Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )

 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

Drzewo · [ Standardowy ] · Linearny+

> Och, Pansy!, historyjka humorystyczna

sareczka
post 20.02.2008 11:27
Post #1 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 82
Dołączył: 13.07.2007




Witam wszystkich!
Przedstawiam mój ostatni "tfur". Tym razem dla odmiany na wesoło. A przynajmniej tak miało to wyglądać w założeniach biggrin.gif Proszę to traktować z przymrużeniem oka. Ot, takie "cuś", owoc chorej wyobraźni tongue.gif Czytajcie i komentujcie, a za błędy nie bijcie. Starałam się biggrin.gif

****

"Och, Pansy!"
- czyli komedyjka o tym, że warto się uczyć Eliksirów.

Szkocja, Hogwart - gabinet Mistrza Eliksirów w lochach, godziny późno popołudniowe

Pansy była w złym humorze. Snuła się po korytarzu, zaciskając pięści i warcząc na każdego, kto ośmielił się nawinąć pod nogi, zamiast jak co dzień kleić się do Dracona w Pokoju Wspólnym, łowiąc każde jego słowo i obserwując go nieustannie. Ale on nie zwracał na nią uwagi!
Na Merlina! Ależ ona była nieszczęśliwa! Spotkał ją okrutny, tragiczny los. Była wzgardzoną kochanką! I cóż z tego, że jej rodzice i i rodzice Dracona zaplanowali ich ślub, kiedy byli dziećmi. Cóż z tego, że od siedemnastu lat skrzaty domowe szyły jej koronkową wyprawę, jakiej nie powstydziłyby się średniowieczne królowe. Cóż z tego, że nauczyła się ceremoniału ślubnego na pamięć w wieku siedmiu lat.
"To wszystko na nic!" - myślała, zdesperowana. - "On mnie nie kocha!"
Zaprawdę, ogromne było jej nieszczęście.
Jednak dzielna dziewczyna nie załamała się. Odgarnęła brązowe włosy z mopsowatej twarzy i ruszyła raźno w kierunku gabinetu Mistrza Eliksirów.
"Porozmawiam z nim." - zdecydowała. - "W końcu jest ojcem chrzestnym Smoczusia. Na pewno pragnie jego szczęścia tak samo, jak ja. A któż da mu więcej prawdziwej miłości niż właśnie ja? Jestem milion razy ładniejsza od Chang, przeczytałam więcej książek o ars amandi niż Granger, poleruję trzonki mioteł lepiej od Weasley, potrafię być bardziej zakręcona od Lovegoood i mam zgrabniejszy tyłek niż ten podrywacz Zabini. Ach, czegóż Draco jeszcze chce, mając mnie!"
"Na hojnie obdarzonego przez naturę Salazara!" - zauważyła po chwili. - "Ja nawet lepiej rymuję od starego Dumbla!"
Tak podbudowawszy poczucie własnej wartości, zdecydowała porozmawiać na temat swej wiecznej miłości do blondwłosego arystokraty ze Snape'm. Ktoś przecież musiał wysłuchać jej problemów, poradzić i okazać współczucie.
Nie kłóćmy się. Panna Parkinson nie miała żadnego zmysłu obserwacji ludzkich osobowości, skoro wybrała do tego celu Severusa Snape'a.
Stanęła pod salą. Zapukała. Odpowiedziała jej cisza. Zaskoczona ponowiła pukanie. Nie usłyszała jednak niczego, poza echem jej własnego stukotu.
"Może nie usłyszał?'
- Profesorze? - zawołała.
"Może jest w swoim gabinecie?"
Otworzyła niepwenie drzwi i weszła do środka. Sala była pusta, jeśli nie liczyć jednego przewróconego kociołka, leżącego w kącie. Wzruszyła ramionami i podeszła do następnych drzwi, za którymi kryła się prywatna siedziba Mistrza Eliskirów.
- Profesorze? - zawołała raz jeszcze. - Hmm... Nie ma go.
Zrezygnowana, już chciała odejść. W końcu mogła do niego przyjść wieczorem, po kolacji. Żaden problem.
Tak się jednak nie stało, gdyż w chwili, kiedy to postanowiła, jej ręka podjęła zgoła inną decyzję i zawędrowała na mosiężną klamkę. Nie była to jednak klamka drzwi prowadzących na korytarz. Wręcz przeciwnie. Klamka, na której spoczywała biała dłoń panny Parkinson otwierała drzwi do prywatnego gabinetu Snape'a.
W tym właśnie momencie Pansy mogłaby jeszcze dokonać odwrotu. Wzruszyć, swoim zwyczajem ramionami, odwrócić się z gracją na pięcie i wywędrować z powrotem na korytarz, gdzie z pewnością właśnie teraz powinna się znajdować. Mogłaby, gdyby w tej decydującej chwili nie dały o sobie znać jej utajone gryfońskie cechy. Bowiem na nieszczęście Ślizgonki, prawdą okazała się teoria, jakoby każdy czarodziej miał w sobie różne cechy, w różnym stopniu wykształcone i ujawnione. Jej gryfońska ciekawość postanowiła najwyraźniej dać o sobie znać właśnie teraz.
Spróbowała nacisnąć klamkę i otworzyć dzrwi. Ustapiły! Była tym odkryciem tak zaskoczona, że przez chwilę stała w miejscu, nie wiedząc, czy iść dalej. Wreszcie odważyła się zajrzeć do środka. Wsunęła najpierw głowę. Pusto. Weszła więc do komnaty, uważnie rozglądając się na boki. Zauważyła leżące na biurku nauczyciela całe stosy papierów, a wśród nich niedopitą kawę.
- To by wyjaśniało, dlaczego zapomniał zablokować wejścia - powiedziała cicho do siebie. - Musiał się bardzo spieszyć.
Właściwie to nie bardzo wiedziała, po co tu przyszła, skoro teraz mogła się najwyżej wyżalić martwym salamandrom w słojach na ingrediencje i jednemu wypchanemu puchaczowi, który łypał na nią szklanym okiem bardzo oskarżycielsko, jakby to ona pozbawiła go wnętrzności i ustawiła na szczycie dębowej szafy.
Chciała zobaczyć ten gabinet, który przecież widziała już wielokrotnie, w obecności jego właściciela. Tylko, że przy Snape'ie nie sposób było się rozjrzeć. Jakoś zaciekawiło ją wnętrze tego pokoju. Chodziła dookoła przyglądając się wszystkiemu i dotykając w zamyśleniu grzbietów książek stojących na ścianach.
Pansy nie lubiła czytać, ale opasłe tomiska oprawione w skórę, wyglądały tak ładnie, że nie mogła się oprzeć i gładziła je w zamyśleniu czubkami palców, tak delikatnie, jakby bała się, że są z porcelany i pod lada dotykiem, pękną, zostawiając właścicielowi ślady po jej obecności. Nic takiego jednak się nie stało.
"O, eliksiry!" - pomyślała dziewczyna, uchylając drzwi składziku. - "A gdybym tak poszukała..."
Trudno jej było sprecyzować swoje wymagania, co do różnorodnych specyfików, które mogłyby w jakiś sposób ją zainteresować, głównie z tego powodu, że nigdy nie miała dobrych stopni z tego przedmiotu i ledwo rozróżniała sok dyniowy od Eliksiru Na Zaparcia (obie substancje miały podobną barwę). Mimo to weszła i przyglądała się w skupieniu wszystkim fiolkom, ustawionym równiutko na półkach, które zajmowały każdą wolną przestrzeń.
- Hm... - mruknęła do siebie, pocierając lewą dłonią podbródek.
Większość nazw była jej obca, więc Pansy nie zaszczycała tych buteleczek swoim wzrokiem dłużej niż ułamek sekundy, wystarczający na to, by odczytać napisy na etykietkach.
- Nuda! - zawyrokowała. - Kompletnie nie wiem, co to za eliskiry.
Wzruszyła efektownie ramionami, a potem spojrzała na prawo od drzwi składziku. Zamrugała parę razy, nie wierząc we własne szczęście.
- Eliksiry Gryfonów! - pisnęła uradowana. - No to się zabawimy - zamierzyła się groźnie na małe, wypełnione przeważnie najwyżej do połowy buteleczki, będące owocami wysiłków znienawidzonych przez nią Gryfiaków na ich ostatniej lekcji.
- Ginevra Weasley - przeczytała, śmiejąc się od ucha do ucha. - Czy to nie czasem ta ruda siostra Łasica, która ugania się od pierwszego roku za Pottym? No pewnie, że to ona - odpowiedziała sobie, krzywiąc się w pogardliwym grymasie. - A co ja o niej słyszałam? Ach, to! W sumie nic wielkiego - uśmiechnęła się obłudnie. - Tylko to, że jest całkiem dobra z Eliksirów i nasz biedny Snapie dostaje apopleksji, bo nie może jej wstawiać złych stopni. Jakie to smutne! Trzeba dbać o naszego staruszka. Myślę, że na zdrowie by mu wyszło, gdyby mógł jej dziś postawić wielgachne T - Pansy sięgnęła po buteleczkę, z zamiarem niecnego sabotażu jej zawartości, czego efektem miała być zła ocena Ginny i wspaniałe samopoczucie Severusa, kiedy straciła równowagę, wychylając się na palcach, w swoich szpilkach, żeby dosiegnąć wysoko umieszczoną zdobycz.
Skończyło się na tym, że rzeczona zdobycz została przez nią zsabotowana nie do końca tak jak zamierzała. Mianowicie, cały eliksir spoczął na niej. Na jej włosach, bluzce, rękach i spódnicy. We flakoniku nie pozostała ani kropelka. Zresztą on sam skończył śmiercią tragiczną, zapoznając się ze zbyt bliskiej odległości z kamienną posadzką.
Ślizgonka jęknęła. Spojrzała ponownie na swoje ubranie i dłonie, które tak niezdarnie, upuściły przed chwilą buteleczkę.
- Gorzej niż Longbottom - stwierdziła głośno.
Zaraz jednak zdziwiła się, widząc, że nie miała na sobie ani śladu po eliksirze. Dziwne. Wyjęła różdżkę wołając: "Chłoszczyść!", a potem:"Reparo!". Chwyciła naprawiony pojemnik z powrotem do ręki.
"Amortencja" - przeczytała w myślach, po czym ustawiła szklany przedmiot na jego miejscu, ciesząc się, że praca Ginny Weasley została zmarnowana.
Doszła do wniosku, że najwyższy czas wycofać się z kwater Snape'a. Sprawdziła jeszcze, czy nie zostawiła jakiś śladów swojej obecności, a następnie, zadowolona, wyszła na korytarz.
"Amortencja. Ciekawe, co to takiego?" - zastanawiała się.

****

Szkocja, Hogwart - Wielka Sala, pora wieczornego posiłku

Pansy weszła do sali zamyślona. Zastanawiała się nad tym, dlaczego grupka drugorocznych Ślizgonów, idąca za nią, szepcze coś zawzięcie na jej temat. Była pewna, że mówią o niej, bo kiedy się do nich odwróciła, umilkli natychmiast, a jeden z nich wbił w nią spojrzenie wielkich rozmarzonych oczu i podbiegłszy do niej, złapał ją za rękę.
- Och, Pansy...!
- Puszczaj, mały! - wyrwała mu dłoń. - Nie mam teraz czasu na pogawędki ze smarkami - ruszyła szybciej przed siebie.
Teraz odetchnęła głęboko i weszła do Wielkiej Sali. Nie zauważyła, że kilkoro Krukonów, siedzących najbliżej wejścia, przygladało jej się intensywnie, kiedy ich mijała. Usiadła spokojnie przy stole Slytherinu, z mocnym postanowieniem lekceważenia ciekawskich spojrzeń, którymi nagle obdarzyli ją jej koledzy. Na próżno.
- Mmm... ładna bluzka, Pansy - zagadnął siedzący koło niej Blaise, uśmiechając się i trącając ją w ramię.
- Dzięki - rzuciła, przechylając się by dosięgnąć stojącego po drugiej stronie stołu dzbanka z sokiem. Nim jednak zdążyła zacisnąć palce na jego smukłym uszku, Luc, siedzący najbliżej niego, złapał dzbanek wprost przed jej nosem i zaoferował raźno:
- Podam ci soku, Pansy!
- A ja ci nałożę budyniu - wtrącł Zabini.
- Eee... - dziewczyna chciała coś dodać, ale uprzedził ją jasnowłosy Marcus z szóstego roku:
- Budyń na kolację? - oburzył się. - Ja ci zrobię kanapki z sałatą.
- Nie lubię sałaty - zuważyła.
Marcus posmutniał. Luc i Zabini zahihotali. Sytuację wykorzystał Goyle.
- Eee...Może chcesz zjeść u siebie, w dormitorium? Zaniosę ci jedzenie.
- Może jesteś zmęczona? - nie dawał za wygraną Marcus. - Odprowadzę cię.
- Hej! Co... - Pansy była coraz bardziej zaskoczona zachowaniem chłopaków, ale najgorsze wciąż jeszcze było przed nią.
- Ja ją odprowadzę! - zdecydował Luc, wstając i z wyrażną złością patrząc spode łba na Marcusa.
- Nie, ja! - dołączył się do licytacji Blaise.
- Ale ona woli mnie - odparł Goyle, z dziwnym jak na niego przekonaniem.
Pozostali rywale spojrzeli na niego z powątpiewaniem.
Dziewczyna już otwierała usta, żeby ponownie zażądać wyjaśnień, kiedy niespodziewanie coś poderwało ją do góry.
- Aaaa! - krzyknęła, czując się prawie zmiażdżona i machając w powietrzu nogami.
- A ja ją zaniosę - stwierdził, milczący dotąd Crabbe, który to właśnie dzierżył przerażoną koleżankę w ramionach.
- Puszczaj mnie, natychmiast! - darła się Pansy, waląc Crabbe'a po plecach drobnymi pięściami, czego on pewnie nawet nie poczuł, gdyż nadal zmierzał do wyjścia z komnaty. Pozostali Ślizgoni stali w osłupieniu. Najwyraźniej żaden z nich nie chciał się zmierzyć z osiłkiem. Może jeden Goyle mógłby jej pomóc, gdyby jego dziewczyna, Milicenta, przemocą nie posadziła go z powrotem na miejscu i nie wepchnęła do ręki kuszącego, ogromnego jagnięcego udźca.
- Pusć ją! - zawołał ktoś stojący przed Crabbem. Dziewczyna odwróciła się, nie wierząc własnym uszom. Dobrze znała ten głos.
- Potter?!
No tak, tylko Potter mógł być taki głupi, żeby chcieć zmierzyć się z górą mięsa, typu Crabbe'a. Tylko po co?
"Jak to Draco zawsze mówi?Hm... Syndrom nieuleczalnego bohatera, czy idioty? Ech, nie pamiętam."
Trzymający ją Ślizgon tylko popatrzył tępo na Harry'ego najwyraźniej równie zaskoczony jego interwencją, co Pansy. To właśnie wykorzystał Gryfon.
- Harry, co ty robisz? - wrzasnął piskliwy głos od strony stołu Gryffindoru, który panna Parkinson przypisała szlamowatej prymusce, Granger.
- Accio Pansy! - Złoty Chłopiec najwyraźniej olał swą przyjaciółkę.
Zdezorientowana Ślizgonka została wyrwana z uścisku miażdżącego jej prawie kości Crabbe'a, po to by wpaść w umięśnione ramiona Pottera.
- Co ty wyprawiasz? - warknęła, patrząc przez okrągłe okulary swego wroga na jego intensywnie zielone oczy. Niebezpiecznie błyszczące oczy, gwoli ścisłości.
- Och, Pansy! - wyszeptał Wybraniec, a ona rozdziawiła nieelegancko usta, a potem, pojąwszy w pełni grozę sytuacji, spróbowała się wyszarpnąć z jego uścisku. Zrobiło jej się niedobrze.
- Puszczaj mnie natychmiast i nie gap się tak na mnie! - pisnęła histerycznie, młócąc nogami powietrze i próbując rozewrzeć mu dłonie, którymi ją obejmował.
Na jej nieszczęście przeklęty Potty był całkiem silny.
- Właśnie! - poparł ją gorąco Crabbe. - Puszczaj ją, bo pożałujesz!
- Tak, natychmiast! - teraz do akcji wkroczyli pozostali Ślizgoni, a także, co Pansy przyjęła z jeszcze większym zdziwieniem, kilku Krukonów i nawet jeden Puchon.
"Zaraz, zaraz... Co tu się dzieje?Co oni wszyscy... Och, nieeeee!"
- Aaaa, Potter! Ty idioto! - wydarła się, kiedy Harry rzucił się do ucieczki, wybiegając z nią na korytarz.
- Harry! - zawołały chórem Ginny i Hermiona, ale chłopak już ich nie słyszał. Ciągnąc za sobą narzeczoną swojego zagorzałego szkolnego wroga, Dracona Malfoy'a uciekał korytarzem, przed zgrają rozjuszonych rywali.

****

Szkocja, Hogwart - dormitorium siódmorocznych chłopców w Wieży Gryffindooru, kilkanaście minut później

Pansy wrzeszczała jak opętana przez cały czas, kiedy Potter ciagnął ją za rękę nie zważając na schody, zbroje, a nawet wrzeszczące portrety. Ślizgonka była pewna, że cały Hogwart stanął na głowie. Nie wiedziała tylko jeszcze dlaczego. Najlepszym dowodem zbiorowej utraty zmysłów przez uczniów, był ten durny wiecznie rozczochrany idiota, który porwał ją, biedną słabą niewiastę do swojej odrażająco kiczowatej, złoto - czerwonej wieży i siłą wepchnął do własnej sypialni. Zamknął za nimi drzwi dosłownie w ostatnim momencie, bowiem Longbottom już wpychał swoje tłuste łapy do środka. Z dwojga złego Pansy wolała już towarzystwo Pottera.
"Nie jest aż taki obleśny" - stwierdziła w duchu. - "A gdyby usunął sobie tą bliznę, zaczął nosić szkła kontaktowe... O, fuj!" - zganiła samą siebie. - "O czym ja myślę!"
Cofnęła się pod ścianę, żeby być jak najdalej od Złotego Głupka. Zauważyła, że na nocnym stoliku leży czyjaś różdżka.
"Tak, tak!" - zaśpiewała jej dusza na widok magicznego sprzętu. - "Zaraz się stad wydostanę."
Wyciągnęła ostrożnie po nią rękę, zerkając co chwilę na swego niedawnego wybawcę (tudzież porywacza - zależy, z której strony na to spojrzeć), który próbował zaklęciami odeprzeć ataki Gryfonów (drzwi ledwie trzymały się w zawiasach). Właśnie został nieco odepchnięty, a do środka wparowała wściekle ruda głowa Wieprzleja. Pansy pisnęła z odrazy, a Weasley z bólu, po tym jak jego rzekomo najlepszy przyjaciel wraził mu do oka koniec różdżki. Te dramatyczne wydarzenia i wiszące nad nią niebezpieczeństwo, zmusiły dziewczynę do działania. Rzuciła się na różdżkę z zamiarem możliwie jak najszybszego spetryfikowania wszystkich Gryfiaków płci obojga w tym zamku, ale niedługo cieszyła swe smukłe palce dotykiem hebanowego drewna.
- Puszczaj! - zawył ktoś, kto jeszcze przed chwilą leżał w łóżku zasłoniętym kotarami. - To moja... Pansy? Och, Pansy!
- Zabieraj te zmugolałe łapska Thomas! - wrzasnęła panicznie przerażona Ślizgonka, czując na talii ramiona kolejnego przedstawiciela Domu Lwa.
W pokoju zaległa cisza. Ron przestał okładać Harry'ego, któremu okulary zjechały z nosa i z cichym kliknięciem potłukły się na kamiennej posadzce. Drzwi jęknęły żałośnie i ustąpiły pod naporem obu Creevey'ów, Longbottoma i Lavender Brown, którzy nieskładnie wtoczyli się do środka. Wszyscy gapili się na pannę Parkinson, bynajmniej nie nieprzychylnie.
- Och, Pansy!
- To ja już może pójdę - uśmiechnęła się, we własnym przekonaniu, niewinnie i słodko, a potem dała nura pod najbliższe łóżko. W samą porę. Walka bowiem rozgorzała na nowo.
- Ona jest moja! Przyszła ze mną! - wykrzykiwał Potter.
Najwyraźniej jednak prawy sierpowy Colina był całkiem skuteczny, bo szybko umilkł.
- Penny, chodź tutaj! Zrobię ci ogromne zdjęcie i powieszę nad stołem nauczycieli w Wielkiej Sali - kusił chłopiec, który biegał po szkole z aparatem.
"Penny to skrót od Penelopy!" - oburzyła się Pansy, czołgając się jednocześnie w stronę kolejnego łóżka, stojącego bliżej drzwi.
- Ja ci namaluję portret! - zaoferował Dennis. Najwyraźniej obaj bracia byli artystami.
"Portret powiadasz?" - zamyśliła się. W skrytości ducha zawsze marzyła o swoim portrecie, który mogłaby wstawić ukradkiem do dormitorium Dracona. Nie musiałaby czekać do ślubu. Mogłaby już teraz podziwiać jego wspaniałe ciało. Może nie osobiście, ale zawsze jednak to coś. Wychyliła nieznacznie głowę zza szkarłatnej kotary, ale zobaczywszy plątaninę rąk i nóg kłębiacą się na podłodze, doszła do wniosku, że to otoczenie jest dla niej zbyt niebezpieczne.
"Creevey już pewnie zdążył sobie połamać palce" - stwierdziła, podnosząc się na nogi i biegnąc do drzwi.
- Zaczekaj! - wrzasnął Longbottom. - Dam ci coś, czego nie da ci nikt inny!
- Wybuchający kociołek? - zadrwiła, nie ogladając się nawet za siebie.
- Oddam ci Teodorę!
- Faktycznie - mruknęła pod nosem. - Ten to się nigdy nie ożeni.
- Pansy!!! - do akcji znów wkraczał Potter, a Ślizgonka juz wiedziała, że potrafi być szybki, głupi i uparty, co stanowiło fatalne połączenie, więc czym prędzej zatrzasnęła drzwi za sobą i zjechała na dół po poręczy.
- Ty flądro!
"Cholera!" - zaklęła w myślach narzeczona Malfoy'a, uchylając się przed Upiorogackiem rudowłosej fanki Zasrańca i z szybkością błyskawicy pobiegła w kierunku dziury za portretem. Po drodze oberwała co najmniej dwiema grubymi księgami, zapewne od Granger.
"Jak ona może być zazdrosna o tego ryżego głupka, Łasica?" - przemknęło jej przez myśl.
I wtedy to do niej dotarło.

Szkocja, Hogwart - korytarz przy wejsciu do Wieży Gryffindooru, dwadzieścia trzy setne sekundy później

- Zazdrosne! - zawyła z dziką radością, opierając się o ścianę pustego korytarza, chwilowo bezpieczna. - One są zazdrosne! To musi być ten eliksir - skojarzyła w końcu. - Mogę to wykorzystać - mruknęła do siebie i ruszyła schodami w dół w kierunku lochów.
Nie długo jednak cieszyła się spokojem.
- Panna Parkinson! - zawołał Filch, wypuszczając na jej widok wszystkie miotełki do kurzu, które trzymał w ramionach i, na domiar złego, pąsowiejąc cudacznie - Co za spotkanie!
- Eee... - wydukała mało inteligentnie, potwierdzając w tej chwili powszechną opinię na temat jej głupoty. - Właściwie to się spieszę.
- Ach, zostaw go! - zawołał niespodzianie stary woźny, łapiąc ją w jednej chwili za rękę. - Zostaw go - perorował ciągnąc szarpiącą się uczennicę ku sobie. Jego oczy zrobiły się ogromne i o wiele bardziej natchnione niż rzekome Wewnętrzne Oko Trelawney kiedykolwiek.
Pansy zabrakło tchu ze strachu.
"A ja wciąż nie mam różdżki! Na pewno wypadła mi z kieszeni jeszcze podczas kolacji, kiedy podniósł mnie Crabbe. Och, nie!"
- On nie jest ciebie wart - zapewnił stanowczo jedyny charłak w Hogwarcie. - Ja mogę dać ci więcej.
- Eee... wą, wątpię - wyjąkała, nadal nie rozumiejąc, o co właściwie chodzi.
- Ten chłystek, ten wymoczek... JA jestem dojrzałym mężczyzną. Niestały w uczuciach. O tak, widziałem go wiele razy z tą przemądrzałą pannicą.JA bym cię dla żadnej ryżej nie zostawił. Ani dla brunetki, ani dla blondynki - zapewniał potrząsając jej dłonią, jakby koniecznie chciał ją w ten sposób przekonać do swoich słów.
"Takie pieszczoty to moze znosi ta jego chuda pokraka" - pomyśłała dziewczyna, próbując uwolinić się od podstarzałego amanta.
- Ratunkuuuuu! - wrzasnęła przeraźliwie. - Niech mi ktoś pomoże! Draco! Blaise! Luc! Marcus! Crabbe, Goyle... Może być nawet Potter!
- Paaaansy! - odpowiedziało jej gdzieś z oddali.
- Boże! Dlaczego nie z lochów? - jęknęła, kiedy na horyzoncie zamajaczyła jej ruda głowa Ronalda.
- Nie dostaniecie jej! - krzyknął mężnie Filch, sprężyście obracając się na jednej nodze, by stanąć przodem do nadbiegającej hordy rywali i zasłonić własnym ciałem swą nadobną wybrankę.
Rzeczona wybranka skorzystała z tego chwilowego rozproszenia jego uwagi i z całej siły kopnęła go w goleń. W akompaniamencie ryków bólu, tudzież tęsknoty, pragnienia i wściekłości, czmychnęła czym prędzej w boczny korytarz.
A tupot licznych, głównie męskich, stóp, podążał jej śladem.
Z tej właśnie przyczyny wpadła do biblioteki, podświadomie chyba wierząc, że autorytet starej pani Pince zatrzyma grożące jej gryfońsko-krukońsko-puchońsko-ślizgońsko-filchowe niebezpieczeństwo.
Na pewno tylko jej naiwna podświadomość, ta jej niewielka cząsteczka, która w każdym człowieku pozostaje podobno do końca życia dzieckiem, wierzyła w coś tak nierzeczywistego. I pomyśleć, że tego dnia Voldemort nie miałby najmniejszego problemu z atakiem na Hogwart, skoro uczniowie, na czele z Wybrańcem runęli do biblioteki. Tym razem drzwi nie wytrzymały i efektownie wyleciały z zawiasów.
- Tylko nie to - jęknęła Pansy, ukrywszy twarz w dłoniach. - I po co ja wołałam?!
Pani Pince nie na darmo przeczytała w swoim życiu wszystkie książki jakie znajdowały się w szkolnej bibliotece. Śmiało więc mogła się uważać za osobę oczytaną i jako taka, rzuciwszy ledwie okiem na całą sytuację, w lot pojęła co się święci i zakrzyknęła ile tylko miała sił w płucach:
- Wynocha z mojej biblioteki!
Po czym szarpnęła osłupiałą Ślizgonkę za ramię, sycząc:
- Zjeżdżaj stąd głupia dziewczyno! Natychmiast! Żadnego narażania książek!
- A narażanie mnie? - żachnęła się. - Och, nie!!! - zawyła żałośnie. - Ja już mam dość - stęknęła, kiedy bibliotekarka wepchnęła ją w dziurę po drzwiach, gdzie przed chwilą wycofali się jej liczni wielbiciele.
Kilkanaście dłoni wyciągnęło się po nią z radością.
"Zginę, zaduszona przez stado zauroczonych mną nastolatków" - pomyślała z prawdziwym żalem i dając się ponieść wzniosłej chwili swej śmierci, krzyknęła na tyle gromko, na ile pozwalał jej ograniczony dostęp powietrza do płuc:
- Kocham cię, Draco!
Niezliczone i bezimienne ręce jej adoratorów opadły w jednej chwili.
- To było przeciwzaklęcie? - zapytała na głos, ale nikt jej nie odpowiedział.
- Pansy! - usłyszała, a tym razem nie zabrzmiało to groźnie.
Ten głos był jak muzyka, dla jej uszu. Jak ciepła kołderka, dla jej zziębniętego serca. Jak balsam, dla jej poobcieranych od ciągłego szarpania, rąk.
Ten głos należał do Dracona.
- Draco! - krzyknęła.
Chłopak ruszył w jej stronę. Widziała jego srebrnoblond włosy, powiewające w rytm jego kroków, na tle ciemnego korytarza, ale nim zdążyła dostrzec zielonego węża wijącego się dumnie na jego odznace Prefekta, wokół wielkiego, błyszczącego "P", cały świat przesłoniła jej powalana błotem szata McLaggena.
- Zjeżdżaj, Malfoy! - pisnął odważnie jakiś mały Krukon, zasłaniający ją z prawej strony.
Była uwięziona w kręgu odurzonych Amortencją chłopców, ale jej wybawiciel - boski i niezwyciężony, jedyny syn wspaniałego ojca, Lucjusza Malfoy'a vel Prawej tudzież Lewej Ręki Lorda Voldemorta (bynajmniej nie boskiego i, co udowodnił już po wielokroć Harry Potter, nie niepokonanego), Draco Malfoy we własnej, aktualnie bojowo nastawionej, osobie.
- Przybywam! - wrzasnął i wyjął różdżkę, wołając: - Petrificus totalus!
McLaggen zwalił się ciężko na powszechnie dziś uwielbianą latorośl państwa Parkinsonów. Ta zaś efektownie rozpaszczyła się na ziemi, podcinając nogi kilku stojącym za nią Puchonom. W ten oto sposób rozłączeni kochankowie zdołali wespół zrobić wyrwę w żywym murze otaczającym nadobną pogromczynię męskich serc.
Draco nie poddawał się. Za Petificusem posłał w napastników kilka szybkich Tantaragelli, a nawet jedno zbłąkane Incendio, które minęło Pansy o cal, zapalając spodnie Seamusa Finingana. Obecność wszystkich włosów na głowie dziewczyna niewątpliwie zawdzięczała wciąż leżącemu na niej Cormacowi.
- Ona jest moja! - krzyknął ktoś rozdzierająco, a Ślizgonka zasłoniła dłońmi uszy, gramoląc się spod rosłego Gryfona.
Znów zaczęła się bójka. W powietrzu śmigały zaklęcia, pięści, a nawet części garderoby, toteż przyczyna całego zamieszania, którą była rzecz jasna Pansy, postanowiła się ewakuować w tempie ekspresowym. Na czworakach kluczyła wśród podpalonych szat i pląsajacych nóg, byle jak najdalej znaleźć się od całego zbiegowiska. Doszła do wniosku, że nie będzie czekać na Dracona. Wolała nie ryzykować ponownego spotkania z Filchem, Potterem, Weasley'em i całą resztą. Umknęła w korytarz.
- A niech to szlag! - zaklęła, kiedy usłyszała za sobą kroki.
Biegła najszybciej jak mogła, ale w końcu została zatrzymana.
- Ja chcę Snape'a! - załkała desperacko.
- Naprawdę?
- Draco! - pozwoliła się objąć i wtuliła twarz w jego sweter.
Zdecydowanie miała dość tego wieczoru.
- Pansy - zamruczał jej do ucha. - Nareszcie cię znalazłem. Jesteś cudowna. Moja dziewczyna, moja narzeczona...
"Chyba jednak nie chcę antidotum od Snape'a" - stwierdziła w duchu, ciesząc się każdym jego słowem.
- Ach, moja najdroższa! Piękna, niczym sama Wenera...
- Wenera? - zdziwiła się dziewczyna.
Nigdy bowiem nie zaszczyciła tak trywialnego i bezużytecznego przedmiotu, jak Mugoloznawstwo swoją uwagą.
- Pansy - ciągnął niestrudzenie potomek Malfoy'ów - ty jesteś jak zdrowie! Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie...
- Kto cię utracił - dopowiedział żałośnie jakiś gruby głos, dochodzący z głębi korytarza.
- Crabbe! - zawyła mopsowata piękność, która aktualnie działała na płeć przeciwną, jak lep na muchy. - O nie! - krzyknęła,wyplątując się z rąk ukochanego. - Uciekajmy!
Korytarzem sunęli jej zawzięci wielbiciele, do których dołączyło teraz jeszcze parę duchów i Irytek wywrzaskujący sprośne hymny na temat strategicznych miejsc ciała Pansy.
Ta ostatnia zaś, w akompaniamencie zbiorowego: "Och, Pansy!", wydobywającego się z ponad setki ściśniętych wzruszeniem męskich głosów, poprostu dała dyla, ciągnąc za sobą swojego chłopaka.

Szkocja, Hogwart - damska łazienka na pierwszym piętrze, ponad pół godziny później

Pansy siedziała na podłodze skulona. Zamknęła kabinę na klucz, gdyż wciąż nie miała dostępu do swojej różdżki, najpewniej nadal leżącej pod jej krzesłem w Wielkiej Sali. Zastanawiała się właśnie gdzie się podział Draco, z którym musiała się rozstać, po tym jak profesor Flitwick goniąc ją z różą w zębach ożywił wszystkie zbroje, stojące na korytarzu, po to, aby pomogły mu ją złapać. Nie przewidział tylko jednego, a mianowicie, że żadna z nich nie będzie miała zamiaru oddać mu dziewczyny.
"Albo chłopaka" - przypomniała sobie Ślizgonka. - "Jedna z nich była... no tego... eee... Chyba wolała Dracona. Zdaje się, że widziałam jak jej przyłbica wygina się jak do pocałunku, kiedy próbowała go schywcić. Biedaczek! Mam nadzieję, że nie zeszpeciła mu tej pięknej twarzy."
- Ach tu jesteś, młoda damo!
- Aaaa! - krzyknęła, nim zorientowała się, że patrzy w surowe oblicze profesor McGonagall, której to ręce pomagały się jej podnieść z wilgotnej posadzki. - To pani, pani profesor.
- W rzeczy samej - nauczycielka Transumtacji wyprowadziła ją na opustoszały wreszcie korytarz. - Nie musisz się już chować. Udało nam się unieruchomić i odtransportować męską populację Hogwartu do łóżek. Ale nie było łatwo - spojrzała na uczennicę groźnie, wywołując u niej rumieniec.
"A gdybym jej tak powiedziała, że to nie moja wina? Że nie mam pojęcia, czemu oni tak nagle wszyscy zaczęli na mnie lecieć?" - przemknęło jej przez myśl.
Jednak zmieniła zdanie, kiedy tylko coś sobie przypomniała.
- Aaa... profesor Flitwick? - zapytała ze zgrozą. - I pan Filch? I Irytek!!!
- Spokojnie - wargi McGonagall drgnęły, jakby od tłumionego śmiechu. - Wszystkich odtransportowałyśmy.
- Odtransportowałyśmy? - powtórzyła zaskoczona.
- No tak... - kobieta zmieszała się nagle. - Dyrektor. Och, nie był zbyt zaangażowany. Nie, nie mógł nam w tej sprawie pomóc.
Oczy Ślizgonki zrobiły się okrągłe ze zdumienia, a wybujała tego dnia wybitnie, wyobraźnia podsunęła jej makabryczny obraz jej samej, uwięzionej w górze cytrynowych dropsów.
- No ale dałyśmy sobie radę same - kończyła nieco kulawo nauczycielka. - Prawda, Pomono?
- Tak, tak - potwierdziła ochoczo otyła czarownica, której obecności dotąd Pansy nie dostrzegła.
- Powinnaś pójść do profesora Snape'a - doradzała jej dalej wicedyrektorka. - Musi mieć jakiś środek, który usunie z ciebie ten eliskir. I nie patrz na mnie takimi wystraszonymi oczyma. Przecież to oczywiste, że oblałaś się Amortencją. Nie wiem tylko skąd ją wzięłaś, ale to pewnie powiesz swojemu opiekunowi. Już on o to zadba.
"Nie!!!" - ta jedna jedyna myśl wypełniała sobą całą przestrzeń biednego mózgu dziewczyny.
- Profesor Snape? - pisnęła. - A... co jeśli... jeśli... on też???
- Bez obaw - Minerwa uśmiechnęła się uspokajająco. - Na pewno miał tyle razy do czynienia z tym eliskirem, że do otumanienia go potrzeba by chyba ze dwóch litrów.
- Dwóch i pół - wtrąciła niespodzianie profesor od Zielarstwa.
McGonagall i panna Parkinson spojrzały na nią skrajnie zaskoczone. Pulchna czarownica zarumieniła się okropnie i mruknąwszy coś niezrozumiale, uciekła.
Brzmiało to jak: "Tak słyszałam", choć Pansy zawsze była pewna, że mówiła raczej: "Próbowałam".
No cóż. W końcu Pansy była młodsza od Minerwy o jakieś czterdzieści lat, więc wypadałoby zaufać właśnie jej uszom.

Szkocja, Hogwart - dormitorium siódmorocznych Ślizgonek, dwudziesta trzecia czterdzieści siedem

Żółte oczy zalśniły w ciemności, a potem dało się słyszeć głuchy stukot za oknem. Pansy chwyciła za różdżkę, którą tym razem miała przyklejoną magiczną taśmą do przegubu prawej ręki i rzuciła szybkie: "Silencio!". Żadna z jej współlokatorek nie zdążyła się jeszcze obudzić.
Mopsowata piękność podeszła szybko do okna i uchyliła je. Do pomieszczenia wleciała z cichym pohukiwaniem okropnie zmęczona sowa, niosąca coś w swoim dziobie. Sowa zamachała żałośnie skrzydłami o kilka razy za mało, zboczyła z kursu i gwałtownie zderzyła się z kolumienką łóżka Pansy. Upadła z łoskotem na ziemię.
Właścicielka rzeczonego mebla, który tak niefortunnie dla biednego ptaka, zaznajomiła się z tym ostatnim, skrzywiła się tylko i podniósłszy skrzydlatego listonosza za złamane skrzydło, wyjęła z jego dzioba przesyłkę.
Chciwym wzrokiem objęła pokaźną paczuszkę, zawiniętą w szary papier, na której pysznił się, wykaligrafowany starannymi, srebrnymi literami, napis: "Przesyłka priorytetowa".
Pansy zapaliła lampkę nocną jednym zaklęciem i rozgorączkowanymi palcami rozerwała opakowanie.
"Wysyłkowy kurs Eliksirów Zaawansowanych" - przeczytała okładkę pokaźnego tomiszcza. - "Tak, tak! Nigdy więcej żadnej Amortencji!"
Poturbowana sowa obdarzyła ją urażonym spojrzeniem, a panna Parkinson już wiedziała, że miłość miłością i Draco, Draconem, ale ona musi przede wszystkim zadbać o własne bezpieczeństwo i nigdy więcej nie dopuścić do takiej sytuacji.
Nie wiedziała, że odtransportowany przez Minervę McGonagall do własnego łóżka Vincent Crabbe, myśli coś zgoła innego i już planuje, jak zakraść się do schowka Snape'a i wykraść Amortencję.
"A wtedy Pansy będzie moja" - pomyślał.
A że nie często zdarzało mu się uruchamiać w swoim mózgu coś innego poza ośrodkami pragnienia i głodu, więc szybko się zmęczył i zasnął. Na jego twarzy zagościł błogi uśmiech, a we sennych marzeniach pojawiła się zwiewna postać Pansy, o gabarytach sugerowanych tego wieczoru przez Irytka.
To był piękny, inspirujący sen, na którego spełnienie Vinc nie miał zamiaru długo czekać.

****

THE END

Ten post był edytowany przez sareczka: 21.02.2008 10:16
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Vivian Malfoy
post 30.03.2008 16:39
Post #2 

Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 21
Dołączył: 02.01.2008

Płeć: Kobieta



Ten "tfur" wyszedł Ci świetnie! biggrin.gif Nieźle się uśmiałam czytając to opowiadanie smile.gif . Błędów chyba nie ma (a w każdym razie ja takowych nie zauważyłam tongue.gif ). Jedyne co mogę powiedzieć, to nie rezygnuj z pisania! Pozdrawiam
Vivian Malfoy
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Daila
post 24.06.2008 01:05
Post #3 

Mugol


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 3
Dołączył: 23.06.2008
Skąd: Far Far Away City

Płeć: Kobieta



Swietna, humorystyczna miniaturka w sam raz na "raz" smile.gif

Napisana z taka lekkoscia, w pewnych momentach zupelnie zapominalam ze to tylko fik smile.gif

Oby wiecej takich miniaturek !

Pozdrawiam i zycze Wena.

Ten post był edytowany przez Daila: 24.06.2008 01:05
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Dorcas
post 06.09.2008 19:46
Post #4 

Mugol


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 2
Dołączył: 06.09.2008
Skąd: Hogsmeade

Płeć: Kobieta



To było wspaniałe.Lubie Pansy bo...po prostu ją lubię a w tym opowiadaniu była cudownie śmieszna.Lubie śmieszne ff'ki.Jeszcze kiedyś do tego wrócę.
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Arendhel
post 06.09.2008 23:45
Post #5 

Tłuczek


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 30
Dołączył: 05.09.2008

Płeć: Kobieta



Czytam właśnie to opowiadanie z moją koleżanką i zaśmiewamy się do łez ...
Udalo ci sie to opowiadanie , masz talent !
Nie lubimy za bardzo Pansy, ale teksty są fajne biggrin.gif
Podoba nam się na przykład "Złoty głupiec" , "Syndrom nieuleczalnego bohatera , czy idioty ..." itp .
Poza tym cała akcja z amortencją była fajna .
Mam nadzieję że stworzysz coś jeszcze dla ogólnego poklasku ! Powodzenia !

Ten post był edytowany przez hazel: 07.09.2008 00:14


--------------------
Czas nie leczy ran,
on przygotowuje nas do bólu...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Ciasteczko
post 20.10.2008 00:05
Post #6 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 69
Dołączył: 03.12.2005




heh, dobre na niedzielny wieczór, żeby wykrzesać resztki uśmiechu, który gdzieś się zgubił;P.
pansy, pansy.. ja jej w sumie nigdy nie lubiłam, ale tutaj jest strasznie śmieszna.
ciekawa historia, lekko napisana;).
idealna jednopartówka, lol2!
pozdrawiam, ciasteczko.


--------------------
najpiękniejsi, najmądrzejsi, najbogatsi, najsprytniejsi, najlepsi.
Slytherin.


Wielka fanka Blaise'a Zabiniego & Severusa Snape'a <33!
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
nicole .
post 06.04.2010 17:17
Post #7 

Mugol


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 5
Dołączył: 06.04.2010
Skąd: Malfoy Manor .

Płeć: Kobieta



Niezłe . smile.gif


--------------------
"Ostatecznie dla należycie zorganizowanego umysłu, śmierć to tylko początek nowej wielkiej przygody."
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Cassie.C
post 19.04.2010 18:53
Post #8 

Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 19
Dołączył: 25.01.2010

Płeć: Kobieta



Podoba mi się.
A zadowolenie mnie kiedy jestem chora to wielkie wyzwanie. smile.gif
Nie widzę błędów, ale to może również wynikać z mojej obecnej kondycji umysłowej, ktora ucierpiała w trakcie choroby. tongue.gif
Czekam na więcej twoich "tforuf".


--------------------
"...godziny nocy to godziny przemocy - kłów, pazurów i łap..."
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Zoe
post 20.04.2010 11:50
Post #9 

Mugol


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 7
Dołączył: 20.04.2010
Skąd: Warszawa

Płeć: Kobieta



Kanoniczna Pansy jest przedstawiona w bardzo jednostronny sposob, jako ta zła. Uwielbiam, kiedy autorzy fików przedstawiają negatywnych bohatrow w bardziej ludzkiem świetle, a nie jako skupisko wszelkiego zła. Miniaturka jest prześmieszna. Harry, ciągnący za sobą Pansy i uciekający przed zgrają rywali rozłożył mnie na łopatki. A akcja pogoni i walki o wybrankę swojego serca jest po prostu przekomiczna. Plus profesor Flitwick, goniący Pansy z różą w zębach...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Izyda
post 25.04.2011 17:41
Post #10 

Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 20
Dołączył: 23.04.2011

Płeć: Kobieta



Genialne...
QUOTE
- Profesor Snape? - pisnęła. - A... co jeśli... jeśli... on też???
- Bez obaw - Minerwa uśmiechnęła się uspokajająco. - Na pewno miał tyle razy do czynienia z tym eliskirem, że do otumanienia go potrzeba by chyba ze dwóch litrów.
- Dwóch i pół - wtrąciła niespodzianie profesor od Zielarstwa.

Przy tym padłam dziobem na klawiaturę i myślałam, że nie wstanę... O, ludzie, Sprout podrywała Snape' a?! Biedny Severus...
Napisane lekko, miło, przyjemnie, całkowicie mnie zauroczyło.


--------------------
Wielbicielka kawy, czekolady, książek i Severusa Snape' a.
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post

Reply to this topicTopic OptionsStart new topic
 


Kontakt · Lekka wersja
Time is now: 22.05.2018 10:22