lekko drżącymi rękami włożył je do zamka i przekręcił. Od razu poszedł do łazienki wziąć prysznic.
Dopiero, gdy spłynęły na niego orzeźwiające strugi wody, uświadomił sobie z pełną siłą, co się stało. Pill nie żyje. Skłamałby, gdyby powiedział, że uczuje jakąkolwiek stratę po jej śmierci, ale przeraźliwie przygniatała go odpowiedzialność za jej śmierć. Bo co do tego, kto to zrobił nie miał wątpliwości. On był jej mordercą. Nie zważał na cichutki, wewnętrzny głos mówiący, że przecież nie zrobił tego specjalnie. Wiedział, że do końca życia nie zapomni tamtego widoku i nie pozbędzie się ciężaru poczucia winy.
Nieco bez związku pomyślał o jej profesji. Leczyła ludzi... Pomyślał o tych, którym z pewnością uratowała życie, a chwilę później przed jego oczami pojawiły się obrazy tych, którym nie zdąży pomóc.
„Idiota”, pomyślał, wychodząc z wanny. „Za niedługo zacznę się obarczać winą za śmierć wnuków, których nie zdążyła mieć”.
Ułamek sekundy później inny głos dodał „Przeze mnie”.

Popatrzył w kierunku stołu, na którym zebrał wszystkie alkohole dostępne w jego mieszkaniu. „Powinno wystarczyć”, skwitował ponuro. Jeszcze tylko wyłączył telefony, zamknął drzwi i mógł zacząć pogrążać się w alkoholowym zapomnieniu.

Następnego ranka zbudził go potworny ból głowy. Przez chwile nie pamiętał gdzie jest, lecz po chwili wszystkie wspomnienia wróciły i nie mógł powiedzieć, że się z tego cieszy. Dawno nie czuł się tak okropnie. Wiedział jednak, że pod żadnym pozorem nie może rozpamiętywać wydarzeń poprzedniego dnia. Ogarnął się jako tako, wziął najsilniejszy środek na kaca jaki posiadał w domu i siadł do pisania raportu ze śledztwa, który miał dostarczyć Middle’owi tego samego dnia. Stary burak powiedział bowiem, że ta robota jest ważna dla rządu, gdyż od rezultatu poszukiwań może zależeć stosunek X-men do Purcell, więc raporty mają leżeć na jego biurku po jakimkolwiek odkryciu. Nie omieszkał też dodać, że postępowanie jest tajne i do prasy nie mogą się dostać żadne przecieki. Jakby ostatnio to była jego wina... A przecież wszystko było sprawką tej natarczywej Minnie Caliente z „PN Times”.
Skrzywił się. Dzięki wielkiemu wysiłkowi udało mu się ukończyć meldunek. Nie pozostało mu więc nic innego jak ruszenie na spotkanie z pewnym panem M.

Zwykle Sinious Middle nie wychodził ze swojego biura, więc aby do niego dotrzeć trzeba było przedrzeć się przez cztery punkty kontrolne. Tym razem jednak męka czterokrotnych badań DNA, (mimo, że większość ochroniarzy była jego dobrymi znajomymi, a w dzisiejszych czasach badania DNA nie dają żadnej gwarancji bezpieczeństwa) została Jackowi oszczędzona, gdyż Middle czekał już w jego prywatnym biurze.
- No Wilson, tym razem się nie spóźniłeś – Sinious rozparty na krześle wyglądał na niezwykle zadowolonego
- To chyba nieźle, szefie? – zapytał poirytowany Jack. To, że burak przytoczył się do niego osobiście nie wróżyło nic dobrego.
- Doszły mnie już słuchy o wczorajszym przykrym wydarzeniu, dlatego postanowiłem ci przydzielić człowieka. Muszę powiedzieć, że dopiero co skończyła Akademię, ale sądzę, że będzie bardzo przydatna.
- Kto to jest? – zapytał Jack spokojnym tonem, lecz w duszy wył z rozpaczy. Ma mało problemów, że musi jeszcze niańczyć jakąś nowicjuszkę?
- Zaczekaj chwilę – wymruczał Middle i powiedział do małego guzika, przypiętego do klapy marynarki – Susan, przyślij mi do gabinetu Wilsona naszą nową, tajną broń – Gdy się rozłączył, uśmiechnął się – Myślę, że będziesz zadowolony.
Wilson wyrzucał w myślach najgorsze przekleństwa. Zadowolony. Z nowej kuli u nogi?

Oczekiwanie na przybycie „tajnej broni” nie trwało długo, gdyż już po niecałej minucie ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka.
- Aloha, kapitanie, czy jak tam się mówi na Wybrzeżu – powiedziała nowa i w tej chwili zauważyła Jacka – A więc to jest legenda czegoś tam, jak opowiadał mi ten wasz portier. Pozwól, że się przedstawię. PJ Reep.
Jack zmierzył wzrokiem swoją nową partnerkę. Miała kasztanowe, w pewnym świetle nawet rude włosy i intensywnie zielone oczy. Była zgrabna, lecz po treningu w Akademii nawet największy tłuścioch wyglądał jak model z katalogu (choć Jack przypuszczał, że Middle stanowi wyjątek). Miała ubrane podziurawione, luźne dżinsy i zwykłą czarną koszulkę. Gdy uznał, że nie odpowiada odrobinę za długo, powiedział.
- Miło mi poznać – powiedział to tonem sugerującym, że co najmniej jedno słowo w tym zdaniu jest fałszywe.
- Właściwie nazywam się Pauline Joanne Reep, ale mów mi PJ. Tak będzie szybciej wołać, gdybyś na przykład spadał z dachu czy był na muszce jakiegoś mafiosa...
„Bogowie”, pomyślał Wilson. „Mam nadzieję, że to tylko jakiś koszmar”.
- Może powiesz Wilsonowi, jakie posiadasz zdolności? – Jack prawie zapomniał, że w pokoju znajduje się Middle – Ja już muszę lecieć, wiecie, obowiązki – mrugnął i wybył z pokoju zadziwiająco szybko.
„A więc jest mutantką, genialnie.”
- No więc, PJ? Czym cię obdarzyła cudowna mutagenika?
- Mam szczęście – powiedziała i uśmiechnęła się.
- To miłe, bo mi go niestety bardzo brakuje. No, ale jakie są twoje zdolności?
- Już powiedziałam, ale jeżeli chcesz, żeby zabrzmiało to bardziej naukowo, ujmę to tak: Mogę psioniczne wpływać na rachunek prawdopodobieństwa, aby uzyskać niezwykłe "szczęście" w swych działaniach – kolejny raz się uśmiechnęła – Napisał mi to na kartce mój były, a ja to wykułam, więc nie pytaj co znaczy „psioniczne”.
- Och. A więc nasz kochany szef uznał, że potrzebna mi żywa maskotka. Jak się cieszę.

Wilson ledwo powstrzymywał nerwy na wodzy, widząc uśmiechniętą twarz swego szefa.
- Czy naprawdę uważasz, szefie, że to było konieczne?
- Tak. I na tym zakończmy ten temat. Chce porozmawiać o czymś innym. Przeczytałem twój raport i wzmiankę o Złotym Ziarnie. To jak na razie jedyny trop. Johanson, Heikkinen i nasi genetycy wprawdzie rozpracowują jakie jest pochodzenie tej nieszczęsnej trucizny, ale to może zająć sporo czasu, tak więc postanowiłem, że zajmiemy się w tym czasie rozpracowaniem tego klubu.
- To znaczy? – Jack poczuł, że ta rozmowa jest kolejnym zwiastunem złych wiadomości.
- Dziś wieczorem wydają bankiet. Nasi agenci przechwycili zaproszenie dla niejakiego Jonatana Olofssona, szwedzkiego miliardera. Na nasze szczęście nigdy nie pokazywał się na tego typu imprezach, a jego tożsamość jest ściśle tajna. Prawdę mówiąc, dopóki nie przechwyciliśmy tego zaproszenia nie mieliśmy pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje. Nie będzie więc problemów z tym, że ktoś go z tych ważniaków zna.
- Ktoś jednak musiał wysłać zaproszenie.
Middle lekceważąco wykonał gest, który u osoby o mniejszej tuszy oznaczałoby wzruszenie ramionami.
- To już dawno rozpracowaliśmy. Ci wszyscy bogacze są strasznie wrażliwi na punkcie bycia incognito. Nasi agenci mogliby się od nich sporo nauczyć. To o czym ja... W każdym razie ich tożsamości nie zna żaden człowiek. Mają takiego geniusza, co wymyśla im różne gadżety i wykombinował jakąś strasznie skomplikowaną maszynę, która odnajduje takich milionerów na całym globie i wysyła im... A zresztą, nie mam zamiaru tego tłumaczyć. Ważne, że teren jest czysty i o nic się nie martw.
- A jak ktoś będzie pochodził ze Szwecji?
- Od takich spraw masz tą nową.
- Od jakich?
- Od tych, gdzie spore znaczenie ma szczęście.


--------------------
...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Bratiin
post 06.10.2006 16:20
Post #9 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 55
Dołączył: 16.02.2004
Skąd: Hammer Bay, Genosha

Płeć: Kobieta



No cóż, to przedostatnia część z tych. które mam do tej pory napisane, a więc prawdopodobnie i tu przedostatnia, biorąc pod uwagę zainteresowanie smile.gif


PJ oglądała krajobraz przesuwający się za szybą samochodu jej nowego partnera. Przed chwilą skończył opowiadać, jaką sprawę właśnie prowadzi. Prowadzimy, poprawiła się w myślach. Zerknęła na niego z ukosa. Myślałam, że będzie przystojniejszy, uznała. Miał koło trzydziestu kilku lat, jednak niektóre włosy wyróżniały się już srebrną barwną wśród mimo wszystko wciąż przeważającej liczbie brązowych. Jego oczy były brązowe bądź zielone, PJ nie umiała tego dokładnie określić. „Nos rzymski, usta wąskie”, notowała w myślach. „Nie mój typ”.
Jack zauważył jej wzrok i postanowił przerwać ciszę.
- Jak mi się zdaję, jakimś cudem wiesz sporo o mnie. Miło by było, gdybym ja dowiedział się coś o twojej przeszłości.
PJ wzruszyła ramionami.
- Nie ma w niej nic ciekawego. Jakoś dziwnym trafem wszystko przychodziło mi łatwo. – rozciągnęła wargi w lekkim uśmiechu. – Wychowałam się w LA, jednak gdy skończyłam 14 lat przenieśliśmy się do Toronto. Tam skończyłam Kurs podstawowy, ale że zawsze chciałam zobaczyć słynną Mutopię, przyjechałam, zaliczyłam Akademię i buu. Mam swoja pierwszą sprawę. Aa, zapomniałabym o jakże interesującym epizodzie z mego życia, czyli pobycie w Instytucie Xaviera...
- Poznałaś Emmę Frost?
- Gdy ja tam „uczyłam się kontroli nad swymi zdolnościami”, ona była jeszcze tym złym. No wiesz, cała ta sprawa z Hellfire. Ale nasłuchałam się o niej całkiem sporo.
- Na przykład?
- Na przykład o jej firmie. Były różne procesy. Podejrzewano, że wykorzystywała swoją telepatię żeby uzyskać jak najlepsze kontrakty. I ja w to wierzę, bo nie ma chyba na świecie takiego frajera, który sprzedał swoją firmę za kwotę równą jakiś niecały procent wartości.
- Na jej miejscu dbałbym chociaż o pozory.
- Podobno dbała. Słyszałam, że znaleziono u niej fałszywe dokumenty, ale jakoś się z tego wywinęła no i teraz jest ideałem dla tysięcy nastolatek.
- Czyli... Frost ma całkiem niezłe dochody?
PJ spojrzała z niedowierzaniem.
- Niezłe? Niezłe to ja mam. A wystarczy powiedzieć, że ona w ciągu minuty zarabia więcej niż ja pracując przez co najmniej 600 lat.
Jack nie odpowiedział. Okazało się, ze ta cała nienormalna Reep powiedziała mu więcej niż Middle przez cztery długie i niemiłosierne nudne spotkania.
- To już tutaj – przerwała ciszę PJ. – Dzięki za podwózkę.
- Będę po ciebie o ósmej – powiedział Wilson okrążając samochód i otwierając jej drzwi.
- Dzięki. Nie martw się, zrobię się na bóstwo –uśmiechnęła się i puściła oko.
„ Robiąc bilans zysków i strat jej partnerstwo wychodzi jednak na minus”, pomyślał Wilson wracając do domu.

Przyglądał się krytycznie swojemu odbiciu w lustrze. Nieźle, pomyślał. Wiedział, że na co dzień nie zachwyca swoją urodą, jednak posiadał niesamowitą zdolność zmieniania swojego wizerunku. W jednej chwili potrafił wyglądać jak najgorszy ćpun, a w drugiej tak jak w tej chwili. Z klasą. Niektórzy koledzy z pracy podejrzewali go nawet o zmiennokształtność, ale umiejętności te nie miały żadnego podłoża genetycznego. Był po prostu w tym dobry. Może odziedziczył to po mamie aktorce?
Spojrzał na garnitur, który dostał od Middla „dla kamuflażu ”. Wyglądał na cholernie drogi i dlatego postanowił ubrać płaszcz. Jego żelazna dewiza głosiła, że im coś bardziej pochłania ciężko zarobione pieniądze, tym mniej można na tym polegać.
Gasząc światła i zamykając drzwi rozmyślał, jaki to wszystko ma sens. Ta trucizna, listy od jakiegoś świra i pojawienie się Frost w Ziarnie. Jakoś nie sądził, że ta dzisiejsza impreza coś wniesie, wręcz przeciwnie, podejrzewał, że tylko wszystko popsuje. To, że wiele zależy od szczęścia jego irytującej partnerki dodatkowo nie poprawiało mu humoru.

Był pod domem PJ punkt ósma. Punktualność była jedną z jego charakterystycznych cech. Niecierpliwił się więc, gdy „chwilka” o którą poprosiła PJ przeciągła się w 15 minut. Gdy wreszcie wyszła z klatki schodowej, nie ukrywał ulgi. Wyszedł z wozu i wymamrotał:
- Nareszcie.
- Wybacz, ale wiesz jak to jest. Tu czegoś zapomnisz, tu coś zgubisz...
Wilson osobiście uważał, że Reep cały swój czas poświęciła jednak na zrobienie porządnego makijażu, a nie na odszukanie złośliwych przedmiotów. Przyznał w duchu, że efekt końcowych nie jest koszmarny, ale z pewnością jego partnerka przesadziła z czymś błyszczącym na twarzy. Nie tylko na twarzy, dodał w myślach. Ubrana była w czarną lśniącą sukienkę, która wyglądała jakby ktoś uszył ją z potłuczonych kawałków lustra. Może jednak tym snobom się to spodoba, myślał bez przekonania.
Jego partnerka przyglądając mu się podczas jazdy w stronę elitarnej dzielnicy miała bardziej entuzjastyczne myśli na temat swego towarzysza. Była pod sporym wrażeniem. Nie mogła uwierzyć, że człowiek który wyglądał jak Kevin Gear w „Samotniku”* teraz jest idealnym przykładem człowieka z wyższych sfer.
Drgnęła, gdy usłyszała głos Wilsona.
- Co mówiłeś?
- Mówiłem, żebyś się skupiła na tych swoich zdolnościach, bo szczęście będzie bardzo mi potrzebne.
- Ymm... Jest tylko jeden problem, kapitanie.
- Jaki problem?
- Żebyś się tak bardzo nie rozpędzał. Mogę używać zdolności tylko na sobie lub osobie w naprawdę najbliższym otoczeniu.
Jack przeklinał w myślach. Wiedział, że coś takiego musi się zdarzyć.
- To będziesz musiała przebywać w naprawdę najbliższym otoczeniu – wycedził lodowatym tonem. Czuł, że ma ochotę wysadzić kogoś w powietrze.
- Nie ma sprawy, partnerze – odpowiedziała PJ i mrugnęła. Mrugnęła! Jack poczuł, że tą osobą jest właśnie Reep.

Jack musiał przyznać, że w chwili, w której zbliżał się do uzbrojonego po zęby ochroniarza drżał. Jednak jego ciałem targnął prawdziwy spazm strachu, gdy zauważył, jakie urządzenie trzyma w rękach strażnik. Był to skaner DNA. „Oczywiście”, myślał Jack. „Dlaczego do cholery nie pomyśleliśmy o skanerze!” Dobrze wiedział, że nawet podrzędne puby mają takie urządzenie. Automatycznie wyklucza się dzięki temu osoby zapisane w międzynarodowych katalogach jako potencjalnie niebezpieczne.
Wilson nie miał pojęcia, co teraz zrobić. Zaczął obserwować ludzi wchodzących do Złotego Ziarna. Fachowym okiem zauważył, że większość ma na sobie Greksy – niewidzialne peleryny kuloodporne. Teoretycznie niewidzialne, gdyż wywoływały one nienaturalne załamywanie się światła, co było widoczne przy dłuższym wpatrywaniu się.
Jack czekał na sposób postępowania ochroniarza. Z ulgą zauważył, że gdy nie ma żadnych wątpliwości co do tożsamości, nie używa skanera.
Teraz trzeba było liczyć na szczęście.
Zaoferował swoje ramię PJ i ruszyli zdenerwowani w stronę wejścia.
- Mam nadzieję, że wszystko się uda. To wielkie coś, co ma przypięte do paska wygląda na niebezpieczne – wyszeptała Reep. Glos lekko jej drżał.
Jack udawał nonszalancje, gdy podawał swoje zaproszenie. Strażnik zmierzył go ciekawskim spojrzeniem i powiedział:
- To dla nas zaszczyt, panie Olofsson.
Wilson zdobył się tylko na kiwnięcie głową i pośpiesznym krokiem wkroczył do jaskini próżności.
W bezpiecznej odległości od ochroniarza wydusił:
- Niesamowite. Udało się nam.
- A co myślałeś? Wiesz jak ciężko musiałam wysilać to swoje coś, żeby skojarzył twoje nazwisko? I powiedz jeszcze kiedyś, że we mnie nie wierzysz, ha!
Rozejrzeli się po sali. Była średnich rozmiarów. Wystrój był zaskoczeniem dla Wilsona, który nigdy nie ufał w gust bogaczy i podświadomie czuł, że Złote Ziarno musi ociekać ze wszystkich miejsc złotem. Tutaj natomiast wystrój był niemalże ascetyczny, opierający się na metalu i szkle i można by wręcz pomyśleć, że jest się w jakimś nowoczesnym centrum badawczym, gdyby nie obrzydliwie drogie ubrania tłumnie zebranych gości.
Sala był podzielona na kilka segmentów. Była część bankietowa, z ustawionymi małymi kawiarnianymi stolikami, parkiet ze sceną, na której grała jakaś miniorkiestra oraz część z przytulnymi kanapami, gdzie można było znaleźć chwilę prywatności
- O rany, ale tu nadzianych gości! Hej, patrz, to Johnny Deep!
- Taa, ekstra, super… Musimy zająć się...
- Szkoda, że jestem z tobą, mogłabym złowić niejednego bogatego przystojniaka! – wtrąciła mu się w słowo Reep. Miała rozmarzone spojrzenie.
- Tak, to naprawdę genialne. Już widzę te kolejki do ciebie. Jestem prawdziwym szczęściarzem – Jack użył głosu zupełnie wypranego z emocji.
- Ej no, nie bądź zazdrosny, skarbie.
- Wystarczy szefie – Wilson zmrużył oczy. Miał już powyżej uszu Reep -Właściwie nie wiem, co my mamy tutaj zrobić, ale szukajmy wszystkiego, co wygląda na dziwne.
- Jak dla mnie ten facet wygląda podejrzanie – powiedziała Reep i wskazała na czarnego samotnego mężczyznę sączącego drinka. Ubrany był w zielony garnitur i pomarańczową koszulę.
Jack musiał przyznać, że było w nim coś dziwnego...
- Już sam fakt, że wydał 100 tys. dolarów na tak obrzydliwy garnitur musi coś znaczyć –powiedziała tonem znawcy PJ – Akurat wiem, bo kiedyś byłam z takim jednym kreatorem mody i on mi...
Jack dalej nie słuchał. Przyglądał się twarzy nieznajomego i uświadomił sobie, że skądś go zna. Podążając różnymi tropami myślowymi uświadomił sobie, kim on jest. Christopher Terrence Aaronson. Członek Hellfire Club i jeden z tutejszych organizatorów świata przestępczego. Może on wie coś na temat zaginięcia Frost?
- Hej, Wilson? Co jest? – PJ najwyraźniej skończyła swoją opowieść i teraz przypatrywała się zamyślonemu Jackowi.
- Nazywam się Olofsson, panno Denim. Proszę o tym nie zapominać.
- Denim? Myślałam, że ustaliliśmy już, że nazywam się Chille.
- Nazywasz się Joel Denim. Jesteś moją narzeczoną, poznaliśmy się w Chicago na wakacjach – Jack mówił to wszystko nieobecnym głosem.
- Hej, co się stało, Olofsson?

Jack wytłumaczył jej całą sytuacje i swoje podejrzenia. Zaczęli zastanawiać się co robić. Zanim jednak cokolwiek ustalili, zobaczyli zmierzającego w ich stronę Aaronsona.
- Czy mi się zdaje, czy on idzie w naszą stronę? – zapytała się nieco głupio PJ, chwilowo Denim.
Nim Jack odpowiedział cokolwiek, Aaronson już wyciągał rękę do przywitania.
- Chris Aaronson.
- Jonatan Olofsson – powiedział Jack starając się ukryć zdenerwowanie.
Aaronson kiwnął głową i powiedział:
- Pan jest pewnie jednym z tych bogaczy, którzy za wszelką cenę walczą o swą anonimowość?
- Jakby pan zgadł. Anonimowość jest dziś niezwykle w cenie – powiedział Jack starając się patrzeć swojemu rozmówcy w oczy.
- A kim jest pana czarująca partnerka? – spytał Aaronson lekko mrużąc oczy.
- Joel Denim, narzeczona Jonatana – powiedziała PJ uśmiechając się słodko i przytulając się do Wilsona.
Jack starał się nie wykrzywiać twarzy w grymasie dezaprobaty.
- Pewnie zastanawiasz się, dlaczego podszedłem – powiedział czarnoskóry mężczyzna – Widzisz, otóż jestem skłonny z tobą współpracować. Chodzi o wielkie pieniądze…
- Ah, interesy… - Wilson zaczął się nieco denerwować – Wybacz, ale na spotkaniach nieoficjalnych nie rozmawiam o pieniądzach. Skontaktuj się z moją kancelarią – mówiąc ostatnie słowa skierował się wraz z PJ na parkiet.
- Ale jak niby mam ją znaleźć? – zdołał wykrzyczeć Chris, lecz został zagłuszony przez melodię jakiegoś walca.

---------

* alternatywne światy, alternatywne filmy, alternatywni bohaterowie :-)



--------------------
...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Bratiin
post 12.10.2006 18:01
Post #10 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 55
Dołączył: 16.02.2004
Skąd: Hammer Bay, Genosha

Płeć: Kobieta



Dzięki, Estiej.
To opowiadanie jest pisane dla przyjemności i rozrywki mojej i czytelnika, nie ma w nim nic, co (teraz będzie przesadnie patetycznie) chciałabym zostawić po sobie smile.gif
W takim razie pisanie go bez innych czytelników niż ja sama, ku uciesze mej li i jedynie ma w sobie coś bardzo... grafomańskiego. Po prostu przyjmuje, ze nie ma nikogo, kogo to interesuje i tyle. Nie obrażam sie i nie poddaje, po prostu to nie ma sensu smile.gif Moge sprawić sobie trochę frajdy pisząc je do szuflady, ale innych nie muszę tym zamęczać, nie wiedząc nawet, czy przyzwoite jest to czy nie smile.gif Poprostu.


--------------------
...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Kara
post 12.10.2006 18:08
Post #11 

Absolwent Hogwartu


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 666
Dołączył: 12.11.2005
Skąd: 3miasto

Płeć: Kobieta



Powiem ci że teraz z perspektywy czasu przeczytałam to wszystko i powiem ci cos z serca... Myliłam sie... Mnie wciągneło "dojrzałam do tego tekstu" tongue.gif I naprawde pisz bo całkiem całkiem Ci to wychodzi...


--------------------
Luke I'm your father!!!
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Bratiin
post 12.11.2006 15:23
Post #12 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 55
Dołączył: 16.02.2004
Skąd: Hammer Bay, Genosha

Płeć: Kobieta



Dziś te ostatki, które zostały napisane, ale raczej będę jeszcze kontynuowała to opowiadanie.



Jack podczas tańca po raz kolejny myślał nad tym, co w ogóle tu robi. Nie było żadnej szansy dowiedzenia się czegoś nowego, a mógł sobie tylko zaszkodzić pokazując się tutaj.
- I co robimy? – rozważania przerwał mu głos PJ – Ja proponuje podążyć w stronę tego uroczego barku… Mają tam takie alkohole, że nigdy bym na nie nie mogła sobie pozwolić… Skoro i tak nic nie mamy do roboty, to czemu się dobrze nie zabawić?
- Jak chcesz, nie cierpię tańczyć –Jack sprowadził swoją partnerkę z parkietu i podążyli w stronę wolnego stolika.
- Wiesz, prawdę mówiąc, nie najlepiej ci ten taniec wychodzi…
- Mam dziwne odczucie, panno Reep, że za bardzo się pani spoufala. Jestem pani przełożonym.
- Tak jest, sir – powiedziała PJ i przewróciła oczami.
- Jeżeli mamy coś wynieść z tej wizyty to musimy popytać ludzi o Frost.
- O, świetny pomysł! Powiesz, hej ludziska, może porwaliście Frost? Kto ci coś powie?
- Widać, że jest to twoja pierwsza sprawa, Reep – powiedział lodowato – Ty jesteś dobrą znajomą Frost, poznałyście się w Instytucie. Przyjechaliśmy tu, gdyż dowiedzieliśmy się o wyjeździe Emmy. Nie umiemy jednak znaleźć żadnego miejsca jej pobytu. Niedługo bierzemy ślub i bardzo ważne dla ciebie jest to, by Emma był na nim.
- Jasne, kochanie – powiedziała PJ i mrugnęła, kończąc drugiego już drinka.
Wilson pomyślał, że w życiu Reep miała o wiele za dużo szczęścia.

Skończyli rozmawiać z piątą parą, a do tej pory o niczym się nie dowiedzieli. Większość osób była zaskoczona tym, że Frost opuściła Instytut i nie umieli nic powiedzieć o miejscu ich pobytu. Jedna rudowłosa kobieta powiedziała im tylko tyle, żeby sprawdzili w Fortunie, 5 gwiazdkowym hotelu. Jak stwierdziła znacząco chrząkając, zatrzymują się tam wszyscy „ludzie na poziomie”. Ponadto dodała, że przy poprzedniej wizycie, rok temu właśnie tam się zatrzymała Frost. Nie omieszkała dodać, że w pokoju obok.
Poza tymi informacjami Jack nie dowiedział się nic więcej. Może zdobył jedynie wiedzę, o czym rozmawiają ludzie z wyższych sfer. Otóż zupełnie o niczym. Większość czasu zleciała mu na mówieniu trudnych słów bez znaczenia i co sądzi o śmierci królowej Szwecji, Julii Bernadotte.
- Mam nadzieję, że teraz użyjesz tych swoich zdolności i podejdziemy do kogoś, kto naprawdę coś wie – grymas zdenerwowania przerwał potężnym ziewnięciem – Potworni nudziarze.
- Naprawdę ekstra było, jak powiedziałeś temu ogromnemu facetowi, co sądzisz o tym… kimś…co był gdzieś tam… - PJ zachichotała – Ymm… Wiesz, szefie, fajnie że tak za mną chodzisz i w ogóle, ale ja też potrzebuję chwili prywatności…
- Co?
- No wiesz, musze iść tam, gdzie nawet król chodzi piechotą. Więc będę musiała cię opuścić.
- Oszalałaś? Nie możesz mnie zostawić! – nie chciał nawet myśleć o tym, co się stanie gdy szczęście go opuści. Nawet jeżeli jest w postaci Reep.
- No wiesz, jak chcesz, możesz iść ze mną – zachichotała i mrugnęła.
Wilson zaczął się zastanawiać, czy szczęście jest tego wszystkiego warte.
- Mogłaś tyle nie pić… Ale błagam, streść się i nie gadaj z nikim po drodze!
- Skąd wiedziałeś, że miałam taki zamiar? – znowu zachichotała.
Za co ten Middle go tak ukarał?

Wilson siedział przy najbardziej wciśniętej w kąt kanapę i starał się nikomu nie rzucić w oczy. Minęła minuta, odkąd Reep go opuściła, lecz były to nieustające tortury. Każda osoba patrzyła na niego podejrzliwie, wszyscy wyglądali jakby wiedzieli, że nie jest tym za kogo się podaje. Rozpamiętywał kolejną porcję takich rozważań, gdy ktoś dosiadł się do niego. Jack jakimś cudem ukrył panikę w oczach i przyjął zaciekawiony wyraz twarzy. Podniósł głowę i ujrzał ładną, niewysoką szatynkę. Uśmiechnęła się do niego i powiedziała jakieś obco brzmiące słowo.
Jack zaśmiał się szaleńczo w myślach. Wiedział, że coś takiego się stanie. Jakaś cholerna Szwedka dowiedziała się o swoim kochanym rodaku… I teraz gawędzi sobie z nim w dziwnym języku. A Reep zasiedziała się w zapewne bardzo ekskluzywnej toalecie. Nie miał pojęcia, co zrobić.
- A pani jest? – zapytał po angielsku.
Rozmówczynie przybrała porozumiewawczy wyraz twarzy i powiedziała:
- Alva Lindberg. Mój tata jest tutaj ambasadorem – uśmiechnęła się i ściszając głos powiedziała konfidencjonalnym tonem – Rozumiem, że nie chce się pan zdradzać, oni są też tutaj… Może spotkalibyśmy się kiedyś na mieście? Moglibyśmy porozmawiać o ostatnich wydarzeniach…
- Pani wybaczy, ale razem z moja narzeczoną opuszczamy Purcell jutro rano – powiedział Wilson, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Nie paplała po szwedzku, nie wspominała jakichś boskich kapeli z „ich” ojczystego kraju i nie strzelała cytatami z kultowych filmów. Nie miał nawet zamiaru zastanawiać się, kim są ci tajemniczy oni. Starczyło mu to, że dzięki nim się nie zdemaskował.
- Oh, rozumiem – powiedziała Alva znakomicie ukrywając zawód – W takim razie chyba pójdę.
Powiedziała jeszcze jakieś dziwne słowo i wcieliła swoje słowa w czyn.
Jack opadł na krzesło. To niemożliwe, że żeby mieć takie szczęście.
Poczuł silne uderzenie w oparcie kanapy, na której siedział. Odwrócił się i ujrzał PJ.
- No to wszystko jasne – mruknął. Musiał przyznać, że przez chwilę liczył na to, że to całe szczęście zależy wyłącznie od niego.
- Ha, to było piękne, no nie? – Reep szeroko się uśmiechnęła – Ale nie mam pojęcia o kim ona myślała. Może tu jest jakaś antyszwedzka sekta? – powiedziała poważnym głosem, ale po chwili puściła oko – To co? Ruszamy dalej?
Wilson nie odpowiedział. Zauważył Aaronsona. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że rozmawiał z Emmą Frost.


--------------------
...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post

Reply to this topicTopic OptionsStart new topic
 


Kontakt · Lekka wersja
Time is now: 20.11.2018 21:15