Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )


Yuriko Napisane: 14.11.2009 19:39


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Miało być Eric Clapton, ale dziękuję za konstruktywne komentarze... >.< Doprawdy.'
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #369797 · Odpowiedzi: 4 · Wyświetleń: 2925

Yuriko Napisane: 29.10.2009 22:33


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Przede wszystkim ostrzegam, że ten tekst jest nienormalny. Od razu mówię, że paring jest póki co tajemnicą, ale myślę, że szybko się go domyślicie. Wiem, że ten kawałek nie jest zbyt długi, ale nie mam jak inaczej tego tekstu podzielić. Cóż, miłego czytania. smile.gif

Autor: Ja
Tytuł: Czyściec
Beta: Haydi


Czyściec
czyli
Odrzucając wszelkie uprzedzenia

Would you know my name if I saw you in Heaven?
Will it be the same if I saw you in Heaven?
Would you hold my hand if I saw you in Heaven?
Would you help me stand if I saw you in Heaven?
*



Wokół biel – oślepiająca i nieskazitelna; sprawia, że mimowolnie mrużysz oczy. Okropnie czysta biel, która ani trochę ci się nie podoba – jest zbyt czysta, zbyt biała, zbyt nienaturalna.
Rozglądasz się dookoła, lecz nie dostrzegasz zupełnie nic, poza kilkoma śnieżnobiałymi pagórkami, dziwnymi budowlami – również białymi – i pustą ścieżką. Postanawiasz sprawdzić, dokąd cię zaprowadzi i ruszasz nią, a każdy twój krok jest dziwnie ciężki i bardzo trudno jest ci zrobić kolejny. Jednak idziesz przed siebie, wypatrując kogoś lub czegoś, co mogłoby dać ci dowód na to, że wszystko, co widzisz jest jak najbardziej realne… Nad białym horyzontem widnieje równie jasne niebo, które nie potrzebuje słońca, ponieważ samo z siebie wytwarza dziwne światło. Chmur w ogóle nie dostrzegasz i zastanawiasz się, czy w ogóle istnieją.
Nie mija pół godziny, a ty już czujesz się zmęczony swoją wędrówką. Krajobraz wokół ciebie wcale się nie zmienił – nadal widzisz ośnieżone pagórki i parę dziwnych budowli do złudzenia przypominających domy. Postanawiasz dojść do jednego z nich, zbierając wszystkie swoje siły na poruszanie nogami. W końcu stajesz przed białą furtką, prowadzącą przez śnieżnobiały ogród do domu, którego drzwi również są tej barwy, zarówno jak ściany, dach i okna. Jego kształt przypomina zwykły kwadrat; wielkość nie jest imponująca. Dysząc ciężko kołatasz i czekasz w skupieniu, na ewentualnego właściciela, jednak nikt się nie pojawia, a po chwili stwierdzasz ze zdziwieniem, że drzwi są otwarte. Wchodzisz do środka, rozglądając się znowu, ale nikogo nie dostrzegasz. W środku jest mało miejsca – zaledwie jeden pokój dzienny. I tutaj wszystko jest białe: od ścian, poprzez podłogę, aż po meble. Z chwili na chwilę zaczynasz być tym coraz bardziej zdziwiony, ale coś w środku ciebie podpowiada ci, że nie ma się czego bać, że to miejsce jest jak najbardziej bezpieczne. Upewniwszy się, że właściciel domu nie chowa się gdzieś w jakimś kącie, rozkładasz się na kanapie i zmęczony szybko zasypiasz.
Kiedy się budzisz, wokół nadal jest jasno, nic się nie zmieniło, i zastanawiasz się, czy czasem po prostu nie przespałeś całej doby. Wstajesz i przecierasz oczy, czując się jeszcze bardziej zaspanym niż przed zaśnięciem. Wychodzisz na zewnątrz i ze zdziwieniem dostrzegasz jakąś dziwną postać. Ucieszony biegniesz do niej, jednak w miarę, jak się do niej zbliżasz, zaczynasz zwalniać, wątpić, czy w ogóle jest prawdziwa. Wygląda jak duch – biała, zamglona, niewyraźna; wydaje się unosić nad ziemią. Mrugasz, bo postać zlewa ci się z otoczeniem, jednak to nie za sprawą twoich okularów – z nimi wszystko dobrze. Kiedy jesteś już całkiem blisko nieznajomy odzywa się do ciebie, na co wręcz się wzdrygasz.
- Coś się stało? – pyta zaniepokojonym głosem.
- Eee… nie – odpowiadasz zdezorientowany, wytrzeszczając oczy.
Zapada niezręczna cisza. Wydaje ci się, że postać patrzy na ciebie, dokładnie cię ogląda i ty też starasz się to zrobić, jednak jedyne, co widzisz, to niewyraźna, biała plama na tle równie białego krajobrazu.
- Chyba jesteś tu nowy. – Ostatnie słowo postać wypowiada z zawahaniem i przez chwilę masz wrażenie, że może głos jej się załamał i zaraz zacznie płakać. Tak, tak to brzmi.
- Chyba tak – mówisz tylko niepewnie.
- Umarłeś. – To jest raczej stwierdzenie, niż pytanie.
- Chyba tak – powtarzasz, ale teraz dużo bardziej niepewnie, ciszej.
- Pamiętasz jak?
- Nie… - kręcisz przecząco głową, zastanawiając się nad słowami dziwnej postaci.
- Nie wiesz gdzie jesteś? – pyta nieznajomy z westchnieniem rezygnacji.
- Nie – powtarzasz znowu, zażenowany, że nie możesz odpowiedzieć chociaż trochę bardziej inteligentnie.
- Nie wiadomo dokładnie, jak nazywa się to miejsce. Niektórzy mówią o tym „niebo”, a inni „czyściec”. Moim zdaniem bardziej pasuje to drugie określenie, ponieważ tutaj nie ma nic z rajskiego życia, które jest podobno ludziom obiecane. Przynajmniej na początku. – Postać wzdycha i kontynuuje swoją opowieść. – W tym miejscu pozbywasz się wszelkich uprzedzeń, w przyspieszonym tempie dążysz do doskonałości. Na początku, kiedy dopiero się tutaj pojawiasz, zaraz po śmierci, wszyscy są niewyraźni i zamazani, nie masz pojęcia kim są, ani też nie pamiętasz zbyt wielu szczegółów ze swojego ludzkiego życia. Szybko się męczysz. Z czasem, gdy poznajesz coraz więcej ludzi, zacieśniasz z nimi relacje, wszystko staje się prostsze. Dane osoby robią się wyraźniejsze, ty przypominasz sobie niektóre fakty z przeszłości; nie odczuwasz zmęczenia. A później, kiedy już wszystko nabierze odpowiednich barw, a ty poczujesz się nareszcie szczęśliwy, niczym w raju… Nie wiadomo, co się stanie.
Wzdrygasz się na to dziwne zakończenie i przyglądasz się uważnie postaci.
- Jak to nie wiadomo?
- Ludzie wtedy po prostu stąd znikają i chyba przenoszą się do miejsca, w którym w ogóle nie ma żadnych trosk ani problemów. Dlatego uważam, że do tego miejsca jak najbardziej pasuje określenie „czyściec”.
Nie bardzo to rozumiesz, jednak podświadomość podpowiada ci, że na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze czas.
- Skąd o tym wszystkim wiesz?
- Och, popytałam trochę ludzi – odpowiada beztrosko postać, jednak wyczuwasz w jej głosie nutkę dumy.
- Jak masz na imię?
- Nie słuchałeś? – obrusza się. – Nie wiem jeszcze, jak mam na imię. A nawet jeśli bym już wiedziała, to i tak nie mogę ci powiedzieć.
- Dlaczego? – pytasz zdziwiony.
- Ponieważ się nie da! – odpowiada zdenerwowana. – Jedynie dwie osoby, które są już doskonałe i tylko czekają na to przeniesienie mogą wymieniać się takimi informacjami.
- Dobrze, dobrze. Przepraszam. – Jesteś nieco poirytowany tą reakcją, jednak postanawiasz nie kłócić się z pierwszą osobą, która ci pomogła. – Więc jak inni się do ciebie zwracają?
- Anna. A na ciebie jak mam mówić?
- Nie wiem – wzdrygasz ramionami. – Możesz coś wymyślić.
- Dobrze, więc może… - zastanawia się – Simon?
- Niech będzie – odpowiadasz beztrosko i uśmiechasz się, choć nie bardzo wiesz, czy Anna to dostrzega.

~~*.*~~


Nic się nie zmieniło. Owszem, nie powinieneś liczyć na jakąś diametralną zmianę po jednej rozmowie, jednak nie ukrywasz, że miałeś cichą nadzieję, że świat z chwili na chwilę nabierze kolorowych, naturalnych barw. Jedyne, co uległo zmianie, to Anna – jest nieco wyraźniejsza, niż wcześniej, choć i tak nadal to jedynie biała, zamazana postać. Nie potrafisz zidentyfikować, kim jest… lub kim była w przeszłości. Nie możesz też się zdecydować, czy mógłbyś ją polubić, czy też nie. Czasem wydaje ci się, że traktuje cię, jak kogoś gorszego od siebie, a tego bardzo nie lubisz, choć nie do końca wiesz, dlaczego. Anna pokazała ci miejsce, w którym poznałeś innych ludzi – masę niewyraźnych, zlewających się z sobą plam. Czym prędzej stamtąd uciekłeś, wstrząśnięty tym, co zobaczyłeś, udając się do „swojego” domu. Później ukryłeś twarz w dłoniach, na które spłynęło kilka słonych łez. I czułeś się jeszcze bardziej wyczerpany, niż wcześniej, więc położyłeś się i zasnąłeś.
Kiedy się budzisz, na zewnątrz nadal jest jasno, zupełnie tak, jak wcześniej. To przeraża cię jeszcze bardziej. Nie wychodzisz z domu, tylko kulisz się na kanapie, przyciskając kolana do piersi, trzęsąc się, chociaż wcale nie jest ci zimno. Wokół panuje biel i niepokojąca cisza. Nie słyszysz szumu wiatru, żadnych rozmów, śpiewu ptaków, czy jakiegokolwiek sygnału, że to wszystko dzieje się naprawdę! Że nie umarłeś… ponownie. Że na zewnątrz, gdzieś w oddali, Anna informuje Nowych o tym dziwnym miejscu, a tłum niewyraźnych postaci konwersuje ze sobą w spokoju. Leżąc tak w bezruchu zastanawiasz się, kto jest właścicielem tego domu i dlaczego tutaj nie przychodzi? Czyżby odszedł już do lepszego miejsca? Do raju? Nie, nie ma czegoś takiego. Prychasz tylko z rozdrażnieniem. Musisz zapytać o to wszystko Annę. Nagła siła zmęczenia uwalnia cię jednak ze wszystkich myśli i ponownie pogrążasz się w śnie…
- Hej, hej!
Słyszysz niewyraźne dźwięki tuż nad swoim uchem. Po chwili ktoś lub coś zaczyna tobą potrząsać, a po chwili szarpanie staje się nieprzyjemne, wręcz bolesne i niechętnie otwierasz oczy.
- HEJ! Budź się!
Odwracasz głowę i po chwili odskakujesz przerażony – stoi przed tobą ta biała, niewyraźna postać… Zamglona. Dziwna. Niczym plama. To jakaś paranoja! Przez chwilę wpatrujecie się w siebie, a przynajmniej tak ci się wydaje, ponieważ jedyne, co widzisz w miejscu, w którym powinna być twarz postaci, to dwa kółka. Coś na kształt oczu – tyle że pustych, bez wyrazu, martwych…
- Czego chcesz? – warczysz.
- Może ty mi to powiesz? – Nieznajomy jest wyraźnie zdenerwowany. – To ty wtargnąłeś do mojego domu – dodaje oskarżycielsko.
Patrzysz na niego ze zdumieniem i po chwili cała złość jakby ulatuje. Spuszczasz zawstydzony głowę.
- Jestem tu nowy i… nie miałem gdzie się podziać – przyznajesz, czując się coraz bardziej zażenowany.
- To nie upoważnia cię do wtargnięcia do mojego domu!
- Przepraszam! – odpowiadasz natychmiast.
Przez chwilę znowu panuje cisza.
- Przepraszam – powtarzasz cicho, wstając na nogi.
- No dobrze, słyszałem – odpowiada nieznajomy z irytacją. – Jak chcesz dom, to idź w prawo – wskazuje ręką kierunek – a znajdziesz parę wolnych miejsc. Ich mieszkańcy już tu nie wrócą – dodaje, a w jego głosie można wyczuć nutkę zazdrości. – Chyba wiesz już o wszystkim – zwraca się do ciebie podejrzliwie.
- Tak, tak. Anna mi wszystko wytłumaczyła – oświadczasz.
- Anna? Nie zadawaj się z nią, to świruska – mówi z niechęcią nieznajomy.
- Czy ja wiem...
- Ale ja wiem – przerywa ci. – Jestem tutaj już jakiś czas i jakoś nie mogę z nią dojść do porozumienia. Ale… to zresztą żadna strata.
Nic nie odpowiadasz, stojąc tylko i patrząc na postać.
- Jestem Simon – mówisz w końcu, wyciągając rękę.
- A ja Aaron. – To, co podaje ci nieznajomy wcale nie przypomina dłoni. To raczej przypomina skrawek prześcieradła. Na początku jesteś przerażony, jednak postanawiasz tego po sobie nie okazywać i ściskasz to coś. W dotyku okazuje się być zupełnie jak ręka…
- Jeszcze raz przepraszam – mówisz skruszonym głosem, puszczając niechętnie dłoń Aarona. Teraz, po dłuższym czasie braku kontaktu z czymkolwiek ludzkim, to wydaje ci się takie… potrzebne, niezbędne do życia.
- Dobra, dobra – odpowiada beztrosko. – Lepiej idź poszukać sobie domu.
Kiwasz głową, uśmiechając się niewyraźnie i wychodzisz.


________________
* Eric Clampton - "Tears in Heaven"
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #369355 · Odpowiedzi: 4 · Wyświetleń: 2925

Yuriko Napisane: 09.09.2009 17:59


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Dziękuję za pomoc Aribeth i Terawowi

5. Wielki Dzień i Pomysł

Pierwszy wypad trzecioklasistów do Hogsmeade zbliżał się z godziny na godzinę i wszędzie dało się wyczuł zdenerwowanie i podniecenie równocześnie. Starsi uczniowie patrzyli na nich pobłażliwie, wspominając, jak to oni zachowywali się parę lat wcześniej, gdy sami szli do magicznego miasteczka. W wieczór przed „Wielkim Dniem”, jak wszyscy zaczęli go nazywać, Ron, Harry i kilku innych chłopaków z trzeciego roku siedzieli razem z Fredem w kącie pokoju wspólnego, omawiając wszelkie produkty, jakie mogą nabyć w Miodowym Królestwie albo w Sklepie u Zonka. W oczach młodych Gryfonów pobłyskiwały pełne szaleństwa i ekscytacji iskry, gdy przysłuchiwali się opowieściom Weasleya o tonach czekolady, cukierków i lizaków.
- Naprawdę nie rozumiem, z czego się tak cieszycie – oburzyła się Hermiona, zatrzymując się obok nich. – To jest niebezpieczne i nieodpowiedzialne.
- To, to znaczy co? – zapytał Ron, wpatrując się w nią buntowniczo.
- Ten cały wypad do Hogsmeade – odparowała. – No chyba mi nie powiesz, Ronaldzie – dodała, widząc jego rozbawioną minę – że paradowanie po mieście, podczas gdy w okolicy czai się seryjny morderca, jest bezpiecznym, w pełni odpowiedzialnym zachowaniem?
- Nie idziemy tam sami – odezwał się Dean.
- Będzie z nami McGonagall i Sprout – dodał Seamus i wszyscy zgodnie pokiwali głowami.
- I co z tego? – wypaliła Hermiona.
- To z tego, że nie będziemy sami, nie będziemy bezmyślnie paradować po mieście, tylko słuchać nauczycieli – odparł spokojnie Harry z miną niewiniątka.
- My? Przecież ty nawet nie masz pozwolenia od rodzi… wujostwa – poprawiła się szybko Granger, rumieniąc się delikatnie.
- Wiem i liczę na to, że McGonagall mi je podpisze. A jak nie, to coś się wykombinuje. – Mrugnął porozumiewawczo do Rona i Hermiony, dając im jasno do zrozumienia, że tym czymś będzie pewna zapewniająca niewidzialność rzecz.
- Nie idziesz do McGonagall, żeby przedyskutować z nią propozycji odwołania wypadu? – Ron był wyraźnie zirytowany.
Dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem, odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę kominka, by w spokoju zająć się lekturą niedawno wypożyczonych w bibliotece książek. Doprawdy, nie rozumiała, jak Dumbledore mógł się zgodzić na to całe Hogsmeade. Przecież nie mógł zapomnieć o Black’u grasującym w okolicy!
- Nadal nieprzekonana? – zagadał do niej znad podręcznika do eliksirów George.
Pokręciła tylko przecząco głową i otworzyła z rozmachem grubą księgę oprawioną w skórę. Weasley uśmiechnął się blado, przyglądając się jej zrezygnowanej minie i wykrzywionych w niezadowoleniu ustach.
- Jeśli chcesz, możesz zostać jutro w Hogwarcie, a do Hogsmeade pójść następnym razem, kiedy już będzie bezpiecznie.
Hermiona podniosła znad książki zamyślone spojrzenie.
- Myślałam o tym i chyba tak zrobię – westchnęła z rezygnacją. – Pójdziemy z Harrym do biblioteki i poszukamy paru książek, które kazał nam wypożyczyć profesor Lupin.
- Z Harrym? – zdziwił się George, spoglądając na Pottera, pochylonego z kolegami nad Fredem. – Myślałem, że on też idzie do Hogsmeade.
- Nie ma pozwolenia – odparła natychmiast Hermiona i Weasley odniósł dziwne wrażenie, że dziewczyna częściowo jest z tego bardzo zadowolona.
- Może się do was przyłączę, jeśli oczywiście nie masz nic przeciwko. – Hermiona zaprzeczyła, a George rozłożył się wygodniej na kanapie. – Najpierw mamy wróżbiarstwo, a potem transmutację i dwa zielarstwa, które się nie odbędą, bo McGonagall i Sprout idą z trzecioroczniakami, więc będziemy mieli trzy godziny wolnego… - westchnął z zadowoleniem, składając ręce na karku.
Granger uśmiechnęła się delikatnie i wróciła do czytania.

~*~

Z wieży, w której odbywało się wróżbiarstwo, widać było trzecioklasistów idących w zwartym szeregu za profesor McGonagall w stronę bramy prowadzącej do Hosgmeade. Cały pochód kończyła Sprout, drepcząca w starej, pobrudzonej szacie i lekko podjedzonej przez mole tiarze. Uczniowie siedzący przy stolikach z kulami do wróżenia wzdychali na ten widok, pragnąc choć na chwilę cofnąć się o dwa lata i móc opuścić tą duszną, pełną dziwnych mgieł i zapachów klasę.
Fred nachylił się nad szkłem, udając, że wróży Angelinie straszliwą przyszłość, pełną śmierci, nieszczęść i wojen. Johnson zakrywała sobie usta dłońmi, by nie roześmiać się na głos, podczas gdy Weasley właśnie zaczynał się trząść, wydając z siebie jakieś niezrozumiałe charknięcia. Lee opierał głowę na ręce, wpatrując się rozmarzonym spojrzeniem w George’a, który przeglądał podręcznik do wróżbiarstwa, czemu towarzyszył powolny szelest przewracanych stron, niesamowicie drażniący uszy i już i tak zirytowanych uczniów. Jordan jednak ani drgnął, ani mrugnął, chłonąc wzrokiem każdy szczegół na twarzy Weasleya, łowiąc każdy pieg i każdy grymas, który się na niej pojawił. Profesor Trelawney właśnie demonstrowała zainteresowanym osobom – dla ścisłości, jednej, ze sobą włącznie – w jaki sposób poprawnie wróży się z kuli, wymachując energicznie rękami i grzechocząc przy tym tuzinem różnokolorowych bransoletek.
- Co tam teraz majstrujecie z George’em? – zapytała Angelina, kiedy Fred skończył już przepowiadanie jej przeszłości.
- No właśnie nic – westchnął, rozkładając się na stoliku. – Planujemy wynaleźć jakieś słodycze na miarę światowej sławy – widząc zdziwioną minę dziewczyny, dodał – no wiesz, jak czekoladowe żaby, czy fasolki.
- Brak pomysłów? – Johnson chwyciła jeden z rudych kosmyków Freda i nawinęła go sobie na palec. Chłopak pokiwał głową. – Chciałabym wam pomóc, ale naprawdę nie wiem jak.
- Powiedz, co najbardziej lubisz – odparł sennym głosem Weasley.
- Lubię dużo rzeczy – zaśmiała się. – Ale nie zapomnę smaku nadmuchiwanej czekolady, którą kiedyś przywiozła nam koleżanka mojej mamy.
- Nadmuchiwana czekolada? – Fred podniósł się ze stolika. – Co to takiego?
- Normalna czekolada, tyle że w środku ma powietrze – wyjaśniła Angelina z błyskiem w oku. – Jest taka lekka! A kiedy ją jesz, to czujesz w ustach, jakby tysiące bąbelków ulatniało się z niej i rozpływało się razem z nią.
Fred wpatrywał się w nią jak urzeczony, zafascynowany opowieścią o nadmuchiwanej czekoladzie i nowym pomysłem, który zrodził się w jego głowie. To było to! Miał już plan i był absolutnie pewien, że podbije serca wszystkich młodych czarodziejów, jeśli i nie dorosłych! Spojrzał na George’a siedzącego kilka stolików dalej, jednak ten nadal był zagłębiony w lekturze. Przez chwilę próbował zwrócić na siebie uwagę brata, ale bez skutku. Położył się ponownie obok kryształowej kuli i zatopił w swoich myślach, pozwalając, by Angelina przeczesywała powoli palcami jego włosy.
Lekcja transmutacji dłużyła się niesamowicie, a gdy wreszcie dobiegła końca, uczniowie wręcz zerwali się ze swoich miejsc i biegiem ruszyli do wyjścia.
- George! – Chłopak był pogrążony w rozmowie z Lee, więc nic nie usłyszał. – George! – wrzasnął ponownie Fred, ale zagłuszył go tłum rozwrzeszczanych uczniów oddzielających go od brata. – No i pięknie – mruknął zirytowany.
Kiedy w końcu wydostał się na zewnątrz, George’a nigdzie nie było. Jeszcze bardziej wkurzony, zwlekł się po krętych schodach razem z Angeliną i poszedł w stronę wyjścia z zamku – mieli przecież trzy godziny wolnego, więc trzeba było się tym nacieszyć. Przywitało ich rześkie, ciepłe powietrze i delikatny wiatr, chłodzący ich rozgrzane twarze. Nie odważyli się iść na błonia, jednak usiedli na wielkich, marmurowych schodach, kładąc na nich swoje torby i zdejmując szaty.
- Co będziemy robić? – zapytała Angelina, rozprostowując nogi.
- Siedzieć, odpoczywać, rozmyślać – zaczął wyliczać sennym głosem Fred.
Siedział dwa stopnie wyżej od dziewczyny, więc z łatwością mógł oprzeć brodę na jej głowie, oplatając ręce wokół jej szyi. Johnson rozluźniła się, wypuszczając ze świstem powietrze. Wyglądali jak para szczęśliwych zakochanych patrzących z optymizmem w cudowną przyszłość, która bez wątpienia należała właśnie do nich. Słońce powoli zbliżało się ku zenitowi, oświetlając ich intensywnym, gorącym blaskiem, nie zatrzymywane przez wątłe obłoczki, sunące lekko po jasnoniebieskim niebie.
- O czym myślisz, Fred? – głos Angeliny był lekko ochrypnięty od długiego milczenia.
- Myślę o wielu rzeczach – odparł szeptem chłopak. – Niczym w ciemnej otchłani morza, zanurzam się w różnych sprawach, wynurzając się dopiero wtedy, gdy zabraknie mi powietrza…
- No dobra – zaśmiała się Johnson ze zniecierpliwieniem. – To znaczy o czym?
Jeśli Fred był urażony jej kompletnym brakiem wyczucia, nie dał tego po sobie poznać. Westchnął tylko przeciągle, rozluźniając uścisk, i położył się na wznak na schodach.
- O nadmuchiwanej czekoladzie, nowym projekcie, Lupinie, moich snach… O wielu rzeczach.
Angelina położyła się obok niego, starając się ukryć, że schodki boleśnie wbijają się jej w bok.
- O Lupinie? – zdziwiła się.
- Taak. Martwię się o niego. Wygląda, jakby coś mu było, jakby był ciężko chory…
- Czy ja dobrze zrozumiałam? Przejmujesz się nauczycielem? – Jej mina świadczyła o tym, że martwienie się nauczycielami nie jest w żadnym wypadku zdrowym odruchem. Widząc zmieszanie przyjaciela, uniosła jedną brew i ściszyła głos. – Czujesz do niego miętę?
Fred spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- No coś ty! – żachnął się. – Jest najlepszym nauczycielem, jakiego mieliśmy do tej pory i nie chcę, żeby ktoś zmienił jego stanowisko – wyjaśnił z powagą.
- No tak. Racja – przytaknęła mu Angelina, odwracając od niego wzrok.

~*~

- Coś taki milczący, Ge?
Rudzielec spojrzał na przyjaciela nieprzytomnym wzrokiem, mrużąc brwi, jakby dopiero co się obudził i aktualnie przyzwyczajał oczy do światła.
- Halo! Hogwart do George’a! – Lee pomachał mu przed nosem ręką. – Żyjesz?
- C-co? Tak, tak – uśmiechnął się nieco zmieszany. – Po prostu… chyba wpadłem na pewien pomysł. Dokładnie na projekt. – Jordan patrzył na niego ze zdziwieniem. – Powiedz mi, ilu uczniów lubi wróżbiarstwo?
- Czy ja wiem? – zamyślił się chłopak. – Pewnie niewielu. A co chcesz zrobić?
- Dokładnie to nie wiem. Ale coś w stylu czekoladowych figurek… a może jakiś omenów? No wiesz. Na przykład ponuraka, czy czegoś takiego. Ludzie mogliby w pewnym sensie kupować przepowiednie i je zjadać.
Lee patrzył na niego, nie kryjąc niepewności.
- Zły pomysł? – Było to raczej stwierdzenie niż pytanie i George spuścił zrezygnowane spojrzenie.
- Nie jest zły, ale też nie wyśmienity. – Poklepał przyjaciela po ramieniu. – Jestem pewien, że stać cię na coś lepszego. Albo po prostu dopracujesz ten pomysł.
Tymczasem skręcali już w korytarz prowadzący do biblioteki. Ponieważ uczniowie byli obecnie na zajęciach, w zamku było pusto i cicho. George rozejrzał się w poszukiwaniu Hermiony, jednak jej nie zobaczył. Przy stolikach siedziało kilku trzecioklasistów, mających prawdopodobnie podobne zdanie odnośnie wyjścia do Hogsmeade, co Granger, oraz dwie piątoklasistki.
- Tak w zasadzie to kogo lub czego szukamy? – zapytał niepewnie Lee, idąc krok w krok za przyjacielem.
- Hermiony. Albo Harry’ego – odparł George, zaglądając między kolejne regały. Za piątym znalazł samotną Gryfonkę z nosem zanurzonym w książce. - O, tu jesteś – ucieszył się na jej widok, siadając przy stoliku.
- Cześć – uśmiechnęła się do nich szczerze.
Lee pomachał jej ręką, szczerząc zęby i usiadł na krześle obok George’a.
- Gdzie Harry? – zapytał Weasley, rozglądając się w poszukiwaniu chłopaka.
- Poszedł do Hogsmeade. – Ton głosu dziewczyny zmienił się momentalnie. Chłopcy wybałuszyli na nią oczy w niemym pytaniu. – Jego się zapytajcie. – Wzruszyła ramionami.
- Pewnie znalazł jedno z tajemnych przejść. – Jordan pokiwał głową z uznaniem.
Hermiona spiorunowała go wzrokiem.
- Doprawdy, jesteście niemożliwi – mruknęła.
Lee parsknął śmiechem, trącając ramieniem przyjaciela, który starał się nie roześmiać. Po dłuższej chwili milczenia Jordan wstał od stolika, obdarzony zdziwionymi spojrzeniami przez Granger i George’a i oznajmił, że niedługo wróci. Weasley wciąż bacznie mu się przyglądał.
- Oj, Ge. Potrzeby fizjologiczne – syknął, patrząc na niego groźnie.
Hermiona parsknęła śmiechem, chowając się za książką, na co Lee zrobił obrażoną minę. Odwrócił się na pięcie i odszedł z wysoko uniesioną głową. Rudzielec spoglądał za nim, aż w końcu nie wytrzymał i również się roześmiał.
- Mogłeś nie dociekać – rzuciła Gryfonka.
- Nie miałem pojęcia, o co mu może chodzić – odparł skruszony Weasley.
Hermiona pokiwała ze zrozumieniem głową i z powrotem wróciła do lektury. George był już myślami gdzie indziej. Zastanawiał się nad nowym projektem, nad pomysłem, który wpadł mu do głowy podczas wróżbiarstwa. Czekoladowe omeny? Nie był pewny, czy to był dobry plan.
- Coś cię trapi, George? – zapytała Granger. Chłopak nie zauważył, że przyglądała mu się od dłuższej chwili.
- Tak – westchnął ze zrezygnowaniem. – Jak wiesz, planujemy z Fredem otworzyć własną linię słodyczy, ale póki co nie mamy żadnego pomysłu. No, może poza jednym. – Hermiona zachęciła go wzrokiem. – Myślałem o zrobieniu czegoś w stylu czekoladowych omenów.
- Czekoladowych omenów? – powtórzyła. – Chyba wiem, o co ci chodzi. Ale… sama nie wiem. To trochę dziwne, wręcz straszne – wyznała przyciszonym głosem.
- Cóż, może trochę – zgodził się George. – Słuchaj, może ty miałabyś jakiś pomysł?
Hermiona odłożyła książkę i oparła głowę na dłoniach; jej wzrok podążył gdzieś w pustą przestrzeń, by po chwili skupić się z powrotem na Weasley’u.
- Czekolada jest w porządku. Ale te omeny mi się nie podobają. Może lepiej jakieś figurki? Czyjeś podobizny? – Widząc błysk w oku George’a, dodała szybko: – Nawet nie myśl o profesorze Snape’ie – zganiła go. – To byłaby lekka przesada. Nie pamiętasz, jak ukarał was ostatnio za LepiSmarka?
Weasley pamiętał. Snape w końcu się zdenerwował i zanim zdążyli mrugnąć, stał już za nimi, trzymając ich za kołnierze. Był bardzo zły. Odebrał Gryffindorowi osiemdziesiąt punktów – po czterdzieści za każdego i dał szlabany. Musieli co drugi dzień przez dwa tygodnie przychodzić do jego gabinetu i porządkować składniki do eliksirów, fiolki z miksturami, aż w końcu w ogóle porządkować komnatę. Kiedy dowiedzieli się o tym inni Gryfoni, byli zdruzgotani i wściekli – po części na Snape’a, że odjął im tak wiele punktów i teraz pozostali z zaledwie pięćdziesięcioma, a po części na bliźniaków, że dali się złapać i spowodowali to wszystko. Tak więc od tamtej pory nie korzystali już z LepiSmarka. Pomimo tego pomysł z czekoladową figurką Mistrza Eliksirów był naprawdę dobry.
- Z tymi figurkami to chodziło mi o coś innego. – Hermiona pochyliła się nad stołem. – Na przykład na Walentynki uczniowie mogliby zamawiać swoje podobizny i dawać je potem sympatiom. To na pewno świetnie by się sprzedawało.
- Taak, można by o tym pomyśleć – uśmiechnął się szeroko George, klepiąc dziewczynę po ręce.
Może ten pomysł nie był tak świetny jak czekoladowy Snape, jednak ewentualnie, w razie potrzeby, mógł okazać się przydatny.
- A jak przygotowania do meczu z Puchonami? – zmieniła temat Gryfonka. – To już chyba pojutrze, prawda?
- Hermiono, ty pytasz mnie o... quidditcha? – zaśmiał się, zszokowany.
Dziewczyna przewróciła oczami.
- Tak, George. Nie ekscytuje mnie to tak jak Rona, Harry’ego czy, bez urazy, ciebie, jednak nie oznacza to, że mnie to nie obchodzi. Bardzo bym chciała, żebyście wygrali ten mecz i wszystkie pozostałe. Nie myśl, że interesują mnie tylko książki. Na Pucharze Quidditcha też mi zależy – oznajmiła buntowniczym głosem.
- Dobra, rozumiem – uśmiechnął się rudzielec.
Już więcej się nie odzywali, pochłonięci przez lektury. Wydawało się, że każde z nich jest w zupełnie innym świecie, jednak w powietrzu dało się wyczuć niemal namacalną nić porozumienia. Przewracali niespiesznie kolejne kartki w swoich książkach, wodząc wzrokiem między wersami, ślizgając się po literach.
- George, tu jesteś! – Usłyszeli za sobą głos Freda. – Wszędzie cię szukałem – dodał rudzielec, spoglądając oskarżycielsko na brata.
Angelina pokręciła głową z pobłażliwym uśmiechem, słysząc te jawne kłamstwo i usiadła na brzegu stolika. George przysunął się bliżej regału, robiąc miejsce Fredowi i Lee. Po chwili bliźniacy postanowili obwieścić o swoich pomysłach.
- Angie podsunęła mi świetny pomysł, Ge – oznajmił podekscytowany Fred. – Słyszałeś o nadmuchiwanej czekoladzie? – George w odpowiedzi wybałuszył oczy, a Hermiona wciągnęła ze świstem powietrze.
- Ja o tym słyszałam – oznajmiła z dumą. – A nawet jadłam. Moja mama często ją kupuje, to moja ulubiona. – W jej ciemnych oczach pojawiły się radosne iskierki, gdy to mówiła.
- Tak, lepszej czekolady nie ma chyba w całym czarodziejskim świecie – dodała Angie, wymieniając z Hermioną porozumiewawcze spojrzenia.
George spojrzał zdezorientowany na swojego brata, domagając się wyjaśnień. Fred wytłumaczył mu, czym jest nadmuchiwana czekolada, na co rudzielec opowiedział mu o swoim pomyśle i propozycji Granger. Chłopcy zaczęli z ochotą wymieniać poglądy, dyskutować o ewentualnych projektach, wymyślać całkiem nowe, a ich oczy błyszczały z podekscytowania – w ich głowach powoli rysował się wyraźny obraz nowego projektu.
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #368103 · Odpowiedzi: 8 · Wyświetleń: 5116

Yuriko Napisane: 30.08.2009 14:48


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Wstawiam kolejny rozdział. smile.gif Następny może być dopiero za tydzień.

Wciąż dedykuję Haydi.

Betowali Aribeth i Teraw

4. Miłość i Humorki

Fred zjawił się w klasie transmutacji dosłownie na chwilę przed rozpoczęciem lekcji, siadając obok swojego brata, który przyglądał mu się podejrzliwie. Profesor McGonagall posłała mu na wpół groźne, na wpół porozumiewawcze spojrzenie i rozpoczęła zajęcia.
- Już nie jesteś zły? – W brązowych oczach George’a czaiło się rozbawienie.
Fred uniósł zdziwiony wzrok znad wyciąganych właśnie z torby książek zdziwiony wzrok. Przez chwilę jakby nie do końca wiedział, o co jego bratu chodzi, ale zaraz się zreflektował i prychnął.
- Taaa… trochę mi przeszło.
- No to świetnie. – Lee, siedzący za nimi w ławce, poklepał Freda po plecach. – Te twoje humorki są naprawdę okropne – dodał poważnie.
- Humorki – parsknął chłopak. – Ja bym to nazwał chwilowym zachwianiem równowagi duchowej, które zdarza się wszystkim artystom…
George, Lee i Angelina, która siedziała obok Jordana, wybuchli gromkim śmiechem, czemu udało się zażegnać ponury nastrój. Profesor McGonagall odchrząknęła znacząco, przywołując w klasie ciszę (i porządek) i wszyscy posłusznie zwrócili ku niej twarze.
Istotnie, złość, którą czuł Fred, nagle jakby się ulotniła, uleciała w powietrze i rozpłynęła, pozostawiając po sobie jedynie dziwne uczucie pustki. To nie było nic niezwykłego – chłopak potrafił w jednej chwili być zdenerwowanym, gotowym do przeklęcia wszystkich dookoła, by za moment śmiać się i bawić wraz z innymi. Dlatego często jego przyjaciele nie brali jego humorów na poważnie, co tym bardziej go irytowało. Teraz czuł się spokojny i radosny, choć zupełnie nie miał pojęcia, czym ten stan był spowodowany. Czyżby miał na to wpływ sympatyczny profesor Lupin i jego przytulny na swój sposób gabinet? To było co najmniej intrygujące…
Na dzisiejszej lekcji transmutacji profesor McGonagall postanowiła dać uczniom przyjemne zadanie i kazała przemienić tabliczkę czekolady w kakao. W sali unosił się słodki zapach, który sprawiał, że niejednemu uczniowi ciekła ślinka. Kilkoro ukradkiem podjadało słodycz, a niektórzy po prostu odłamywali sobie śmiało po kilka kostek, by po chwili spotkać się z karcącą miną nauczycielki.
- Fred, nie jedz tyle – zbeształ brata George, widząc jak chłopak wpycha do ust piątą kostkę.
- A to niby dlaczego? – mlasnął rudzielec, oblizując wargi.
- Bo to niesprawiedliwe. Będzie ci łatwiej ją przemienić w płyn… - nachmurzył się George, machając swoją różdżką, ćwicząc zaklęcie.
- Jesteś genialny, Ge! – zaśmiała się Johnson i ugryzła kawałek czekolady.
Po chwili cała trójka – Fred, Angelina i Lee – zajadała się smakołykiem pod groźnym, pełnym nienawiści spojrzeniem George’a, który wymachiwał swoją różdżką coraz szybciej, widząc niesprawiedliwe zachowanie przyjaciół.
- Em… Mógłbym, Angie? – Fred odchylił się na krześle, opierając się łokciem o ławkę Jordana, a drugą rękę wyciągając ku dziewczynie. Angelina spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale nie cofnęła się, gdy przycisnął kciuk do jej ust, ścierając z nich powoli brązową smugę. Na twarz Johnson wylał się bladoróżowy rumieniec.
- Uważam, że twoje czerwone usta wyglądają w tej czekoladzie, jak wisienka na torcie, ale – uśmiechnął się zabójczo – nie wszyscy mogą dostrzec to powalające piękno.
Angelina spuściła z zawstydzeniem wzrok, a George prychnął cicho, odwracając się z powrotem w stronę katedry i natrafiając na srogie spojrzenie profesor McGonagall, stojącej obok jego ławki.
- Panie Weasley – zwróciła się do Freda, który najwyraźniej jeszcze jej nie zauważył, wpatrzony w zarumienione oblicze przyjaciółki. – Przykro mi to mówić, ale muszę odjąć Gryffindorowi dziesięć punktów za notoryczne zakłócanie porządku na lekcji – wycedziła.
Rudzielec wyprostował się na krześle i rozejrzał dookoła oskarżycielskim wzrokiem, jakby wszyscy zebrani byli temu winni. Kiedy nauczycielka ruszyła w stronę tablicy, tłumacząc uczniom ich zadanie, Fred wziął do ręki swoją różdżkę i naburmuszony zaczął ćwiczyć razem z bratem. W klasie rozległy się ciche, nieśmiałe szepty, gdy wszyscy naraz zaczęli wymawiać formułę zaklęcia. Czekolada George’a drgnęła nieznacznie, a jej róg rozpłynął się nagle, rozpływając się po blacie stołu. Fred prychnął, z wyższością spoglądając na brata, po czym wyszeptał zaklęcie. Jego tabliczka pozostała niewzruszona. George parsknął śmiechem, trącając brata łokciem.
- Jesteś wprost genialny, Fredi.
- Hahaha – mruknął nieco zirytowany Weasley. – Zamiast się ze mnie nabijać, może byś w końcu ruszył tym swoim móżdżkiem – popukał George’a po głowie – i wymyślił sposób na podbicie rynku czarodziejskiego?
- Sam wiesz, że to nie takie proste. Musimy wymyślić coś oryginalnego, niesamowitego, co podbije serca wszystkich. Wyrobów czekoladowych na rynku jest mnóstwo – dlatego też nasze muszą być jedyne w swoim rodzaju.
- Och, ty pesymisto. – Fred trzepnął go w ramię. – Coś wykombinujemy. Na pewno czekolada? – Uniósł jedną brew i zanurzył palec w kakao, spływającym po ławce, po czym zręcznie ją z niego zlizał.
- Myślę, że tak – pokiwał głową George, lekko zamyślony. – Przynajmniej na razie – spojrzał na brata łobuzersko.

~*~

Profesor McGonagall nie była zadowolona z wyników, jakie jej uczniowie osiągnęli na tej lekcji. Tuż przed dzwonkiem zapowiedziała, że jeśli an następnych zajęciach nadal będą jedynie podjadać czekoladę, skończy z tego typu zadaniami i wymyśli im coś naprawdę trudnego. Wszyscy opuszczali klasę umazani czekoladą, roześmiani od ucha do ucha. Nawet Lupin, który akurat szedł korytarzem w stronę klasy od transmutacji, uśmiechnął się całkiem pogodnie na ich widok, co stanowiło ogromny i przyjemny kontrast z jego dotychczasową miną.
- Dzień dobry, profesorze. – George, Lee i Angelina przywitali go delikatnym skinieniem głowy.
Mężczyzna odpowiedział im tym samym, jednak wydawało się, że jest nieco rozkojarzony – rozglądał się, jakby czegoś szukał, a gdy dostrzegł Freda zamykającego za sobą drzwi, uspokoił się, a rysy jego twarzy rozjaśniły się i zelżały. Trójka przyjaciół nie obejrzała się za nim, więc nie była w stanie tego zauważyć, jednak Fred jak najbardziej to wychwycił, reagując na nauczyciela bardzo podobnie. Weasley jeszcze raz obejrzał się za odchodzącym Lupinem, który szedł powoli i ciężko, z przygarbionymi plecami, jakby każdy krok sprawiał mu ból. Coś wyraźnie się z nim działo i Fred musiał za wszelką cenę dowiedzieć się, co.
- Idziesz? – Angelina zatrzymała się, spoglądając na niego z pobłażaniem.
Rudzielec uśmiechnął się do niej niewyraźnie i zrównał krok ze swoimi przyjaciółmi.
- Jak myślicie? – zaczął, zamyślony. – Co się dzieje z Lubinem? Lupinem
- Czy ja wiem? Myślę, że się przeziębił albo coś. – Lee wzruszył ramionami, nie odrywając mętnego wzroku od George’a, który grzebał w swojej torbie w poszukiwaniu podręcznika do wróżbiarstwa.
- To niemożliwe – potrząsnął głową Fred. – Eliksir pieprzowy już dawno by mu pomógł, a on chodzi taki… chory już jakiś tydzień, jeśli nie dłużej.
- Jak zwykle szukasz w zwykłych rzeczach czegoś niezwykłego. – Angelina dotknęła jego ramienia. – Nie martw się, Fredi, na pewno to nic poważnego i niedługo mu przejdzie.
Chłopak, niezbyt przekonany, pokiwał powoli głową i po chwili został wciągnięty w rozmowę o quidditchu. Wielkimi krokami zbliżał się pierwszy mecz, w którym mieli się zmierzyć z Puchonami – obie drużyny były bardzo dobre i zapowiadało się naprawdę wyśmienite starcie, głównie między szukającymi, którymi byli Potter i Diggory. Gryfoni starali się tym bardziej, nie chcąc zrobić przykrości Oliverowi, dla którego, jak podkreślił, był to ostatni rok, czyli ostatnia szansa na zdobycie Pucharu Quidditcha. Ta myśl było jednocześnie bardzo motywująca, jak i przytłaczająca.
Kolejne lekcje minęły bardzo szybko. Mimo że Fred przyrzekł sobie rano, że zrobi sobie przynajmniej częściowo wolne, to i tak uczestniczył w każdej z nich. Zajęcia z Obrony Przed Czarną Magią były luźne i spokojne – profesor Lupin zrobił im całogodzinną powtórkę z poprzednich tematów, chcąc sprawdzić, ile się nauczyli, choć Fred po cichu się domyślał, że była to po prostu wymówka, ponieważ nauczyciel nie był w stanie prowadzić normalnie lekcji. Był jeszcze bardziej osłabiony i ponury, niż kiedy Weasley przyszedł do niego do gabinetu. Opierał się ciężko rękami o blat swojego biurka, spoglądając w zamyśleniu na pracujących uczniów, skrobiących zawzięcie na pergaminach. Profesor kazał im wypożyczyć kilka książek, które mogły okazać się pomocne w przygotowaniach do sumów. Gdy tylko Lupin ogłosił koniec lekcji, George i Lee od razu skierowali się po nie do biblioteki, mijając po drodze tłumy rozgadanych uczniów, aż w końcu doszli do ogromnego pomieszczenia, w którym na sięgających sufitu regałach poustawiane były setki książek.
- Fred i Angie będą w końcu razem? – zapytał znienacka Jordan, wywracając ciemnoniebieskimi oczami, jakby ten temat już go nudził.
- Nie mam pojęcia – odparł równie znudzony George. – Uwierz mi, że ja też bardzo chciałbym to wiedzieć…
- Ona jest w nim zakochana na zabój – zamyślił się Lee, rozsiadając się przy jednym ze stolików, podczas gdy Weasley przeglądał zawartość półek. – Wiem, jak to jest – dodał nieco ciszej.
- Jak to jest? O co ci chodzi? – George spojrzał na niego z zaciekawieniem.
Jordan pochylił się nad ciemnym blatem; jego czarna brew powędrowała do góry, a oczy zabłyszczały dziwnym blaskiem.
- Jak to jest być zakochanym – uśmiechnął się dziko. – Na zabój – dodał szeptem.
Weasley wydawał się być zszokowany i zaintrygowany jednocześnie. Oparł się o regał i, udając kompletny brak zainteresowania, co oczywiście mu nie wyszło, zapytał kogo Lee ma na myśli. Chłopak zaśmiał się głośno.
- Ty głuptasku – parsknął śmiechem.
George spłonął rumieńcem, odwracając wzrok od Jordana i mamrocząc coś o tym, żeby ten się odwalił. Lee wstał nagle i podszedł do rudzielca – blisko, bardzo blisko, tak, że dzieliły ich zaledwie centymetry. Nachylił się nad przyjacielem, który zamarł w bezruchu.
- Przestań się wzbraniać, Ge – wyszeptał mu prosto do ucha. – Nie możesz wciąż od tego uciekać… - Dotknął delikatnie ramion Weasleya, który wzdrygnął się nieznacznie. – Nie uciekniesz przed miłością – szepnął niemal niedosłyszalnie, łaskocząc George’a w kark.
Nastała pełna napięcia cisza, w której wyczuwało się gorące uczucie, jak i skonsternowanie i żal. W końcu Weasley, jak gdyby nigdy nic, wrócił do przeglądania książek, na co Lee odsunął się od niego i zrezygnowany usiadł z powrotem przy stole.
- Wracając do sprawy Freda i Angeliny – zaczął poważnie Jordan – to mam nadzieję, że ten tępak nie złamie jej serca. Wiem, Ge, że nie powinienem wyrażać się w ten sposób o twoim bracie – wywrócił oczami – ale sam wiesz, do czego on jest zdolny. Działa pod wpływem emocji, impulsu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.
George ze zrezygnowaniem skinął głową, po cichu zgadzając się z każdym słowem przyjaciela. Doskonale wiedzieli, jaki jest Fred.
Kiedy wrócili do pokoju wspólnego Gryffindoru, był już późny wieczór. Przelewitowali kilkanaście tomów wypożyczonych z biblioteki do swojego dormitorium, po czym Lee oznajmił, że ma już dość tego dnia i musi się położyć. Chwilę później Jordan zniknął w łazience, George rozsiadł się na kanapie przed kominkiem, na której siedziała już Hermiona Granger. Na kolanach trzymała swojego rudego kota, głaszcząc go powolnym ruchem.
- Cześć – powitał ją George. – Witaj, Krzywołapku. – Przeczesał palcami jego długą, puszystą sierść.
- Cześć – zaśmiała się Hermiona. – Jak minął dzień?
- Całkiem w porządku. – Weasley machnął ręką, wyciągając nogi.
Dziewczyna przyglądała mu się bacznie, sprawiając przy tym wrażenie nieco niepewnej, a może nawet zdezorientowanej. Spojrzał na nią pytająco.
- Fred chodzi z Angeliną? – wypaliła nagle i spłonęła rumieńcem. – To znaczy… przepraszam, nie powinnam się wtrącać… to nie moja sprawa…
- Nie, nie chodzi z nią – odparł George. – Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał, marszcząc brwi.
Hermiona spuściła wzrok, nagle bardzo zainteresowana Krzywołapem, pomrukującym z zadowoleniem na jej kolanach.
- Tak wyglądają – mruknęła, nadal nie podnosząc spojrzenia na starszego kolegę.
- To znaczy? – dopytywał się George. Serce mocniej mu zabiło – czyżby pod jego nieobecność stało się coś poważnego?
- Wiem, że nie powinnam się wtrącać, ale przed chwilą widziałam ich razem… Angelina siedziała na fotelu, a Fred na jego oparciu, szepcząc jej coś do ucha i co jakiś czas całując ją po szyi – wyrzuciła z siebie jednym tchem, coraz bardziej się rumieniąc. – To nie moja sprawa, ale…
- Nic się nie stało – rzucił niedbale George, klepiąc ją po ramieniu .
Podniósł się z kanapy, po czym pożegnał się szybko i poszedł w stronę dormitorium, odprowadzony zdziwiony wzrokiem Granger. Freda tam nie było. Coraz bardziej zdenerwowany, usiadł na swoim łóżku z zamiarem czekania na swojego brata, choćby miał nie spać całą noc. Jednak nie było mu to dane – po zaledwie godzinie zjawił się Fred. Jego blada twarz była wręcz wyprana z emocji, co jeszcze bardziej wkurzyło George’a. Ponieważ w dormitorium już wszyscy spali, bliźniacy wyszli na zewnątrz, na korytarz łączący ich sypialnię z pokojem wspólnym.
- Co ty sobie wyobrażasz? – warknął na zdezorientowanego Freda.
- O co ci chodzi? – prychnął rudzielec.
- O Angelinę, a o co innego? – George zacisnął pięści, czując jak jego mięśnie spinają się pod wpływem gniewu/złości. złości – Zachowujesz się, jakby była twoją dziewczyną – wyrzucił z siebie, na co Fred parsknął śmiechem.
- Zazdrosny, braciszku? – zakpił.
- Nie przeginaj. – George pchnął brata na ścianę, chwytając jego koszulkę. – Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
- Jest moją przyjaciółką – wychrypiał Fred. – Możemy się czasem poprzytulać, co nie? Ty też możesz, jeśli chcesz. Nikt ci tego nie broni. Tyle, że ty tak nie potrafisz. Wzbraniasz się przed jakimikolwiek uczuciami, robiąc z siebie… niewiadomo kogo. Lee kocha się w tobie od roku, a ty wciąż uciekasz.
George zesztywniał, słysząc te słowa – takie same jakie wypowiedział jeszcze kilka godzin wcześniej Jordan. Bracia wpatrywali się w siebie, czekając na kolejny ruch drugiego.
- Angie cię kocha – wymamrotał George, rozluźniając uścisk.
- Wiem – odparł beztrosko Fred. – Czy to coś zmienia?
- Przeczysz sam sobie – warknął jego brat. – Nie zamierzasz z nią chodzić, prawda? – To było raczej stwierdzenie niż pytanie, a kiedy Fred pokręcił przecząco głową, George westchnął z rezygnacją. – Nie chcę po prostu, żebyś ją zranił. I nie chcę, żebyś wyszedł na… niewiadomo kogo – uśmiechnął się delikatnie, przyglądając się bacznie bratu.
- Rozumiem – odparł Fred, jednak wydawało się, że myślami był już daleko stąd.
George był wyjątkowo zmęczony całą tą sytuacją. Najpierw Lee, wyznający mu miłość, teraz jego brat i zakochana w nim Angelina... Rudzielec nienawidził tego typu spraw. Co się tyczyło Jordana, to naprawdę nie chciał go tak po prostu odrzucać; był jego przyjacielem i niemalże mógł powiedzieć, że go kochał, jednak miłością czysto braterską. Tym prawdziwym, gorącym uczuciem obdarzył już kogoś innego i nie zamierzał tego zmieniać. Nie chciał. A Fred i Angelina? On był typem podrywacza, na dodatek impulsywnego i romantycznego, który nie zwracał uwagi na cudze uczucia – po prostu biegł równo z wiatrem, rzucał się na fale, przeskakując kolejne i nie oglądając się za siebie. Johnson była gotowa obdarzyć go silnym, prawdziwym uczuciem i George’owi było jej po prostu żal – to było do przewidzenia, że się rozczaruje. Fred potrafił być troskliwy, owszem, umiał się martwić o innych, jednak najczęściej były to niezobowiązujące przebłyski uczuć, które znikały równie szybko, jak się pojawiały.
George położył się na łóżku, spoglądając na swojego brata, leżącego twarzą do bladoczerwonej ściany. Szczerze mówiąc nie wierzył, by Fred go zrozumiał…

  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #367721 · Odpowiedzi: 8 · Wyświetleń: 5116

Yuriko Napisane: 26.08.2009 12:52


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Może źle się wyraziłam. Chodziło o to, że nie podaję na początku paringu. smile.gif
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #367524 · Odpowiedzi: 6 · Wyświetleń: 4373

Yuriko Napisane: 23.08.2009 23:38


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Zamieszczam nowy rozdział. Przepraszam, że tak długo czekaliście.'

Betowali: Aribeth i Teraw
Nadal dedykuję Haydi :*

3. Rubiny i Rumieńce


Kiedy drzwi do Skrzydła Szpitalnego się za nim zamknęły, Fred odetchnął głęboko i ruszył przed siebie sprężystym, dumnym krokiem. Emocje, które na chwilę odbiły się na twarzy profesora Snape’a, były spełnieniem jego marzeń – Mistrz Eliksirów wytrącony z równowagi na tyle, by zrzucić kamienną maskę.
Jaskrawe światło słoneczne wpadało przez duże okna na korytarz, sprawiając, że nieprzystępne, zimne mury zamku stawały się cieplejsze i mniej wrogie. Za rogiem Fred wpadł na tłum uczniów, przekrzykujących się nawzajem. Przy ścianie ustawili się murem Ślizgoni, broniący swojego opiekuna i wyzywający Weasleya, a z drugiej Gryfoni, wyśmiewający niezdarność Snape’a. Kiedy zauważyli Freda, na chwilę zamilkli, by zaraz zasypać go pytaniami, obelgami, pochwałami, wyzwiskami i wszystkim innym, co tylko cisnęło im się na języki.
- Nic mu nie jest – oświadczył chłopak, wkraczając w tłum Gryfonów. Ślizgoni odetchnęli z ulgą, jednak nie przeszkodziło im to w obrzuceniu go kolejnymi wyzwiskami. – Niestety – dodał po chwili Fred, uśmiechając się łobuzersko do swoich kolegów.
Krzyki Ślizgonów ucichły dopiero wtedy, gdy Gryfoni dotarli do swojej wieży. Fred był w centrum zainteresowania: klepano mu z uznaniem po plecach, gratulowano; kilku chłopaków nawet obiecało mu piwo kremowe podczas następnego wypadu do Hogsmeade.
- Nie wierzę, że ci się to udało – wymamrotał Ron, kiedy już znalazł się przy bracie. Tłum rozentuzjazmowanych Gryfonów powoli się przerzedzał, wszyscy wrócili do swoich normalnych zajęć, teraz tylko po cichu rozmawiając o ostatnich wydarzeniach.
- A jednak, braciszku – zaśmiał się Fred, mierzwiąc mu włosy. – Szkoda, że tego nie widzieliście – zwrócił się do Harry’ego i Hermiony, którzy pojawili się tuż za swoim przyjacielem. – Najpierw bezczelnie mu odpowiadałem, zasugerowałem, że ma nieświeży oddech, później się wkurzył, odwrócił, zahaczył o ławkę i cały eliksir wylał się tuż pod jego nogi! Wszyscy zaczęli uciekać, a on sam nie ruszał się z miejsca....
- Nikt mu nie pomógł? – dopytywała się Hermiona.
- No coś ty! Przecież to Snape. – Fred machnął beztrosko ręką i wrócił do swojej opowieści. – Jak już mówiłem, zanim Hermiona mi przerwała...
- Przecież mogło mu się coś stać! – pisnęła oburzona dziewczyna, ponownie wchodząc mu w słowo.
- Ale nic mu się nie stało – warknął zniecierpliwiony rudzielec.
- Ale mogło – wtrącił się George. Wszyscy spojrzeli na niego z niedowierzaniem. – Nie powiesz mi, bracie, że ani przez chwilę o tym nie pomyślałeś. Owszem, to było genialne, naprawdę nieźle się uśmiałem, ale to było też, przyznasz, niebezpieczne.
- No, ale sam przyznasz – przedrzeźniał go Fred – że to nie ja wylałem na niego ten eliksir, nieprawdaż? Snape sam stwarza dla siebie niebezpieczeństwo. – Chłopak był wyraźnie podenerwowany. Odwrócił się od Hermiony i George’a, wymieniających sceptyczne spojrzenia i zwrócił się do Rona i Harry’ego. – Chcecie słuchać dalej?

~*~

Korytarze Hogwartu powoli pustoszały, a księżyc rzucał na nie niewyraźny blask, który wygodnie rozkładał się na marmurowych posadzkach i opierał o kamienne ściany. Tam, gdzie światło nie miało dostępu, mrok rozświetlały miedziane kinkiety, palące się nieprzerwanym, wiecznym ogniem. W pokoju wspólnym Gryfonów wciąż było gwarno i wesoło – na tablicy ogłoszeń pojawił się komunikat o wyjściu do Hogsmeade, w którym miały brać udział klasy trzecie.
Do końca dnia Fred chodził naburmuszony i zły na Hermionę i George’a i wieczorem poszedł do dormitorium, odmawiając rozmowy z kimkolwiek. Oświadczył, że jest zraniony i nie ma ochoty z nikim się widzieć. Jego brat przyjął tą wiadomość ze śmiechem – Fred miał skłonność do wyolbrzymiania pewnych faktów i dramatyzowania. George usiadł przy kominku obok Hermiony i zabrał się do odrabiania pracy domowej z transmutacji.
- Uważam, że to nierozsądne puszczać nas do Hogsmeade, podczas gdy w okolicy grasuje morderca – oświadczyła Granger, podnosząc oczy znad czytanej książki.
- Dumbledore wie, co robi – odparł Gryfon. – Poza tym Hogsmeade to miasto czarownic i czarodziejów, więc nic wam tam nie grozi.
Hermiona uśmiechnęła się delikatnie, jednak nie wydawała się co do tego przekonana. Spojrzała zamyślona na ogień tańczący wesoło w kominku, którego blask odbijał jej się na twarzy.
- Jeśli nie chcesz tam iść, to nie musisz. Przecież nikt cię nie zmusza – powiedział Weasley.
- Wiem, ale zawsze chciałam odwiedzić Hogsmeade – odparła, nieco zawstydzona. W myślach zganiła się za swoją głupotę – przecież bezpieczeństwo było ważniejsze od jakichś zachcianek.
- Jeszcze nie raz i nie dwa będziesz miała okazję – uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. – Hej, wszystko w porządku? – spojrzał na nią nieco zaniepokojony, widząc jej drżące wargi.
Dziewczyna potrząsnęła tylko głową. George zacmokał i przysunął się do niej, obejmując ją ramieniem.
- Nie ma powodu do obaw. Hogwart jest bezpiecznym miejscem – zapewniał ją. Nigdy wcześniej nie widział, by Hermiona płakała. Zawsze miał ją za silną osobę, w której można było znaleźć oparcie i która ze wszystkim dawała sobie radę.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu, zastanawiając się, czy rzeczywiście mogą być pewni, że nic im się nie stanie. Granger wtuliła głowę w ramię Weasleya, które było takie ciepłe, bezpieczne; czuła się jak przy starszym bracie, który ją obroni, któremu może zaufać. Gdy tylko ogłoszono, że na wolności jest morderca, chodziła wystraszona, obawiając się każdego nieoświetlonego korytarza, ciemnego, czy też nieznanego miejsca. Możliwe, że przesadzała i powtarzała to sobie w duchu, jednak nic nie pomagało. Teraz choć na chwilę mogła odrzucić te wszystkie obawy.
- Cześć wam! – Lee Jordan usiadł na pobliskim fotelu i przeciągnął się ospale. – A wy nie w łóżeczkach? – zapytał rozbawiony. Widząc zmartwioną minę Hermiony, zreflektował się, a wyraz jego zielonych oczu na moment zmienił się na poważny. – Coś się stało?
- Nie, nic takiego – odparła beztrosko Granger, wstając z kanapy. Podniosła książkę i ruszyła w stronę swojego dormitorium.
- Dobranoc, Hermiono – rzucił za nią George, oglądając się przez ramię. Napotkał pytające spojrzenie przyjaciela. – Boi się Blacka – wytłumaczył szybko.
Jordan kiwnął głową na znak zrozumienia, wyprostował nogi i splótł dłonie na karku.
- Fred wciąż jest zły? - zapytał rudzielec.
- Tak, cholernie zły – zaśmiał się Lee. – Ale wiesz, na swój pokrętny sposób.
- Powiedziałbym raczej, że na swój romantyczny sposób – poprawił go George, kręcąc z konsternacją głową. – Powinien być otwarty na wszelką krytykę, a nie obrażać się, kiedy mu się powie, że zrobił coś źle. Owszem, to było świetne – przyznał, widząc niedowierzające spojrzenie przyjaciela – ale również niebezpieczne. I on o tym doskonale wie, tyle że nie chce przyznać, że zrobił coś nie tak.
- Ge, doskonale o tym wiem. Znam naszego kochanego Fredzia – uśmiechnął się pogodnie chłopak.
Fred leżał na wznak, wpatrzony w ciemny sufit, po raz dziesiąty tego wieczoru rozpatrując w myślach słowa Hermiony i George’a. Nienawidził, gdy ktoś go krytykował, gdy ktoś mówił na głos, że coś zrobił źle. Przecież sam doskonale wiedział, iż to mogło się źle skończyć dla Snape’a, nie potrzebował żadnej terapii uświadamiającej. Przed chwilą spławił Jordana, który wszedł do dormitorium, pragnąc się dowiedzieć, czy wszystko z Fredem w porządku – po niedługim czasie z powrotem wyszedł, pozostawiając warczącego Weasleya samego. Rudzielec doskonale wiedział, że jego zachowanie jest nieadekwatne do zaistniałej sytuacji, jednak nie chciał dać za wygraną i dać George’owi powodu do kolejnej satysfakcji – wolał tkwić uparcie w swojej głupiej złości.
Do dormitorium zaczęli się schodzić inni Gryfoni, pragnący położyć się w wygodnych łóżkach i zasnąć. Wchodząc do środka, spoglądali niepewnie na Freda, leżącego nieruchomo na posłaniu.
- Wszystko w porządku? – zapytał Mike.
- Nie – warknął w odpowiedzi Fred, zastanawiając się, ile jeszcze razy w ciągu tego wieczora usłyszy to pytanie.
- Dobra, stary, wyluzuj – mruknął blondyn i położył się na swoim łóżku.
Rudzielec odwrócił się twarzą do ściany, zaciskając ze złością pięści. Czy oni wszyscy musieli być tacy upierdliwi.

~*~

Następnego dnia profesor Snape odbierał punkty domowi Lwa jak oszalały. Za każdym razem starał się sprawiać wrażenie sprawiedliwego, by nie wyszło na to, że jest stronniczy. Pod wieczór Gryfoni z trwogą patrzyli na klepsydry, a szczególnie na tą należącą do nich, na której dnie tylko kilka rubinów. Nie był to imponujący widok, a wszystko pogarszali Ślizgoni, którzy przechodząc obok, nie omieszkali rzucić paroma wyzwiskami czy drwinami.
Jeszcze poprzedniego wieczora wszyscy domownicy Freda gotowi byli nosić go na rękach jak bohatera, a dzisiaj tylko nieliczni posyłali mu pełne podziwu spojrzenia, podczas gdy reszta przechodziła obok niego z nieodgadnionymi wyrazami twarzy. Weasley był tym wszystkim coraz bardziej rozdrażniony. Milczenie Gryfonów było nie do zniesienia, a rubiny leżące na dnie klepsydry przyprawiały go o nieprzyjemne skurcze żołądka. To nie była jego wina, że Snape był mściwym, stronniczym dupkiem, który wszystko brał na poważnie. To nie była jego wina, że Mistrz Eliksirów miał trudne, nieudane dzieciństwo, a na dodatek okropny widok w lustrze? Nie! Więc dlaczego wszyscy zrzucali to na jego barki.
Chłopak siedział naburmuszony, dźgając z zawzięciem widelcem kawałek jajka na twardo. Do tej pory nic jeszcze nie zjadł, a śniadanie powoli dobiegało końca, Wielka Sala pustoszała. Angelina co chwilę mu o tym przypominała, wieszając się na jego ramieniu i starając go nakłonić, by wypił chociaż herbatę, jednak Weasley stanowczo odmawiał, tłumacząc, że „nic nie jest w stanie pomóc na jego zszargane nerwy”. George prychał z rozdrażnieniem na każdą tego typu odzywkę brata, który w zamian za to obrzucał go nienawistnymi spojrzeniami. Nawet Lee, zawsze pełen entuzjazmu i radości, nieco przygasł tego ranka – najwyraźniej ponury nastrój przyjaciela powoli udzielał się i jemu. Fred nie zwrócił uwagi na zaniepokojone komentarze Hermiony odnośnie profesora Lupina, który najwyraźniej był w coraz gorszej formie; ani na Pottera i George’a, rozmawiających z zawzięciem o zbliżającym się meczu quidditcha, w którym mieli się zmierzyć z Puchonami. Rudzielec siedział nieruchomo, milcząco, wpatrując się z uporem w swój talerz.
- Powinniśmy już iść, bo się spóźnimy. – Angelina wstała powoli od stołu i wyciągnęła dłoń do Freda. – No, dalej.
- Ja nie idę – warknął chłopak, nie podnosząc wzroku znad ciemnego blatu, z którego dosłownie przed paroma sekundami znikło jedzenie i wszystkie naczynia.
- To, że masz zły humor nie oznacza, że możesz tak po prostu nie chodzić na lekcje – skarcił brata George, a jego brwi złączyły się groźnie.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić. – Chłopak zadygotał na całym ciele, zaciskając pięści. – Idźcie już – rzucił niedbale, czując, że zaraz nie wytrzyma i po prostu eksploduje.
- Chodź, Ge – Lee chwycił przyjaciela za łokieć i pociągnął za sobą. – Lepiej zostawić go w spokoju. Trochę ponarzeka, jak zwykle przesadnie, ale mu przejdzie. Angie, kochana, chodź – uśmiechnął się do Johnson, powoli wycofując się w stronę wyjścia.
No, przynajmniej jeden inteligentny, pomyślał Fred, nieco się odprężając. Dziewczyna nie była do końca przekonana, nie lubiła zostawiać go samego, szczególnie gdy był nie w humorze – bała się, że przez swoją lekkomyślność może sobie coś zrobić, sprowadzić na siebie kłopoty. Jednak po chwili wraz z Jordanem i George’em zniknęła na korytarzu.
Nareszcie spokój. Fred westchnął, wstając niespiesznie od stołu i przeciągnął się. Wielka Sala była pusta, został sam; kiedy przemierzał ją powoli, echo jego kroków odbijało się od kamiennych ścian. Nie zamierzał iść tego dnia na zajęcia, a już na pewno nie na wszystkie. Pierwsze dwie godziny mieli spędzić w lochach, następnie lekcja transmutacji, wróżbiarstwo, Obrona Przed Czarną Magią... Fred stwierdził, że jedynymi sensownymi zajęciami tego dnia była transmutacja i OPCM, więc uspokojony, że nie musi zajmować się zaległą pracą dla profesor Trelawney, ruszył do wieży Gryffindoru. Postanowił poczytać książkę, którą pożyczył z biblioteki George. Zgodnie ze swoim marzeniem, chcieli stworzyć własną linię smakołyków, które wstrząsnęłyby światem czarodziejów, a przynajmniej jego młodocianą częścią. Rozsiadł się wygodnie na kanapie i zaczął wertować karty księgi „Smakowita historia”. Opisane w niej były najpopularniejsze wyroby, ich twórcy, a także wiele różnych ciekawych przepisów i historii na temat poszczególnych słodyczy.
W pokoju wspólnym było pusto i spokojnie; do uszu Freda nie dochodziły żadne, nawet najcichsze odgłosy. Przez kilkadziesiąt minut rozkoszował się tą błogą ciszą, ciesząc się brakiem niezadowolonych spojrzeń czy nieprzyjemnych komentarzy ze strony Ślizgonów. Niechętnie podniósł się z wysiedzianej kanapy, odniósł książkę z powrotem do dormitorium, wziął atrament, pióro, różdżkę i książkę do transmutacji i ruszył niechętnie w stronę portretu Grubej Damy. Echo jego kroków znowu dudniło w opustoszałych, chłodnych korytarzach, a przytłumione światło słoneczne wlewało się nieśmiało do środka, delikatnie muskając zimny marmur.
- Panie Weasley, co pan tu robi? – Usłyszał nagle donośny głos, w którym od razu rozpoznał profesor McGonagall. Kobieta spieszyła ku niemu z groźną miną. Jej długa szata falowała, burząc idealny spokój panujący w zamku. – Nie powinien być pan teraz na eliksirach? – zapytała, przeszywając Freda podejrzliwym wzrokiem.
- No właśnie powinienem – odparł niespiesznie chłopak, spuszczając niewinnie wzrok. Postanowił trochę poudawać. – Ale po śniadaniu poszedłem do dormitorium, bo jestem strasznie niewyspany. Nie mogłem spać... miewam czasami koszmary – wytłumaczył łamiącym się głosem, w którym dało się wyczuć żałość.
McGonagall uniosła brew, patrząc sceptycznie na Gryfona, po czym zacmokała i chwyciła go za ramię.
- I tak pan już nie zdąży na eliksiry – zamyśliła się na chwilę. – Gdybyś był tak dobry i poszedł do profesora Lupina, Weasley, i przekazał mu, że po następnej lekcji ma się u mnie zjawić. – Fred już chciał się wykręcić, jednak ton głosu nauczycielki należał do tych nie znoszących sprzeciwu. Westchnął więc zrezygnowany i ruszył przed siebie, garbiąc w zrezygnowaniu plecy. – I nie garb się, Weasley! – rzuciła za nim profesor McGonagall.

~*~

I znowu tam szedł – z jednej strony bardzo się z tego cieszył, gabinet profesora Lupina był bardzo przytulny, wydawało się, że w nim wszystkie troski jakby znikają, a przynajmniej na chwilę; jednak z drugiej nie chciał wysłuchiwać od nauczyciela kolejnych uwag na temat jego zachowania. A wiedział, był tego absolutnie pewien, że tak się stanie, gdy tylko przekroczy próg tej komnaty. Zapukał delikatnie w drzwi, a kiedy usłyszał ciche zaproszenie do środka, otworzył je. Czuł się jak podczas swojego pierwszego szlabanu u Lupina. Jednak teraz nie przyszedł tu odpracować złe zachowanie...
- Dzień dobry, profesorze – zaczął niepewnie, uśmiechając się.
- O, witaj, Fred. – O dziwo, mężczyzna zawsze bez problemu rozróżniał Braci Weasley. Chłopak poprzysiągł sobie, że kiedyś zapyta się go, jak to robi, że po zaledwie kilku miesiącach znajomości potrafi ich odróżnić, podczas gdy profesor McGonagall nadal miała z tym problemy.
Gryfon przyjrzał się Lupinowi, który opierał się ciężko o kamienny parapet i w milczeniu wpatrywał się w widok za oknem. Z dnia na dzień było z nim coraz gorzej i Fred, pomimo swoich fochów, nie mógł tego nie zauważyć. Starszy czarodziej miał duże, sine worki pod oczami, zapadnięte policzki, a skóra na jego twarzy zdawała się być szara i wysuszona, pomarszczona.
- Profesorze, czy wszystko w porządku? – zapytał Weasley, zamykając za sobą drzwi z cichym kliknięciem.
Lupin spojrzał na niego i dopiero teraz uderzył chłopaka odcień jego oczu – ciemny, głęboki, zupełnie nie taki, jaki zapamiętał z ich ostatniego spotkania, z lekcji. Mężczyzna spróbował się uśmiechnąć, jednak wyszedł z tego jedynie niemrawy grymas.
- Poradzę sobie – odpowiedział wymijająco.
Przez chwilę patrzyli na siebie, każdy zatopiony w swoich myślach. W powietrzu wisiało wiele pytań, były jak na wyciągnięcie ręki; Lupin wyciągnął pewnie dłoń po jedno z nich.
- Co cię do mnie sprowadza, Fred? – zapytał, tym razem szczerze, acz delikatnie się uśmiechając. – Tylko obawa o mój stan...
- Nie – przerwał mu chłopak i lekko się zarumienił, rzucając nauczycielowi przepraszające spojrzenie. – Przysłała mnie profesor McGonagall. – Lupin uniósł posiwiałe brwi, a w jego oczach przyczaiło się... czyżby rozczarowanie? – Prosiła, bym panu przekazał, że ma się zjawić u niej po następnej lekcji, profesorze – oświadczył chłopak.
Starszy czarodziej pokiwał ze zrozumieniem głową i odwrócił się, mamrocząc ciche podziękowania. Wydawałoby się, że rozmowa jest skończona, jednak Fred nadal tkwił w miejscu, śledząc uważnie wzrokiem swojego nauczyciela. Tam, gdzie przez okno wpadało do pokoju niewyraźne światło, widać było jak w powietrzu unoszą się drobinki kurzu. Wirowały w powolnym, spokojnym tańcu, opadając niespiesznie na meble, podłogę, ciemny, wyświechtany sweterek Lupina i jego włosy, które w tym bladym świetle wydawały się być jeszcze bardziej szare i suche.
- Profesorze, co się dzieje? – zapytał nagle rudzielec, głosem nieco ochrypłym od milczenia.
Starszy czarodziej spojrzał na niego zdziwiony, jakby myślał, że chłopak już dawno opuścił jego kwatery.
- Nic, Fred. Nie masz czym się martwić – uśmiechnął się ponuro Lupin.
- Przecież widzę, że coś się z panem dzieje – powiedział wyzywająco Weasley.
Profesor wbił w niego coraz bardziej zdziwione spojrzenie – ten chłopak go zadziwiał. Wyglądało na to, że łatwo nie odpuści. Na jego bladej, naznaczonej kilkunastoma piegami twarzy widniała determinacja, zaciekawienie i, przede wszystkim, troska. Fred zrobił kilka kroków naprzód – sam chyba nie bardzo wiedział, co zamierza zrobić. W świetle wpadającym przez okno jego rude włosy zaiskrzyły, niemalże zapłonęły ogniście.
- M-może mógłbym w czymś pomóc? – Fred podszedł do Lupina, a jego brązowe oczy błądziły, nie mogąc się skupić na twarzy mężczyzny.
Nauczyciel uśmiechnął się, widząc to zakłopotanie na twarzy Weasleya, te delikatne rumieńce wypływające powoli na bladą, zawsze pogodną twarz, zlewające się z czerwonymi piegami.
- Dziękuję ci za troskę, Fred. Nawet nie wiesz, jakie to miłe – westchnął Lupin.
Chłopak rozchmurzył się nieco i podniósł niepewnie wzrok. Szczery uśmiech jakby rozjaśnił twarz profesora, a jego oczy przestały się wydawać czarnymi, niedostępnymi dołami...
- Jeśli będzie pan potrzebował pomocy, profesorze... – Fred odwrócił wzrok, ponownie zamieniając się w zmieszanego chłopca z purpurowym rumieńcem.
- Rozumiem... – Mężczyzna zawahał się i położył ostrożnie dłoń na ramieniu Gryfona. – Dziękuję ci.




  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #367488 · Odpowiedzi: 8 · Wyświetleń: 5116

Yuriko Napisane: 23.08.2009 21:42


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Dziękuję Aribeth. :*

Autor: Ja
Tytuł: Rutyna
Beta: Aribeth
Ostrzeżenia: Brak

Rutyna

Kolejny dzień wita go kilkoma ciepłymi promykami słońca i rześkim powietrzem, które chłodzi jego skórę. Przez chwilę leży nieruchomo, z rękoma złożonymi pod głową, i wpatruje się uporczywie w sufit. Kiedy w końcu się podnosi, nie patrzy na osobę leżącą obok niego pośród śnieżnobiałej pościeli. Podchodzi do szafy. Szara koszula w cieniutkie paski jest idealnie wyprasowana, a perfumy mają wyjątkowo intensywny zapach. Żeby móc się aportować, wychodzi na zewnątrz – lata wojny, strachu, a obecnie głupie przyzwyczajenia pozwalają mu znieść zaklęć obronnych.
Towarzyszy mu głuchy trzask.

Hogsmeade nie wygląda jak to, które zapamiętał z czasów Hogwartu i uczniowskich wycieczek. W powietrzu unosi się wolność i poczucie bezpieczeństwa. Prycha z rozdrażnieniem. Kieruje się szybkim, sprężystym krokiem w stronę zaułka, gdzie otwarto nową kawiarnię. Jest wykwintna, jedynie dla wybranych. Dla lepszych. Wygładza odruchowo szaty. Kiedy naciska złotą klamkę, czuje lekką niepewność. W Jego głowie rodzi się pytanie: czy Ona tam jest? Zawsze była. Ale może tym razem już Jej tam nie będzie? Słodki zapach kawiarni głaszcze Go po twarzy, niosąc ze sobą wspomnienia. Jak przez mgłę widzi Ją – roześmianą, ze śniegową pianką pod spiczastym noskiem. Jej wargi są całe w czekoladzie. Czyści je swoimi własnymi...
Serwetki leżą nienaruszone na stoliku.
Jest. Dostrzega Ją, siedzącą w kącie kawiarni. Nie podniosła wzroku, kiedy zamknął za sobą drzwi, ani gdy szedł w stronę wolnego miejsca, ale On doskonale wiedział, że już zauważyła Jego obecność.
Zamawia koktajl z tą niesamowicie wysoką, śnieżną pianką. To stało się już rutyną. Taki sam stoi na Jej stoliku. Kiedy Ich spojrzenia się spotykają, Ona odwraca wzrok, a Jej oczy, pełne jesieni, spadających liści i świeżych kasztanów, błąkają się przez chwilę, aż z powrotem nie spoczną na Jego bladej, nic nie wyrażającej twarzy.
Sympatyczna kelnerka, w której oczach nie ma jesieni, przygląda Mu się z wyczekiwaniem, stawiając na Jego stoliku koktajl, ale On nie zwraca na nią uwagi. Tylko troszkę. Ona widzi Jego zachowanie ze swojego miejsca i delikatnie unosi kąciki ust – jakby chciała się uśmiechnąć, ale jest to dla Niej za duży wysiłek. On się nie uśmiecha.
Podnoszą szklanki w tym samym momencie, a Ich palce są ułożone na szkle w ten sam sposób, jednak kiedy z powrotem je odstawiają, nad Jej wargami układają się piankowe, śnieżnobiałe wąsiki, a nad Jego – nie. Możliwe, że Ona robi to specjalnie.
Za owalnymi, ozdobionymi bladymi firankami oknami czarodzieje i czarownice mijają się na ulicy, z towarzyszącym im ciepłym, wiosennym wiatrem, starającym się strącić im z głów różnokolorowe tiary.
Rozgląda się po kawiarni w poszukiwaniu kelnera, a kiedy odnajduje go wzrokiem, przywołuje do siebie gestem. Władczym gestem. Młody mężczyzna spogląda na Niego kpiąco i niechętnie przyjmuje zamówienie. Oświadcza, że ciasto czekoladowe zostanie zaraz podane. Sympatyczna kelnerka odchodzi właśnie od Jej stolika.
Czekolada jest lekko roztopiona, taka, jaką najbardziej lubi… lubią. Złoty widelczyk błyska w świetle słońca wpadającego do pomieszczenia, kiedy odkrawa nim kawałek kakaowego ciasta. Kiedyś, gdy poza rodzinnym stołem sztućce były dla Nich obce, jedli rękoma. Teraz tak nie wypada. Znowu na Jej ustach jest czekolada, a Ona zlizuje ją z lubością. Gdyby kilkanaście lat temu nie wybrał tej pieprzonej „przyjaźni”, teraz to On by to robił.
Ciasto ma dobry smak, jednak nie smakuje Mu tak jak kiedyś.
Nie lubi gdybać nad swoim życiem, jednak… gdyby kilkanaście lat temu nie wmówił sobie, że nie ułoży Im się jako parze, teraz byłby szczęśliwy. Gdyby teraz porzucił pieprzony, ślizgoński honor i po prostu podszedł do Niej, a nie siedział jak co tydzień, drugi rok z rzędu, w tej kawiarni, przy innym stoliku, z dala od Niej, byłby szczęśliwy. Ona także.
Zegar wybija kwadrans do dziesiątej. Za piętnaście minut zostanie sam, a Ona pójdzie do pracy. I znowu będzie czekać cały pieprzony tydzień, żeby znowu przyjść do tej kawiarni, zamówić koktajl z wysoką, śnieżną pianką, a później ciasto czekoladowe, by potem odprowadzić Ją wzrokiem do drzwi i po chwili wrócić do domu. Do żony. Do syna.
Wstaje od swojego stolika, podnosi swoją skórzaną torebkę, poprawia ciemne włosy, które, gdyby się w nich zanurzyć, pachną świeżym, jesiennym deszczem, i idzie w stronę wyjścia. A On patrzy na Nią w milczeniu, z zaciśniętymi ustami. I nie odzywa się. Znowu. Może to zmieni i następnym razem powie Jej na pożegnanie „Miłego dnia, Pansy”?
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #367487 · Odpowiedzi: 6 · Wyświetleń: 4373

Yuriko Napisane: 11.08.2009 11:12


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Kolejny rozdział, niestety, za dwa tygodnie. sad.gif Jestem na wyjeździe i nie mam dostępu do internetu ani w ogóle do niczego. Bardzo mi przykro.
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #367242 · Odpowiedzi: 8 · Wyświetleń: 5116

Yuriko Napisane: 07.08.2009 12:36


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Wiem, na dzieło Snaperki to nie wygląda, ale... to są tylko moje erotyczne fantazje. xDD Tia. ^^

Wciąż dla Haydi... xD
Dziękuję po stokroć Aribeth.

Betowali Aribeth i Teraw

2. Zaintrygowanie i Nieprzytomność


To było wręcz nie do pomyślenia, jak w ciągu zaledwie jednej nocy pogoda mogła się tak drastycznie zmienić. Od rana niebo przykrywały ciemne, deszczowe chmury, przez które w żaden sposób nie mogło przebić się słońce. Na szczęście wiatr nie był aż tak mocny, by zagrozić życiu graczy, więc Oliver Wood zwołał zebranie swojej drużyny, by przedyskutować taktykę. Tak więc, zaraz po śniadaniu, na boisku quidditcha zgromadziło się siedem osób, ubranych w złoto-czerwone szaty i trzymających w rękach miotły. Kapitan drużyny, obrońca z siódmej klasy, wymachiwał rękami, pokazując swoim podopiecznym, co mają robić i gdzie latać, próbując jednocześnie przekrzyczeć wzmagający się wiatr.
George ściskał w dłoniach pałkę, mrużąc oczy w poszukiwaniu czarnego tłuczka, śmigającego w powietrzu, a kiedy już wychwycił go wzrokiem, pognał ku niemu i jednym ruchem odbił go w stronę Angeliny, ścigającej. Dziewczyna zrobiła wspaniały unik, podając trzymanego w rękach kafla Katie Bell, która zręcznie wrzuciła go do pętli Wooda. Oliver pogratulował jej celnego strzału, po czym zarządził koniec rozgrzewki.
Przyszła kolej na ćwiczenia. Harry Potter, szukający, latał za złotym zniczem, trzy ścigające rzucały do siebie w locie kafla, a pałkarze odbijali do siebie tłuczki, starając się, by nie trafiły żadnego z graczy. Oliver krążył wokół nich, dając wskazówki, chwaląc lub krytykując ich poczynania.
Deszcz siekł graczy po twarzach, zimny wiatr próbował zrzucić ich z mioteł, a pogoda z minuty na minutę coraz bardziej się pogarszała, więc Wood kazał wszystkim wylądować i ustawić się wokół niego.
- Dziękuję wam za ten trening – wrzasnął. – Naprawdę nieźle nam idzie! – Zaklaskał parę razy w dłonie. – Jak wiecie, to mój ostatni rok... Moja ostatnia szansa na zdobycie Pucharu Quidditcha! Za rok już mnie tu nie będzie, więc bardzo bym chciał, co jest chyba oczywiste, zapisać się jakoś w historii Hogwartu, Gryffindoru. Jak wiecie, nasz dom nie wygrał Pucharu już od siedmiu lat i miło by było, gdyby to właśnie za moją sprawą w końcu go zdobył – uśmiechnął się. – Mamy świetnego szukającego, świetnych pałkarzy, cudowne ścigające...
- ... wspaniałego obrońcę! – dodał Fred, a Gryfoni przytaknęli mu gorliwie. („a Gryfoni gorliwie mu przytaknęli”)
- W każdym razie – machnął niedbale ręką Oliver – wygramy! Musimy!
Drużyna Domu Lwa zawyła entuzjastycznie i w pośpiechu udała się do szatni.
- Mam nadzieję, że następnym razem pogoda bardziej będzie nam sprzyjać – westchnęła Angelina, wykręcając z włosów wodę. – W takich warunkach ciężko jest dobrze zagrać.
- Gdyby chociaż ten deszcz tak nie padał, to byłoby świetnie – parsknęła Katie, zakładając płaszcz.
- A poza tym, Angie, tobie zawsze dobrze idzie. Niezależnie od tego, jaka jest pogoda – dodał Fred, wyszczerzając zęby w uśmiechu.
George spojrzał na nich z nieskrywanym zaciekawieniem. Czasami zastanawiał się, czy między jego bratem a Johnson przypadkiem czegoś nie ma. Widział, jak dziewczyna patrzy na Freda, czasem wyłapywał podobne spojrzenia rudzielca, wysyłane pod jej adresem, jednak to działo się już bardzo długo. Może nawet od pierwszej klasy? I nigdy nic z tego nie wyszło. A może w tym roku coś się zmieni? Ta wizja w żadnym wypadku mu się nie podobała – za bardzo przyzwyczaił się do tego, że ma Freda na wyłączność, by teraz potrafił bez skrupułów „dzielić się” nim z Angeliną czy kimkolwiek innym; poza tym to oznaczałoby jeszcze jedno – mniej wynalazków, mniej dowcipów, mniej zabawy. George otrząsnął się jednak z tych ponurych myśli i spojrzał na brata siłującego się właśnie z Johnson. Wyglądali razem na całkiem szczęśliwych.
Chłopak zabrał swoją miotłę i wyszedł na dwór, na szalejący wiatr i zacinający deszcz.
- Fred, jesteś okropny – pisnęła Angelina, próbując odepchnąć Weasleya. – Naprawdę wredny.
- Dlaczego? Dlatego że powiedziałem ci, że zawsze dobrze ci idzie? – Jego prawa brew powędrowała do góry. – Myślałem, że to komplement.
W szatni nie było już nikogo – Katie rzuciła przyjaciółce przelotne, rozbawione spojrzenie i czym prędzej czmychnęła do George’a, który powoli oddalał się już w stronę Hogwartu.
- Ale nieszczery komplement – droczyła się Angelina.
- Nieszczery? – Fred zmrużył oczy i pchnął dziewczynę na ścianę. – Ja ci dam nieszczery. – Złapał ją w tali i zaczął łaskotać.
- No weź przestań! – wrzasnęła Johnson, śmiejąc się mimo woli.
- No dobrze, dobrze – westchnął Fred i odsunął się od niej. Wziął z podłogi swoją miotłę, założył płaszcz i ruszył do wyjścia. – Zamierzasz stąd wyjść? – Ton jego głosu zrobił się na powrót dowcipny, jak zawsze, a z brązowych oczu znikła cała uwodzicielskość.
Angelina skinęła powoli głową. Uwielbiała, gdy Fred stawał się czułym zalotnikiem, gdy czasem ją przytulał czy obdarzał miłymi komplementami. Kiedy był sobą, romantykiem. Jednak nienawidziła momentów, w których wracał z powrotem do swojego „bliźniaczego”, jak ona to nazywała, wcielenia, któremu nie w głowie była miłość. A tym bardziej ona.

~*~

Przy stole Gryfonów, a przynajmniej w tej jego części, przy której siedzieli gracze quidditcha, słychać było jedynie brzdęk sztućców i odgłosy charakterystyczne dla konsumpcji. Wszyscy członkowie drużyny byli wprost wykończeni tym treningiem – wydawało się, że to tylko trzy godziny, nic takiego, jednak wiatr i deszcz zrobiły swoje, i teraz Gryfoni padali z nóg.
Fred usiadł obok brata, kładąc miotłę na ziemi, i nałożył sobie całą stertę ziemniaków, kilka klopsików i cztery łyżki surówki i zaczął to pożerać we wręcz zawrotnym tempie. W mgnieniu oka jego talerz zrobił się pusty. Chłopak odłożył sztućce i westchnął z zadowoleniem. Zauważył zszokowane spojrzenia Angeliny i Katie.
- No co? Głodny byłem. – Uśmiechnął się beztrosko i spojrzał na Pottera, który parsknął śmiechem.
- I jak tam było na treningu? – Ron przysunął się do Harry’ego ze swoim talerzem. – Straszna pogoda, nie?
- Na treningu było dobrze, braciszku... – Fred puścił do niego oczko.
- ... a pogoda, w istocie, straszna – dodał George.
Ron spojrzał na nich obrażony – nienawidził bycia młodszym bratem.
- Zauważyliście, że profesor Lupin ostatnio marnie wygląda? – Hermiona nachyliła się nad stołem, wskazując dyskretnie na mężczyznę siedzącego przy stole prezydialnym.
- Według mnie, to on zawsze marnie wygląda – zaśmiał się Ron, sięgając po kolejnego pączka. Granger trzepnęła go w ramię.
- Jak możesz, Ronaldzie? – pisnęła. – To oczywiste, że Lupin ma jakieś problemy, a ty jeszcze się z niego śmiejesz? Tak to się zachowuje tylko Malfoy – prychnęła, odwracając się do niego tyłem.
Remus istotnie wyglądał wyjątkowo źle – na jego bladej twarzy pojawiły się szare cienie, policzki wydawały się być jeszcze bardziej zapadnięte, a w ciemnych oczach nie było już tego sympatycznego blasku, który czynił go weselszym. Jego skóra wydawała się jakby poszarzała, starsza.
Remus nabił na widelczyk kawałek jabłecznika i powoli włożył go sobie do ust, zauważając jednocześnie pytające spojrzenia grupki Gryfonów wysyłane pod jego adresem. Zdobył się na wymuszony uśmiech i odwrócił od nich wzrok. Uczniowie już coś zauważyli, zresztą, nie mógł się tego nie spodziewać – już od początku budził różne dziwne podejrzenia, a teraz, przed pełnią, tych spekulacji mogło jedynie przybywać. Poczuł, że ktoś go obserwuje i natrafił na ciemne, głębokie spojrzenie Snape’a. Severus uniósł czarną brew i Lupin westchnął, jakby właśnie prowadzili jakąś rozmowę składającą się jedynie z pojedynczych, niewerbalnych gestów. Remus poważnie się zastanawiał nad sensem ciągnięcia tej pracy.
Spojrzał na dwie rude głowy bliźniaków i uśmiechnął się pod nosem – ani się obejrzał, a polubił tych dwóch chłopców, pełnych radości, optymizmu i ciekawych pomysłów na życie. Nie sądził, że będą dla niego tak ważni podczas tych ponurych dni przed pełnią. Fred i George byli co najmniej intrygujący. Do tej pory Lupin rozmawiał z obydwoma naraz i każdym z osobna, dzięki czemu mógł stwierdzić, że byli zupełnie innymi ludźmi, gdy nie znajdowali się w swoim towarzystwie. Tego pierwszego Remus nie mógł rozszyfrować – wydawał mu się żyjącym w swoim świecie romantykiem, chociaż jego samego to określenie bardzo śmieszyło. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić Freda cytującego z pamięci Szekspira, jednak czuł, że nie powinien zbyt szybko osądzać tego intrygującego rudzielca. George natomiast był usposobieniem rozwagi i stateczności – Lupin bardzo go polubił, jednak czuł niezmierną ochotę poznania jego brata, dowiedzenia się o nim czegoś więcej... Tak, to było bardzo głupie, a wręcz niedorzeczne i Remus w myślach sam się z siebie śmiał.
Tymczasem Wielka Sala powoli pustoszała, ze stołów zniknęły naczynia i jedzenie, a większość nauczycieli udała się już do swoich klas, by stawić czoła nowym niebezpieczeństwom, jakimi były lekcje i uczniowie. Lupin rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem i wstał, spoglądając raz jeszcze na sylwetkę Freda Weasleya znikającą na korytarzu.

~*~

- Co teraz mamy, Fred?
- Niech pomyślę, George. Czyżby nasze ukochane...
- ... eliksiry?
Bliźniacy wybuchnęli śmiechem na myśl o profesorze Snape’ie, upaćkanym LepiSmarkiem. Od prawie dwóch tygodni nie zaszczycili go spotkaniem z tą miksturą, nad czym bardzo ubolewali, jednak treningi quidditcha okazały się ważniejsze od maltretowania Mistrza Eliksirów.
- Ciekawe, w jakim humorze będzie dzisiaj – rozmyślał Lee, wchodząc do sali.
- Na pewno podejrzewa, że to tylko cisza przed burzą.
- Taak... przed wielką burzą – zaśmiał się złowieszczo Fred i przybił piątkę z bratem, a później z Jordanem. – Póki co, damy mu chyba trochę odpocząć – dodał.
Profesor Snape, w istocie, wydawał się być w wyśmienitym humorze – chodził po klasie wolnym, pewnym krokiem, tylko czasami rozglądając się w poszukiwaniu jakiegoś podstępu, jednak ponieważ niczego nie zauważał, z powrotem wpatrywał się przed siebie ciemnym wzrokiem.
Przez ostatnie tygodnie, kiedy bliźniacy Weasley niemalże dzień w dzień wylewali przed nim LepiSmarka, profesor Snape chodził wyraźnie niezadowolony – rzucał szlabanami na prawo i lewo, odejmował po pięćdziesiąt punktów Gryfonom, Puchonom i Krukonom, a i jego podopiecznym się nieco dostało. I choć starał się omijać miejsca, w których ostatnim razem został napadnięty przez obrzydliwą maź, to Fred i George za pomocą Mapy Huncwotów i tak go odnajdywali i zastawiali na niego pułapkę.
Snape przeszedł właśnie obok stolika bliźniaków, unosząc do góry czarną brew i wyginając okropnie usta w niemym niezadowoleniu. Weasleyowie przybili ukradkiem piątkę – ich eliksir był w wyjątkowo dobrym stanie. Tygodnie spędzone na przyrządzaniu mikstur sprawiły, że stali się bardziej sprawni, dokładniejsi i obyci w tych tematach. Fred tylko czasami zamiast posiekać coś ciął, uważając, że takie ścisłe reguły są po prostu niezwykle nudne i bezsensowne, jednak dzięki rozwadze George’a takie składniki, wychodzące spod ręki jego brata, nigdy nie trafiły do kociołka. Czasami też Fred nagle się zamyślał, miażdżąc wszystko, co wpadnie mu w dłonie, nie bardzo zastanawiając się, czy jest to korzeń imbiru, czy łuska salamandry...
- Mógłbyś w końcu zająć się lekcją, a nie bujaniem w obłokach? – warknął pewnego razu George, kiedy pod koniec zajęć o mało co nie stracili wyjątkowo trudnego do uwarzenia eliksiru.
- Och, nie bujam w obłokach, a w kosmykach czarnych, długich włosów – odparł z łobuzerskim uśmiechem, który nie bardzo pasował do jego rozmarzonych oczu.
- Przeklęty romantyk – mruknął George, wyrywając mu z dłoni właśnie posiekaną łuskę salamandry. – To na chwilę zdejmij je z twarzy, bo ci zaraz wpadną do eliksiru – zakpił, a Fred obrzucił go piorunującym spojrzeniem. – Swoją drogą... – odezwał się po dłuższym milczeniu George – w czyich włosach właśnie „bujałeś”?
- Angeliny – odparł bez ogródek Fred. – Jednak tylko we włosach... – dodał po krótkim namyśle.
Jego brat stwierdził, że nigdy do końca jednak nie zrozumie Freda.
Tego dnia, kiedy profesor Snape był w owym dobrym humorze, wydawał się bliźniakom jeszcze bardziej nie do zniesienia – patrzenie, jak ich znienawidzony nauczyciel kroczy spokojnie po sali, a jego surowe rysy układają się w wyrazie pełnego samozadowolenia, nie było niczym przyjemnym. Tym bardziej, że właśnie ślęczeli nad wyjątkowo paskudnym eliksirem, który nie dość, że strasznie cuchnął, to jeszcze jego opary szczypały w oczy, przez co uwarzenie go było niezwykle trudnym zadaniem.
- Czy on naprawdę zawsze będzie kręcił tym haczykowatym nosem, gdy jakiś Gryfon okaże się dobry na tych przeklętych lekcjach? – szepnął Fred do brata, starając się, by profesor go nie usłyszał. Jednak nie docenił słuchu Snape’a, który w mgnieniu oka znalazł się przy Weasleyu, patrząc na niego złowrogo.
- Coś mówiłeś? – warknął. Jego twarz znajdowała się tuż przy piegowatej rudzielca, którego włosy aż poruszyły się pod naporem oddechu starszego czarodzieja.
Właśnie w tym momencie Fred postanowił pójść na całość. Odsunął się ostentacyjnie, marszcząc ze zgorszeniem brwi.
- Nie, profesorze – stęknął zduszonym głosem.
Na twarzy Snape’a najpierw pojawił się wyraz kompletnego oszołomienia, później lekkiego zmieszania, następnie złości, wściekłości, aż w końcu wydawało się, że mężczyzna wybuchnie z oburzenia, jakie wręcz tryskało z jego twarzy. A podobno tak świetnie ukrywał emocje... Odsunął się powoli od Freda, a gdy już się wyprostował, powiedział to, czego wszyscy się spodziewali.
- Gryffindor traci przez twoją bezczelność dwadzieścia punktów, Weasley. Zadowolony?
- Tak, panie profesorze – uśmiechnął się rozbrajająco chłopak.
Snape po raz drugi tego dnia, po raz drugi przy tym stoliku, uniósł czarną brew.
- Cieszysz się z tego? – zapytał.
- Tak, panie profesorze – powtórzył Fred, uśmiechając się jeszcze szerzej.
To nie mogło się dobrze skończyć. Pojedynczy Gryfoni, którzy jeszcze przed chwilą chichotali na widok zmieszanego Snape’a, teraz zamilkli, oczekując na reakcję profesora. George ukradkiem kopnął Freda pod ławką. Jego brat miał niezwykłą skłonność do pakowania się we wszelkie tarapaty przez swój niewyparzony język, spontaniczność, a wręcz głupotę. Wiele razy próbował przemówić mu do rozumu, szczególnie jeśli chodziło o problemy ze Snape’em, jednak Fred obrał sobie za punkt honoru w końcu doprowadzić profesora do szału. Poza tym wiele razy uraził jego gryfońską dumę, co oczywiście nie mogło ujść mu płazem.
- Nie obchodzi cię utrata punktów?
- Owszem, panie profesorze – odparł ze spokojem rudzielec. Wydawał się być odprężony, jednak nadal czujny.
- Owszem czyli co? – zirytował się Snape.
- Owszem – powiedział z ociąganiem – obchodzi.
Profesor przez chwilę patrzył na niego z niedowierzaniem.
- Radziłbym ci więc przestać się tak idiotycznie zachowywać, Weasley – warknął – skoro nie lubisz tracić punktów.
- Dobrze, panie profesorze.
Snape mruknął coś niewyraźnie pod nosem, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył zamaszystym krokiem w stronę katedry... niestety zahaczając przy okazji płaszczem o obluzowaną deskę, odstającą od blatu stołu. Fred po raz pierwszy w życiu był wdzięczny tym kilku gwoździom wystającym z drewna, o które nieraz już rozcinał sobie skórę albo rozdzierał ubrania. Teraz, gdy cała obleśna mikstura znalazła się na Mistrzu Eliksirów, był gotowy niemalże oddawać im cześć.
Cała klasa wstrzymała oddech, ponieważ cuchnące opary zawisły w powietrzu i zaczęły wciskać im się do nosów, a z oczu mimowolnie popłynęły łzy. Jeżeli osoby znajdujące się kilka metrów od kociołka dusiły się i płakały, to co musiał czuć Snape stojący tuż obok, niemalże dotykający go?
Fred i George odsunęli z piskiem krzesła i w popłochu uciekli na sam koniec sali, podobnie jak reszta uczniów. Po chwili wszyscy stali już pod drzwiami, obserwując z niepokojem powoli opadające opary, z których wyłaniał się kaszlący Mistrz Eliksirów. Nikt jednak nie ruszył się z miejsca – każdy zasłaniał usta rękami, starając się nie wdychać tego przykrego zapachu. To wszystko trwało zaledwie kilkanaście sekund, po czym rozległ się plusk, kiedy Mistrz Eliksirów stracił przytomność.

~*~

Wiadomość o nieprzytomnym Mistrzu Eliksirów błyskawicznie rozeszła się po Hogwarcie i pod koniec dnia mówili o tym wszyscy uczniowie i nauczyciele. Snape trafił do Skrzydła Szpitalnego i ocknął się dopiero wieczorem, powitany przez tłum Ślizgonów i połowę grona pedagogicznego, stojących w drzwiach (pani Pomfrey stanowczo zakazała przebywania w pomieszczeniu więcej niż trzem osobom jednocześnie).
- Jak się czujesz, Severusie? – zapytał Dumbledore, który dostąpił zaszczytu możności stania zaraz przy łóżku.
- Czułbym się o wiele lepiej, gdyby ta hałastra się na mnie łaskawie nie gapiła – warknął w odpowiedzi, podnosząc się do pionu. Dyrektor nakazał wszystkim opuścić Skrzydło Szpitalne, a pani Pomfrey zamknąć drzwi. – Ukaraliście już Weasleya?
- Chłopiec powiedział, co zresztą potwierdziła połowa klasy – nie musiał dodawać, że drugą połową byli Ślizgoni – że to był nieszczęśliwy wypadek.
- Nieszczęśliwy wypadek? – sapnął Snape, zrywając się na równe nogi. – To wina tego bezczelnego dzieciaka!
- Severusie – upomniał go łagodnie Dumbledore. – Uczniowie powiedzieli, że nieuważnie zahaczyłeś o ławkę pana Weasleya, strącając z niej kociołek z eliksirem wprost na siebie. – W błękitnych oczach czarodzieja błyskały iskierki rozbawienia.
Snape milczał do czasu, gdy drzwi znowu się otworzyły i wkroczył profesor Lupin z Fredem Weasleyem u boku. Kiedy rudzielec zauważył wściekłe spojrzenie Mistrza Eliksirów, na jego twarzy pojawił się na chwilkę wyraz tryumfu, jednak zaraz zreflektował się i udał skruszonego chłopca. Severus prychnął z pogardą.
- Witaj, Fred – powitał go ciepło dyrektor – Profesor Snape na szczęście już się obudził. Wierzę, że naprawiliście tę zepsutą ławkę? – zwrócił się do Lupina, który kiwnął potakująco głową. – No to myślę, że mogę już wracać do moich obowiązków. – Klasnął w dłonie i spojrzał wyczekująco na Freda.
- Przepraszam, profesorze – wyszeptał Weasley do Snape’a, cedząc każde słowo. Mężczyzna spojrzał na niego chłodno, a Gryfon odwzajemnił tym samym, pozwalając, by na chwilę na jego twarz wpełzło zadowolenie.
Mistrz Eliksirów zaczynał coraz bardziej nienawidzić tego chłopaka.
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #367154 · Odpowiedzi: 8 · Wyświetleń: 5116

Yuriko Napisane: 04.08.2009 22:01


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Do tego tekstu zabierałam się od dłuższego czasu, a teraz nareszcie mi się udało! Inspirowane książką Jane Austen Rozważna i Romantyczna. ^^

Tytuł: Rozważny i Romantyczny
Autor: Ja
Beta: Aribeth ; Teraw
Rating: W zamierzeniu +15, ale wyjdzie w praniu
Ostrzeżenia:
- niektóre wątki z tomu "Więzień Azkabanu" zostały pominięte
- Rodzeństwo Weasley wie o Zakonie Feniksa od końca "Więźnia Azkabanu"
- Syriusz po ujawnieniu się Harry'emu jako jego ojciec chrzestny, przebywał w domu przy Grimmauld Place 12
- jeżeli nie lubisz tekstów z wątkami Yaoi lub Yuri, to od razu opuść to miejsce

Paringi:
- głównie Fred Weasley/Remus Lupin, ale pojawią się także inne, m.in. George Weasley/Lee Jordan, a także jakiś paring Yuri

Pierwszy rozdział, to raczej coś w stylu prologu, wprowadzenia. Wiele akcji w nim nie znajdziecie, jednak dalsze części będą inne. ^^

Dla Haydi. Urodzinowo. :**

1. LepiSmark i Nieprzylepne Butelki


Profesor Lupin był zupełnie innym nauczycielem od tych, z którymi mieli dotychczas do czynienia. Wyglądało na to, że miał podejście do młodzieży, a na dodatek sprawiał wrażenie niezwykle sympatycznego i wyrozumiałego. Jego lekcje były bardzo ciekawe i uczniowie, a przynajmniej większość z nich, z niecierpliwością oczekiwała kolejnych zajęć z Obrony Przed Czarną Magią.
Piątoklasiści byli tym bardziej zadowoleni z Lupina, ponieważ pod koniec tego roku mieli zdawać SUMy, o czym przypominano im niemal bez przerwy, na każdej lekcji, a czasem nawet na korytarzach, gdy jakiś nauczyciel przyłapał ich na „próżnowaniu”. Najbardziej gnębieni byli bliźniacy Weasley, którzy każdą wolną od zajęć chwilę wykorzystywali na poznawanie wszelkich sekretów Hogwartu, takich jak tajemne przejścia, nieznane korytarze, czy nieodwiedzane przez nikogo komnaty. Czasami jednak po skończonych sprawdzali po prostu na Mapie Huncwotów położenie danego ucznia – najczęściej Ślizgona – albo nauczyciela – o dziwo, był to zawsze Snape – po czym śledzili go, by później niepostrzeżenie wyjść zza jakiejś zbroi, rzucić w niego zaklęciem związującym nogi, czy wylać jedną ze swoich mikstur. Ich ulubioną był eliksir LepiSmark, który był wyjątkowo paskudny i obrzydliwy – nie dość, że swoim wyglądem i konsystencją przypominał w istocie smarki, to jeszcze na dodatek po wdepnięciu w niego, nie można było się ruszyć z miejsca przez kolejne piętnaście minut. Fred i George zadbali również, by nie działało na niego żadne zaklęcie. Cudownie było obserwować, jak Mistrz Eliksirów miota się, nie mogąc oderwać stóp od klejącej mazi, rzucając każde zaklęcie, jakie przyjdzie mu do głowy, i przeklinając w duchu wszystko i wszystkich. Bliźniacy zastanawiali się nawet nad ulepszeniem, specjalnie dla Snape’a, mikstury tak, by działała przez okrągłą godzinę albo stworzeniu seansów filmowych, w których główną rolę będzie odgrywał Severus W Smarkach.
Tego wieczora wrócili do wieży Gryffindoru wyjątkowo wcześnie – Fred dostał szlaban u Lupina. Było to dość niezwykłe, ponieważ profesor z reguły nie karał nikogo tak srogo, co najwyżej odbierał trochę punktów, jednak tym razem chyba uznał, że wepchnięcie kolegi – dziwnym trafem był to Ślizgon – do szafy z boginem było godne szlabanu.
Lee Jordan, który czytał właśnie „Świat Quitticha”, odłożył magazyn i zapytał zdziwiony:
- A wy co, zakończyliście już dzisiejsze łowy?
Fred roześmiał się, jednak George wyraźnie zmarkotniał.
- Fred ma dzisiaj szlaban – wytłumaczył. – No wiesz, za tą akcję z szafą z boginem – dodał, widząc zdziwienie kolegi.
Lee roześmiał się i przybił piątkę Fredowi.
- To było kapitalne zagranie! Wciąż pamiętam tą minę Bradleya, jak Lupin w końcu wyciągnął go z szafy...
- Zasłużył sobie. – Fred wzruszył ramionami. – Nie trzeba było obrażać naszej małej siostrzyczki. – Zerknął na zegar. – Dobra, chłopaki, ja się zbieram. Do zobaczenia później. – Pomachał im teatralnie na pożegnanie i znikł za portretem.
George rozsiadł się w głębokim, wysiedzianym przez wiele pokoleń uczniów fotelu, biorąc do ręki magazyn Jordana, który rozłożył się na kanapie naprzeciwko niego. Ogień w kominku powoli dogasał, niepodsycany przez nikogo, jednak rzucał jeszcze delikatny blask na włosy rudzielca, czyniąc ich barwę jeszcze ostrzejszą. Lee uśmiechnął się pod nosem, obserwując w skupieniu swojego przyjaciela. Po dłuższej chwili George podniósł znad magazynu ciemnobrązowe spojrzenie i zapytał z udawaną groźbą.
- Co się tak na mnie gapisz, co?
- A, tak sobie – odpowiedział beztrosko, podnosząc się z kanapy i zbliżając do Weasleya. – Masz taką ładną buźkę, że nie sposób oderwać od niej wzroku. – Chwycił skórę na policzku George’a i pociągnął ją lekko, zanosząc się śmiechem.
- Przestań już sobie żartować – odparł chłopak, odsuwając głowę, by znalazła się poza zasięgiem rąk Lee.
Gdyby Jordan nie znał go od tak dawna, gdyby nie znał go tak dobrze, to to zachowanie wydałoby mu się co najmniej dziwne. Ludzie dookoła byli święcie przekonani, że bliźniacy Weasley tylko się śmieją i żartują, wygłupiają i nigdy nie są poważni, jednak się mylili. Bo Fred i George bywali poważni, i to bardzo często. Szczególnie ten drugi. Gdyby nie jego rozwaga, już dawno obaj wylecieliby z hukiem z Hogwartu. To on zawsze mówił, kiedy przestać i uciekać. A Fred, choć niechętnie, słuchał go, unikając w ten sposób kłopotów.
Chłopcy siedzieli znowu w milczeniu. W drugim rogu pokoju siedziała samotnie Hermiona, otoczona stosem książek i pergaminów, skrobiąc coś na jednym z nich z zaciętą miną. Na podłodze obok niej leżały rysunki różnych gwiazdozbiorów. Przy schodach do dormitoriów siedziało kilku, grających w eksplodującego durnia, a Harry i Ron rozkładali właśnie szachy czarodziejów.
- Podoba ci się Angelina? – zapytał znienacka Lee i George spojrzał na niego zszokowany, próbując odnaleźć na twarzy przyjaciela kpinę, jednak ten był całkowicie poważny.
Weasley zamyślił się. Angie była wyjątkową dziewczyną – ładną, wysportowaną, grającą i oczywiście znającą się na quidditchu. Na dodatek dało się z nią spokojnie porozmawiać na niemalże każdy temat. Niejeden chłopak w Hogwarcie się za nią oglądał. Jednak nie George. Jego wzrok błądził za kimś zupełnie innym.
- Jest ładna...
- No dobra, ale czy ci się podoba? – zniecierpliwił się Lee.
- Nie – odparł po chwili George, a twarz Jordana rozjaśniła się momentalnie. – A co? – zapytał, a jego ruda brew powędrowała do góry.
- Chciałem się tylko upewnić, czy nadal jesteś wolny – uśmiechnął się niewinnie Lee.
Weasley przewrócił oczami i powrócił do czytania lektury.

~*~

Profesor Lupin siedział za swoim biurkiem, sprawdzając wypracowania uczniów, kiedy Fred wszedł do jego gabinetu. Mężczyzna spojrzał na niego i uśmiechnął się lekko, wskazując krzesło przed sobą.
- Usiądź sobie, zaraz skończę i pomyślimy, czym mógłbyś się zająć – powiedział, pochylając się z powrotem nad pergaminem.
Weasley rozejrzał się po sali, która sprawiała wrażenie całkiem przytulnej, choć rudzielec nie wiedział za bardzo dlaczego. Owszem, wszystko było utrzymane w ciemniejszych, głównie szarych odcieniach, jednak pojedyncze staromodne meble z jasnymi wykończeniami, jakby trochę ten gabinet rozjaśniały. A może to przez samego Lupina i jego miłe usposobienie?
- Fred – zacmokał profesor, rozsiadając się wygodniej na krześle. – Co ja mam z tobą zrobić?
Chłopak wzruszył ramionami, lustrując wzrokiem starszego czarodzieja. Miał posiwiałe włosy, które wydawały się suche i zniszczone, a oczy podkrążone i ciemne; ubrany był w wyświechtany, stary sweter, który dzięki swym smętnym kolorom sprawiał, że Lupin wyglądał jeszcze nędzniej. Pomimo że jego twarz miała pogodne rysy, wyglądała jakby nie przespał kilku ostatnich nocy i był strasznie zmęczony.
- Wiesz, że to, co zrobiłeś, było bardzo nierozważne?
Fred spuścił wzrok i pokiwał powoli głową.
- Z boginami nie ma żartów – oświadczył ponuro Lupin. – Jak myślisz, jak się czuł Bradley, znajdując się w ciasnej, ciemnej szafie, sam na sam ze strachem, z tym, czego najbardziej się bał?
- Na pewno nie skakał z radości – odparł Fred, nie podnosząc wzroku na profesora.
- Na pewno nie – powtórzył starszy czarodziej. – Obecnie leży w skrzydle szpitalnym. Na szczęście nie jest z nim tak źle, bo wtedy miałbyś poważne kłopoty. Nigdy więcej takich żartów, dobrze?
- Dobrze, panie profesorze.
- Chciałbym, abyś dzisiaj zajął się porządkowaniem tych papierów. – Wskazał na stertę obok biurka. – Posegreguj je, dzieląc na wypracowania, notatki i jakieś inne dokumenty. Bez użycia różdżki. Jeszcze nie miałem czasu, by je przejrzeć, a prace uczniów bardzo mi się przydadzą.
Fred podniósł się z krzesła, podszedł do stosu, który sięgał mu mniej więcej do pasa, uniósł sporą część kartek. Rozłożywszy się na podłodze przed drzwiami do gabinetu, rozpoczął żmudną pracę, oddzielając wypracowania i notatki nauczycieli na oddzielne stosy. Niektóre prace były pomazane, inne nosiły na sobie ślady bliskiego spotkania z jakimś napojem, a jeszcze inne były strasznie wygniecione i pomięte.
- Chciałbym jeszcze wiedzieć – odezwał się Lupin po upływie niecałej godziny, kiedy Fred zabierał się za ostatnią stertę. – Co cię podkusiło, by wepchnąć go do tej szafy?
- Obraził moją siostrę – powiedział Fred i wzruszył ramionami.
Mężczyzna westchnął tylko, nie kryjąc zdziwienia i podziwu. Lojalność wobec rodzeństwa czy przyjaciół, zawsze była dla niego najważniejsza, toteż imponowała mu taka postawa wśród uczniów. Przyglądał się młodemu Weasleyowi, w duchu przyznając Gryffindorowi dziesięć punktów.
- Jesteście z bratem bardzo do siebie podobni – zauważył.
- Myli się pan. – Fred obrzucił go wyzywającym spojrzeniem.
Lupin, całkowicie zbity z tropu tą uwagą, zastygł w bezruchu, po czym pochylił nad biurkiem i z nieskrywaną ciekawością zapytał Weasleya, dlaczego tak uważa. Chłopiec wstał z podłogi i położył na blacie stos kartek.
- Jesteśmy zupełnie inni – powiedział tylko. – Tu są wypracowania.
To była co najmniej wymijająca odpowiedź, a zachowanie Freda co najmniej dziwne. Przez chwilę starszemu czarodziejowi wydawało się, że musiał coś przeoczyć, albo że coś się dzieje z młodym Weasleyem, jednak jeszcze jedno spojrzenie na pogodną, otoczoną rudymi włosami twarz utwierdziło go w przekonaniu, że na pewno czegoś nie zauważył.
- Mogę już iść? – zapytał Fred, kiedy ostatni stos kartek wylądował na biurku profesora.
Lupin kiwnął powoli głową. To zachowanie zupełnie nie pasowało mu do owego dowcipnego, wiecznie wygłupiającego się Weasleya, o którym wciąż słyszał w pokoju nauczycielskim albo na korytarzach, kiedy uczniowie opowiadali sobie o nowych wyczynach sławnych bliźniaków. Zaintrygowany, postanowił obserwować braci nieco uważniej.

~*~

W Trzech Miotłach był wyjątkowo pusto, najwyraźniej czarodzieje i czarownice woleli pochować się w domach, zamiast wystawić się jak na tacy seryjnemu mordercy. Na dodatek obecność dementorów z Azkabanu, patrolujących Hogsmeade każdego wieczoru, utwierdzała wszystkich w przekonaniu, że w przekonaniu, że naprawdę jest się czego bać.
Wypad do miasteczka był miłą odskocznią od szarej rzeczywistości w Hogwarcie. Pomimo że pogoda na dworze była ostatnio naprawdę cudowna i wręcz prosiła się o wyjście na błonia i choćby spacer, to jednak obecność dementorów w żadnym wypadku do tego nie zachęcała. Tak więc możliwość wyjścia z zamku i zabawienia się w miasteczku wydała się tym razem jeszcze bardziej kusząca. Niestety szansę na to mieli jedynie uczniowie klas piątych – nauczyciele uznali, że lepiej puszczać uczniów w mniejszych grupkach, które później łatwo będzie ogarnąć, a piątoklasiści, od których oczekiwano dużego poświęcenia nauce, mogli sobie pozwolić na chwilę bez nauki jedynie teraz, na początku roku, kiedy dopiero zaczynali przygotowywać się do egzaminów.
Profesor Lupin kazał uczniom zgromadzić się przed wejściem do baru i kiedy już wszystkie zaciekawione spojrzenia były zwrócone ku niemu, odchrząknął i oświadczył:
- Proszę was, byście nie oddalali się za bardzo. Najdalej do Miodowego Królestwa, a w razie potrzeby wzywali pomoc poprzez wystrzelenie w powietrze czerwonych iskier albo... krzyk – dodał ponuro. Wydawało się, że ten sposób komunikacji, że te wszystkie „środki bezpieczeństwa” według niego są po prostu żałosne i opowiada o nich jedynie z obowiązku.
- Przepraszam, profesorze. – George podniósł rękę. – Tak właśnie się zastanawiałem...
- Czy „najdalej do Miodowego Królestwa” oznacza, że.... – kontynuował Fred, jednak brat postanowił dokończyć za niego.
- ... do Sklepu Zonka nie mamy dzisiaj... wstępu?
Lupin spojrzał na nich przepraszająco i skinął głową. Przez tłum uczniów przebiegły głośne westchnięcia, a jakiś chłopak nawet zaczął gwizdać.
- Bardzo was przepraszam, ale tak będzie bezpieczniej – oświadczył mężczyzna.
- A pan gdzie będzie? – zapytała Angelina.
- Tutaj, w Trzech Miotłach.
Na twarzach co bystrzejszych uczniów pojawił się głupkowaty uśmiech. Już zrozumieli, co chodzi po głowie Johnson. Lupin także, bo zaśmiał się i machnął ręką.
- Chodzi wam o to, żebym razem z wami poszedł do Zonka? – Uczniowie przytaknęli. – Jeżeli wszyscy chcecie tam iść, to nie ma sprawy.
Przez chwilę panowała cisza. Każdy spoglądał na każdego, jakby próbując wzrokiem przekonać go do udania się do Zonka. Jednak tym razem nawet Ślizgoni, o zdanie których najbardziej się obawiano, postanowili wybrać się do tego sklepu i nie robić problemów.
- Za godzinę w Trzech Miotłach – zakomenderował Lupin. – A teraz proszę nie chodzić dalej niż do Miodowego Królestwa. Ktoś ma jeszcze jakieś pytania? – zapytał, a że nikt się nie zgłosił, kazał się rozejść. Pchnął drzwi baru, na których przyklejony był list gończy x Syriuszem Blackiem.
Pomimo ogólnie panującego strachu przed seryjnym mordercą, w Miodowym Królestwie było tłoczno i duszno – jak zwykle. Uczniowie przeciskali się miedzy półkami, zgarniając z nich ulubione smakołyki, słychać było brzdękanie galeonów, charakterystyczny dźwięk kasy, gdy drukowała paragon, i przyciszone rozmowy. Bliźniacy Weasley zwinnie lawirowali między towarami, wkładając do magicznych koszyków na zakupy wszystkie potrzebne im produkty.
– Brakuje nam jeszcze czegoś? – zapytał Fred, szturchając brata.
George zerknął na listę zakupów.
- Hm, pomyślmy. – Zlustrował wzrokiem zawartość koszyka. – Nie mamy już tylko miodu i gumy do żucia.
Chłopcy ruszyli w stronę półki, nad którą wisiał ogromny obraz przedstawiający rój pszczół. Wybrali jeden ze słoików, uprzednio sprawdziwszy cenę, i ustawili się w kolejce. Inni uczniowie mieli całe naręcza różnych smakołyków, wśród których prym wiodły czekoladowe żaby czy Fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta. Były wprost niezastąpione. Fred i George wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a w ich głowach pojawił się nowy pomysł – wynalezienie smakołyku, który pobije fasolki i żaby, podbijając serca wszystkich uczniów Hogwartu. Tymczasem przyszła kolej na nich. Położyli koszyk na ladzie i obserwowali, jak pan Flume, właściciel Miodowego Królestwa, kasuje kolejno wszystkie produkty. Ambrosius był niskim mężczyzną z dużym brzuchem, na którym opinał się kolorowy fartuszek. Jego duże oczy miały niesamowity czekoladowy kolor, a do lekko posiwiałych wąsów przykleiły się – wydawało się, że już na stałe – kropelki pitnej czekolady. Kiedy skończył, spojrzał na Weasleyów i zapytał uprzejmie:
- To wszystko?
- Nie – odparł natychmiast Fred. – Poprosimy jeszcze...
- Pięć opakowań gumy Drooblesa – wtrącił George i wyszczerzył zęby.
- Oczywiście, oczywiście – uśmiechnął się Flume, po czym skierował różdżkę na półkę z gumą do żucia. Pięć kolorowych paczuszek dołączyło do pozostałych towarów. Znikąd pojawił się bladożółty papier, owinął zgrabnie produkty, po czym sam zapakował je do papierowej torby.
- Dziesięć sykli i pięć knutów – oświadczył pan Flume i poklepał się po brzuchu.
George wyciągnął z kieszeni spodni parę monet i położył na wyciągniętej ku niemu dłoni sprzedawcy.
- Do widzenia – pożegnali się bracia Weasley i zabrali swój pakunek.
Pogoda tego dnia była naprawdę ładna; jak na wrześniowe popołudnie, to wręcz cudowna – pojedyncze białe chmurki ułożyły się wygodnie wokół słońca, nie przysłaniając mu jednak widoku na ziemię; wiatr jakby nagle gdzieś znikł, nie pozostawiając po sobie ani śladu.
Fred i George szli powolnym krokiem w stronę Trzech Mioteł – w Hogsmeade zazwyczaj chodzili samotnie, nawet bez Lee czy Angeliny, załatwiając swoje własne interesy. Czasem wydawało im się, że są samowystarczalni – nie potrzebowali żadnych ludzi, wystarczyło, że byli razem. Rozumieli się nawzajem najlepiej na świecie, jak to bliźniacy, i nie bardzo wierzyli, że ktokolwiek inny byłby w stanie równie dobrze pojąć ich tok myślenia.
Kiedy weszli do gospody, prawie nikogo jeszcze w niej nie było. Profesor Lupin siedział przy oknie i spoglądał w zamyśleniu na swój kufel; trzech Ślizgonów rozmawiało cicho w kącie pomieszczenia, a kilkuosobowe grupki Kukonów i Puchonów siedziały przy stolikach. Fred i George wymienili spojrzenia i ruszyli w stronę samotnego profesora.
- Witamy – powiedzieli radośnie, siadając na przeciwko niego.
- Cześć, chłopcy. – Lupin przeniósł ciemne spojrzenie z kufla na twarze braci i uśmiechnął się pogodnie. – Jak tam zakupy? – Zerknął na ich torbę.
- Aaa... całkiem dobrze – zaczął Fred.
- Ale, oczywiście, drogo – dodał poważnie George.
Mężczyzna pokiwał w zrozumieniu głową i upił kilka łyków swojego piwa kremowego. Chłopcy również je zamówili i po chwili wszyscy trzej pili w zamyśleniu rozgrzewający napój.
- Co najczęściej kupujecie w Miodowym Królestwie? – zagadnął Lupin, odstawiając kufel.
- Różne rzeczy – odparł Fred, wzruszając ramionami. – Głównie produkty...
George szturchnął go łokciem w bok. Mężczyzna spojrzał na nich zdumiony, po czym się roześmiał.
- Jak nie chcecie, to nie mówcie, ale uwierzcie mi, że wiem chyba o wszystkich waszych... wynalazkach – zaśmiał się Lupin. – Pan Filch ciągle na nie narzeka – dodał nieco poważniej, ale w jego ciemnych oczach błyskały wesołe iskierki. Bliźniacy uśmiechnęli się tryumfalnie na jego słowa. – Jesteśmy teraz poza szkołą. Wszystko, co mi tutaj powiecie, powiecie mi, że się tak wyrażę, prywatnie, więc możecie być pewni, że żadne te informacje – chyba że będą stwarzały zagrożenie dla innych – nie dotrą do innych nauczycieli.
Weasleyowie jeszcze przez chwilę porozumiewali się niewerbalnie, przez same spojrzenia, po czym odwrócili się ponownie w stronę Lupina.
- Uznaliśmy, że możemy panu wyjawić kilka naszych tajemnic – oświadczył poważnym głosem Fred.
- Jeśli pan przysięgnie, że rzeczywiście nikomu ich nie wyjawi, profesorze – dodał George, patrząc Lupinowi prosto w oczy.
- Przysięgam! – Mężczyzna uśmiechnął się, kładąc prawą dłoń na sercu, a drugą podnosząc do góry.
- Dobrze. Więc pytał się pan, co kupujemy w Miodowym Królestwie.
- Otóż, kupujemy produkty potrzebne do wykonania naszych wynalazków.
- Głównie eliksirów.
- Głównie LepiSmarka, chociaż zastanawiamy się...
- ... nad wynalezieniem nowej mikstury.
- Chwileczkę – przerwał Lupin, coraz bardziej zaciekawiony bliźniakami i ich zainteresowaniami. – Lepi-co?
- LepiSmarka – powtórzył powoli i wyraźnie George.
- To mikstura, która sprawia, że po jej wylaniu przykleja się do wszystkiego i wszystkich, dotykających jej.
- Po piętnastu minutach...
- ... chociaż myśleliśmy z Georgem nad ulepszeniem jej tak, by trzymała pełną godzinę. Albo chociaż pół...
- ... mikstura się rozpływa! Nie ma po niej śladu.
- Ale wygląda paskudnie.
- No i nie da się od niej uwolnić.
Do Trzech Mioteł zaczęli się powoli schodzić pozostali uczniowie. Usiedli przy stolikach w pobliżu profesora Lupina, zerkając niecierpliwie to na zegar wiszący nad regałem z winami, to na starszego czarodzieja, gawędzącego z bliźniakami.
- Powiedzieliście, że wylewacie ten eliksir – zastanowił się mężczyzna. – Skąd go wylewacie i w jaki sposób, skoro do wszystkiego się klei?
Wyraźnie zaimponował swoim pytaniem bliźniakom, utwierdzając ich w przekonaniu, że Lupin jest dobrym słuchaczem i nie mają powodu, by żałować, że wdali się w tą dyskusję.
- Z tym był niemały problem...
- ... ale się udało. Chociaż już myśleliśmy, że nic z tego nie wyjdzie.
- Pomysł podsunął nam sam Zonko – oświadczył Fred. – Jednak okazał się mało skuteczny.
- Po prostu kulki, w których mieliśmy trzymać eliksir, były stanowczo za małe.
- Nie mieściło się w nich wystarczająco dużo.
- Ale to nas zainspirowało i....
- ... stworzyliśmy Nieprzylepne Butelki, które stosujemy do dziś.
- To było bardzo skomplikowane. Najpierw zaczarowaliśmy szkło tak, by było „wsiąkalne”.
- Później nalaliśmy do butelki wodę i trzymaliśmy ją przez dwa dni, aż porządnie wsiąkła.
- Następnie zabraliśmy się za sam eliksir.
- To nie było trudne. Na pewno łatwiejsze od stworzenia Nieprzylepnych Butelek.
- Rozcieńczyliśmy gumę Drooblesa...
- ... pięć opakowań...
- ... z miodem.
Bliźniacy opowiadali z zapałem, dopowiadając po parę słów, tworząc ciekawą historię, której Lupin słuchał z nieskrywanym zainteresowaniem. Czuł się tak, jakby z powrotem był młody, jakby właśnie słyszał Jamesa opowiadającego o swoich nowych pomysłach. Jakby właśnie rozprawiał z pozostałymi Huncwotami o mapie, swoim dziele.
Tymczasem bliźniacy kontynuowali.
- Do tego dodajemy czasami trochę cuchnących kulek od Zonka.
- Trochę karmelu, by bardziej się ciągnęło.
- Kisielu o smaku agrestowym.
- Zmieniamy trochę kolor, by wyglądał jeszcze realniej.
- A później długo warzymy.
- Jakieś trzy godziny.
- I wlewamy do butelek...
- ... a raczej butelki wkładamy do kociołka z wywarem...
- ... który również jest zaczarowany na Nieprzylepny...
- ... i w ten sposób je napełniamy.
- A później pozostaje patrzeć, jak profesor Snape próbuje się od tego uwolnić.
- Bo oczywiście rzucamy na to jeszcze zaklęcie niewidzialności...
- ... które się ulatnia, kiedy tylko ktoś wdeptuje w LepiSmarka.
- Czy dobrze zrozumiałem? – Lupin z trudem powstrzymywał śmiech. – Testujecie ten eliksir na profesorze Snapie?
- Testujemy?
- Skądże! – oburzył się Fred i mężczyzna odetchnął z ulgą, chociaż po cichu bardzo chciał zobaczyć Severusa walczącego z zieloną mazią. – LepiSmark nie wymaga testowania – wyszczerzył zęby rudzielec, po czym obaj z bratem wstali i wyszli na zewnątrz.
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #366983 · Odpowiedzi: 8 · Wyświetleń: 5116

Yuriko Napisane: 22.07.2009 21:03


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Wiem, że nie jest to oryginalne. Jednak natchnęło mnie i nie mogłam tego nie napisać. Za pomoc dziękuję Terawowi oraz Magdzie (Miss_Murder), która cały czas podświadomie skłania mnie do pisania. ^^ Pisane przy piosence Myslovitza "Do utraty tchu".

Autor: Ja
Tytuł: Szare niebo
Beta: Teraw
Przy piosence: Myslovitz "Do utraty tchu"
Paring: Syriusz Black/Remus Lupin
Ostrzeżenia: Brak


Szare niebo

„Szare niebo pełne ludzkich dusz,
Chyba chciałbym już tam być...”*


Uniósł ostrożnie rękę Nimfadory, spoczywającą na jego nagiej piersi i usiadł na łóżku. Chłodne grudniowe powietrze oplotło go swymi silnymi ramionami i mężczyzna wzdrygnął się, po czym odgarnął z czoła posiwiałe włosy i podparł głowę na dłoniach. Płatki śniegu, wirujące smętnie za otwartym na oścież oknem, układały się w różne dziwne kształty i Remus przyglądał im się przez dłuższą chwilę z udawanym zainteresowaniem. Myślami był jednak bardzo daleko.
To było już drugie Boże Narodzenie bez Niego. Powinien był się więc przyzwyczaić albo chociaż przestać się obwiniać, przestać milknąć, zaciskać szczęki na każde wspomnienie o Nim. To jednak okazało się o wiele trudniejsze, niż przypuszczał. Lubił się wyciszać i wspominać cudowne, stare lata, wypełnione Nim. Wciąż uśmiechał się pod nosem, kiedy wyobrażał sobie ciepłą dłoń, mierzwiącą mu włosy i radosny, zachrypnięty głos. On często się śmiał, wygłupiał; prawie jak dziecko. Jak chłopiec, którym zdawał się być przez całe życie.
Remus podniósł się powoli z łóżka, przeszedł przez ciemny pokój i odsłonił ciemnozielone firany. Poruszały się w powolnym tańcu, prowadzone przez lodowaty wiatr, wpływający do pokoju przez okno. To przeraźliwe zimno wręcz wstrząsnęło Lupinem, a na pooranym bliznami ciele pojawiła się gęsia skórka. Nie cofnął się jednak, tylko pewnie pchnął drzwi balkonowe i wyszedł na zewnątrz.
Niebo było szare, jak zazwyczaj o tej porze roku, w śnieżne noce. Przypominało swoją barwą popiół w Jego kominku, pościel w Jego sypialni, zasłonę, za którą zniknął... Remus przełknął ślinę. Wspomnienie Jego zdrętwiałego ciała, rozszerzonych w niemym przerażeniu oczu, a później tej głuchej, beznadziejnej ciszy i pustki, jaka go ogarnęła, wciąż powodowały nieprzyjemny ból – gdzieś w środku, w sercu. Spojrzał na ogród przykryty grubą warstwą nieskazitelnie białego śniegu, na środku którego stała ogromna choinka. Iskrzyły się na niej setki magicznych światełek, między którymi kolorowe łańcuchy, odbijając od siebie ten niesamowity blask, zdawały się błyszczeć. Na soczystozielonych gałązkach pozawieszano bombki oraz powiększone za pomocą czarów lukrowe laseczki, cukierki i inne słodycze. Wszystko to było dziełem Nimfadory i Remus uśmiechnął się pod nosem – Jemu również by się to spodobało.
Na niebie pojawiły się ciemne, gęste chmury, z których posypał się obficie śnieg. Spadał ciężko na nagie ciało Lupina, a w zetknięciu z jego rozgrzaną skórą, rozpływał się, by po chwili zamienić się w zimne strużki i spłynąć po jego plecach, torsie, brzuchu. Wciągnął powoli powietrze, którego chłód drażnił jego nozdrza. Mógł też wyczuć coś jeszcze. Nieuchwytny zapach zbliżającej się wojny. Unosząca się nad ziemią mgła, w tej części kraju lekka, gdzie indziej gęsta i ciężka, mroziła krew w żyłach, przypominając o obecności dementorów, o strachu i żałości. Nie bał się wojny, ani śmierci. Jego podejście było wyjątkowo egoistyczne i okrutne, ale pragnął tego, jak nikt. Życie wydawało mu się tak mało warte – bez Niego, bez sensu.
Remus zamknął oczy, przywracając w pamięci Jego ciemne tęczówki, połyskujące radosnym, dzikim blaskiem; wąskie usta ułożone w pełnym, szczerym uśmiechu; czarne loki okalające przystojną twarz. Był taki lekkoduszny, energiczny, pełen życia. Wydawał się być zupełnym przeciwieństwem Lupina – powolnego, skromnego, zawsze będącego poza światłem reflektorów. A On musiał błyszczeć. I błyszczał – zawsze, wszędzie, aż do śmierci.
I gdyby wtedy Remus zdążył zareagować, gdyby w ogóle wyperswadował mu opuszczenie domu, ten blask nadal by go oświetlał.
Mężczyzna odwrócił się, by spojrzeć na śpiącą spokojnie Tonks, która właśnie wzdrygnęła się lekko, gdy lodowaty wiatr musnął jej nagą skórę, i nakryła się mocniej kołdrą. Była niesamowitą kobietą, na którą nie zasługiwał – ani na jej gorącą, szczerą miłość, ani na zaufanie. Nienawidził siebie za to egoistyczne zachowanie. Oszukiwał Nimfadorę, zapewniał o swoim uczuciu, był z nią, nie potrafiąc odejść. Byłoby to na pewno bardziej honorowe zachowanie – zakończyć kłamstwa, pozwolić jej ułożyć sobie życie od nowa, z kimś, kto by na nią zasługiwał. Jednak nie mógł tego zrobić. Nie ze względu na utratę Tonks, tylko dlatego, że nie wyobrażał sobie życia w samotności. Jeszcze większej, niż tej, w której żył teraz.
Był podły i egoistyczny.
Był tchórzem.
Właśnie z powodu tchórzostwa czekał na wojnę. To było najlepsze i najłatwiejsze wyjście – zginąć bohaterską śmiercią, w obronie żony i swoich najbliższych. W imieniu dobra. Przeciwko złu.
Lupin strząsnął z włosów płatki śniegu i spojrzał jeszcze raz na błyszczącą w mroku choinkę.
- Wesołych Świąt, Syriuszu.

______
* Myslovitz „Do utraty tchu”
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #366559 · Odpowiedzi: 1 · Wyświetleń: 5151

Yuriko Napisane: 01.07.2009 22:35


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Moje pierwsze poważniejsze Yaoi, tak naprawdę. Napisane niemalże jednym tchnieniem, o godzinie 2 w nocy. xD Za pomoc dziękuję Klawie i Haydi. Kocham Was, Dziewczęta. tongue.gif A także dziękuję bardzo zespołowi Myslovitz za to, że istnieje i tworzy tak wspaniałe piosenki, które są moim natchnieniem i często wytchnieniem. xD

Tytuł: Zbyt wiele
Autor: Ja
Beta: Klawa i Haydi
Ostrzeżenia: Brak
Paring: Remus Lupin/Syriusz Black
Przy piosence: "Alexander" zespołu Myslovitz

Zbyt wiele

Już nie będę z tobą kłócił się
I tak nigdy nie mam racji *


- Wiesz, że to nierozsądne – Remus przeczesał palcami długie włosy Syriusza.
- Wiesz, że mnie to nie obchodzi – przedrzeźniał go, uśmiechając się łobuzersko. Wtulił się w ciepłe ramiona przyjaciela, wdychając jego cudowny zapach.
- Black. – Lupin odsunął Syriusza od siebie i spojrzał prosto w jego ciemne, migoczące radośnie oczy. – Zakazuję ci opuszczać ten dom – powiedział poważnie.
Syriusz nic nie odpowiedział, odwracając wzrok i próbując z powrotem wtulić się w przyjaciela, jednak ten trzymał go mocno za barki, uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. Na czole Blacka pojawiła się mała zmarszczka, ale wciąż milczał.
- Słyszałeś? – Lupin potrząsnął Syriuszem, który nie odpowiedział, wpatrując się w poranne słońce, wpuszczające swe delikatne promienie przez uchylone okno, wprost do ich łóżka. – Słyszałeś? – powtórzył.
- Słyszałem – warknął, odsuwając się gwałtownie, by znaleźć się poza zasięgiem Remusa. –I co z tego?
W oczach Lupina pojawiły się złowrogie iskierki. Jego wargi zaczęły się powoli ruszać, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Jak zwykle, gdy się denerwował, odliczał po cichu do dziesięciu. Black parsknął śmiechem na ten widok i wilkołak spojrzał na niego uważnie.
- Kiedy ty dorośniesz, Łapo? – zapytał z westchnieniem.
- Nic nie rozumiesz. – Syriusz ściągnął brwi. – Cały czas muszę dusić się w tym przebrzydłym domu. Nienawidzę go. Nienawidzę! I wszyscy o tym wiecie, a jednak każecie mi tu zostać...
- To dla ciebie najbezpieczniejsze miejsce – wtrącił ze spokojem Remus.
- Myślicie, że to coś przyjemnego – kontynuował Black, starając się zignorować przyjaciela. – Wolałbym już narażać życie tam, na zewnątrz, niż siedzieć tu... jak tchórz – wypluł ostatnie słowa, dysząc w furii.
- Syriuszu, uspokój się. – Remus uśmiechnął się pogodnie. - Tak jest najlepiej...
- Nie! Nie jest najlepiej. Przestań wciskać mi kit – warknął, strzepując rękę Lupina ze swojego ramienia.

Wydawać by się mogło,
Że jesteśmy źle dobrani


Lupin poruszył się niespokojnie, próbując strząsnąć dłoń Blacka ze swojego uda. Pozostali członkowie Zakonu Feniksa siedzieli wokół nich, obradując w skupieniu, podczas gdy Syriusz, z pełnym zadowolenia uśmiechem na twarzy, najnormalniej w świecie dobierał się do niego. Wilkołak starał się złapać rękę przyjaciela, jednak ten był szybszy i za każdym razem mu umykał, chichocząc wesoło.
Lupin rozejrzał się po zebranych, upewniając się, że nikt niczego nie zauważył. Te kilka sekund nieuwagi w zupełności wystarczyły Syriuszowi. Jednym zwinnym ruchem złapał nogę przyjaciela, ściskając palcami jego skórę i wolnym, lecz stanowczym ruchem przejechał dłonią do góry. Remus wciągnął ze świstem powietrze, kiedy Black wsunął palce między jego uda.
Snape spojrzał na nich zażenowany i Remus spłonąłby rumieńcem pod tym karcącym spojrzeniem, gdyby nie fakt, że dostatecznie się już rumienił. Syriusz wyszczerzył zęby, a na jego twarzy malował się wyraz triumfu.

- Jak mogłeś?
- O co ci chodzi, Lunatyczku? – zapytał Syriusz przymilnym głosem.
- Ty... obmacywałeś mnie – wyjąkał Remus– przy ludziach... przy wszystkich członkach Zakonu! – Lupin aż dygotał, spinając mięśnie i szczęki, a jego serce wydawało się zaraz wyskoczyć z klatki piersiowej.
- Uspokój się – odpowiedział beztrosko. – Czasem trzeba się zabawić.
- Nie w taki sposób – syknął Lupin.
- A ja uważam, że właśnie w taki – odparł z zaciętą miną Łapa.
- Widać bardzo się różnimy – wyszeptał Remus i odwrócił się na pięcie. W kilka sekund znalazł się przy drzwiach i naciskał klamkę. – Do widzenia.
- Przyjdź jutro po południu – rzucił Syriusz, odprowadzając wzrokiem przyjaciela.

Najgorsze jest jednak
To twoje rozczarowanie
Wiem, zapomniałem ci powiedzieć,
Że jestem zakochany


Księżyc oświetlał swym srebrzystym blaskiem posiwiałe włosy Remusa, kiedy ten wpatrywał się w niego, leżąc nieruchomo, plecami do Syriusza. Jego nagą skórę zdobiło kilka blizn i ran – niektóre nawet nie były jeszcze zagojone. Black wodził szczupłymi palcami po torsie Lupina, spoglądając razem z nim na dużą, jasną kulę na niebie, która była źródłem ich problemów, ale także i uczuć...
- Coś ty taki ponury, Lunatyczku? – szepnął mu do ucha Syriusz.
- Dlaczego taki jesteś? – zapytał Remus, po dłuższej chwili
Black zastygł, zupełnie zbity z tropu. Ciemne chmury okryły księżyc pogrążając ich na dłuższy moment w zupełnych ciemnościach.
- Jaki?
- Taki lekkoduszny, nieodpowiedzialny. – Lupin przewrócił się na plecy. – Jesteś jak nastolatek...
Syriusz prychnął tylko. W mroku nie widział twarzy Remusa, która zawsze kryła najwięcej różnych emocji i uczuć, nie potrafił odczytać, czy przyjaciel tylko żartuje, czy mówi poważnie. Lunatyk podniósł dłoń do czoła Blacka i odgarnał z niego kilka niesfornych kosmyków.
- Jestem dorosły – stwierdził dobitnie Syriusz.
- Czasami tego po tobie nie widać – odparł z powagą Remus, a jego głos stał się nagle ciężki. Podniósł lekko głowę, nakrywając usta Blacka swoimi własnymi. Język Łapy połaskotał go delikatnie w wargę i Lunatyk uśmiechnął się mimo woli.
- Postaram się zmienić – wyszeptał Syriusz po dłuższej chwili, kładąc się obok Remusa. – Bo... bo ja... – zawahał się. Bo cię kocham, pomyślał, jednak odpowiedział tylko. – Bo może masz rację. – Słowo kocham niosło za sobą zbyt wiele...

Wiem, potrzebujesz tego,
Czego ja nigdy mogę ci nie dać


- Jak długo już jesteśmy razem? – szept Remusa zmącił ciszę nocy i wprawił Syriusza w dziwne odrętwienie. – Rok? Czy może dwa? – zastanawiał się na głos.
Black wpatrywał się tępo w ciemny sufit, ściskając w dłoni palce przyjaciela. Nie liczył, nie miało to dla niego większego znaczenia. Po prostu byli – prawie co noc uprawiali cudowny seks, prawie każdego ranka jedli razem śniadanie, niemalże co popołudnie zasiadali wspólnie do obiadu. Ale czy byli razem?
- Jak myślisz? – zapytał Lupin, spoglądając kątem oka na swojego przyjaciela, który tylko wzruszył ramionami. Remus uśmiechnął się lekko. – Nie uważasz, że czas coś z tym zrobić?
- Co masz na myśli? – Ciemne oczy Syriusza rozszerzyły się w niemym szoku.
Lunatyk podniósł się na łokciach.
- Dobrze wiesz, co – Uśmiechnął się pogodnie, kreśląc na policzku Łapy serduszko. Zaśmiał się ze swojego zachowania i spojrzał wyczekująco na przyjaciela, który wpatrywał się w niego przerażony.
- Chyba nie myślisz o małżeństwie – wyjąkał.
- Owszem, myślę.
- Nie – powiedział po prostu Syriusz, spoglądając wyzywająco na Lunatyka.
- Co „nie”? – zapytał nieco poirytowany, a w jego oczach pojawiły się dziwne iskierki, pełne żalu i rozczarowania.
- Nie chcę małżeństwa – wyjaśnił Black. – To niemożliwe – dodał po krótkim zastanowieniu.
Remus zaśmiał się nerwowo, podpierając głowę na ręce. Nadzieja jakby nagle się gdzieś ulotniła, nie pozostawiając po sobie dosłownie nic. Mężczyzna wciągnął powietrze.
- Dlaczego?
- Bo nie – odpowiedział dobitnie Syriusz. – To nie dla mnie.
- Jak to nie dla ciebie? Małżeństwo jest dla wszystkich. A jeśli chodzi o formalności, to Dumbledore na pewno by nam pomógł.
- Nie chodzi mi o formalności – przerwał mu Black i spojrzał poważnie na Remusa. Przełknął ślinę. Nie chciał go zranić, nie miał też tyle odwagi, by powiedzieć mu prawdy. Jego zachowanie było niedorzeczne, doskonale o tym wiedział. – Nie chcę tego.
Lupin spochmurniał i położył głowę na wygniecionej poduszce, odwracając wzrok od przyjaciela. Zabolało. Syriusz leżał nieruchomo, wciąż wpatrując się w Lunatyka i gdyby ten spojrzał na niego, zobaczyłby w jego oczach tęsknotę i ciche przeprosiny. I wtedy by zrozumiał...

_____________________
* Myslovitz "Alexander"
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #366250 · Odpowiedzi: 2 · Wyświetleń: 2465

Yuriko Napisane: 19.06.2009 08:22


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Na wenę czekałam kilka miesięcy. W końcu przyszła i wyszło coś takiego. smile.gif Mam nadzieję, że nie jest źle. Za pomoc bardzo dziękuję Terawowi.
O córkach Wielkiej Trójcy.

Tytuł: Bolesna prawda
Beta: Teraw
Ostrzeżenia: Brak
Paring: Lily Potter/Rose Weasley



Dla tej, która jest moim natchnieniem i cierpieniem...

Bolesna prawda


Słabe światło zachodzącego słońca układało się wygodnie na zakurzonych meblach i podziurawionej podłodze, wplątywało się w srebrzyste loczki kobiety stojącej po środku pokoju, przeglądało się w jej szklistych łzach, tonęło w czekoladowych oczach...
„To nie jest zwykła przyjaźń.”
Koślawe litery nakreślone w pamiętniku wręcz huczały w głowie staruszki. Owszem – nie były zwykłymi przyjaciółkami. Wydawało się, że zostały dla siebie stworzone – idealnie zgrane, dopasowane, jak dwie połówki letniej, soczystej pomarańczy. Były jak siostry, przynajmniej w jej przekonaniu. Jednak między słowami swojej dawnej towarzyszki kobieta odnalazła coś więcej, niż przyjacielskie uczucia, deklaracje.

– Rose, obiecaj mi coś. – Lily pochwyciła dłonie przyjaciółki, która spojrzała na nią wyczekująco. – Na zawsze będziemy razem.
Płatek śniegu ułożył się na czubku jej nosa i Rose strząsnęła go powoli, dotykając go swoim własnym.
- Oczywiście, głuptasku – wyszeptała uśmiechając się rozkosznie. – Nikt nigdy nie zniszczy tej przyjaźni. – Na bladym czole Lily pojawiła się niemal niedostrzegalna zmarszczka...


Staruszka zmarszczyła z irytacją brwi. Nigdy nie zwróciła na to uwagi, nigdy nie zastanawiała się tak naprawdę nad zachowaniem przyjaciółki. Jednak teraz wszystkie te odległe fakty uderzyły w nią z wielką siłą, stając się nagle realnymi i niezwykle oczywistymi. Kobieta poczuła się, jakby właśnie ktoś wylał na nią wiadro lodowatej wody, budząc ją z dłuższego snu.
„Rose wyglądała cudownie – bladoróżowa sukienka spływała lekko po jej zaokrąglonych biodrach...”
Prychnęła z niezadowoleniem. To było wręcz niesmaczne – opisywać ją w taki sposób!

Rose okręciła się w miejscu, pozwalające sukience zawirować delikatnie w powietrzu i opaść z wdziękiem z powrotem na ciało właścicielki.
- Podepnij trochę włosy – nakazała Lily, podając dziewczynie wsuwkę. – Odsłonisz szyję – dodała nieco ciszej.
Rose ponownie obejrzała się w lustrze, a naga skóra na smukłej, długiej szyi zalśniła w świetle magicznych światełek. Rudowłosa spoglądała na nią z nieskrywaną fascynacją.
- I jak? – zapytała rozpromieniona.
- Wyglądasz cudownie – wyszeptała Lily, ślizgając się wzrokiem po sylwetce przyjaciółki.
- Podoba ci się ta sukienka? – zapytała ze śmiechem dziewczyna. – Dam ci ją. Oczywiście po balu. Mi już do niczego się nie przyda...


Kobieta oddychała ciężko, czytając ze złością kolejne zdania. Zaróżowione chmury wirowały właśnie w spokojnym tempie wokół słońca, wraz z fioletowymi obłoczkami sprawiając, że promienie słoneczne przenikające przez nie, nabierały zupełnie innego, wspaniałego koloru. Staruszka opadła na zakurzone krzesło, które zaskrzypiało pod nią złowrogo. Miała ochotę zatrzasnąć pamiętnik, a później go spalić, jednak ciekawość wzięła górę.
„William w niczym jej nie dorównywał. Nawet w połowie nie prezentował się równie wspaniale, co ona. Idiota. A Rose uśmiechała się do niego, cała promieniując ze szczęścia...”
Rose prychnęła kpiąco. Lily zazdrosna? Łączyła je tylko przyjaźń, a ona była gotowa obrażać wszystkich tańczących z nią chłopców? Zresztą Ruda miała Philipa. Nie tylko na balu... Czekoladowe oczy staruszki rozszerzyły się w szoku. Słowa nakreślone na kartkach powoli wchodziły do jej rozumu i serca, gorączkowo jej nakazując, by choć spróbowała je zrozumieć. Nadal była skonsternowana, jednak poczuła niemiłe ukłucie, kiedy zdała sobie sprawę z ich znaczenia...

Lily siedziała przy jednym ze stolików, pijąc w zamyśleniu swój koktajl. Philip dzielnie jej asystował i choć na jego twarzy malowało się zniecierpliwienie i niezadowolenie, dalej jej towarzyszył, pomimo że ona zupełnie nie zwracała na niego uwagi. Co jakiś czas podnosiła znad kufla zielone oczy i śledziła wzrokiem Rose i Williama wirujących na parkiecie. Wyglądała tak, jakby sama ze sobą walczyła – na przemian jej spojrzenie było dziwnie rozmarzone, pełne uwielbienia i czułego uczucia albo nienawistne, przepełnione zazdrością i obrzydzeniem.
William nachylił się nad swoją partnerką i szeptał jej prosto do ucha, prawie muskając wargami płatek ucha. Lily ścisnęła mocniej kufel. Wprost emanowała niezwykłą, niepohamowaną energią, która zdawała się dotykać wszystkich znajdujących się dookoła. Ojciec wiele razy jej powtarzał, by się z tym pilnowała – odziedziczyła tą przypadłość właśnie po nim – jednak w tej chwili nie bardzo ją to obchodziło. Philip spojrzał na nią zdezorientowany, ruszając się niespokojnie na siedzeniu. Naczynia na stoliku zadrżały niebezpiecznie...


Staruszka wpatrywała się oniemiała w pożółkłe kartki pamiętnika. W głowie miała zupełny mętlik – to wszystko było po prostu nierealne i niezrozumiałe jednocześnie. Do pokoju wkradał się teraz jedynie ciepły, letni wiatr, głaszczący delikatnie pomarszczone policzki Rose. Różowe i fioletowe chmury już dawno rozpłynęły się w tańcu, porywając ze sobą słońce.
„To uczucie stawało się powoli nie do zniesienia. Zbyt silne, by je zignorować. Zbyt silne, by z nim walczyć.”

Młodzi Potterowie i Weasleyowie wylegiwali się w Pokoju Wspólnym, rozprawiając o zbliżających się świętach. James i Albus obmyślali taktykę do następnego meczu quidditcha, w którym miało dojść do starcia gryfonów i ślizgonów, przy okazji zastanawiając się, gdzie podziewa się Lily – ona również grała, na pozycji pałkarza, i wyraźnie ustalali z nią wcześniej, że powinna przyjść i pomóc im w opracowaniu strategii. Nigdy nie łamała danego słowa. Rose wypatrywała z okna, szukając w cieniu nocy sylwetki swojej przyjaciółki, która może dłużej zabawiła na stadionie albo po prostu chciała się przewietrzyć? Hugo również milczał, jednak wyraźnie nie był niczym zmartwiony, a wręcz przeciwnie – dziwnie rozmarzony, z błogim uśmiechem. Portret Grubej Damy otworzył się powoli i do komnaty wpadła Lily. Wszyscy natychmiast znieruchomieli, wpatrując się w jej zielone, pełne determinacji, oczy.
- Cześć, przepraszam za spóźnienie – uśmiechnęła się do nich lekko. Zanim zdążyli cokolwiek odpowiedzieć, wyszukała wzrokiem, siedzącego po w drugim końcu komnaty, Philipa. – Możesz na chwilkę...? – wymamrotała, pokazując wyjście z wieży Gryffindoru. Chłopak uśmiechnął się łobuzersko, choć wyraźnie był zdziwiony. – Zobaczymy się później. – Lily odwróciła się na pięcie, ciągnąc chłopca za rękaw. Czekając, aż Gruba Dama się odsunie, rzuciła przelotne spojrzenie na oniemiałych towarzyszy, zatrzymując się na dłużej na Rose. W oczach Rudej przyjaciółka mogła dostrzec nieme przeprosiny, choć nie miała pojęcia, o co chodziło...


Kobieta niemalże zachłysnęła się powietrzem, kiedy przeczytała kolejne kilka zdań. Nagle wszystkie wspomnienia nabrały innych barw – patrzyła na nie z innej perspektywy. Dokładnie pamiętała, co działo się dalej. Philip był najszczęśliwszą osobą pod słońcem, podczas gdy na ustach Lily wciąż pojawiał się ten sam sztuczny, wymuszony uśmiech. Wiele razy starała się pomóc przyjaciółce albo chociaż spróbować dowiedzieć się, co się dzieje, jednak Ruda milczała jak zaklęta, posyłając jedynie Rose przepraszające spojrzenia.
„To nie pomogło. Nadal była przy mnie, nadal miałam ją na wyciągnięcie ręki. Czasami wydaje mi się, że się nie powstrzymam...”

Lily od rana chodziła dziwnie zamyślona i milcząca, ignorując każdego, kto się do niej odezwał. Chłonęła za to wzrokiem każdy, nawet najsubtelniejszy, gest Rose, jakby widziała ją po raz pierwszy. I ostatni... Nawet wiecznie uśmiechniętemu Philipowi udzielił się jej ponury nastrój. Zerkał czasami na siostrę, szukając w niej odpowiedzi, jednak i ona nie miała pojęcia, co się dzieje.
Ta noc była wyjątkowo chłodna i wietrzna, a deszcz zacinał w mury zamku, jak oszalały. Ruda siedziała w dormitorium od kolacji, której zresztą nie tknęła, prawdopodobnie wciąż, niezmiennie wpatrując się w krajobraz rozpościerający się za oknem. Rose wspięła się po schodkach i zapukała do drzwi, wyraźnie zaniepokojona. Cisza. Nacisnęła niepewnie klamkę. Lily nawet nie drgnęła.
- Liluś, co się dzieje? – Dziewczyna nie odpowiedziała. Weasleyówna podeszła powoli do przyjaciółki i pociągnęła ją lekko za jeden z jej rudych kosmyków. – Ej, głuptasku mój...
- Nie nazywaj mnie tak! – Ruda zerwała się na równe nogi, odpychając rękę przerażonej Rose. – Nigdy!
Oczy pełne miała bólu i niepohamowanej złości, a szczęki i mięśnie zaciśnięte, jakby w obronnym geście. Jej ciało dygotało w furii.
- Lily? – wyszeptała panna Weasley, wyciągając dłoń.
- Nie dotykaj mnie. – Dziewczyna jednym ruchem odepchnęła jej rękę. – Wynoś się stąd – warknęła, podbiegając do drzwi i otwierając je na oścież. Rose stała oniemiała, wpatrując się w swoją przyjaciółkę, która właśnie wyrzucała ją ze swojego dormitorium, a może nawet ze swojego życia? – Jesteś głucha? – Lily krzyczała jak opętana.
Dziewczyna zreflektowała się i pokręciła powoli głową, unosząc wysoko brodę i hamując łzy, które cisnęły jej się do oczu.
- Nie – wyszeptała.
- To dobrze – odparowała Potter i zatrzasnęła drzwi.


Pamiętała te wydarzenia aż za dobrze. Wciąż powracały do niej, za każdym razem z większą siłą, większym naciskiem. Nie mogła się od nich uwolnić, choć bardzo tego pragnęła. Lily była jej najdroższą przyjaciółką, nigdy nie znalazła drugiej takiej, zresztą – nigdy specjalnie jej nie szukała. Tamta chwila pozostawiła w jej pamięci wyraźne piętno, którego nie potrafiła się pozbyć. Słowa dawnej towarzyszki dudniły w jej głowie, a żołądek skręcał się nieprzyjemnie...
Kilka miesięcy później Rose opuściła Hogwart i zajęła się swoim własnym życiem – założyła rodzinę, znalazła pracę, starając się nie myśleć o Lily. Nigdy więcej jej nie widziała. Dziewczyna nie pojawiała się nawet na spotkaniach rodzinnych. Jednak zielone oczy wciąż pojawiały się w jej snach – zawsze pełne złości i żalu. Kobieta przejechała wzrokiem po kolejnych zdaniach, szukając wytłumaczenia.
„Nie miałam innego wyjścia. To nie byłoby fair wobec niej, a także rodziców - zhańbić ich kazirodczym związkiem. Gdyby w ogóle był możliwy...”
Kobieta zakryła usta dłońmi. To jasne, bezpośrednie wyznanie wylało się w jej wnętrze, dotykając każdego nerwu, każdej żyły i kości. Wszystko już rozumiała. Lily była po prostu honorowa i altruistyczna, wolała kryć się ze swoimi uczuciami, by nie przeszkodzić innym. Łzy spłynęły po policzkach staruszki, kreśląc na nich nierówną ścieżkę. A ona gotowa była nienawidzić swej dawnej przyjaciółki do końca życia! Światło wysłane na ziemię przez blady księżyc, przeturlało się gładko po stopach i nogach Rose, by następnie wspiąć się po cichutku na jej ramiona i razem z nią czytać pamiętnik.

Znowu z niej szydzili – idealna kujonka przesiaduje całe dnie z książkami, w samotności, nie ma przyjaciół ani zupełnie nikogo. Prawda była zupełnie inna. Boleśnie inna. Owszem, książki były dla niej czymś więcej, niż kilkoma setkami kartek, jednak, co się tyczyło przyjaźni – już dawno przestała wierzyć w jej siłę, a może nawet i istnienie? Jedyna osoba, której zaufała, z którą zamierzała utrzymywać przyjazne kontakty do końca życia, odeszła. Teraz została sama, pośród książek i kpiących z niej ludzi.
Z lektury wyrwał ją wybuch gromkiego śmiechu. Podniosła czekoladowe spojrzenie i zlustrowała nim grupkę uczniów siedzących przy okrągłym stoliku, który znajdował się zaledwie dwa regały dalej. Pomimo, iż jej prześladowcy szeptali, Rose mogła z łatwością wychwycić każde ich słowo, które zresztą bardzo bolały. Jej oczy rozszerzyły się w niemym szoku, kiedy ujrzała swojego brata – szczęśliwego i wyraźnie z siebie dumnego. Obok niego siedziała Lily, jednak dziewczyna nie przyjrzała jej się wyraźniej, wręcz ją ignorując. Weasleyówna zmierzyła Hugo wzrokiem, jednak on tylko głośniej się zaśmiał. Pochyliła się z powrotem nad książką, starając się nie zwracać na nich uwagi. Jeszcze kilka słów i jej twarz zupełnie poczerwieniała ze złości. Zerwała się na równe nogi i w ciągu dwóch sekund poczuła, jak dłoń nabrzmiewa jej bólem w zetknięciu z gorącym policzkiem brata. Chłopak spojrzał na nią oburzony, rozcierając skórę na twarzy.
Rose mogłaby przysiąc), że dopóki nie odwróciła na nią wzroku, w oczach Rudej czaiło się ciepłe, szczere uczucie.


Łzy lśniły w ostrym blasku księżyca, to chowając się, to znowu ukazując na pomarszczonej skórze kobiety. Była zła, doskonale pamiętała te chwile, w których musiała niemalże uciekać przed dokuczliwymi uczniami albo próbować ich ignorować podczas nauki. To nie było proste. Następne słowa jedynie jeszcze bardziej ją wzruszyły.
„Nie może za mną tęsknić, ani cierpieć z mojego powodu. Nie może żałować, że ta przyjaźń się skończyła... Musi być szczęśliwa.”
To nie było dla niej zrozumiałe – przecież, gdyby Lily powiedziała jej prawdę, na pewno nie spotkałaby się z dezaprobatą! Rose była niemalże przekonana, że przyjęłaby tą nowinę ze spokojem, wręcz obojętnością. Jednak... może się myliła?

Ostatni wieczór w Hogwarcie. Rose lawirowała między uczniami, starając się dotrzeć do swoich rodziców, stojących w sali wejściowej. Wydawało się, że powietrze było wilgotniejsze, niż zazwyczaj, jakby nasiąkło łzami żegnających się kolegów i przyjaciół. Albus, wraz ze swoimi opiekunami, zatrzymał się również w wejściu, przeczesując wzrokiem komnatę, w poszukiwaniu dziewczyny. Rose rozejrzała się zdezorientowana. Nigdzie nie było Lily. Mama przytuliła ją mocno, kryjąc łzy we włosach swej córki.. Weasleyówna roześmiała się, przytulając mocniej swą rodzicielkę, a później tatę i wujostwo. Nikt nie zwrócił uwagi na nieobecność drugiej dziewczyny, jednak w oczach ciotki Rose ujrzała nieme pytanie.
Dopiero, kiedy opuszczała zamek, ujrzała ją na błoniach. Stała, wpatrując się w swoją dawną przyjaciółkę... Żegnając ją na zawsze.


Ich kontakt zupełnie się urwał, nie widziały się nawet w święta – Lily opuszczała dom na długie tygodnie, starając się nigdy nie pojawić w domu w tym samym czasie, co jej dawna przyjaciółka. Nikt nie poruszał tego tematu, choć wiele razy Rose natrafiała na zdziwione, a czasem nawet oburzone spojrzenia pozostałych członków rodziny. Była osobą upartą, a zachowanie Rudej dotknęło ją do żywego. Nie zamierzała jej szukać, starać się ją zrozumieć lub poznać przyczyny jej postępowania. Nie planowała również wybaczyć.
Po paru latach Rose, jak to planowali jej rodzice i wujostwo, zaręczyła się z Williamem. Wtedy ją zobaczyła...
„Sądziłam, że zapomniałam, że moje uczucie osłabło, że będę umiała rozsądnie myśleć. Jakże się myliłam. To wszystko wróciło do mnie ze zdwojoną siłą, powalając niemalże z nóg.”

Goście, ubrani w odświętne szaty, rozsiedli się na ozdobionych ławkach, gawędząc po cichu. Rose chodziła niespokojnie w tą i z powrotem, na przemian, to gładząc swą nieskazitelnie białą sukienkę, to poprawiając włosy lub welon. Pani Weasley uśmiechała się przez łzy, spoglądając z roztkliwieniem na swą jedyną córkę.
Słońce promieniało radośnie, kiedy młoda para podawała sobie złote obrączki, wymawiając głośno i wyraźnie uroczyste słowa przysięgi. Rose rozejrzała się podekscytowana po zebranej widowni i zamarła zszokowana, kiedy natrafiła na parę dużych, zielonych oczu, intensywnie się w nią wpatrujących.
Nikt nie sądził, że przyjdzie. Zaproszono ją na ślub jedynie z grzeczności, jednak przy stole nie przygotowano dla niej miejsca. Choć na wydatnych ustach Lily gościł szczery uśmiech, jej spojrzenie było pełne żalu i rozczarowania, które to wydawały się głęboko w nich zakorzenić.
Rose odwróciła się z powrotem do swojego małżonka i złożyła na jego wargach czuły pocałunek, starając się nie myśleć o tym, co właśnie zobaczyła. I kiedy spojrzała ponownie w tamto miejsce – Lily już nie było. Jabłonie zrzucały śnieżnobiałe płatki, obsypując pannę młodą, kiedy pod nimi przechodziła. Za ogrodzeniem, oddzielającym ławki i scenę od ogrodu, leżała mała paczka, o barwach złotych i czerwonych. Rose podniosła ją ostrożnie, uśmiechając się mimo woli w duchu, na widok lekko koślawego pisma dawnej przyjaciółki. Rozerwała delikatnie papier. Bladoróżowy materiał połyskiwał subtelnie w słońcu...


Sukienka leżała upchnięta na dnie szafy, nie widząc światła dziennego od kilkudziesięciu lat. Rose poprzysięgła sobie, że nigdy jej nie wyjmie, jednak teraz otworzyła z rozmachem szafę i wysypała z niej stos schludnie poukładanych kartonów. Leżała na dnie ostatniego – pod stertą nieużywanych, starych ubrań, wciąż zapakowana w złoto-czerwony papier. Kobieta pogładziła delikatny materiał.
Przy drzwiach pokoju leżało w nieładzie kilka tobołków, pełnych różnorakich przedmiotów, przyniesionych przed paroma godzinami przez pięć sów. Szósta, czarna, o smutnych oczach, niosła w dziobie dużą kopertę – testament Lilianne Ginerwy Potter. Wiedziała już o jej śmierci, uroniła łzy, jednak dopiero teraz poważnie zapłakała nad utratą swej dawnej przyjaciółki. Wszystko już rozumiała. Wszystko było już oczywiste. Dłonie Rose drżały, kiedy przewracała z rozdrażnieniem kolejne kartki w pamiętniku. Wydawało się, że Lily pisała go do ostatniej chwili swojego życia – tak samotna, by musiała zwierzać się przedmiotowi, tak niezrozumiana przez innych. W końcu na pergaminie nie było już żadnych liter, jednak staruszka nadal przewracała strony... Na jednej z ostatnich, właścicielka pamiętnika zapisała kilka słów – koślawych, napisanych niedokładnie, jakby w ostatnim tchnieniu.
„Wiem, że to przeczytasz, Rose. Przepraszam za wszystko. Zawsze byłaś tylko Ty...”
Ostatnia litera miała nienaturalnie długi ogonek...
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #365959 · Odpowiedzi: 2 · Wyświetleń: 2382

Yuriko Napisane: 18.04.2009 15:33


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Pierwsze i drops strasznie mi się spodobały...
Profesjonalne, z wyczuciem i w ogóle, chciałoby się powiedzieć "och i ach". smile.gif Naprawdę przepiękne. ^^
  Forum: Galeria · Podgląd postu: #364772 · Odpowiedzi: 13 · Wyświetleń: 7570

Yuriko Napisane: 18.04.2009 15:31


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


Sayuri, ostatni rysunek jest baaardzo ładny. Delikatny, tajemniczy i uroczy. ^^

Eva, dlaczego nieudolnie? Jak dla mnie - całkiem nieźle. A poza tym, co jest złego w przerysowywaniu? Znam wiele osób, które się w ten sposób "kształcą". Jak na ćwiczenia, to przerysowywanie jest najlepszym pomysłem.'
  Forum: Galeria · Podgląd postu: #364771 · Odpowiedzi: 8 · Wyświetleń: 5644

Yuriko Napisane: 18.04.2009 15:25


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


"Call of Duty2" - wiem, ze staroć, jednak na Multi jest wieelu ludzi, a poza tym. Tak jakoś - sentymentalnie. ^^
"The Sims 2" - mam nadzieję, że nie długo również 3. smile.gif Gram co kilka miesięcy. Robię rodzinkę, prowadzę ją i wykasowuję grę. I tak na okrągło. tongue.gif
Wszelkie strzelanki... smile.gif No, to tyle.
  Forum: Talk Show · Podgląd postu: #364770 · Odpowiedzi: 1955 · Wyświetleń: 176137

Yuriko Napisane: 02.04.2009 16:14


Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 22
Dołączył: 01.02.2008
Skąd: Z Forum Yuristycznego --> www.yuriff.jun.pl
Nr użytkownika: 10801


To moje pierwsze w życiu Yuri, więc proszę o wyrozumialość.^^ Bardzo dziękuję Klawie.. :*

Tytuł: Układanka
Autor: Jaa! xD
Beta: Klawa :*
Ostrzeżenia: Scena... lekko erotyczna. +15 xD

Miłego czytania!


W salonie wrzało od rozmów roześmianych gości i muzyki płynącej ze ślicznych, drogocennych instrumentów kwartetu skrzypcowego; co chwilę ktoś wybuchał głośnym śmiechem. Zupełnie nie przypominało mi to wszystko bogatej, czystokrwistej rodziny pełnej służących Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. W tłumie dostrzegłam wysokiego przystojnego chłopaka sunącego dostojnie w moją stronę. Był wyraźnie zdziwiony moją wizytą – ujrzałam to w jego wiecznie roześmianych, pobłyskujących dziko oczach.
– Co ty tu robisz? – syknął ciągnąc mnie delikatnie za ramię do zacisznego kąta w salonie. – Nie powinnaś była tu przychodzić.
Ludzie zebrani w pokoju umilkli natychmiast przypatrując nam się ciekawie. Od razu wyczułam niezadowolenie i dezaprobatę, jaką mnie darzyli, choć wcale mnie nie znali! To było do przewidzenia, byłam na to przygotowana, w końcu byli lepsi. Mogli sobie pozwolić na przebieranie w znajomych i patrzenie na wszystkich z góry. Szczególnie na szlamy.
- O co chodzi? – szepnął Syriusz wpatrując się we mnie z niecierpliwością. Był wyraźnie podenerwowany.
- Przepraszam – zaczęłam nieśmiało. – Nie miałam pojęcie, że – wskazałam głową na zebrane towarzystwo.
- Nie szkodzi – rzucił niedbale chłopak.
- James zachorował. Wiem, że się pokłóciliście, ale to bardzo poważne i myślę, że… że powinieneś się z nim zobaczyć – wyrzuciłam z siebie zastanawiając się, co z tej paplaniny zrozumiał Syriusz.
On tylko stał zdumiony patrząc na mnie tymi swoimi lśniącymi oczami. Dziwnie się poczułam mając na sobie tyle wrogich spojrzeń, więc splotłam dłonie i obrzuciłam Syriusza błagalnym wzrokiem. Nie lubiłam, kiedy się we mnie tak wpatrywano, to było, co najmniej, krępujące. Do tego… coś mi podpowiadało, że moje odwiedziny nie przyniosą niczego dobrego – ani mi, ani jemu.
- Nie sądzę, by on chciał, żebym do niego przyszedł. – Nie byłam do końca pewna, czy mówił to z żalem, czy też z niechęcią.
- Chyba nie zamierzasz tak po prostu zakończyć tej przyjaźni, co? – syknęłam.
- Wiesz dobrze, że ona już dawno się skończyła – warknął zmarszczywszy czoło.
- Mylisz się – starałam się nie podnosić głosu, choć przychodziło mi to z trudem. Denerwował mnie swoim zachowaniem. Zarówno on, jak i James. Nie myślałam, że tak łatwo zrezygnują z siebie, że tak łatwo odpuszczą.
Goście zaczęli się nieco niecierpliwić naszą konwersacją, co dawali mi jasno do zrozumienia cmokając z niezadowoleniem i szepcząc między sobą na tyle głośno, bym wszystko usłyszała. Spojrzałam przelękniona na Syriusza szukając w nim jakiegoś ratunku, jakiegoś ciepła, ale on nawet na mnie nie patrzył. Stał do mnie bokiem, w najciemniejszym punkcie pokoju, wyraźnie zamyślony. Światło kryształowej lampy rzucało na niego niewyraźną poświatę, oświetlając jego ostry profil i kruczoczarne włosy. Miał brązowawą karnację, jakby był wiecznie opalony. Do tego jego oczy były tak nienaturalnie ciemne, bezwzględne, a jednocześnie… roześmiane. Bałam się ich. Czasami, gdy spoglądał na mnie w czasie lekcji, mimo woli oblewałam się rumieńcem, a po plecach przebiegały mi ciarki. Miał w sobie coś brutalnego i ostrego; ludzie czuli do niego respekt. I choć się tego zarzekał, wyglądał na kogoś lepszego – widać było to po jego ruchach i gestach – dostojnych i wyniosłych.
- Dlaczego przyszłaś osobiście? Przecież mogłaś wysłać sowę – zastanawiał się na głos Syriusz zupełnie zbijając mnie z tropu.
- Wiesz, że coś jej się stało ze skrzydłem – odparłam szybko.
- Ach, no tak… - westchnął Syriusz uśmiechając się do mnie – doskonale wiedział, że w ten sposób mnie złamie.
- No i… chciałam cię zobaczyć – wyznałam bełkocząc niewyraźnie.
Po tym wyznaniu zapadła między nami cisza, a ja czułam, że policzki czerwienieją mi coraz bardziej, zlewając się z moimi rudymi włosami. Odwróciłam spojrzenie chcąc zająć się czymś innym; natrafiłam na obrazy wiszące na ścianie obok, jednak i tam ujrzałam mojego prześladowcę.
- Syriuszu, może przedstawisz nam swoją koleżankę? – głos czarnowłosej kobiety zupełnie mnie zaskoczył. Spojrzałam na nią. Nigdy wcześniej nie spotkałam matki i syna, którzy tak by się od siebie różnili. Ona była drobną osóbką o dużych, szarych oczach i pełnych ustach. Syriusz był wysoki i bardzo umięśniony; postawieni obok siebie musieli wyglądać wręcz komicznie. Jedyne, co mieli podobne, to włosy – czarne i niezmiernie gęste.
Chłopak spojrzał na mnie zmieszany, jakby szukał we mnie pozwolenia na wyjawienie mojego imienia.
- Matko, to jest Lily Evans, moja koleżanka z…. – Gryffindoru, zdawał się dokończyć w myślach. Nie zdziwiłam się, że umilkł. Nie wstydziliśmy się tego, do jakiego domu należymy, jednak, dla świętego spokoju, lepiej było nie wymawiać jego nazwy na głos. Tym bardziej w towarzystwie Ślizgonów, służących Lordem Voldemortem. Jednak goście domyślili się, skąd się znamy, i spojrzeli na mnie z nieskrywaną pogardą.
- Witam – odezwała się do mnie z wyższością pani Black. – Może zostaniesz z nami na kolacji?
- Nie ma takiej potrzeby – szybko wtrącił Syriusz chcąc uratować mnie przed upokorzeniem, jakiego na pewno bym doświadczyła, gdybym została. – Lily właśnie wychodzi.
- Tak, bardzo dziękuję – skwitowałam niepewnym uśmiechem i ruszyłam do wyjścia. Czułam na plecacach obrażone spojrzenia czystokrwistych i ciche pomrukiwania, z których wyłapałam „szlama” i „Gryfonka”. Od razu postanowiłam sobie, że nigdy więcej już tu nie zawitam, którego to słowa, jak się później okazało, i tak nie dotrzymałam.
Syriusz odprowadził mnie do holu wypełnionego eleganckimi płaszczami porozwieszanymi na, równie dostojnych, pozłacanych wieszakach zakończonych głowami węży – symbolem Slytherinu. Uśmiechnęłam się z pogardą. Nie wiedzieć czemu, Ślizgoni zawsze obnosili się ze swoim pochodzeniem; jak dla mnie, to było wręcz głupie, a może i puste. Równie dobrze uczniowie z pozostałych domów mogli się zachowywać w podobny sposób, a jednak nie robili tego. Może po prostu „potomkowie Salazara” mieli kompleksy? Chcieli się przez to dowartościować? Postanowiłam zastanowić się nad tym kiedy indziej, w zamian za to spojrzałam na Syriusza, który właśnie obwiązywał mi wokół szyi szalik.
- Mówiłeś, że cię nienawidzą – wymamrotałam.
- Jest… impreza – parsknął bawiąc się frywolnie moim szalikiem. – Robią dobrą minę do złej gry. Myślą, że to wszystko zmieni. Że będę normalny. – Nie odpowiedziałam. – Lily… myślę, że powinniśmy skończyć – powiedział nagle, mocniej ściskając pompony mojej czapki. Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Skończyć – z czym? Już otwierałam usta, żeby go o to zapytać, jednak on kontynuował: – James jest w tobie zakochany, a ja jestem… byłem jego najlepszym kumplem. Jeśli chcesz, żebyśmy znowu się przyjaźnili, choć to chyba niemożliwe, musimy skończyć z tym wszystkim. – Powiedział to tak szybko, i tak nagle, że sens jego słów z trudem docierał mi do mózgu. Jak to? Chciał ze mną zerwać? Tak po prostu? Tak nagle? Nie mieściło mi się to w głowie, ale wzięłam głęboki oddech, postanowiwszy się opanować.
- Chcę, żebyście się pogodzili – szepnęłam. – Ale chcę też być z tobą…
- Nie można połączyć tych dwóch rzeczy – przerwał mi Syriusz. Był wyraźnie zniecierpliwiony, a ton jego głosu ostry i raniący. – Jeśli będziemy razem ani ty, ani ja już nie pogadamy z Jamesem. Pewnie także stracimy Lupina i Petera. A później, co? Jeśli się pokłócimy… zerwiemy… co będzie dalej? Uważam, że lepiej by było, dla wszystkich, gdybyśmy zostali tylko przyjaciółmi. Nadal będziemy się widywać i nie stracimy kumpli.
Czekał, aż coś powiem, jednak nawet nie próbowałam się odezwać wiedząc, że łzy zaraz same spłyną mi po policzkach. Każde kolejne słowo rozrywało część mojego serca, pozostawiając je podziurawione i… niepełne. Poczułam, jakby ktoś wyrwał ze mnie jakieś silne uczucie. Takie, bez którego nie dało się normalnie funkcjonować. Nie chciałam w to wszystko uwierzyć, ale Syriusz mówił całkiem poważnie. Jego oczy pozbawione były dzikiego blasku, na którego miejscu pojawiła się powaga i stanowczość. Nie mogłam się jednak dopatrzyć smutku, choćby cienia żalu. Otrząsnęłam się, bo nagle tą ciężką, dławiącą ciszę rozwiał trzask dochodzący sprzed drzwi wyjściowych, tuż obok nas. Aż podskoczyliśmy. Po chwili ktoś uderzył w mosiądz i Syriusz jednym susem doskoczył do drzwi. Był taki lekki i pełen entuzjazmu. Nie podobało mi się to: w końcu przed chwilą zerwał ze swoją dziewczyną. W końcu właśnie stracił kogoś ważnego. Chociaż nie, on nie czuł pustki tłumacząc sobie, że będziemy przyjaciółmi, że będzie mnie widywał tak często, jak to było do tej pory. Tak, był realistą. Nienawidziłam go za to. Tak bardzo chciałam dopatrzyć się w jego oczach żalu… Tymczasem do holu weszły cztery kobiety – wszystkie wyjątkowo piękne i eleganckie. Szły dumnym, lekkim krokiem; wydawało mi się, że idąc nie dotykają nawet podłogi, a po prostu suną w powietrzu. Ich ruchy były takie zwiewne i delikatne. Takie dostojne. Pierwsze dwie uśmiechały się lekko, całując po kolei na powitanie Syriusza. Były do siebie bardzo podobne: miały delikatne, równe rysy i śliczne jasne oczy; jedna z nich jednak była blondynką, a druga szatynką. Zaraz za nimi weszła ich matka: jej rysy były za to mocne i stanowcze; przemknęło mi przez myśl, że na pewno to ona była głową rodziny, to ona rządziła, nie jej mąż. Ubrana w ciemną, sięgająca ziemi suknię, kroczyła równie lekko, co jej córki, jednak w jej ruchach dostrzegłam nieco więcej siły, pewnego nacisku. Może pewności siebie? Żadna z nich mnie nie zauważyła. Stałam wtulona w płaszcze, zadowolona, że mogę wymknąć się do domu bez zgryźliwych komentarzy i zbędnych pytań, do czasu, aż drzwi nie zamknęły się z głuchym trzaskiem i spojrzała na mnie para oczu tak ciemnych i głębokich, że aż zadrżałam. Dziewczyna stała przez chwilę przyglądając mi się z ciekawością, by po chwili, jakbym nie była godna jej uwagi, przeniosła spojrzenie na Syriusza.
-Witaj – jej głos był melodyjny i przesycony słodyczą – kuzynie.
- Witaj, Bello – uśmiechnął się drapieżnie. To był ten uśmiech, który lubiłam najbardziej, którym zawsze mnie obdarzał, gdy tylko mnie spotykał. Nie spodobało mi się, że tym samym uśmiechem wita inną dziewczynę, jednak puściłam to mimo woli, przypomniawszy sobie, że Bella jest jego kuzynką.
- To twoja dziewczyna? – wskazała na mnie.
- Przyjaciółka – sprostował.
Bella jeszcze chwilę mi się przypatrywała. Zdawało mi się, że chce mi coś przekazać, jednak zupełnie nic nie rozumiałam. Tymczasem zsunęła z ramion czarny płaszczyk odsłaniając bladą gładką skórę i krwistoczerwoną suknię z dekoltem idealnie podkreślającym jej krągłości. Syriusz, jak ja, przypatrywał się jej z cichym zachwytem. Jednak ja robiłam to z zazdrości, a on z wyraźnego zafascynowania. Postanowiłam, czym prędzej opuścić ten dom. Pożegnałam się, więc z moim przyjacielem i już miałam wyjść, kiedy Bellatriks zatrzymała mnie swoim melodyjnym głosem.
- Mam nadzieję, że będę miała okazję lepiej cię poznać. – I znowu, nie wiedziałam po raz który tego wieczora, nie miałam pojęcia, czy mówi to szczerze, czy złośliwie. Uznałam, że drugi wariant jest o wiele bardziej możliwy i czym prędzej aportowałam się do domu…

***

Gwiazdka zbliżała się nieubłaganie, a stan zdrowia Jamesa pogarszał się z dnia na dzień.
Syriusz go nie odwiedzał, chociaż wyraźnie mi to obiecał, kiedy ostatnim razem się żegnaliśmy, gdy mnie rzucił. Do tego czasu udało mi się pozbierać wyrwane kawałki serca: uznałam, że nie ma sensu rozpamiętywać tego przykrego zdarzenia, że nie ma sensu płakać i użalać się nad sobą, a wziąć się w garść i żyć dalej. Na początku nie było to łatwe – pierwsze dni przepłakałam w samotności, ale następne poświęciłam na przemyślenia odnośne naszego związku i tego, co z niego pozostało. Doszłam do wniosku, że tak naprawdę z Syriuszem nigdy nie łączyło mnie nic więcej, niż przyjaźń i flirt. Zwykły, młodzieńczy flirt. Nigdy też się nie pocałowaliśmy; zawsze zatrzymywaliśmy się na trzymaniu za rękę i przytulaniu. To nam wystarczyło. Przynajmniej mi… przynajmniej tak mi się wydawało. W pierwszej fazie przemyśleń obarczałam się winą, wypominając sobie, że nie dałam mu tego, czego ode mnie naprawdę oczekiwał. W drugiej fazie przemyśleń zdałam sobie sprawę, że to on powinien zainicjować jakieś zmiany, a nie ja. Głowę miałam pełną przeróżnych myśli i trudno mi je było pozbierać. Raz pragnęłam tego, a zaraz, czego innego. W jednej minucie myślałam tak, a w drugiej zupełnie inaczej. Wszystko to było bardzo zagmatwane, choć wcale tak nie wyglądało. Miałam też nieodparte wrażenie, że czegoś w tej całej układance mi brakuje… Jednak z Jamesem było coraz gorzej, postanowiłam porzucić dumę, moje przemyślenia i postanowienie i odwiedzić Syriusza ponownie. Zapakowałam prezent dla niego w śliczny złoto-czerwony papier, założyłam zielony sweterek ( ten, który lubił najbardziej) i obcisłe czarne spodnie; narzuciłam na siebie kurtkę i aportowałam się na Grimmauld Place. Postanowiłam uwieść go wyglądem, miałam nadzieję, że, ten podsunięty kiedyś przez moją przyjaciółkę, sposób – wypali. Zapukałam do drzwi. Długo nikt się nie odzywał, aż usłyszałam niski głęboki głos Syriusza. Był tak samo zaskoczony, jak ostatnio.
- Co ty tu robisz? – uśmiechnął się szeroko. Nie był to, uwielbiany przeze mnie, dziki uśmiech, jednak równie oszałamiający. – Wejdź – zaprosił mnie do środka.
W holu było zimno i ponuro. Pozłacane wieszaki świeciły pustką, tylko na jednym wisiała kurtka, w której rozpoznałam tę, należącą do Syriusza. W domu panowała głucha cisza; jedynie w kuchni ktoś pobrzękiwał talerzami – domyśliłam się, że był to Stworek, skrzat domowy Blacków. Spojrzałam na przystojną twarz mojego przyjaciela i, pomimo ogarniającego mnie chłodu, poczułam w sercu ulgę i przyjemne ciepło. Bałam się tego momentu. Bałam się, że nie będę potrafiła z nim rozmawiać, bo przecież mnie rzucił, nie chciał mnie. Jednak wydawało się, że jedyne, czego mi było potrzeba po tamtym nieszczęsnym dniu, był jego uśmiech. Tak, działał on cuda. Zawsze. Przynajmniej w moim przypadku. Kiedy coś mi nie szło, z kimś się pokłóciłam lub ogólnie miałam chandrę, on jednym spojrzeniem, gestem, jednym uśmiechem, potrafił mnie rozweselić.
Przypomniałam sobie o prezencie. Podałam mu małe pudełko mamrocząc cicho „proszę”.
- Lily, nie musiałaś! – uśmiechnął się rozbawiony, choć wyraźnie był zakłopotany. – Ja nic dla ciebie nie mam…
- Przestań – przerwałam mu. – Lepiej otwórz. – Chłopak pospiesznie rozerwał papier i otworzył wieczko. Na dnie czarnego pudełka leżała gruba księga, oprawiona ciemną skórą, z błyszczącym złotym napisem „Latał, jak szaleniec”.
- Na Merlina, Lily! To jest… czy to jest…?
- Tak, to biografia Daia Llewellyna "Groźnego" – odparłam z dumą. Ta książka była bardzo trudno dostępna i niewielu mogło się poszczycić posiadaniem jej. Syriusz był wyraźnie podekscytowany. Uśmiechał się tak promiennie, że aż mi dech zaparło. Jakby tego było mało podszedł do mnie bliżej, objął w tali i przycisnął mocno do siebie. Przez chwilę tak staliśmy kołysząc się na boki, spleceni w uścisku, aż Syriusz oderwał się ode mnie zapytał: - Słuchaj, moich rodziców nie ma, może być została? – Przytaknęłam z chęcią, zrzucając z siebie kurtkę. Jego uwagę przyjęłam z ulgą. Właśnie tego teraz potrzebowałam – spędzić z nim kilka miłych chwil sam na sam. I wszystko sobie wytłumaczyć. Chłopak uśmiechnął się dziko. – Lubię ten sweterek.
- Naprawdę? – zgrywałam niewiniątko.
- Choć, oczywiście, lepiej byłoby ci bez niego – zaśmiał się głośno, a ja poczułam, jak moje policzki płoną. – Żartowałem – przestał się śmiać widząc moją minę. – Chodź.
Jego pokój był ogromny, ale że było w nim tylko trochę mebli, optycznie sprawiał wrażenie jeszcze większego. Ściany były pokryte czerwoną tapetą, gdzieniegdzie dostrzegłam złote akcenty – Syriusz wyraźnie nie zamierzał kryć się ze swoim prawdziwym domem. Łóżko zostało ustawione niemalże na środku pokoju, udekorowane atłasowymi poduszkami sprawiało wrażenie królewskiego. Pod oknem stało duże ciemnobrązowe biurko, po przeciwległej stronie wznosiła się wielka szafa, a obok niej pozłacane lustro. Usiadłam ostrożnie na łóżku nie chcąc za bardzo niszczyć nieskazitelnej gładkości narzuty i rozejrzałam się z fascynacją. Na ścianie wisiało zdjęcie; postaci na nim śmiały się i ruszały – nie mogły usiedzieć w miejscu nawet w trakcie pozowania. Uśmiechnęłam się mimo woli i podeszłam do fotografii. Staliśmy tam wszyscy w piątkę: po lewej mały Peter – nieco zawstydzony, ale wyraźnie podekscytowany obok niego Remus z poważną miną, choć w jego szklistych oczach można było dostrzec iskierki radości; na środku ja cała rozpromieniona; obok mnie, jak przyklejony, stał James – był roześmiany i pełen życia, obejmował mnie. A z tyłu, nad wszystkimi, widniała głowa Syriusza: był taki przystojny ze swoimi ciemnymi długimi włosami, zawadiackim uśmiechem i lśniącymi oczami. Podeszłam bliżej. Na mojej talii spoczywały jego dłonie. Zarumieniłam się.
- Słuchaj – zaczął prawdziwy Syriusz stojący tuż obok – zaraz tu będzie Bellatriks. Ciotka prosiła, żeby mi coś przekazała. Nie będzie ci przeszkadzać?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć drzwi wejściowe drgnęły nieznacznie pod lekkimi, acz stanowczymi ciosami. Syriusz ruszył do holu, a ja usiadłam z powrotem na łóżku oddychając ciężko. Już zaraz miałam ją znowu zobaczyć! Drgnęłam na samo wspomnienie jej bladej skóry, tak bardzo kobiecych, dojrzałych krągłościach. Kroki były coraz bliżej. Szarpnęłam włosy chcąc sprawdzić, czy czasem nie są rozczochrane. Skrzypnęły drzwi. Zamarłam w bezruchu i bezdechu. I oto ona…
- Lily, jak miło cię wiedzieć – uśmiechnęła się do mnie odsłaniając białe równe zęby. Znowu nie wiedziałam, czy jest szczera, czy tylko udaje.
Przeszła przez pokój wypełniając go mocnym duszącym, a jednocześnie tak słodkim i kobiecym, zapachem, że zamarłam próbując zachować go w pamięci, by później móc go sobie odtworzyć. Nie było to normalne z mojej strony, doskonale o tym wiedziałam, ale ta woń… była po prostu niepowtarzalna. Syriusz przypatrywał nam się przez chwilę i odniosłam niemiłe wrażenie, że próbował nas porównać. Jeśli naprawdę tak było, to oczywiście byłam skazana na przegraną.
- Słuchaj – przerwał niezręczną ciszę; obie natychmiast odwróciłyśmy się w jego stronę nie bardzo wiedząc, do której z nas się zwrócił. – Słuchajcie – sprostował ze śmiechem. – Na chwilkę muszę was zostawić. Dosłownie dziesięć minutek – puścił mi oko. – Mogę was zostawić… same? – uśmiechnął się drapieżnie, ale wyczułam w jego głosie pewną obawę.
- Jasne – machnęła ręką Bellatriks. – Prawda, Lily?
- Oczywiście. – Coś mi mówiło, że mój, niewykorzystywany od dłuższego czasu, głos był drżący i ochrypły. Odchrząknęłam subtelnie.
- Dobra, niedługo będę z powrotem. – Syriusz jeszcze raz na nas spojrzał i wyszedł pozostawiając nas sam na sam.
Poczułam mrowienie w brzuchu – nie do końca wiedziałam, czy było to podniecenie spowodowane towarzystwem tej bladoskórej piękności, czy też strachu, że uprzejma dotąd Bella da upust swoim uczuciom – nienawiści i obrzydzeniu – i na mnie naskoczy. Ona jednak stała przy oknie okrytym grubą kotarą i zerkała zza niej swoimi ciemnymi oczami, jakby zupełnie nieobecna. Czułam się głupio tak się w nią wpatrując, jednak była wyjątkowo śliczna. Tym razem ramiona przykryte miała ciemnozielonym bolerkiem z czarną lśniącą bronką i równie ciemną suknią sięgającą niemal do ziemi, gdzie niegdzie posrebrzaną. Kruczoczarne loki spięte miała w schludną kitkę, choć pojedyncze kosmyki już dawno wydostały się z objęć wstążki. Zawsze byłam dumna z moich włosów, które uważałam za wyjątkowo długie, jednak musiałam przyznać, że były niczym w porównaniu z tymi ślicznymi ciemnymi lokami sięgającymi talii. Bella drgnęła i aż podskoczyłam na łóżku przyłapana na wpatrywaniu się w nią rozmarzonym spojrzeniem.
- To jak, jesteście razem? – zapytała niespodziewanie.
- Ee… nie, nie jesteśmy – odparłam nie kryjąc smutku. – Dlaczego pytasz? – Postanowiłam nie robić z siebie głupiej idiotki, za jaką mnie pewnie miała, tylko trzymać się mocno i grać ostro.
- Co chwilę cię z nim widzę – syknęła, jakby nie bardzo zadowolona z tego faktu.
- To źle? – uniosłam brew.
- Jesteś szlamą? – rzuciła nagle ignorując moje pytanie.
Zmarszczyłam czoło. Nienawidziłam tego określenia, jakbym była jakaś gorsza od nich, czystokrwistych. Nabrałam powietrza i wypuściłam je z kolejnym słowem.
- Nie.
Bella spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Nie oczekiwała takiej odpowiedzi, ale szybko pojęła, o co mi chodzi.
- Inaczej… twoi rodzice są czarodziejami?
- Nie - odparłam ponownie, zaciskając szczęki.
Przez jej bladą twarz przeszedł grymas drwiny, jednak szybko ustąpił miejsca fascynacji, na którą nie byłam przygotowana. Czarnowłosa piękność podeszła do mnie, lecz zatrzymała się przy łóżku dotknąwszy ciemnej narzuty.
-Wiesz – zaczęła zamyślona gładząc materiał długimi smukłymi palcami. – Nigdy jeszcze nie przeleciałam szlamy… - spojrzała na mnie wymownie spod wachlarzu gęstych rzęs.
Siedziałam oniemiała. Niezupełnie rozumiałam jej słowa, a może po prostu nie chciałam ich zrozumieć, ale zanim w pełni pojęłam ich sens, Bella usiadła obok mnie, na łóżku i dotknęła mojej dłoni. Przeszedł mnie dreszcz, kiedy zimne opuszki jej palców zetknęły się z moją ciepłą skórą. Nie cofnęłam dłoni. Nie wiedzieć, czemu, chciałam, żeby mnie dotykała. W tych kilkunastu zaledwie sekundach, podczas których pieściła mnie delikatnie, przez głowę przemknęło mi wiele myśli. Zastanawiałam się, czy ona od urodzenia jest taka zimna, czy może jest to spowodowane złym krążeniem krwi? Czy może była to cecha dziedziczna, a jeśli tak, to czy wszyscy czystokrwiści mieli taką chłodną skórę? Bellatriks przysunęła się do mnie bliżej i ponownie poczułam jej wspaniały zapach. Kiedy gładziła lodowatymi dłońmi moją szyję poirytowana spostrzegłam, że cała się trzęsę. Nie potrafiłam… nie chciałam się ruszyć ani tym bardziej uciec. To było coś, czego pragnęłam od zawsze. To było coś nowego, innego, niż dotychczasowe przeżycia. Tu nie było miejsca na miłość. Tylko dzikie pożądanie. Powoli zbliżała się do mnie coraz bliżej i bliżej. Była naprawdę cudowna ze swoimi dużymi oczami i pełnymi ustami. Miała regularne, wyniosłe rysy twarzy i coś dzikiego w spojrzeniu, ale to wszystko tylko dodawało jej uroku. I zanim zdążyła musnąć mój policzek nachyliłam się nad nią i złożyłam na jej wargach namiętny pocałunek. Bella odwzajemniła go i po chwili nasze języki splotły się w brutalnym tańcu. Czułam jej smak – był wyjątkowy, lekko czekoladowy z kropelką wina. Nie mogłam się od niej oderwać. Jednym ruchem rozpięłam czarną brożkę i bolerko z szelestem opadło na łóżko, a ja mogłam się rozkoszować miękkością jej nagich ramion. Chcąc odetchnąć Bella oderwała się ode mnie przygryzając mi górną wargę. Mój język zsunął się powoli po jej podbródku i szyi znacząc wilgotną linią przebytą drogę. Teraz ona drżała przyciskając mnie mocno do siebie. Przygryzłam lekko skórę na jej dekolcie, a ona wydała z siebie cichy pomruk. Posunęłam się dalej zsuwając powoli cieniutkie ramiączka, odsłaniając jednocześnie białe piersi. Musnęłam zębami sutek i polizałam go z zapałem nie czekając już na jęki Belli. Ona jednak ścisnęła mocno moją talię i zrzuciła z siebie, by po chwili ocierać się o mnie doprowadzając do szaleństwa. Wysunęła język pieszcząc płatek mojego ucha, składała na mojej szyi pocałunki znacząc ich miejsca czerwonym plamkami. Pociągnęła mnie do góry i niemal zerwała ze mnie sweterek. Rzuciła go niedbale na podłogę i liznęła nagą część mojej piersi. Przycisnęłam ją mocno do siebie poruszając nią rytmicznie, pozwalając by poznała dokładnie mój dekolt i piersi znacząc śliną zdobyty teren. W pewnej chwili podniosła się ze mnie i ułożyła tuż obok kładąc rękę na moim brzuchu. Pocałowała mnie, po czym jej dłoń zsunęła się niżej. Rozpięła guzik, później rozporek i wsunęła palce głębiej pieszcząc mnie z wyczuciem. Jęczałam całując co chwilę jej nagie piersi; objęłam ją mocno chcąc odwzajemnić pieszczoty, kiedy na dole rozległ się trzask. Jak oparzone oderwałyśmy się od siebie, zeskoczyłam z łóżka i naciągnęłam na siebie sweterek, podczas gdy Bella zapinała bronkę przy bolerku. Stałam jak zahipnotyzowana nie bardzo wiedząc, gdzie mam się podziać, kiedy pociągnęła mnie za rękę i rzuciła na łóżko kładąc się obok mnie.
Syriusz zapukał do drzwi, po czym wszedł rozbawiony do pokoju, a gdy ujrzał nas rozłożone na jego posłaniu zamarł zdumiony.
- Nareszcie! – zawołała Bellatriks zrywając się na równe nogi i dobiegając do niego. – Niepokoiłam się o ciebie – zamruczała obejmując go w pasie i przytulając mocno do siebie.
Byłam zdezorientowana, jak nigdy dotąd. Czekałam, aż Syriusz odtrąci ją, jednak on zdawał się być zadowolony z jej zachowania. Przez chwilę tulili się do siebie, aż w końcu oderwał się od niej i podszedł do mnie wyjmując z torby małe pudełeczko.
- Dla ciebie – uśmiechnął się szczerze, jednak mi nie było do śmiechu. Byłam tak wściekła i rozkojarzona, tak upokorzona, że siłą hamowałam łzy napływające mi do oczu. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Bellatriks patrzy na mnie z pogardą i najchętniej wybuchła by śmiechem.
- Lily, wszystko w porządku? – Syriusz spojrzał na mnie z powagą.
- Wy… - wyjąkałam mrugając szybko oczami, jakbym próbowała obudzić się z koszmarnego snu.
- Oj, może was zostawię – syknęła szyderczo Bella i trzasnęła za sobą drzwiami.
- Sam nie wiem, Lily – zaczął Syriusz wzdychając. – To jest coś wspaniałego… To, co łączy mnie i Bellę.
- Jak mogłeś? – warknęłam czując, że łzy powoli wydostają się poza obręb oczu. Nie byłam przygotowana na taki cios. Nie dość, że zrobił mi coś takiego, to jeszcze tak niezdarnie to tłumaczył. Jeśli w ogóle można było nazwać to tłumaczeniem. Zdawał się w ogóle nie zważać na swoje słowa, na to, jak one brzmią, i jak mnie ranią. – Ty… cały czas z nią… wtedy też… A ja myślałam, że to wszystko dla Jamesa!
- Co u niego? – zapytał Syriusz, a ja miałam ochotę go uderzyć.
- Nienawidzę cię – wrzasnęłam i zeskoczyłam z łóżka. Dopadłam do drzwi, które otworzyła przede mną Bellatriks obrzucając mnie pogardliwym spojrzeniem, i pokazała schody prowadzące do holu. Zbiegłam rozwścieczona po stopniach, chwyciłam kurtkę i wypadłam na ciemną ulicę Grimmauld Place. Szybko aportowałam się do domu, gdzie rzuciłam się na łóżko i rozpłakałam, jak małe dziecko. A więc to był ten brakujący element tej strasznej układanki. On miał… romans, zdradzał mnie, a ja, niczego nie podejrzewając, go kochałam! Byłam taka wściekła… i taka zrozpaczona. Po raz pierwszy w życiu poczułam się gorsza. Gorsza od czystokrwistych. I chociaż Syriusz zarzekał się, że nie należy do nich, jakaś cząstka mnie podpowiadała mi, że on nie może tego zmienić, że zawsze będzie, kim jest – czystokrwistym czarodziejem, lepszym ode mnie…
- Lily? – mama zapukała do drzwi. Po chwili je otworzyła i usiadła obok mnie głaszcząc powoli moje włosy. – Co się stało?
- Nic – wymamrotałam wtulając głowę w jej pierś.
Mama nic nie powiedziała, tylko przytuliła mnie mocno.
- Lily? – mruknęła po dłuższej chwili.
- Hm? – chlipnęłam.
- Co to za płaszcz?
Odwróciłam się natychmiast. Na moim łóżku leżał czarny płaszczyk Bellatriks…
  Forum: Kwiat Lotosu · Podgląd postu: #364342 · Odpowiedzi: 6 · Wyświetleń: 3683


New Posts  Nowe odpowiedzi
No New Posts  Brak nowych odpowiedzi
Hot topic  Gorący temat (Nowe odpowiedzi)
No new  Gorący temat (Brak nowych odpowiedzi)
Poll  Sonda (Nowe odpowiedzi)
No new votes  Sonda (Brak nowych odpowiedzi)
Closed  Zamknięty temat
Moved  Przeniesiony temat
 


Kontakt · Lekka wersja
Time is now: 19.06.2018 12:05