Coś Naprawdę Długiego... Lubisz Czytać?[zak], vel "Ciemności, weź mnie za rękę..."
| HarryPotter.org.pl | Pomoc
Szukaj
Użytkownicy
Kalendarz
|
Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
![]() ![]() ![]() |
Coś Naprawdę Długiego... Lubisz Czytać?[zak], vel "Ciemności, weź mnie za rękę..."
| PrZeMeK Z. |
01.01.2006 14:22
Post
#1
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
Witam wszystkich jako debiutujący na forum FF.
Zawsze szukałem fanfika, który - zamiast na kolejnej kalce akcji z serii - skupiałby się na odczuciach i relacjach między bohaterami. Zacząłem w końcu sam coś takiego pisać... a efekt oceńcie sami. Miłej lektury! P.S. Nie zrażajcie się początkiem, ciąg dalszy będzie lepszy! Ciemności, weź mnie za rękę Rozdział I Lato Tego roku lato było wyjątkowo ponure i pochmurne. Na palcach można było policzyć dni, w których słońce przeświecało przez grubą warstwę chmur. Mieszkańcy Little Whinging narzekali i nie wysadzali nosów poza próg, jeśli nie musieli. Ich wypucowane samochody schowały się w garażach, ich domy ociekały wodą, a ich psy ukrywały się gdzie tylko mogły przed deszczem. Sytuacja wyglądała tak również na Privet Drive 4. Harry spędzał tutaj jedne z najgorszych wakacji w swoim życiu. Dręczony wyrzutami sumienia i napadami rozpaczy, męczył się dodatkowo zachowaniem Dursleyów. Kiedy wracał samochodem do ich domu, nie mógł przypuszczać, jak wielki wpływ wywrze na nich szantaż Moody’ ego. To, co działo się w domu przy Privet Drive 4, zakrawało już niemal na absurd. Podczas śniadania wuj Vernon, ukryty za płachtą gazety, z trwogą wychylał zza niej oczy i zerkał na Harry’ ego, czy ten wygląda na niewyspanego i ponurego – co ostatnio bardzo często mu się zdarzało. Gdy jego obawy potwierdzały się, ukrywał się znów za gazetą i nie odzywał, aby nie dać Harry’ emu pretekstu do gniewu. Potem ciotka Petunia stawiała przed wszystkimi talerze z jajecznicą (największa porcja, ku złości Dudleya, przypadała Harry’ emu), i drżącym, choć silącym się na normalność, głosem pytała: „Wysłałeś list, Harry?”. Gdy chłopak mrukliwie potwierdzał, z ulgą wypuszczała powietrze i zasiadała do stołu. Dudley milczał, wbijając oczy w talerz. Chyba pamiętał atak dementorów, bo przy Harrym co jakiś czas bladł i czerwienił się na przemian. Harry najwięcej czasu spędzał w swojej sypialni. Dręczyły go nocne koszmary, w których ciągle pojawiał się On. Harry zamknął się w sobie i stał się znacznie spokojniejszy... cichszy. Potrafił wiele godzin przesiedzieć na łóżku, gapiąc się w sufit i próbując odegnać czarne myśli, gdy tylko się pojawiały. Czasem zdawało mu się, że zaledwie usiadł na łóżku, a tymczasem gdy spojrzał na zegar, okazywało się, że minęło kilka pustych godzin. Na szczęście jego przyjaciele pisali regularnie, wspierając go i zapowiadając rychłe przybycie. Odpisywał im, wdzięczny za troskę i ciepłe słowa, na każdy list. Wiadomości było mało, ale za źródło informacji wystarczał – tym razem - „Prorok Codzienny”. Przez cały dzień ciotka i wuj unikali Harry’ ego, jak mogli, a Dudley profilaktycznie wybywał z domu. Harry głaskał Hedwigę albo przeglądał stare numery „Proroka”, starając się nie pozwolić sobie na choćby jedną myśl o Syriuszu, a gdy tylko schodził na dół, widział przylepione do twarzy domowników uśmiechy, którymi starali się pokryć strach i niezadowolenie ze stanu rzeczy. Ponieważ Harry nie widział powodu, by narzucać Dursleyom swoją obecność, dni upływały w miarę spokojnie. Aż do jego urodzin. Tego dnia nie zapomni nigdy. Przyjaciele, koledzy i koleżanki, a nawet Zakon zasypali go lawiną listów pełnych serdeczności i ciepła... tego, czego tak bardzo było mu brak. Patrząc na stosy kopert i listów, w oczach czuł łzy wzruszenia. Pamiętali o nim... wszyscy o nim pamiętali. Miał ich wszystkich po swojej stronie. Najmilszym prezentem była mała, śliczna pozytywka od Hermiony. Było to pudełeczko, na którym stały postacie trzech czarownic ubranych w kolorowe szaty i śmieszne, bajkowe kapelusze. Gdy nakręciło się pozytywkę małym, srebrnym kluczykiem, postacie zaczynały biegać wokół siebie, wymach..ąc różdżkami i co chwila trafiając w siebie różnokolorowymi zaklęciami, od których następowały dziwaczne przemiany, jak choćby wyrastały im trąby, czerwieniały uszy albo wydłużały się włosy. Przygrywała temu wesoła, skoczna melodyjka. Harry’ ego bardzo bawiły te małe, śmieszne, ożywione ludziki, które krzyczały zaklęcia piskliwymi głosikami i zajadle wyzywały przeciwników do walki. Wiedział już, że pozytywka pomoże mu, gdy będzie miał naprawdę zły nastrój. Bo dowodziła, że przyjaciele o nim nie zapomnieli. Ale nie był to koniec miłych niespodzianek tego wieczoru. Gdy ostatnia z sów wyleciała za okno, a on skończył przedzierać się przez stos życzeń od niemal wszystkich znanych mu członków Zakonu (wyłączając Snape’ a, naturalnie) oraz GD (wyłączając Cho, Mariettę i Zachariasza Smitha, rzecz jasna), pod spodem znalazł grubą kopertę z pieczęcią Hogwartu. Rozerwał ją i wyciągnął dwa arkusze pergaminu. Pierwszy z nich zawierał, jak zwykle, listę podręczników szkolnych na nowy rok. Jedyną rzucającą się w oczy pozycją był „Podręcznik skutecznej samoobrony; praca zbiorowa Instytutu Aurorów”. Pozwalało to przypuszczać, że wreszcie zacznie się nauka prawdziwej obrony przed czarną magią. Drugi arkusz miał u góry pieczątkę Ministerstwa Magii i czarne zdobienia na rogach. Harry przeczytał go szybko i szczęka mu opadła. Szanowny Panie Potter! W związku z zagrożeniem ze strony Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i jego zwolenników, Ministerstwo Magii oznajmia, że od dnia 31.07. reaktywowana zostaje Ustawa Nadzwyczajna z 1978 r. Głosi ona, co następuje: Uczniowie Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart mogą używać czarów poza szkołą, jeżeli nie narusza to Zasad Tajności Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów.(Dok. nr 3345) Jeżeli uczeń w czasie wolnym od szkoły przebywa w rodzinie mugolskiej, wolno mu używać magii na oczach jej członków, o ile jest im znany fakt uczęszczania ucznia do Szkoły Magii i Czarodziejstwa.(Paragraf 35c, Dz.Ust.’45) Ministerstwo Magii przypomina jednocześnie, że jakakolwiek działalność magiczna, która mogłaby być zauważona przez obywateli pozamagicznych (mugoli), stanowi poważne wykroczenie, zgodnie z 13 rozdziałem Zasad Tajności Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, oprócz wyjątku wymienionego w Ustawie Nadzwyczajnej. Życzę udanych wakacji! Azalia Greengrass Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów Ministerstwo Magii Te wakacje będą znacznie lepsze od poprzednich. Wolno mu używać magii. Wolno mu używać magii! WOLNO MU UŻYWAĆ MAGII!!! Porwał różdżkę z nocnej szafki i podniósł ją na wysokość piersi, czując dreszcz emocji. - Alohomora! – zawołał. Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem. Harry uśmiechnął się szeroko – po raz pierwszy od wielu dni. Pierwsze kilka dni było bardzo zabawnych. Mało rzeczy tak skutecznie wyrywało Harry’ ego z marazmu jak widok Dudleya uciekającego z kwikiem do swojego pokoju wśród świszczących mu koło uszu Expelliarmusów. Rzecz jasna, Harry nie próbował zrobić krzywdy Dursleyom. Tak czy owak nie był już tą samą osobą, co jeszcze rok temu. Wystarczała mu odrobina dobrej zabawy i możliwość zamanifestowania swoich zdolności. Gdy znudziło mu się wynoszenie Dudleya pod sufit i zmienianie figurek wuja Vernona w jaszczurki, zaczął – sam nie wiedząc, dlaczego – pomagać ciotce Petunii w jej zajęciach. Czyścił blat stołu po obiedzie, czarował gąbkę, by sama przecierała talerze, przenosił talerz z kanapkami zaklęciem mobilnym. Ciotka jednak nie doceniła jego pomocy. Patrzyła krzywo na jego czary i traktowała go nieufnie i wrogo. Harry dał więc za wygraną i wrócił do wyładowywania swej złości na sprzętach domowych i Dudleyu. Nastrój ponownie mu się pogorszył. Długie letnie dni płynęły wolno. Dursleyowie sprawiali wrażenie, jakby wreszcie przyzwyczaili się do magii w swoim domu, ale chyba była to po prostu rezygnacja. Harry’ emu wkrótce znudziły się nawet i zaklęcia. Czuł się tak, jakby zdradzał pamięć Syriusza, pozwalając sobie na głupie odgrywanie się na Dursleyach. Zaczęły go też dręczyć napady złości i bezradności, podczas których zamykał sypialnię na klucz i wymachiwał różdżką gdzie popadnie. Przedmioty często pękały nawet bez udziału różdżki – wystarczyło, że skierował na nie wściekłe spojrzenie. Po kilku dniach jego pokój pokryty był śladami eksplozji i szczątkami rozbitych sprzętów, których nie chciało mu się naprawić zaklęciem Reparo. W sobotni ranek Hedwiga przyniosła mu list od Rona, w którym Weasleyowie oświadczali, że przyjadą po niego w poniedziałek, by zabrać go do Nory. Podniosło go to nieco na duchu, bo miał nadzieję, że wśród bliskich mu osób poczuje się lepiej. O tym, że nie powiadomił o tym Dursleyów, przypomniał sobie w chwili, gdy w poniedziałek około południa usłyszał wrzask na dole. Zbiegł po schodach i zobaczył wuja Vernona, z przerażeniem na twarzy ciągnącego omdlałą ciotkę Petunię do salonu. W drzwiach stali państwo Weasleyowie, Fred, George, Ron i Ginny wraz z Moodym. Magiczne oko tego ostatniego zawirowało i spoczęło na Harrym. - Potter! – zagrzmiał. – Jesteśmy. - Dzień dobry – odparł Harry, uśmiechając się blado, bo Dudley właśnie wyjrzał ze swojego pokoju, wybałuszył oczy i trwożliwie zamknął drzwi z powrotem. – Fajnie, że już jesteście... Pani Weasley uśmiechnęła się do niego i skinęła głową. Harry machnął różdżką i zawołał: - Accio kufer! Kufer poszybował ku niemu w powietrzu i wylądował gładko przy jego nodze. Pan Weasley wyciągnął skądś starą gazetę. - Możemy już ruszać? – zapytał. Harry skinął głową. Bardzo chciał już znaleźć się w Norze. Pan Weasley wyciągnął ku niemu gazetę, wszyscy jej dotknęli i otoczyli świstoklik. Głowa rodziny Weasleyów powiedziała: - Liczę do trzech. Raz... dwa... trzy! Harry poczuł znajome szarpnięcie w okolicach pępka, po czym porwał go wir barw i dźwięków. W Norze przyjęto go bardzo ciepło. Pani Weasley wciąż próbowała go nakłonić do brania dokładek posiłków, ale Harry od powrotu z Hogwartu niewiele jadł. Schudł i zbladł do tego stopnia, że stało się to wyraźnie widoczne. Nie zwracał uwagi na zaniepokojone spojrzenia Weasleyów i ich poszeptywania, gdy był w innym pomieszczeniu. Nikt nie próbował poruszyć tematu Syriusza, ale Harry wiedział, że wszyscy o nim myślą, gdy tylko on wchodzi do pokoju. Miał wrażenie, że Weasleyowie zawarli umowę, według której będą próbować za wszelką cenę przywrócić go do normalności. I tak robili. Ron wyciągał go na quidditcha, gdy tylko była dobra pogoda (a lato było deszczowe). Pan Weasley siadał z Harrym po pracy na kanapie i wypytywał go o urządzenia mugoli, jego żona prosiła go o pomoc w odgnomianiu, a Ginny (jeśli tylko była w domu, bo często gdzieś znikała) proponowała mu partię szachów lub pokazywała ciekawe artykuły w „Proroku Codziennym”. Ich wysiłki niewiele jednak pomagały. Harry pomagał, opowiadał, czytał i grał w quidditcha oraz szachy, ale gdy tylko zostawał sam, z jego warg znikał uśmiech, a na twarzy pojawiało się zamyślenie i posępność. Koszmary dręczyły go z mniejszą intensywnością, ale regularnie. Często czuł nagłe, ostre ukłucie serca, jak gdyby stara blizna zaczynała dokuczać. Wiedział, że to tak bolą wspomnienia o Nim. Blizna na czole dość często odzywała się piekącym bólem, więc miał prawo sądzić, że Voldemort działa coraz aktywniej. Zakon Feniksa ponoć radził sobie dobrze, ale Harry nie widział się z żadnym jego członkiem od przybycia do Nory, a pan Weasley i jego żona konsekwentnie odmawiali wyjawienia czegokolwiek. Sytuacja była dość napięta, to się czuło. To wrażenie przebijało się przez doniesienia o mordach, zniknięciach i torturach. W domu Weasleyów panowała mniej sielska niż kiedykolwiek atmosfera, a Harry snuł się po Norze, stanowiąc żywy obraz tego, co muszą czuć krewni ofiar. Hermiona zawitała do nich pod koniec trzeciego tygodnia wakacji. Uściskała serdecznie Rona i Harry’ ego, po czym zamknęła się wraz z Ginny w jej pokoju i gadały przez kilka godzin. Harry’ ego podniosła na duchu sama obecność przyjaciółki. Z oczu chłopaka nie znikał jednak wyraz smutku. Nadal nie wszystko było w porządku. W sobotę po południu Harry siedział w pokoju Rona, wpatrując się bezmyślnie w pomarańczową ścianę, czując, jak powoli pogrąża się w smętnych myślach i ponurym nastroju. Czuł zbliżającą się „chandrę”, więc bardzo przeszkadzał mu optymistyczny kolor ścian. Uniósł rękę i nakręcił pozytywkę stojącą na nocnym stoliku. Patrzył przez chwilę, jak małe czarownice walczą zawzięcie, nie przejmując się dodatkowymi kończynami i wysypką, po czym stuknął w urządzenie różdżką. Zamarło. Tym razem to nie mogło mu pomóc. Wiedział, że wkrótce popłyną łzy, rzadko udawało się je powstrzymać, więc chciał być sam. Wstał i podszedł do drzwi, by się przejść. Otworzył je i znalazł się twarzą w twarz z Hermioną. - Cześć – powiedziała. – Masz ochotę przespacerować się do lasu? - Och... jasne – wykrztusił z trudem, po czym odchrząknął. – A... Ron? - Poszedł gdzieś z panem Weasleyem. Oboje wyszli z Nory, żegnani pełnym niepokoju spojrzeniem pani Weasley, które spoczęło bez wątpienia na Harrym. Szli powoli w kierunku lasu, w którym dwa lata temu znajdował się świstoklik, czując na twarzach powiew łagodnego wiatru. Słońce co jakiś czas wyglądało zza chmur. - Harry... musimy porozmawiać – powiedziała w przestrzeń Hermiona, nie patrząc na niego. Nic nie odpowiedział, czekając, aż Hermiona zacznie mówić dalej. Podświadomie napiął się wewnątrz, czując niejasno, że może nie mieć ochoty usłyszeć tego, co ona ma mu do powiedzenia. Hermiona jednak zwlekała z kontynuowaniem, patrząc na swoje buty i wciąż wolno zbliżając się do lasu. - Martwię się o ciebie, Harry – powiedziała w końcu, gdy znaleźli się w cieniu drzew. – Ty nikniesz w oczach. Przestałeś jeść, jesteś przygaszony, co noc masz koszmary... - Skąd możesz wiedzieć, że... czy mam koszmary? – Harry spojrzał na nią spode łba. - Harry... śpię za ścianą i słyszę, jak krzyczysz przez sen – odparła łagodnie. – Ginny też słyszała... wszyscy o tym wiemy. Naprawdę, przecież widzisz, jak wszystkich martwi to, co się z tobą dzieje. - Nic się ze mną nie dzieje – burknął, nie patrząc na nią. Nie chciał rozmawiać o Syriuszu. Nie z nią... to znaczy... nie teraz. Zaledwie jednak to pomyślał, opadły go wątpliwości. Z kim ma rozmawiać, jeśli nie z nią? I kiedy zamierza to zrobić? Przecież nie wróci tak do Hogwartu... w dormitorium śpią w pięciu... Neville, Dean i Seamus nie mogą widzieć jego łez... Ron zresztą też nie. Dotarli do podnóża pagórka, gdzie przepływał mały strumyk, szemrząc po kamieniach. Usiedli na zwalonym pniu, patrząc w wodę. - Harry – spróbowała znowu po dłuższej chwili ciszy Hermiona. – Wiem, jak bardzo cierpisz. Uwierz mi, ja i Ron też byliśmy w szoku po śmierci Syriusza. Ale musimy żyć dalej, rozumiesz? Nie wolno nam zatrzymać się i wiecznie go opłakiwać... trzeba iść naprzód... - Tak – powiedział zduszonym głosem Harry, czując gardle suchość. – Muszę iść dalej, prawda? Nikogo nie obchodzi, że potrzebuję czasu, ja przecież muszę iść... - Nie ty, Harry – przerwała mu. – My. Wiem, że wiele przeżyłeś, ale naprawdę... naprawdę trzeba się z tym pogodzić. Nie cofniesz czasu. Zobacz... Ja, Ron, pani Weasley, Fred i George... myślisz, że my nie cierpieliśmy? Wszyscy bardzo przeżyliśmy jego odejście. Poza tym, jeśli potrzebujesz dowodu, że nie tylko ty odczuwasz ból, to powiem ci, że... dwa tygodnie temu umarła moja ciocia. Nie znałam jej zbyt dobrze, ale zawsze bardzo ją lubiłam. Uwierz mi, przeżyłam jej odejście, bo... bo człowiek przyzwyczaja się do pewnych rzeczy i myśli, że tak już będzie zawsze... Teraz w oczach Hermiony zabłysły łzy. Harry’ emu ścisnęło się serce. Przysunął się do niej i dotknął jej ręki. - Przepraszam cię, ja... nie mówiłem, że tylko ja czuję ból... nie wiedziałem... wybacz... - W porządku – powiedziała cicho, ocierając powieki wierzchem dłoni. Potem spojrzała mu w oczy z niemą prośbą. – Proszę cię... wyrzuć to z siebie. Pozwól sobie pomóc. To bardzo pomaga... gdy masz się przed kim wyżalić. Jestem z tobą. Harry czuł w gardle dławienie. Był rozdarty pomiędzy samolubnym pragnieniem ukrycia rozpaczy, egoistycznym skrytym bólem, a czymś zupełnie przeciwnym... chęcią zwierzenia się i przyjęcia zwierzeń, chęcią długiej i szczerej rozmowy z przyjaciółką, jakiej tak naprawdę jeszcze nigdy nie przeprowadził. Przeżył długą, milczącą chwilę rozpaczliwej rozterki. Gdy już wydawało się, że nie odpowie, westchnął i zaczął mówić. Mówił o tym, jak bardzo cierpiał po śmierci Syriusza, jak nie mógł sobie znaleźć miejsca i celu, jak czuł się samotny i opuszczony przez wszystkich... Opowiadał, jak często myślał, że przynosi innym tylko ból i smutek, jak budził się nocą, drżąc ze strachu, jak siedział całymi nocami, nie mogąc zasnąć i zadręczając się wspomnieniem swojej głupoty tamtej nocy... Wyrzucał to wszystko z siebie jak truciznę, czując się podobnie, jak podczas opowiadania Dumbledore’ owi o powrocie Voldemorta... jakby z każdym słowem ciężar na jego barkach się zmniejszał. Słowa płynęły już nie hamowane; zaczęły krążyć wokół Syriusza. Jak zginął... jak był dla niego, Harry’ ego, ważny... jak bardzo mu go brakuje... jak nie może sobie z tym poradzić. Powierzał Hermionie wszystko, co dusił w sobie przez prawie dwa miesiące, co nie pozwalało mu odciążyć sumienia...W końcu nie mógł już tego dłużej znieść i zaczął szlochać, a wraz z łzami spływało poczucie winy i żal. Hermiona była przy nim. Ściskała jego rękę, drugą ręką obejmując go mocno, dając mu oparcie, którego tak bardzo teraz potrzebował. Czekała, aż rozpaczliwy płacz sam wygaśnie, szepcząc do ucha chłopaka pocieszające słowa... zapewniając go, że jest i zawsze będzie przy nim. Harry przytulił się do jej ramienia. Siedzieli tak długo, aż chłopak zupełnie się uspokoił. Było mu nieco wstyd, że tak się rozkleił... ale ta myśl nie zdążyła zagrzać miejsca w jego umyśle, bo Hermiona też miała zaczerwienione od łez oczy. Płakali oboje. Hermiona objęła go mocno, pocieszająco, a on z wdzięcznością odpowiedział jej tym samym. Żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Nie było to potrzebne. Od czasu rozmowy w lesie, po której Harry wrócił do Nory podobnie cichy i milczący, ale z bladym, wątłym jeszcze blaskiem życia w oczach, przyjaźń jego i Hermiony znacznie się pogłębiła. Rozmawiali znacznie częściej, powierzając sobie swoje uczucia i problemy. Harry słuchał słów przyjaciółki z równą uwagą, jak ona słuchała jego. Oboje mieli w sobie oparcie, co sprawiło, że Harry zaczął wracać do normalności. Na jego wargach znacznie częściej gościł prawdziwy, niewymuszony uśmiech. Żartował i rozmawiał, znów zaczął jeść, a do tego raz udało mu się wygrać z Ronem w szachy. Weasleyowie błyskawicznie zauważyli zmianę, choć nie mieli pojęcia, czym jest spowodowana. Cała rodzina rudzielców potraktowała to jak zupełnie naturalną rzecz i nikt o nic nie pytał. Tylko Ron zdawał się czegoś domyślać. Patrzył na Hermionę znacznie cieplej niż dotychczas, a raz Harry uchwycił jego tęskne spojrzenie wpatrzone w jej włosy. Od jakiegoś czasu czuł, że jego przyjaciel żywi do Hermiony uczucia trochę inne niż te, które zwykle łączą przyjaciół. Nie pytał jednak o nic, woląc, by Ron sam mu się zwierzył, jeśli będzie tego chciał. Wakacje w Norze upłynęły, choć Harry bardzo chciał je zatrzymać. Teraz jednak siedział w przedziale ekspresu do Hogwartu, nie wiedząc, co szykuje mu los. Obok niego zajęli miejsca Ron, Hermiona, Neville, Ginny i Luna. Neville obserwował mimbulusa, który miał już bardzo okazałe pędy. Przez dwa miesiące rozłąki Neville nieco wyrósł, rysy jego twarzy stały się mniej pulchne, a zaczęły nabierać wyrazistości. W jego oczach natomiast Harry widział coś, co bardzo przypominało twarde spojrzenie jego ojca, świdrujące niegdyś Harry’ ego z fotografii przedstawiającej pierwszych członków Zakonu. Luna trzymała egzemplarz „Żonglera” (tym razem nie do góry nogami), wlepiając w niego swoje wyłupiaste oczy. Ona wydawała się być taka sama, ale Harry raz czy dwa dojrzał w jej spojrzeniu jakieś takie... przygaszenie. Ginny patrzyła ze znudzoną twarzą w okno, za którym migał ciemny, deszczowy krajobraz. Hermiona czytała „Warzenie zaawansowanych eliksirów”. Wszyscy milczeli i w przedziale wyczuwało się ponurą atmosferę niepewności i przygnębienia. Wkrótce na korytarzu rozległ się odgłos zbliżających się kroków i drzwi ich przedziału rozsunęły się. Stanął w nich Dean Thomas, kolega Harry’ ego z szóstego roku. Ginny rozpromieniła się na jego widok. - Cześć – powitał wszystkich. - Cześć! – odpowiedzieli niemal chórem. Dean oblizał nerwowo wargi, po czym milczał przez chwilę, jakby zbierał w sobie odwagę. - Ginny... Mogę cię prosić na chwilę? – spytał szybko, jakby się bał, że odwaga uleci z niego, nim skończy. - Jasne... Ginny wyglądała na nieco zdziwioną, ale uśmiechnęła się szeroko do Deana i razem wyszli na korytarz. Hermiona popatrzyła na Harry’ ego i posłała mu dziwne spojrzenie, z którego nie zdołał wyczytać żadnej konkretnej informacji. Siostra Rona wróciła szybko. Była lekko zarumieniona, gdy zajmowała swoje miejsce. - No i co? – spytała Hermiona. – O co chodziło? - Ach, to... nic ważnego – odparła, rzucając Hermionie spojrzenie mówiące „później pogadamy”. Ta pokiwała głową i wróciła do książki. Ron zerknął na Ginny i wymamrotał coś pod nosem gniewnym tonem. Harry wpatrzył się w zalewane deszczem okno. Czas upływał powoli, minuty wlokły się niczym muchy w smole, a pociąg mknął przez ciemne, mokre pustkowia, jakby zawieszony w nicości. Tylko monotonny, usypiający stukot kół pozwalał stwierdzić, że wciąż jadą. Dziesięć minut później, gdy wszyscy pogrążyli się w sennym odrętwieniu, pociąg zaczął nagle zwalniać, tak gwałtownie, że Ron o mało co nie spadł ze swojego miejsca. Jeszcze chwila i coś przeciągle zaskrzypiało, coś huknęło i pociąg się zatrzymał. Światła pogasły. Harry ocknął się momentalnie i wyszarpnął różdżkę z kieszeni dżinsów. Reszta, jak niewyraźnie widział w ciemnościach, zrobiła to samo. GD spełniało swoje zadanie. Mieli refleks. - Lumos! – powiedziało kilka głosów naraz. Hermiona, Ginny i Luna zapaliły swoje różdżki. Harry, natychmiast idąc za ich przykładem, zerknął na Hermionę i dostrzegł na jej twarzy wyraz niepokoju. Siedzieli przez kilka minut w ciszy, świecąc różdżkami. - Do Hogwartu jeszcze kawał drogi – szepnęła wreszcie Hermiona. - Może atakują pociąg – ożywionym tonem powiedziała Luna. Wszyscy się wzdrygnęli, bo wypowiedziała na głos to, czego każdy się obawiał. Po słowach dziewczyny zapadła długa cisza. Różdżki mieli wycelowane w drzwi, czujnie łowili najmniejszy szmer zza drzwi przedziału, miny wystraszone i czujne. Upłynęła minuta... pięć minut... dziesięć... Nagle zagwizdała lokomotywa i światła się zapaliły. Potem zaś rozbrzmiał magicznie nagłośniony głos, tak, że wszyscy podskoczyli: - Przepraszamy za przerwę w podróży. Spowodowana była ona drobną awarią lokomotywy. Za chwilę podróż będzie kontynuowana. Wszyscy przez dłuższą chwilę spoglądali po sobie z zaskoczeniem, wciąż czujni, jakby nie mogli uwierzyć, że nie ma niebezpieczeństwa. W tej samej chwili pociąg zazgrzytał i ruszył, nabierając prędkości. Harry zerknął na Hermionę i Rona, potem na Ginny, Neville’ a i Lunę, po czym cała szóstka odetchnęła z ulgą i rozluźniła się. Różdżki zostały zgaszone i ukryte w kieszeniach. Powoli, mila za milą, zbliżali się do Hogwartu. Ten post był edytowany przez PrZeMeK Z.: 27.07.2007 23:43 -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| PrZeMeK Z. |
01.01.2006 14:25
Post
#2
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
A tutaj rozdział drugi... Czekam z niecierpliwością na oceny.
Rozdział II Plan Dumbledore’ a Gdy wysiedli na zalanej deszczem stacji Hogsmeade, Hagrid był na swoim miejscu. Jego tubalny głos nawoływał w mroku niczym syrena przeciwmgielna, a przerażeni pierwszoroczniacy tłoczyli się wokół jego wielkiej sylwetki. Harry pomachał mu, ale Hagrid chyba go nie dostrzegł, więc poczłapał w błocie wraz z resztą ku czekającym na uczniów powozom, ściskając klatkę z Hedwigą i kuląc się pod siekącymi strumieniami wody padającymi z nieba. Zbliżając się do powozu, Harry nie mógł z czystym sercem powiedzieć, by widok testrali sprawiał mu przyjemność. Czarne jak noc, skrzydlate konie stały w strugach deszczu, parskając i wypuszczając strumienie pary wraz z oddechem. Budziły niemiłe i z pewnością niechciane wspomnienia niefortunnej wyprawy ratunkowej. Luna jednak podeszła do zwierząt, które miały ciągnąć ich powóz, by poklepać jednego z testrali po czarnej szyi i Harry musiał przyznać, że są na swój sposób fascynujące. Wielka Sala była już niemal pełna. Wewnątrz było jasno, co rozwiewało złe przeczucia uczniów. Harry odruchowo spojrzał ku stołowi nauczycielskiemu, ale nie spostrzegł tam Dolores Umbridge. Oczywiście wiedział, że ją odwołano, ale przyzwyczajenie było silniejsze od niego. Za stołem nauczycielskim stało puste krzesło, a pośrodku, na złotym krześle, siedział Dumbledore, wpatrzony w zachmurzony sufit. Uczta cieszyła normalnością. Hagrid wprowadził pierwszoroczniaków, profesor McGonagall przyniosła Tiarę Przydziału, a pierwszoroczniacy stali przerażeni, wpatrzeni w śpiewający kapelusz. Gdy zakończyła się Ceremonia Przydziału, powstał Albus Dumbledore. Twarz miał pogodną i uśmiechał się lekko do uczniów. - Witajcie! Witajcie u progu kolejnego roku nauki w Hogwarcie! Rad jestem, że spotykamy się tu jak zawsze, by rozpocząć kolejny semestr. Doskonale wiecie, że czasy są ciężkie. Dlatego właśnie cieszy mnie, że tak ochoczo przybyliście, by zdobywać wiedzę. Umilkł na chwilę, aby poprawić okulary - połówki. W sali zabrzmiały ciche chichoty. - W zeszłym roku wiele razy w Hogwarcie triumfowała niesprawiedliwość. Działania ministerstwa, podyktowane krótkowzrocznością, pozwoliły Lordowi Voldemortowi – wiele osób wzdrygnęło się – wzmocnić swe siły. Teraz trwa wojna. Nikt nie może się czuć bezpieczny... niestety, także my. Podczas wakacji kilkukrotnie widywano w okolicach Hogwartu rozmaite magiczne spojrzenia spod ciemnej gwiazdy. Prawdopodobnie szpiegowały dla Voldemorta. W Wielkiej Sali zaczęto zawzięcie szeptać. Harry poczuł niemiłe ukłucie w okolicach serca. Czy nawet Hogwart nie jest już bezpieczny? - Teraz, zanim rozpoczniemy ucztę, pragnę was powiadomić o bardzo ważnej sprawie – ciągnął dyrektor, a twarz miał poważną. – W obliczu zagrożenia Ministerstwo Magii postanowiło podjąć kroki, których nigdy dotąd nie podejmowano. Nie ukrywam, że działania, jakie podejmiemy, możliwe są dzięki wyjątkowo sprzyjającemu splotowi wielu specyficznych i subtelnych czynników w tym samym czasie, co nie nastąpiło od setek lat. Wzięto również pod uwagę konieczność wynagrodzenia wam ciężkiego życia w ubiegłym roku. Od dawna spodziewamy się też ataku na zamek. Ale – Dumbledore uniósł obie ręce, by uciszyć szum w sali – nie obawiajcie się. Hogwart w ciągu najbliższego miesiąca zostanie zabezpieczony najpotężniejszymi znanymi zaklęciami, by zapewnić wam i nam bezpieczeństwo. Zajmowaliśmy się tym przez dwa ostatnie miesiące, ale potrzebujemy więcej czasu. Hogwart w tym czasie musi być pusty. Inaczej osobom wewnątrz może stać się krzywda. Umilkł na chwilę, by przebiec wzrokiem po sali i kontynuował: - Dlatego właśnie zostaniecie na miesiąc przeniesieni w miejsce, w którym bezpiecznie spędzicie czas. Nie jest to jednak miejsce w znanym nam świecie. Zostaniecie przeniesieni do alternatywnych światów. Zapadła cisza, w której z każdą sekundą narastał wielogłosowy gwar zdziwienia i niepewności. Dumbledore uciszył go jednym ruchem ręki. - Zapewne nie wiecie, co mam na myśli – powiedział. – Otóż ci z was, którzy urodzili się w mugolskich rodzinach, oglądali być może serial „Sliders”. Jeśli tak, to wiedzą już, o czym mówię. Dean Thomas otworzył usta i wybałuszył oczy, jakby nagle coś dostrzegł. Reszcie już wyjaśniam. Po wielu latach badań w Departamencie Tajemnic czarodzieje doszli do wniosku, że nasz świat nie jest jedynym światem. Jest ich nieskończenie wiele. Spójrzcie na to tak. Wy jesteście uczniami Hogwartu, ja – dyrektorem, pan Filch jest woźnym. A teraz wyobraźcie sobie świat, w którym to wy jesteście profesorami, pan Filch – Ministrem Magii, a ja – na przykład – małym chłopczykiem. Niektórzy uczniowie parsknęli śmiechem. - Otóż taki świat istnieje. Czarodzieje odkryli, że istnieje każda rzecz, która tylko jest możliwa. Nie, nie w naszym świecie – w innych światach, zwanych alternatywnymi, które zazwyczaj są dla nas niewidoczne i niedostępne. Skoro istnieje wszystko, co jest możliwe, innych rzeczywistości jest ogromna ilość. Każda rzecz, którą robimy, każda nasza decyzja w innym świecie może wyglądać zupełnie inaczej. Prosty przykład: macie do wyboru sok z dyni i kawę. Wybieracie, dajmy na to, kawę. Ale musicie wiedzieć, że w tej samej chwili istnieje niewidoczny dla nas świat, w którym wybieracie sok z dyni. Wy pijecie kawę, wasz odpowiednik z alternatywnego świata wypija sok z dyni, a w jeszcze innym świecie wasze sobowtóry grają właśnie w szachy. Dumbledore popatrzył po oszołomionych twarzach i uśmiechnął się. - Wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale to prawda. Nawet mugole doszli do takiego wniosku, choć jeszcze nie umieją dowieść jego prawdziwości. Czarodzieje jednak poznali sposób podróży do innych rzeczywistości, choć jest on niezwykle trudny i niebezpieczny. Podejmowano wiele prób, ale udawały się one tylko w momentach, o których wspominałem – momentach bardzo sprzyjających, co zależy od mnóstwa czynników, więc zdarza się niezwykle rzadko. Właśnie na tym upłynie wam konieczny do zabezpieczenia zamku miesiąc. Udamy się w podróż do kilku alternatywnych światów. Przykładowo, na pierwszy ogień wybraliśmy wraz z Ministerstwem Magii rzeczywistość bardzo podobną do naszej. Różni się tylko kilkoma szczegółami. Na przykład pan Filch jest w tym świecie dyrektorem. W sali wybuchły śmiechy. - Tak więc będziecie mieli okazję poznać odpowiedź na pytanie „co by było gdyby”. Przy okazji może zrozumiecie, że nie jest wam tak źle, w porównaniu z innymi światami. Mam nadzieję, że wynagrodzi wam to wszystko, co musieliście wycierpieć zeszłego roku, że będziecie bezpieczni, z dala od Lorda Voldemorta... a przy okazji, z pewnością wiele się nauczycie. Nie kłopoczcie się o tegoroczny zasób wiedzy, jaką nauczyciele muszą wam przekazać. Zdążymy tego dokonać nawet w skróconym roku szkolnym. Muszę wam jednak przekazać jeszcze kilka uwag. Szczegółowy regulamin podróży podadzą wam opiekunowie domów, ale już teraz chcę was ostrzec. Wszystkie światy, które odwiedzimy, choćby najbardziej nieprawdopodobne, są prawdziwe. Można w nich się zgubić, zostać zranionym, a nawet zabitym. Dlatego kategorycznie ZABRANIAM jakiegokolwiek wałęsania się na własną rękę i prowokowania mieszkańców innych rzeczywistości. Chyba że życie wam niemiłe. Nigdy nie wiecie, czy w miejscu, w którym właśnie jesteście, nie grasują rozszalałe smoki czy epidemia skrofungulusa. Część osób wstrząsnęła się lekko. Dumbledore patrzył na nich z powagą. - Poza tym, nie wolno wam wyjawić nikomu z innych światów faktu, że jesteście z alternatywnej rzeczywistości. To mogłoby doprowadzić do odkrycia przez tamtejszych magów tajemnicy takich podróży i kto wie, być może zaczęlibyśmy być odwiedzani przez niekoniecznie przyjaznych gości z innego wymiaru. I ostatnia uwaga. Być może dziwicie się, dlaczego Ministerstwo Magii zezwoliło na tak ryzykowny krok. Uwierzcie mi, nie była to łatwa decyzja. Poprzedziliśmy ją wieloma dyskusjami i sporami, zanim przyjęliśmy i uzgodniliśmy ten projekt. W tych dniach, gdy nie wiadomo, gdzie się schronić, to będzie najbezpieczniejsze wyjście. Z góry uprzedzam też, że w żadnym ze światów nie spędzimy więcej niż kilka dni. Dłuższe przebywanie w którymś z nich tak licznej grupy osób naruszałoby równowagę w przyrodzie i mogłoby doprowadzić do niemiłych konsekwencji. Trzy czy cztery osoby nie mogłyby nią zachwiać... ale tysiąc – to już nie przelewki. No, to by było na tyle. Zmykajcie do łóżek! Dumbledore usiadł na krześle, a profesor McGonagall natychmiast zajęła go rozmową. Uczniowie opuszczali już Wielką Salę, zmierzając do dormitoriów. Harry szturchnął Rona, który zagapił się na Dumbledore’ a, i wstał. To samo zrobiła Hermiona. We trójkę wyszli do sali wejściowej i zaczęli wspinać się po marmurowych schodach, rozprawiając z przejęciem o tym, co dziś usłyszeli. Następnego dnia po śniadaniu profesor Dumbledore poprosił całą szkołę, by zebrała się na błoniach, ustawiając się domami. Harry czuł się lepiej niż zwykle, bo tej nocy porządnie się wyspał. Wymaszerował wspólnie z innymi z Wielkiej Sali i wyszedł na błonia, gdzie powoli zbierali się uczniowie, szepcząc i dyskutując. Ron i Hermiona przypomnieli sobie, że są prefektami i zaczęli krążyć w tłumie, nawołując do porządku i spokoju. Na drugim końcu tłumu ludzi stał spokojnie Malfoy, ignorując krążących bezradnie pierwszoroczniaków ze Slytherinu. Gdy cała szkoła ustawiła się domami i rocznikami – pierwszoroczniacy z przodu, siódmoklasiści w ostatnim rzędzie – pojawili się nauczyciele. Profesor McGonagall odprowadziła swój dom nieco dalej, po czym mruknęła „Sonorus”, wskazując różdżką na swoje gardło, i powiedziała: - Gryfoni! Na czas pobytu w światach alternatywnych podlegacie bezpośrednio mnie i profesorowi Hagridowi, a w razie naszej nieobecności – prefektom naczelnym i prefektom zwykłym. Jak powiedział wam wczoraj profesor Dumbledore, zakazane jest jakiekolwiek samowolne oddalanie się od grupy. Umilkła na chwilę, by zaczerpnąć tchu. Hermiona nachyliła się do Harry’ ego i szepnęła: - Zapowiada się bardzo ciekawie, prawda? Tyle będziemy się mogli nauczyć... - Aha – mruknął Harry. Ron pokiwał głową. - Aby przenieść was do innego świata, wszyscy nauczyciele będą musieli połączyć zaklęcia i stworzyć bramę, dostatecznie dużą, by wszystkich pomieścić – kontynuowała surowo McGonagall. – Żadnemu z was niech nie przyjdzie do głowy, by wchodzić w strefę otwierania bramy bez pozwolenia. Grozi to krótkotrwałym impulsem, który może was przenieść do zupełnie innego świata niż ten, do którego miała prowadzić brama. Czekacie na sygnał profesora Dumbledore’ a, zrozumiano? Rozległ się ogólny pomruk aprobaty. Profesor McGonagall poprawiła kapelusz i mówiła dalej: - Gdyby coś stało się waszemu opiekunowi, dowodzenie przejmują obecni prefekci. Mają oni za zadanie utrzymać porządek do czasu przybycia któregoś z nauczycieli. Prefekci – zwróciła się w kierunku Rona i Hermiony, którzy wyprostowali się. – Otrzymacie specjalne środki komunikacji z innymi prefektami i opiekunami, działające nawet w najcięższych warunkach. Dzięki nim powiadomicie nas o ewentualnych kłopotach, a już my was znajdziemy. Hermiona kiwnęła głową z ważną miną. Ron pokiwał swoją, po czym zerknął ukradkiem na Hermionę i zrobił dziwną, rozmarzoną minę. - Gdyby jakimś cudem zabrakło też prefektów, co jest bardzo mało prawdopodobne, reszta trzyma się razem, nikt się nie oddala. Szukajcie wówczas pomocy u mieszkańców świata, w którym jesteśmy. Nie zdradzajcie im, kim naprawdę jesteście, poproście tylko o jakiś środek komunikacji. Na pewno jakoś uda wam się nas powiadomić. Powtarzam jednak, taka sytuacja jest bardzo mało prawdopodobna. Profesor McGonagall kaszlnęła, popatrzyła po uczniach i dodała: - Aha, wyjazd jest jutro rano. Po śniadaniu zbieracie się tak jak dziś, z zachowaniem porządku. Zabierzcie różdżki, torby z zapasowymi ubraniami i co tam jeszcze macie ochotę zabrać. Byle to nie ważyło za dużo, bo będziecie opóźniać wymarsz. Pozwalam na użycie zaklęć zmniejszających i ujmujących wagę. To wszystko. Wracajcie do pokoju wspólnego. Kiwnęła im głową i odeszła. Gryfoni rozeszli się, dyskutując zawzięcie i z entuzjazmem, włączając się w rozgadany strumień ludzi na schodach. Harry czuł wewnątrz miłe podniecenie na myśl o jutrzejszej eskapadzie. Zadowolenie z perspektywy nieoczekiwanej podróży przyćmiło w nim niedawne obawy o przyszłość. Wchodząc na schody wejściowe, obejrzał się i w oddali zobaczył Dumbledore’ a rozmawiającego z Hagridem w pobliżu jego chatki. Ciekawe, jak się ma Graup, pomyślał nagle Harry, uśmiechając się lekko. Ten post był edytowany przez PrZeMeK Z.: 01.05.2006 13:01 -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| szelma |
05.01.2006 16:19
Post
#3
|
![]() Kandydat na Maga Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 83 Dołączył: 05.01.2006 Płeć: Kobieta |
No... nie powiem... całkiem całkiem
|
| wnenkowa |
05.01.2006 16:52
Post
#4
|
![]() Tłuczek Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 26 Dołączył: 13.11.2005 |
Ciekawe... Ciekawe... inne wymiary i w ogóle...zobaczymy.
pisz dalej |
| nosferatu |
05.01.2006 18:33
Post
#5
|
![]() Kandydat na Maga Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 57 Dołączył: 14.05.2004 Skąd: Skierniewice |
Bardzo bardzo fajne
-------------------- W każdym można zobaczyć coś dobrego !!! 3ba tylko poszukać !!
|
| Aly |
07.01.2006 12:56
Post
#6
|
|
Mugol Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 5 Dołączył: 29.12.2005 |
świetne w opowiadaniu są opisy uczuć - ja je uwielbiam i za to masz wielki + u mnie
dobry pomysł z tymi innymi światami - nie mogę się doczekać żeby zobaczyć Hogwart , którego dyrektorem jest Filch niecierpliwie czekam na następną część PS tak w ogóle to witam wszystkich -------------------- |
| szelma |
01.02.2006 19:12
Post
#7
|
![]() Kandydat na Maga Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 83 Dołączył: 05.01.2006 Płeć: Kobieta |
ekhm.... a gdzie kolejne party??
|
| EnIgMa |
01.02.2006 20:39
Post
#8
|
![]() Tłuczek Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 43 Dołączył: 30.01.2006 Płeć: Kobieta |
Może jestem nastawiona zbyt sceptycznie, ale jakoś nie przypadł mi do gustu pomysł z tymi światami alternatywnymi... styl jednak masz całkiem niezły
-------------------- "Love isn't brains, children, it's blood. Blood screaming inside you to work its will."
Nakarm mnie... |
| PrZeMeK Z. |
05.02.2006 20:11
Post
#9
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
Nie próżnowałem
Rozdział III Podróż Następnego dnia Harry nie był jedynym, który wstał wcześnie rano. Ron, Seamus, Neville i Dean pakowali torby, rozmawiając z ożywieniem. Zaraz również zabrał się do roboty, co chwila rzucając na ubrania i przedmioty zaklęcia redukujące i ujmujące ciężar. Gdy wypełnił już torbę ubraniami, rękawicami ze smoczej skóry, zminiaturyzowaną Błyskawicą (opierała się zaklęciu przez dość długi czas; najwyraźniej miała zabezpieczenia przed takimi próbami) i peleryną – niewidką, pogrzebał w kufrze i natrafił na Mapę Huncwotów. Nie wiedział dlaczego, ale coś tknęło go, by ją zabrać. W innych światach rozkład Hogwartu jest z pewnością zupełnie inny, a może Hogwartu wcale nie ma. Mimo wszystko mapa była lekka, więc zwinął ją w rulon i wsunął na spód torby. Dorzucił jeszcze tylko kilka kawałków pergaminu, kałamarz i pióro, po czym wraz z resztą dormitorium zszedł na śniadanie z torbą na ramieniu. Jedzenie było pochłaniane szybko i sprawnie, bo wszyscy nie mogli się już doczekać wymarszu. Wielka Sala wypełniona była gwarem podnieconych rozmów i wymienianych szeptem uwag. Gdy Harry kończył jajecznicę, do ich stołu podeszła profesor McGonagall i zabrała gdzieś Rona i Hermionę. Być może było to przywidzenie Harry’ ego, ale Ron chyba trzymał się celowo krok za Hermioną i wbijał wzrok w jej kołyszące się włosy. Harry nie wiedział, co o tym myśleć. Przy sąsiednich stołach stali pozostali opiekunowie, zbierając prefektów. Przyjaciele Harry’ ego wrócili po jakimś kwadransie, wyglądając na bardzo czymś ucieszonych. Później powstał profesor Dumbledore, by przemówić do uczniów. - Jeśli już najedliście się, chciałbym prosić was o zebranie się na błoniach, tak jak w dniu wczorajszym, o czym zresztą na pewno przypomnieli wam opiekunowie domów. Zachowajcie porządek i spokój. Wyznaczę na błoniach linię, której pod żadnym pozorem nie wolno wam przekraczać... w każdym razie próbować to zrobić, ponieważ linia będzie magiczną blokadą... w każdym razie, przekroczenie jej grozi niezaplanowaną podróżą do innej rzeczywistości, skąd sami nie powrócicie. Zasady już znacie... Wyruszamy. Cała szkoła opuściła zamek. Harry schodził właśnie po schodach na błonia, patrząc na Rona i Hermionę idących kilkanaście kroków przed nim, gdy ktoś położył mu rękę na ramieniu. Obrócił się i ujrzał Lunę. - Cześć! – powiedziała rozmarzonym głosem, wciąż trzymając mu rękę na ramieniu. – Mogę z tobą zamienić słowo? - Eee... Jasne – wybąkał zaskoczony Harry. – Chodźmy tu na bok... Razem zeszli ze schodów i odeszli kawałek w kierunku murów zamku. (Luna puściła go wreszcie, co przyjął z ulgą, bo czuł się nieco zdeprymowany). Zatrzymali się w ocienionym załomie muru. Luna miała poważną minę, co w połączeniu z jej bardzo jasnymi brwiami i wyłupiastymi oczami dawało dość niepokojący efekt. - Wiesz, chciałam ci powiedzieć coś ważnego – odezwała się głosem pozbawionym rozmarzonej nuty. – Wczoraj ćwiczyłam wróżbiarstwo i wyszło mi coś bardzo dziwnego w układzie planet... Potem zinterpretowałam swój ostatni sen, ale nie przerabialiśmy jeszcze wróżenia ze snów i musiałam korzystać z podręcznika, więc mogło mi się coś pomylić... Harry już otwierał usta, by przerwać potok jej wymowy i wyrazić swoją opinię na temat wróżbiarstwa, gdy Luna niespodziewanie umilkła i szybkim ruchem zasłoniła mu usta dłonią. Zdumiony Harry nie wiedział, co zrobić. Luna opuściła rękę, gestem nakazując mu milczenie. Z oddali dobiegały jakieś nawoływania. Nagle oczy Luny zamgliły się, jej dłonie zaczęły drżeć, a rysy twarzy ściągnęły się w jakimś bolesnym skurczu. Zachwiała się i byłaby upadła, gdyby Harry nie rzucił się do przodu i nie złapał jej. Podtrzymywał ją z trudem, bo cała drżała, jej powieki kilkakrotnie zamrugały spazmatycznie. Harry był przerażony, nie miał bladego pojęcia, co robić. Wyglądało to na jakiś atak. Ręce Luny błądziły gorączkowo po jego barkach i ramionach jak ręce ślepca, trzęsła się coraz silniej. Z jej ust wydarł się okrzyk bólu, potem drugi. Harry już miał wołać o pomoc, gdy nagle dziewczyna szeroko rozwarła oczy. - TO SIĘ ZBLIŻA – wyrzuciła z siebie wraz z jękiem bólu. – ...ZMIANA... WIELKA ZMIANA... ROZŁĄCZENI, ALE DWOJE... DESZCZ – wyrzucała z siebie pojedyncze, oderwane słowa, krztusząc się i spazmatycznie łapiąc powietrze. – UMYKAJĄ, UMKNĄ POŚCIGOWI... CHŁÓD NOCY... CIEMNOŚCI PANUJĄ TAM, GDZIE BRAK SPRAWIEDLIWYCH... WALKA KOLEJNA, NOWA SIĘ ZACZNIE... LECZ TYM RAZEM DWOJE... DWOJE... – traciła siły. – OCALIĆ.... TA, KTÓRA JEST SIŁĄ... WŚRÓD CIENI ODNAJDĄ POMOC... LECZ ZBLIŻA SIĘ MROK. Luna powoli opuściła powieki, jej ciało uspokajało się. Kaszlnęła, nabrała powietrza i zwymiotowała – Harry w ostatniej chwili zdążył wysunąć się spod jej ramienia. Teraz podtrzymywał ją za ramiona, czując w głowie zamęt. Luna wygłosiła przepowiednię. I to najdziwniejszą przepowiednię, jaką kiedykolwiek słyszał. Dziewczyna podniosła się i wyprostowała, ocierając usta rękawem. Była bardzo blada i wyglądała niezdrowo. Wciąż z trudem utrzymywała się na nogach, więc Harry wziął ją za rękę i pozwolił się jej oprzeć na sobie, co z ulgą zrobiła. Gdy patrzył na nią, znękaną i osłabłą, przypomniał sobie nagle jej odwagę w Departamencie Tajemnic, rozmowę tuż przed zakończeniem roku, ich pierwsze spotkanie w pociągu – i zrobiło mu się jej żal. Teraz nawoływania były zupełnie wyraźne. - Haaaaaary!!! Luuuuuuna!!! - Idziemy! – odkrzyknął Harry, otrząsając się z przygnębionego zamyślenia. – Wszystko w porządku! Wraz z Luną zaczął powoli iść ku zebranym już na błoniach uczniom. Większość z nich wychylała się ze swoich szeregów, gapiąc się na nich. Luna spojrzała na niego i uśmiechnęła się blado. - Przepraszam – powiedziała cicho. - W porządku – szybko odparł Harry. – Eee... czy często masz takie... ataki? - Nie – westchnęła. – Pierwszy raz... Harry, co się działo? Nie pamiętam... Harry nie wiedział, co odpowiedzieć. Ku nim zmierzała już Hermiona z profesor McGonagall, która wyglądała na zaniepokojoną. Zaraz podeszła do Luny. - Panno Lovegood, wszystko w porządku? Co się stało? - Nic – powiedział Harry i cała trójka spojrzała na niego. Był lekko zdenerwowany. – Luna źle się poczuła, gdy rozmawialiśmy, to wszystko... Luna zerknęła na niego spod swoich jasnych brwi. Odsunęła się od Harry’ ego i powiedział już swoim zwykłym, rozmarzonym tonem: - Czuję się już dobrze. Możemy wyruszać? - Na pewno? – spytała profesor McGonagall, po czym spojrzała na Harry’ ego i Hermionę. – Zmiatajcie do szeregu, nie mamy czasu. Po czym oddaliła się z Luną ku miejscu, gdzie ustawieni byli Krukoni. Dwójka Gryfonów szybko wróciła do swojego miejsca między Ronem a Parvati. Wszyscy naokoło zaczęli wypytywać Harry’ ego, co się stało. Szeptem odpowiedział, że Luna źle się poczuła, zatajając tylko, co było tego powodem. Nagle rozległ się magicznie nagłośniony głos profesora Dumbledore’ a, tak, że wszyscy podskoczyli. - Proszę was wszystkich o nie ruszanie się od tej chwili z miejsc. Gdy dam sygnał, kolejno, rzędami, wchodzicie za swoimi opiekunami w bramę. Zachowajcie porządek i ciszę. Dyrektor machnął różdżką zamaszyście z lewa na prawo, a w powietrzu pojawiła się długa, dość gruba linia utkana jakby z purpurowego, gęstego dymu. Linia zatoczyła łuki i utworzyła olbrzymie koło. Szerokością sięgało aż po najdalsze krańce szeregów uczniów. Nikt się nie poruszył i po chwili zapadła kompletna cisza. Nauczyciele wyszli poza linię, po czym ustawili się w duże półkole naprzeciw niej; tylko Hagrid stał wewnątrz linii wraz z uczniami. Profesorowie unieśli w górę różdżki i jednym głosem zaczęli mówić jakieś dziwne słowa. Głos Dumbledore’ a stał się donośniejszy, wybijał się ponad chór reszty zaklęć. Harry’ emu wydawało się, że dyrektor mówi po łacinie. Wtem z różdżek profesorów trysnęły cienkie strużki bladoniebieskiego, jasnego światła. Zakreśliły w powietrzu wysokie łuki, łącząc się na wysokości jakichś dwudziestu stóp. Nauczyciele obniżyli różdżki, dotykając nimi ziemi, a błękitne linie jakby oddzieliły się od różdżek, tworząc półkoliste ogrodzenie ze światła. Profesorowie okrążyli wyczarowane przez siebie linie i ustawili się długim rzędem kilka kroków przed uczniami, plecami do purpurowej granicy. Wśród studentów Hogwartu dały się słyszeć szepty i pomruki. Teraz wszyscy nauczyciele ponownie podnieśli różdżki i wołali coś chórem, zataczając nimi okręgi i łuki. Poruszali się doskonale zsynchronizowani, niczym tancerze, ich ruchy były dokładnie takie same, różdżki zataczały idealnie równe kąty. Powierzchnia między jasnoniebieskimi liniami zaiskrzyła się, pojawiły się w niej złociste światełka, migocące jak gwiazdy. Głosy rosły, złotych punkcików było coraz więcej, aż utworzyły mglistą kopułę o rusztowaniu z niebieskich linii. Potem błękitne łuki rozmyły się i zniknęły w złotym świetle. Wyglądało to jak wielka misa, wkopana do połowy w ziemię. Profesorowie jeszcze bardziej zbliżyli się do linii z czerwonego dymu, niemal weszli w nią. Harry dostrzegł pot na twarzy Snape’ a, który był najbliżej. Zrozumiał, że otwieranie bramy wchodzi w najcięższą fazę. Teraz tylko profesor Dumbledore wypowiadał formuły zaklęć. Jego silny, czysty głos układał się w słowa o brzmieniu to greckim, to łacińskim, to jakimś zupełnie obcym. Z jego wzniesionej na wysokość piersi różdżki wystrzelił szeroki, jasnozielony promień i wniknął w kopułę. Złota mgła zawirowała i zgęstniała, a potem nagle rozległ się ogłuszający huk i po ziemi rozeszła się fala zielonej mgły, tak szybka, że wyglądała jak tsunami. W tłumie uczniów rozległy się przerażone okrzyki. Nauczyciele skierowali różdżki w nadciągającą falę uderzeniową i wykrzyczeli jakieś zaklęcia. Zielonkawa fala uderzyła w niewidzialne bariery wyczarowane przez profesorów, którzy aż cofnęli się o krok pod jej siłą. Snape wbił obcasy w ziemię, zaciskając zęby i próbując przeciwstawić się potężnej sile. Jego buty wyryły w murawie płytkie, kilkucalowe rowki, zanim zdołał stanąć w miejscu. Zielona mgła wystrzeliła skłębiona w górę, jakby chciała przelecieć ponad magicznymi barierami, po czym znikła równie niespodziewanie jak się pojawiła. Dumbledore wzniósł różdżkę raz jeszcze i machnął nią z góry na dół. Z góry jaśniejącej kopuły opadła powoli gęsta fala jasnego, białego światła. Blask płynął w dół jak gęsta ciecz, po czym dotknął ziemi i znieruchomiał przy niej, falując tylko gdzieniegdzie jak tkanina na wietrze. Harry bez słowa patrzył na ostro zakończony łuk i świetlistą zasłonę. Nauczyciele odprężyli się, niektórzy otarli pot z czoła. Dyrektor skinął im głową i stanął naprzeciw bramy. Profesorowie wrócili do swoich uczniów, a czerwona linia rozpłynęła się w nicość. Hermiona wymieniła z Harrym pełne podziwu spojrzenia. - Naprzód! – powiedział donośnie profesor Dumbledore, ruszając ku bramie. Cztery domy Hogwartu pod przewodnictwem opiekunów pomaszerowały za nim. Przejście rosło im w oczach. Pierwsze rzędy uczniów znikały już w świetlistej zasłonie. Harry czuł dzikie walenie serca, zaschło mu w gardle. Obok Hermiona zaciskała z emocji pięści. Ron wpatrywał się jak urzeczony w bramę do innych światów. Byli coraz bliżej. Wreszcie, z duszą na ramieniu i drżeniem rąk, Harry i jego rząd zanurzyli się w światło. Ten post był edytowany przez PrZeMeK Z.: 01.05.2006 13:03 -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| PrZeMeK Z. |
05.02.2006 20:12
Post
#10
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
Rozdział IV
Nowy świat Przejście przez światło wywoływało wrażenie, że przechodzi się pod falą ciepłego powietrza. Harry otworzył przymrużone dotąd od blasku oczy, ale z początku nic nie widział. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że w miejscu, gdzie się znaleźli, jest ciemniej niż na hogwarckich błoniach. Półmrok dodatkowo pogłębiało światło padające zza ich pleców. O ile mógł się zorientować, byli na otwartej przestrzeni, bo pod stopami szeleściła mu trawa. - Stać! – rozległ się donośny głos profesora Dumbledore’ a. Stanęli posłusznie. Ron oddychał szybko. Oczy Harry’ ego przyzwyczaiły się już nieco do półmroku, rozejrzał się więc ponad głowami uczniów niższych klas i dostrzegł majaczący daleko po prawej zarys lasu, nad którym widniał pasek bladego błękitu zmieszanego z głębokim fioletem. Zwrócił głowę w lewo i ku swojemu ogromnemu zdumieniu dostrzegł rozjaśniony światłem okien Hogwart. Wyglądał zupełnie identycznie jak ich szkoła. Przemknęła mu nawet przez głowę myśl, że może to jakaś pomyłka i wrócili w to samo miejsce, z którego wyruszyli, tyle że wieczorem. Dokoła rozlegały się przyciszone rozmowy uczniów. Wtedy jednak zdarzyło się coś, co udowodniło Harry’ emu, że są w innym świecie i zamknęło usta wszystkich. Dał się słyszeć odgłos kroków setek stóp i zza pagórka wyłoniły się szeregi ludzi. Większość miała na sobie, jak się wydawało, wyjściowe szaty. Na czele pochodu szli czarodzieje wyglądający na starszych. Gdy zbliżyli się na kilkanaście kroków, rozległy się okrzyki i wszyscy stanęli, spoglądając na nowo przybyłych przez bramę gości. Harry nie widział ich wyraźnie, było na to już zbyt ciemno, a brama, która dotąd świeciła jasno, zamrugała i zniknęła. Dumbledore wyszedł do przodu, na co z przeciwnej strony naprzeciw niemu wystąpił niewysoki, chudy mężczyzna ubrany w purpurową, haftowaną złotem szatę. Podał Dumbledore’ owi rękę, a ten uścisnął ją z uśmiechem. Mężczyzna ubrany na purpurowo uniósł różdżkę i machnął nią. W powietrzu pojawiły się nagle setki świecących, kryształowych kul, podobnych do tych, które Harry pamiętał ze Świętego Munga, które zalały blaskiem dwie wielkie grupy ludzi naprzeciw siebie. Z obu stron rozległy się zduszone okrzyki zaskoczenia. To byli oni. Naprzeciw uczniów z „naszego” świata stały ich idealne sobowtóry. Jedyne, czym się różnili, to ubiór i godła Hogwartu przyszyte na tiarach. Harry z osłupieniem dostrzegł po przeciwnej stronie jednego z pierwszoroczniaków, którego zapamiętał z Ceremonii Przydziału. Powiódł wzrokiem ku szeregom szóstoklasistów i o mało nie upadł. Stał tam on sam wraz z Ronem, Hermioną, Nevillem, Deanem i resztą ich klasy. Jego sobowtór też wpatrywał się w niego, zdumiony. Byli zupełnie identyczni, tutejszy Harry miał nawet identyczną szatę wyjściową jak ta, którą Harry’ emu kupiła pani Weasley. Harry poczuł się tak, jakby patrzył w lustro. Z trudem oderwał wzrok od siebie samego i zerknął na swoich przyjaciół. Ron stał z otwartymi ustami, gapiąc się na sobowtóra Ginny stojącego w rzędzie piątoklasistów. Hermiona miała na twarzy zachwycony uśmiech i wodziła oczami po setkach ludzi przed nimi. Harry przypomniał sobie nagle słowa Dumbledore’ a, które ten wygłosił na wczorajszej uczcie i szybko przeniósł wzrok na tego, który witał się z Dumbledorem. Był to Argus Filch. Ale zupełnie inny Argus Filch. Twarz miał ogoloną i czystą, a jej rysy wyrażały odwagę i zdecydowanie. Stał wyprostowany, ubrany we wspaniały strój, w ręku trzymał różdżkę. Zupełnie nie przypominał znienawidzonego woźnego, jakim był w ich świecie. Tu był dyrektorem szkoły i pełnoprawnym czarodziejem. Do tego najwidoczniej obdarzonym dużą mocą – sądząc po ilości kul, które wyczarował jednym ruchem różdżki. Teraz wskazał różdżką na swoje gardło, mruknął „Sonora!” i przemówił, a jego głos potoczył się grzmotem ponad głowami gości. - Witam was bardzo serdecznie i gorąco w Hogwarcie, drodzy przybysze z innego wymiaru. Ufam, że będzie wam u nas dobrze i wygodnie. Z tego, co mi wiadomo, jesteście tuż po śniadaniu, więc nie zaproponuję wam uczty, tylko skromny poczęstunek. Uczta nastąpi jutro. Na czas waszego pobytu tutaj zarządziłem przerwanie zajęć lekcyjnych uczniów tej szkoły, więc będziecie mogli bez przeszkód zwiedzić zamek. Nie wolno wam tylko odwiedzać gabinetów profesorskich, pokojów wspólnych domów i, co chyba oczywiste, sypialni uczniów. Dlatego właśnie nie podam wam haseł do domów. Spać będziecie w specjalnie do tego celu przystosowanej Głównej Sali, w której odbywać się też będą posiłki. CISZA! – wrzasnął nagle donośnym głosem, którego ton Harry tak dobrze znał, a rozmowy i poszeptywania wśród jego uczniów natychmiast umilkły. - A teraz zapraszam na poczęstunek. Czujcie się jak u siebie w domu. Wszystko to wypowiedział dość szybko, tonem nie znoszącym sprzeciwu. Harry uśmiechnął się w duchu, bo to bardzo przypominało mu charakter „ich” Filcha. Dumbledore dał znak i jego uczniowie wkroczyli do zamku, a za nimi podążyli tutejsi studenci. Gdy wkroczyli do Wielkiej Sali (zwanej tu Główną Salą), Harry zorientował się, że musiała zostać magicznie powiększona, jak niegdyś samochód Weasleyów, bo choć z zewnątrz wcale nie sprawiała wrażenia większej, w środku stały nie cztery, lecz osiem stołów uczniowskich wraz z ławkami w takich samych jak w „ich” szkole, dużych odstępach. Swobodnie zajęli swoje zwykłe miejsca przy stołach stojących bliżej drzwi. Hermiona szturchnęła Harry’ ego i wskazała na daleki koniec sali, gdzie stał olbrzymi, łukowato wygięty po bokach stół profesorski, zdolny w tej chwili pomieścić podwójną kadrę pedagogiczną. W środku, za stołem, stały dwa złote krzesła, w których zasiadali właśnie Dumbledore i tutejszy Filch. Powoli zapełniły się i dalsze stoły. Uczniowie z tego świata bezustannie szeptali i zerkali na przybyszów, w czym ci dzielnie im sekundowali. Harry przestał gapić się na drugi stół Gryffindoru dopiero wtedy, gdy napotkał spojrzenie swojego sobowtóra. Obaj zawstydzeni odwrócili wzrok. Gdy zapadła w końcu względna cisza, powstał Filch. - Smacznego! – powiedział z lekkim uśmiechem i wzniósł dłonie, a na stołach natychmiast pojawiły się potrawy. „Skromny poczęstunek” okazał się być dziesiątkami talerzy wypełnionych najróżniejszymi słodyczami, ciastami, owocami i sokami. Harry zapomniał o tym, że jest tuż po śniadaniu. Wraz z innymi zajadał się wybornymi słodkościami, w międzyczasie wymieniając z Ronem i Hermioną uwagi na temat Głównej Sali. Przy stole Slytherinu Draco Malfoy również jadł, ale na jego twarzy malowało się niezadowolenie. Zdawał się nie ufać potrawom przysłanym z polecenia charłaka. Gdy posiłek zakończył się, profesor Filch pożegnał surowym tonem swoich uczniów i życzył im dobrej nocy (a brzmiało to tak, jakby mówił: „Niech no który spróbuje coś zrobić nie tak!”). Kiedy w sali zostali już tylko goście, machnął różdżką i wyczarował setki fioletowych śpiworów. Przy każdym leżała fiolka z jasnożółtym eliksirem. - To eliksir wywołujący po paru minutach senność – powiedział. – Jesteście dopiero kilka godzin na nogach, więc będziecie potrzebowali pomocy przy zaśnięciu. Potem skinął im głową i wraz z kadrą nauczycielską gości odszedł. Przez kilka minut panowało zamieszanie, gdy uczniowie brali śpiwory i przesuwali je w różnych kierunkach, chcąc położyć się ze swoimi kolegami i koleżankami. Ron i Hermiona przypomnieli sobie o obowiązkach prefektów i poszli uciszać i uspokajać tych najbardziej hałasujących. Gdy zapanował względny spokój, a miejsca do spania szukali już tylko nieliczni, nowa prefekt naczelna, Helena Latroya, pogasiła różdżką świece. W Głównej Sali zapadła ciemność, rozjaśniana tylko kilkoma pochodniami w kątach pomieszczenia i gwiazdami na sklepieniu. Harry poprawiał właśnie poduszkę, gdy wrócili Ron i Hermiona. Za nimi szurał ktoś jeszcze i w mroku Harry dostrzegł dwie sylwetki wsuwające się do śpiworów. - Ginny i Neville przyszli do nas – szepnęła Hermiona. Wszyscy ułożyli się wygodnie i wypili eliksir. Przez kilka chwil panowała cisza, a potem rozległo się szuranie i czyjś gniewny ton. Zaraz potem ktoś położył śpiwór za Harrym. Chłopiec odwrócił się i dojrzał postać dziewczyny o długich włosach. - Cześć – usłyszeli cichy głos Luny. – Mogę spać z wami? Moje koleżanki ciągle się wiercą... - Jasne – odszepnęła Ginny. Luna wsunęła się do śpiwora w szacie. Harry leżał na boku, patrząc na nią przymrużonymi oczami, czując senność. Luna tymczasem wsunęła ręce do śpiwora i przez kilka chwil gmerała nimi, rozpinając guziki. Potem wyjęła ręce, rozpinając górne guziki szaty. Następnie włożyła dłonie za kołnierz szaty i po chwili wyjęła spod niej swój stanik, który schowała pod kołdrę z westchnieniem ulgi. Harry’ ego zatkało, ale był na tyle przytomny, ze nie odezwał się ani słowem. Otrząsnął się dopiero po chwili, podczas gdy Luna najwyraźniej zasypiała. Przecież to nic niezwykłego, powiedział sobie, czuł się jednak dziwnie. Nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji. Luna wydała mu się jeszcze niezwyklejsza niż przedtem; czyżby myślała, że on jej nie widzi? A może nie krępowała się jego obecnością? Wokoło zapadła cisza, przerywana tylko miarowymi oddechami i odległym pochrapywaniem uczniów. Wszyscy dawno już zasnęli, ale Harry leżał na plecach z szeroko otwartymi oczami, patrząc na jaśniejący teraz pośrodku nieboskłonu księżyc w pełni. Myślał o tym wszystkim, co wydarzyło się dzisiejszego dnia, nie czując zupełnie senności. Nie mógł przestać myśleć o tym, co widział... o Lunie. Rozpamiętywał każdy szczegół obrazu, który wzbudził w nim takie emocje. Zachodził w głowę, czemu Luna nie krępowała się w jego obecności. Nagle wnętrzności skręciły mu się, a na policzki wypełzł rumieniec. A jeśli po prostu liczyła, że jest taktowny i zamknął oczy? Boże... poczuł się jak jakiś nieokrzesaniec. Pomyślał, że musi spróbować zrozumieć Lunę. Były takie chwile, kiedy czuł między nimi jakieś połączenie... choć to, co ich naprawdę łączyło, nie było pozytywne. Śmierć – bo jak inaczej określić testrale, głosy zza kamiennego łuku, ich rozmowę podczas uczty pożegnalnej – nie jest dobrą podstawą przyjaźni. Krążył jeszcze myślą wokół tych spraw, aż wreszcie zmorzył go sen. Następnego dnia po śniadaniu Harry wyszedł na hogwarckie błonia wraz z tłumem innych uczniów. Zauważył, że uczniowie tego Hogwartu zachowują się dość cicho i spokojnie, a gdy obok nich przechodzi któryś z nauczycieli, wszyscy kłaniają się im z szacunkiem. Harry nie miał konkretnych planów, co robić przez cały dzień. Od Hermiony dowiedział się, że pozostaną w tym świecie do jutrzejszego ranka, miał więc mnóstwo czasu, by pozwiedzać. Nastrój miał dość dobry, co z pewnością wiązało się z poczuciem bezpieczeństwa. I ciekawością. Po krótkim wahaniu zawrócił ku zamkowi. Postanowił przespacerować się korytarzami i zobaczyć, czy czymś się różnią od tych mu znanych. Wszedł właśnie do sali wejściowej, gdy dopędziła go Ginny. - Harry, czekaj! – wysapała, zatrzymując się przy nim i opierając się na jego ramieniu. – Gdzie idziesz? - Pospacerować po zamku – odparł. – Idziesz ze mną? - Jasne – odrzekła i ruszyli po marmurowych schodach w górę. Przez kilkanaście minut przemierzali w milczeniu korytarze. Harry zwrócił uwagę, że w zamku jest bardzo czysto, a uczniowie wydają się rozmawiać tylko o nauce – w każdym razie rozmawiali o niej, kiedy ich mijał. Harry uśmiechał się w duchu, widząc ten jawny wpływ Filcha na szkołę. Przyjemnie mu się milczało, Ginny też nie wydawała się skora do rozpoczynania jakiejkolwiek rozmowy, więc nie odzywali się, spacerując po pogmatwanych, zupełnie innych niż w ich świecie korytarzach. Harry kilkakrotnie o mało się nie zgubił, ale zawsze udawało im się znaleźć jakieś kolejne schody albo przejście. W końcu on i Ginny przystanęli przy otwartym oknie, z którego widać było skrawek jeziora. Ku jego ogromnemu zdziwieniu, Ginny niepewnie wzięła go za rękę. Nie cofnął jej, ale musiała poczuć, że drgnął, bo spytała z lekkim strachem w głosie: - Coś nie tak, Harry? Pokręcił głową, ale po chwili nie wytrzymał i zapytał: - Eee... Ginny... dlaczego trzymasz mnie za rękę? Spojrzała mu w oczy, wyraźnie zaskoczona i jakby zaniepokojona tym pytaniem. - Jak to dlaczego? Harry, myślałam, że już to sobie wyjaśniliśmy... Przecież ze sobą chodzimy, więc chyba mam prawo, prawda? - Co takiego? –Harry wytrzeszczył na nią oczy. - No tak! – niecierpliwie skrzywiła wargi. – Nie udawaj, Harry... Nagle w głowie zaświtało mu pewne podejrzenie. - Eee... czy ty aby nie jesteś z tego Hogwartu? Popatrzyła nagle na niego z szeroko otwartymi z przerażenia oczami i puściła szybko jego rękę. - Och... przepraszam! – wyjąkała. – Pomyliłam się... Myślałam, że to... mój Harry... A ty jesteś stamtąd... Och, wybacz mi! - Nic się nie stało – powiedział, ale ona była tak zawstydzona pomyłką, że zarumieniła się jak piwonia i czmychnęła. Harry uśmiechnął się lekko i sam kontynuował spacer. A więc tutaj chodzę z Ginny, pomyślał. Ciekawe, co na to Ron? W chwili, gdy o tym pomyślał, przyszedł mu do głowy szaleńczy pomysł. Naprawdę wariacki. Zawahał się przez chwilę, bijąc się z myślami... a potem przypomniał sobie, że będą tu bardzo krótko, więc... Odwrócił się na pięcie i pognał ku Głównej Sali, gdzie zostawił swoją torbę. Już kilkanaście minut później Harry czaił się za zbroją tuż obok korytarza wiodącego do wieży Gryffindoru. Kiedy tylko pojawił się jakiś Gryfon, Harry podsłuchał hasło („Lux in tenebris”) i bez przeszkód wszedł do pokoju wspólnego, strzeżonego przez portret mocarnego rycerza bez prawej ręki. Wnętrze różniło się od tego mu znanego głównie rozstawieniem mebli i wizerunkami na arrasach. Siedziało tu mnóstwo tutejszych Gryfonów, w tym bracia Creeveyowie, którzy rzucili mu od drzwi zachwycone spojrzenie, ale nie śmieli się zbliżyć. W kącie dostrzegł Krzywołapa zwiniętego na fotelu. Starając się nie zwracać na siebie uwagi, usiadł na kanapie stojącej pod oknem. Siedziała na niej jakaś drugoklasistka, która rzuciła mu przerażone spojrzenie i uciekła, gdy tylko opadł na siedzenie. Nie miał pojęcia, o co jej chodzi. Portret odchylił się i do środka wszedł Ron z bardzo zadowolonym wyrazem twarzy, rozmawiając ożywionym głosem z dwiema ładnymi dziewczynami, na oko młodszymi o dwa lata. Rzucił im półgłosem kilka słów, na co zachichotały i zmyły się. Ron rozejrzał się, dostrzegł Harry’ ego (który za wszelka cenę starał się utrzymać kamienny wyraz twarzy) i usiadł koło niego. - Hej, stary! – zagadnął, trącając Harry’ ego pięścią w ramię. – Gdzieś ty był? Cały ranek cię szukam! - Cześć – mruknął Harry, próbując się uśmiechnąć poprzez oszołomienie. – Space... - Co ja widzę?! – wrzasnął Ron, klepiąc go po plecach. – Ty się UŚMIECHASZ! No, no, nie widziałem, żebyś się tak radośnie wykrzywił od śmierci tego Diggory’ ego! Harry poczuł niemiły skurcz żołądka. Ten Ron był zupełnym przeciwieństwem jego przyjaciela... i mówił tak lekceważąco o Cedriku. A on sam najwidoczniej był ponurym gburem, co tłumaczyłoby zachowanie drugoklasistki. Wstał. - Sorry, ale muszę iść – powiedział opryskliwym tonem. – Sprawa do załatwienia. Ron już gapił się na jakąś uczennicę z piątej klasy, uśmiechając się bezczelnie. - Jasne – machnął ręką. – Miłej zabawy... Harry westchnął z ulgą i zrobił zaledwie kilka kroków ku wyjściu, gdy przez dziurę za portretem wszedł... on. Przez dobrą chwilę gapili się na siebie – jego sobowtór z bezbrzeżnym zdumieniem. W pokoju wspólnym nagle ucichły rozmowy i wszystkie oczy zwróciły się na nich. A potem nasz Harry sięgnął do torby i wyszarpnął z niej srebrzysty płaszcz, po czym pchnął swojego sobowtóra i uciekł przez dziurę pod portretem. W biegu narzucił na siebie pelerynę – niewidkę i zaczaił się za zbroją. Za chwilę na korytarz wybiegło kilka osób, w tym jego sobowtór, ale nie znaleźli go. Nie za bardzo zresztą szukali. Harry wyszedł na błonia w pelerynie, rozmyślając nad tym, co widział. W tym świecie przyjaciele nie wspierali go zbytnio... Śmierć i cierpienia, które widział, bardzo zmieniły jego sobowtóra. Wzdrygnął się na myśl, że gdyby nie Ron i Hermiona, on też mógłby być kimś takim... Ten post był edytowany przez PrZeMeK Z.: 01.05.2006 13:07 -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| PrZeMeK Z. |
05.02.2006 20:13
Post
#11
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
Rozdział V
Nieprzewidziane wypadki Następnego ranka po śniadaniu Harry i reszta ustawili się tak jak przed pierwszą podróżą. Profesorowie znów otworzyli bramę - co poszło im zdecydowanie łatwiej niż poprzednio - i cały Hogwart wkroczył w światło. Nowe miejsce miało tę samą porę dnia, a więc ranek, co można było wywnioskować ze słońca. Dumbledore nakazał wszystkim zatrzymać się. Znajdowali się w wielkim zagłębieniu terenu, jakby niewielkiej kotlinie, której łagodne ściany wznosiły się dość wysoko, tak że nad nimi widać było tylko błękitne niebo. Pod stopami uczniów szeleściła trawa, ale wyglądała dość dziwacznie, bo miała lekko błękitnawy odcień, niczym wodorosty, a do tego jej źdźbła były rozdwojone na końcach. Nagle rozległy się donośne fanfary i huki wystrzałów z różdżek, a zaraz po nich głośny szum i warkot, jakby dziesiątek samochodów na ruchliwej autostradzie. (Rzecz jasna, takie porównanie przyszło do głowy tylko uczniom z mugolskich rodzin). Ron wymienił z Harrym zdziwione spojrzenie, gdy profesor McGonagall zbliżyła się do Gryfonów. - Spokój! – powiedziała surowo. – Profesor Dumbledore za chwilę powie, co się dzieje. Przekażcie to innym... Gryfoni szeptem przekazali sobie nawzajem tę wiadomość, po czym umilkli. Uczniowie niższych klas mieli zaniepokojone miny. Hałas nie ustawał, przeciwnie, wzmógł się. Teraz z oddali dobiegały również odgłosy jakby muzyki i okrzyków. Wtem tuż obok kotlinki rozległ się ogłuszający huk i coś jaskrawego wystrzeliło w niebo, ciągnąc za sobą z sykiem strumień iskier. Harry instynktownie pochylił się, zanim się zorientował, że to fajerwerki. Pocisk eksplodował wysoko, rozsiewając złote gwiazdki. - Hej, wszystko w porządku! – zawołał ze śmiechem do Neville’ a, który osłonił głowę rękami. – To tylko fajerwerki. Nic nam nie grozi... W tej samej chwili rozpętało się piekło. Kilka dużych sztucznych ogni z donośnym gwizdem wypadło zza krawędzi zagłębienia i eksplodowało w tłumie uczniów. Wybuchła totalna panika. Niektórzy uczniowie próbowali wspinać się na ściany kotliny, inni biegali bezładnie lub po prostu stali jak wryci. Z setek gardeł wydzierał się ogłuszający, przerażony wrzask. Pośród tego chaosu kilkanaście osób leżało na ziemi, pojękując lub – co gorsza – nie dając znaku życia. Niektórym paliły się szaty. Harry w momencie eksplozji padł na ziemię i osłonił głowę rękami. To samo zdążyli zrobić jego przyjaciele i kilkunastu innych uczniów różnych domów i klas. Gdy na głowę przestał mu spadać deszcz grudek ziemi i piachu, Harry zerwał się i krzyknął: - Hermiono! Ron! Ginny! Chodźcie, musimy pomóc rannym! Jego przyjaciele bez słowa pognali za nim i w kilka chwil, nie żałując łokci w sytuacji wyższej konieczności, znaleźli się przy poszkodowanych uczniach. Próbujący zapanować nad chaosem nauczyciele jeszcze nie zdołali tu dotrzeć. Harry zorientował się, że ofiarami są głównie Ślizgoni i Puchoni, którzy znajdowali się najbliżej strefy wybuchu. Zabrali się do najbardziej doraźnej pomocy: różdżkami ugasili palące się ubrania rannych. Następnie zaczęli po kolei odciągać ich od dymiących dziur w ziemi i biegającego tłumu, pod ściany kotliny. Kilku drugo- i trzecioroczniaków wyglądało naprawdę kiepsko. Ron zawołał coś o zaklęciu tworzącym bandaże, więc Hermiona w mig wyczarowała kilka zwojów. W międzyczasie przyłączyło się do nich kilku Ślizgonów i wspólnie zabrali się do opatrywania ran. Ślizgoni nie patrzyli na Gryfonów, pracowali w milczeniu, jakby nie potrafili zwrócić się o pomoc nawet w takiej chwili. Radzili sobie jednak, mimo wyraźnego braku doświadczenia, całkiem dobrze i Harry szybko pozostawił młodszych uczniów ich opiece, a sam pognał na pobojowisko, by sprawdzić, czy nie ma więcej rannych. Przedzierał się przez rozszalały tłum, nie słysząc własnych myśli we wrzasku i gorączkowo wypatrując leżących ludzi. Po plecach przebiegł mu zimny, krótki dreszcz. Chwile później wszystkie dźwięki wydały mu się wyraźniejsze, ostrzejsze, jakby ktoś podkręcił głośność. Krew zatętniła mu szybciej w skroniach, gdy nieoczekiwanie dla samego siebie poczuł silny niepokój, zupełnie inny od podenerwowania, które czuł dotąd. Coś złego, stało się coś złego, czuję to, po prostu to wiem... I wówczas ją zobaczył. W ułamku sekundy doznał niezwykle silnego, choć niezrozumiałego – to się przecież nie zdarzyło - wrażenia deja vu. Blada, leżąca z rozrzuconymi na boki rękami sylwetka dziewczyny. Krew ściekająca strumyczkami po czole. I jasne, długie włosy rozsypane wokół głowy. - Luna! Dopadł do niej i chwycił ją za nadgarstek. Puls bił. - Luna! Luna, proszę, obudź się! – zawołał rozpaczliwie, ostrożnie podnosząc bezwładne ciało dziewczyny i opierając jej plecy na swoich kolanach. – Luna! Przeszył go zwierzęcy, niemożliwy do opanowania strach. Powtarzał jej imię jak zaklęcie, jakby tylko to mogło ją ocalić, jakby mogło wydarzyć się coś strasznego, gdyby tylko przestał to szeptać. Boże... nie, tylko nie znowu...Luna! Niech ona żyje... Nie! Najpierw Syriusz... teraz ty! Miała włosy zlepione krwią i zamknięte oczy. W jego umyśle to właśnie ona wiązała się ze śmiercią silniej niż ktokolwiek inny... ale jednocześnie stanowiła żywe jej zaprzeczenie. Musiała, musiała żyć! W jego głowie kłębiły się dziesiątki chaotycznych myśli, uczuć, nie mógł logicznie myśleć... Niedawno stracił Syriusza... Jeśli teraz ona umrze na jego kolanach, nie zniesie tego... Dlaczego wszyscy umierają na jego oczach?! Czy to znów JEGO wina? Dość już śmierci... Dość... Rozpaczliwym wysiłkiem przełamując oszołomienie, przyłożył różdżkę do jej piersi i wyszeptał zaklęcie wzmacniające. Potem zrobił to ponownie... i znów... i jeszcze raz. Powtarzał je bezustannie, dopóki nie zabrakło mu tchu. Ludzie potrącali go, krzyki zdawały mu się coraz odleglejsze, niezwykle silny zapach trawy wypełnił mu nozdrza... Potem stracił kontakt ze światem, a w głowie kołatała mu się tylko jedna myśl: proszę, niech ona żyje... proszę... Wokół niego i w nim panował chaos. - Potter, ocknij się! – dobiegł go jakby z oddali czyjś szorstki głos i poczuł, że jest potrząsany. Wolno powrócił z mroku i poczuł, że ktoś zabiera bezwładną Lunę, ktoś większy i silniejszy od niego. Z oddali usłyszał jakiś męski głos, ale nie mógł rozróżnić słów. - Potter! Ktoś znów potrząsnął nim silnie i Harry rozpoznał głos Snape’ a. Powoli dotarło do niego, że na policzkach czuje ślady łez. Z trudem wstał, bo nogi miał dziwnie miękkie. Dookoła panował spokój i cisza. W oddali niektórzy ranni uczniowie chodzili po kotlinie, krzywiąc się z powodu zabandażowanych rąk, nóg lub głów. Niedaleko nich profesor Dumbledore rozmawiał z jakimiś ludźmi w kolorowych mugolskich strojach. Harry otarł szybko twarz rękawem i spojrzał na Snape’ a. Wciąż szczerze go nienawidził, ale musiał o to spytać jak najszybciej. Choćby jego. - Co z Luną? Snape nie odpowiedział od razu, być może napawając się obrazem jego, Harry’ ego, z zaschniętymi łzami na policzkach, wyczekującego na odpowiedź profesora z napięciem. Potem w oczach Snape’ a pojawił się dziwny poblask, zaraz jednak zniknął za zwykłą, złośliwą maską jego twarzy. - Lovegood? Żyje – odpowiedział krótko. – Dzięki zaklęciom wzmacniającym – Harry był pewien, że Snape celowo nie użył sformułowania „twoim zaklęciom” - nie straciła wiele krwi, ale wciąż jest nieprzytomna. A teraz, z łaski swojej, idź do profesora Dumbledore’ a. Kazał cię wezwać. Harry bez słowa odwrócił się od Snape’ a i powolnym krokiem podążył ku dyrektorowi, czując w piersiach obezwładniający balon ulgi, który rozpierał go od wewnątrz. Luna żyje... nie będzie musiał spojrzeć w oczy jej ojcu, tak jak patrzył na rodziców Cedrika, nie będzie potrzebował długich rozmów z przyjaciółmi, by poradzić sobie z samym sobą... Dumbledore na widok Harry’ ego szybko pożegnał się ze swoimi rozmówcami i podszedł do niego. - Harry... – powiedział tonem, w którym pobrzmiewało zatroskanie. – Wszystko w porządku? - Tak... – mruknął Harry, czując pewien wstyd z powodu paniki, jaka go ogarnęła, gdy zobaczył ranną Lunę. Dumbledore popatrzył na niego uważnie swoim na wskroś prześwietlającym spojrzeniem. - Chciałem się z tobą zobaczyć, Harry, bo... chcę ci podziękować – powiedział Dumbledore. – Gdyby nie ty i twój refleks, część z uczniów mogłoby odnieść znacznie poważniejsze obrażenia. A jak się czuje panna Lovegood? - Wszystko gra – powiedział. Przez chwilę chciał wspomnieć, że uratował ją zaklęciami wzmacniającymi, ale... zawahał się. Nie chciał być bohaterem. Nie po tym, co przeżył. – Tak powiedział Sna... profesor Snape. - Rozumiem – uśmiechnął się do niego lekko Dumbledore. – Muszę cię uspokoić, że ten pozorny atak był zwyczajnym wypadkiem przy puszczaniu fajerwerków. Po prostu nikt nie spodziewał się naszego przybycia właśnie tu i przypadkiem trafiliśmy w to pechowe miejsce. No, wracaj do przyjaciół. Na pewno się niecierpliwią. Harry pokiwał głową i odszedł. Ron i Hermiona patrzyli na niego z lekkim zaniepokojeniem, gdy do nich podszedł. Chyba widzieli, w jakim był stanie kilka minut temu, gdy jeszcze trzymał na kolanach Lunę. Starał się jednak zachowywać swobodnie, więc wkrótce uśmiechy wróciły na ich twarze. - Ale mieliśmy szczęście, co? – zawołał uradowany Ron. – Gdyby nie my, to całe zamieszanie mogłoby się skończyć kiepsko... - Tak – zgodziła się Hermiona, zmęczona, ale także zadowolona. – Gdybyś nie poderwał nas do działania, Harry... - Nie przesadzaj – mruknął Harry. – Dziękuj Ronowi, nie mnie. Sam nie dałbym rady pomóc, gdyby nie wasze bandaże i opatrunki, a kto wpadł na ten pomysł? – Ron starał się wyglądać, jakby był to niewarty wspomnienia drobiazg, ale Hermiona uśmiechnęła się do niego ciepło. - Ja tylko... - ... odstawiałem bohatera, co, Potter? - Zamknij się, Malfoy – warknęła Hermiona. Draco Malfoy wraz ze swoimi gorylami stanął tuż za plecami naszej trójki, która teraz szybko się do nich odwróciła. Malfoy patrzył z pogardą i złością na Harry’ ego. - Nie mogłeś się powstrzymać, co, Potter? Nie przeżyłbyś, gdybyś nie uratował komuś tyłka na dzień dobry. Wielki Potter znów wspiera i pomaga uciśnionym! Oczy Harry’ ego zwęziły się nieco, ale nie zamierzał dać się sprowokować temu szczurowatemu Ślizgonowi. Uśmiechnął się w myślach, gdy przypomniał sobie, że ojciec Malfoya nadal siedzi w Azkabanie. Wykrzywił się ironicznie i odwrócił się, chcąc zignorować intruzów. - Zwłaszcza w zeszłym roku warto było polecieć na ratunek, prawda? Może mi powiesz, jak się ma twój ukochany Black? W następnej sekundzie Malfoy został dosłownie zdmuchnięty zaklęciem Harry’ ego. Wyrżnął głucho w błękitna murawę i przejechał po niej kilka stóp, zanim się zatrzymał. Crabbe i Goyle nie wiedzieli, co robić, gapiąc się na Malfoya z rozdziawionymi gębami. Malfoy z wściekłym wyrazem twarzy podniósł się do pozycji siedzącej i zobaczył różdżkę wycelowaną dokładnie między swoje oczy. - Nie waż się nigdy więcej o nim wspominać, zrozumiano?! – warknął Harry. Był tak wściekły, że aż pociemniało mu przed oczami. Nie był świadom, że Hermiona woła, żeby przestał, a wielu uczniów gapi się na niego. Ramiona mu dygotały. Twarz Malfoya wyrażała teraz lekką panikę, którą próbował maskować zwykłym uśmieszkiem, ale w ogóle mu to nie wychodziło. - Nie będziesz mi rozkazywać, Po... - ZROZUMIANO?!!! Harry’ ego aż zapiekło w gardle od tego okrzyku. Z jego różdżki wystrzeliło kilka iskier, które o cal minęły twarz Ślizgona. Teraz Malfoy był wyraźnie przerażony. - T - tak – mruknął niepewnym tonem. Harry stał, celując w Ślizgona, nie mogąc zmusić się do tego, by się uspokoić. Panowała kompletna cisza. Wreszcie, po długiej chwili pełnej napięcia, z trudem pohamował chęć ataku i z wysiłkiem opuścił różdżkę. Malfoy błyskawicznie zerwał się na nogi i wraz ze swoimi gorylami zmył się, znikając w tłumie Ślizgonów. Zapadła długa i męcząca cisza, podczas której Harry stał nieruchomo z opuszczoną u boku różdżką, dysząc ciężko i czując, jak bardzo powoli opada w nim napięcie i zaczyna docierać do niego to, co się dzieje dookoła. Ludzie gapili się wciąż na niego. - Harry... To Hermiona położyła mu rękę na ramieniu. Podniósł wbity w ziemię wzrok, skinął głową i poszedł za nią ku miejscu w zakolu kotliny, z dala od ludzi, gdzie leżeli niektórzy ranni. A więc jednak nie pogodził się z tym. Nie potrafił. Usiadł ciężko obok Rona, który miał minę, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Tłumek uczniów stopniowo na nowo rozbrzmiał gwarem i ludzie rozeszli się, wracając do swoich zajęć. Hermiona opadła na ziemię obok Harry’ ego. - Harry... – odezwała się cicho. – Już w porządku... Harry czuł się nieco lepiej, bo znalazł się z dala od zgiełku i tłumu, ale wciąż był bardzo spięty. Poza rannymi na łóżkach polowych w pobliżu byli tylko oni troje i jedna z prefektów, siedząca po przeciwnej stronie zagłębienia i zmieniająca okład na czyimś czole. Hermiona wstała i bez słowa usiadła za plecami Harry’ ego. Chłopak poczuł na swoich ramionach jej dłonie, które zaczęły delikatnie masować napięte mięśnie. Przynosiło mu to dużą ulgę. Zamknął oczy. - Harry, wiem, co czujesz – powiedziała cicho Hermiona ze współczuciem w głosie. Jej palce wciąż go masowały. – Ja... kiedy moja ciocia zmarła, długo nie mogłam dojść do siebie. Pamiętasz, mówiłam ci o tym... Wiem, że to nie to samo, ale... Uwierz, mnie też dotknęła śmierć Syriusza... ale nie możesz do końca życia wyrzucać sobie, że to twoja wina. A wiem, że tak myślisz. To, co się stało Lunie, to był przypadek – dodała po chwili bardzo łagodnie. - Nie mogłeś temu zapobiec. Zresztą przecież wszystko z nią w porządku. Harry obrócił nieco głowę i spojrzał na nią szybko ze zmieszaniem na twarzy. Naprawdę doceniał jej pomoc, ale czuł się taki... taki... - Czuję się taki samotny – wyszeptał, mimo iż wcale nie chciał tego powiedzieć. A może... chciał...? - Nie jesteś sam – Hermiona przesunęła się nieco ku jego bokowi, by spojrzeć mu w oczy. – Jestem z tobą. Po to są przyjaciele. Harry odwrócił się powoli w jej stronę. Jej palce przesunęły się po jego plecach. Klęczała na ugiętych nogach, patrząc na niego. Harry opadł na kolana, tak jak ona. W gardle czuł coś wielkiego i twardego, co utrudniało złapanie oddechu. Ręce Hermiony spoczywały teraz na jego ramionach. Nachylił się ku niej gwałtownie, nie panując zupełnie nad sobą, oddychając szybko, rozpaczliwie pragnąc odrobiny czułości i ciepła. Przycisnął ją mocno do piersi. Ich twarze znalazły się kilka cali od siebie. Oczy Hermiony były przymknięte. Drżąc na całym ciele, nachylił się ku jej wargom. Zamknął oczy. Poczuł, że jej ciało stało się napięte. Wzbraniała się. Uniósł powieki i zobaczył, że patrzy na niego szeroko otwartymi oczami. Jej wargi drżały. - Nie... – szepnęła. Patrzył jej w oczy, nie mogąc pojąć, nie pamiętając, kim jest... Po policzku Hermiony potoczyła się pojedyncza łza. - Harry... proszę... To nie jest dobry pomysł... Powróciła świadomość. Zrozumiał. Z trudem odsunął się od niej, odwrócił twarz, wbił wzrok w trawę. Poczucie winy paliło jak ogień. Boże... Nie powinien tego robić... Nigdy nie powinien był tego robić... - Harry, zrozum, jesteśmy przyjaciółmi – szepnęła Hermiona. Klęczała na ziemi, jej ramiona zwisały bezwładnie po bokach. Po jej policzkach spływały kolejne łzy. – Żałowałbyś później, że to zrobiliśmy. Nie chcesz tego... tak naprawdę... - Nie – odpowiedział gwałtownie, drżącym głosem. – Nie... przepraszam – powtórzył ciszej. - Ja... - Nic nie mów – poprosiła cicho Hermiona. – Rozumiem. Po prostu zapomnijmy o tym... dobrze? Skinął głową. Ron nie wymówił ani słowa, patrząc na Harry’ ego zszokowanym wzrokiem. Późnym popołudniem tego samego dnia szli równymi szeregami w kierunku znajdujących się opodal budynków, od których dolatywały dźwięki głośnej muzyki i okrzyków. Maszerowali po błoniach Hogwartu, który wyraźnie górował nad innymi zabudowaniami, ale uczniowie jeszcze nigdy nie widzieli tak dziwnych błoni szkolnych. Przecinała je szeroka asfaltowa ulica, po której mknęły rozmaite samochody, zmierzając ku zamkowi. Niektóre z mijających ich aut wypuszczały z rur wydechowych kłęby fioletowego dymu i zielonych iskier, inne miały doczepione trzepoczące skrzydełka, barwne proporczyki z nazwami drużyn quidditcha lub powiewające za autem flagi w barwach tychże drużyn. Wiele z aut wyglądało jednak zupełnie niemagicznie. Nie zważając na huki i świsty latających po niebie magicznych i mugolskich fajerwerków, uczniowie rozmawiali ożywionymi głosami. Wyglądało na to, że wszyscy pragnęli przekonać się, co się dzieje pod zamkiem. Ale... nie wszyscy. Harry szedł z wzrokiem wbitym w ziemię, jakby nieobecny duchem. - Harry – zagadnął go Neville. – Coś się stało? - Nie, nic – mruknął Harry, otrząsając się z zamyślenia. Nie mógł przestać wyrzucać sobie w myślach tego, co zrobił. Teraz był już znacznie spokojniejszy, ale ranek był koszmarny. Jakiś czas, potrzebny mu na przemyślenie tego, co zrobił, unikał Hermiony i Rona, unikał wszystkich na tyle, na ile się dało. Początkowo nie mógł sobie wybaczyć, że dał się ponieść emocjom... Hermiona miała rację, nie chciał jej pocałować, byli tylko i wyłącznie przyjaciółmi... Po prostu tak bardzo w tamtej chwili pragnął bliskości... Ale to go nie usprawiedliwiało. Nie powinien był jej tego robić. Czuł się wyjątkowo podle. Nie powinien wykorzystywać sytuacji... podczas gdy ona chciała tylko podać mu pomocną dłoń. Och, przestań już, powiedział sobie stanowczo, czując, że znów zaczyna się obwiniać. To był błąd, oczywiście, ale nie możesz traktować tego jak końca przyjaźni. Hermiona to zrozumie... jest wyjątkowo inteligentna... Wie, że on, Harry, nigdy więcej nie popełni tego błędu... nie da emocjom zapanować nad sobą... Hermiona przez cały dzień dawała mu do zrozumienia, że między nimi nic się nie zmieniło. Za wszelką cenę chciała go przekonać, by nie traktował tego tak poważnie. Ron – rozmawiała z nim o tym? – także nie okazywał mu wrogości... Będzie dobrze. Na pewno. Podniesiony poważnie na duchu, Harry uniósł głowę i niespodziewanie wpadł na jakiegoś czwartoklasistę. Wszyscy się zatrzymali. Chłopak rozejrzał się nieprzytomnie i wytrzeszczył oczy, gapiąc się na to, co przykuło już uwagę wszystkich, zapominając o swoich niedawnych rozmyślaniach. Wokół Hogwartu znajdowało się całe miasteczko. Wyasfaltowane ulice krzyżowały się ze sobą pomiędzy szerokimi chodnikami, wysokie i niskie domy połyskiwały oknami i dachówkami, w oknach i na chodnikach pyszniły się ozdobne krzewy i zadbane kwiaty, a nad tym wszystkim górował olbrzymi zamek, kolorowy jak cukierek, ale niewątpliwie był to Hogwart. Ulice pokrywał wielobarwny tłum, śmiejąc się, wrzeszcząc i śpiewając przy dźwiękach wesołej, skocznej muzyki dobiegającej gdzieś z placu majaczącego na końcu ulicy. Byli tu i czarodzieje, i mugole. Ulicami mknęły mugolskie i czarodziejskie samochody, nad dachami szybowało kilku magów na miotłach, a wysoko w górze krążył niebieski helikopter z logo BBC. Tuż obok pierwszych rzędów uczniów Hogwartu, wpatrujących się jak urzeczeni w hałaśliwą zabawę na ulicach miasteczka, stała tabliczka z wymalowaną ozdobnymi literami nazwą miejscowości. HOGWART. - Jesteście wolni do dziewiątej wieczorem! – oznajmił z dobrodusznym uśmiechem profesor Dumbledore, a w jego oczach płonęły wesołe ogniki. – Tylko pamiętajcie: nikomu ani słowa, skąd jesteście! Spotkanie tutaj! I nic nie zmalujcie! Wszyscy stali przez chwilę jak oniemiali, jakby nie mogąc uwierzyć w to, co powiedział dyrektor. A potem z setek gardeł wyrwał się okrzyk zachwytu, ponad który wybijały się piski dziewcząt i uczniowie runęli w dzikim nieładzie w tłum ludzi. - HARRY! HARRY! – Ron podskakiwał jak opętany, wymach..ąc ręką ponad głowami rozdzielającego ich tłumu. - RON! SPOTKAMY SIĘ... TUTAJ... ZA PÓŁ... GODZINY! – wywrzeszczał w odpowiedzi Harry. Chwilę później masy ludzi pociągnęły ich w dwie przeciwne strony. Harry, który nieco się rozchmurzył, z zainteresowaniem oglądał wszystko wokoło. Nigdy nawet nie próbował sobie wyobrazić świata, w którym czarodzieje i mugole żyją wspólnie – a teraz w nim był! Na rogu minął jakiegoś potężnej postury maga, który różdżką lewitował bagaże grupki mugoli przez okno do mieszkania. Harry’ emu przemknęło przez głowę, że to miłe z jego strony. Pod nogami śmignął mu sporych rozmiarów szczur. Nawiedziło go niemiłe wspomnienie Glizdogona, więc czym prędzej ruszył w kierunku placu pośrodku miasteczka. Na środku kompletnie zapchanego ludźmi placu stała wielka scena, na której szalał zespół przypominający Fatalne Jędze, tyle że grał jakąś wesołą, skoczną piosenkę, a nie romantyczną balladę czy rockowy przebój. Gdzieś po drugiej stronie placu Harry dojrzał wśród zebranych Lunę, która wyraźnie dobrze się bawiła, kiwając lekko głową w rytm muzyki i oglądając liczne stragany. Nad głowami ludzi kilkadziesiąt kolorowych nietoperzy trzymało transparent, na którym było napisane: WIELKA DOROCZNA IMPREZA INTEGRACYJNA, a pod spodem nieco mniejszymi literami SPONSORZY: SZKOŁA MAGII I CZARODZIEJSTWA HOGWART, TELEWIZJA BBC, RADA MIASTA HOGWART. Mugole i czarodzieje tańczyli, śpiewali, pili dymiące kufle pełne kremowego i zwykłego piwa i świetnie się bawili. Harry minął stojącą do niego bokiem młodą kobietę ubraną po mugolsku, z mikrofonem w dłoni, która mówiła uśmiechnięta do kamery: - ... jak co roku przyciąga tłumy ludzi, tak czarodziei, jak i niemagicznych. Zabawa jest wspaniała. Pod wieczór uświetnić ma ją pokaz Narowistych Świstohuków Weasleyów... Harry pokręcił się trochę, oglądając pamiątki wystawione na straganach, kupił nawet jakiś pamiątkowy kubek, po czym przepchnął się ku scenie, gdzie stało sporo jego znajomych, w tym Parvati i Lavender, wpatrzone tęsknie we włochatego wokalistę zespołu. Po chwili rozbrzmiała ostatnia nuta piosenki i muzycy zeszli z niej żegnani gromkimi brawami, a do mikrofonu podeszła czarownica w zielonej szacie o sympatycznej twarzy. - Dziękujemy, to był zespół Fantastyczni. Teraz zaś, gdy głośniki zostaną ponownie zasilone, na scenę poprosimy kolejnego wykonawcę – w tej chwili na scenę wbiegło kilku magów w pomarańczowych szatach i tiarach, którzy obeszli wszystkie głośniki, mrucząc coś pod nosem i stukając w nie różdżkami. Następnie zdeportowali się. – Tym razem będzie to piosenkarka niemagiczna, na pewno doskonale znana jej fanom. Proszę państwa, oto przed wami... PETUNIA EVANS!!! Harry rozdziawił usta ze zdziwienia, podczas gdy tłum zawył z zachwytu i rozbrzmiały oklaski. Petunia weszła na scenę przy akompaniamencie samotnego fletu i w asyście kłębów błękitnawego dymu snujących się ponad głowami widzów. Ubrana była w oszałamiająco srebrną, połyskującą suknię z odkrytymi plecami, a do tego wyglądała niesamowicie młodo i zgrabnie. Powolnym krokiem podeszła do mikrofonu i przymknęła oczy. Po chwili zaczęła śpiewać mocnym, czystym głosem: - Every night in my dreams, I see you, I feel you; That is how I know you Go on… “Titanic”, pomyślał Harry, krztusząc się ze śmiechu. Tymczasem ciotka Petunia dokonywała cudów przy mikrofonie. Brzmiała niemal zupełnie jak Celine Dion, a na scenie zachowywała się jak prawdziwa gwiazda. Popisywała się długo i z uczuciem, a publiczność milczała z wyrazem uniesienia na twarzach. Wreszcie jej zamierający głos zabrzmiał ostatnią nutą i wybuchły oklaski, przeplatane wrzaskami i gwizdami pełnymi zachwytu. Petunia przesłała ludziom całusa, zbiegła ze sceny i zniknęła za kulisami. Na deski sceny wróciła prowadząca. - Dziękujemy Petunii Dursley za tak wspaniały występ. Nasza gwiazda ma niestety ważny koncert w Czarodziejskim Domu Dziecka w Nowym Jorku i dlatego nie wystąpi więcej. Za chwilę odleci przez kominek Rady Miasta. Teraz wystąpi... Harry już oddalał się od placu, zmierzając ku miejscu, gdzie miał nadzieję spotkać się z Ronem. Wolał bawić się w towarzystwie przyjaciela. Gdy dotarł na miejsce, natychmiast zatrzymał się i schował za rozłożystym krzewem róży. Ron najwyraźniej zapomniał o ich spotkaniu. Właśnie siedział na ławeczce w małym, pełnym różanych krzewów zakątku pobliskiego parku, trzymając za rękę Hermionę, która patrzyła na niego z delikatnym uśmiechem na wargach. Harry patrzył na nich przez chwilę, po czym oddalił się. Nie chciał im przeszkadzać. Nie mógł im zepsuć tej chwili. W sercu czuł przedziwną mieszaninę radości i dojmującego smutku. Około dziewiętnastej wszyscy uczniowie zebrali się w umówionym miejscu. Wszyscy? - Prawie wszyscy – oznajmiła Dumbledore’ owi profesor McGonagall. – Brakuje Granger i Weasleya. Albus pokręcił głową z lekkim uśmiechem na twarzy i szepnął coś do McGonagall, wskazując dyskretnie na miasteczko, skąd wciąż dobiegały odgłosy hucznej zabawy. W zapadających ciemnościach (słońce zachodziło tu wcześniej i szybciej niż w ich świecie) doskonale widoczne były kołyszące się latarnie i lampiony trzymane przez ludzi bawiących się na ulicach. Przed chwilą rozpoczął się zapowiadany wielki pokaz sztucznych ogni. Na niebie eksplodowały dziesiątki bajecznie kolorowych fajerwerków, głównie magicznych. Fruwające smoki z zielonych i złotych iskier przypominały Harry’ emu niezapomniany chaos urządzony na jego piątym roku przez Freda i George’ a specjalnie dla profesor Umbridge. Wśród tłumu uczniów krążyła plotka, że w kolejnym świecie zostaną dłużej, no i że będzie tam wkrótce finał mistrzostw świata w quidditchu. Harry zastanawiał się, kto rozpuszcza takie informacje, skoro tylko nauczyciele wiedzą, dokąd będą podróżować? W pewnym momencie coś przykuło jego uwagę. Wśród rozkołysanego i rozśpiewanego tłumu z bocznej uliczki wyłoniły się dwie postacie, które pędem zmierzały ku miejscu, gdzie stali Gryfoni. Za chwilę Ron i Hermiona, zarumienieni od biegu (a może nie tylko?), zatrzymali się tuż obok Harry’ ego, oddychając szybko. Z powodu słabej widoczności prawie żaden z uczniów ich nie zauważył, co z pewnością oszczędziło im wymownych spojrzeń i uśmieszków. Ron zerkał na Hermionę, poprawiając nerwowo szatę przy szyi. Hermiona nie patrzyła na nikogo, wzrok miała wpatrzony gdzieś w przestrzeń pomiędzy swoimi butami, a na jej wargach błąkał się delikatny uśmiech. Harry dostrzegł, jak profesor McGonagall kiwa głową do dyrektora i w tej samej chwili przecisnęła się ku niemu Luna. Była nieco blada i sprawiała wrażenie lekko zmęczonej, ale jej oczy patrzyły tym samym rozmarzonym wzrokiem co zawsze. - Harry – powiedziała, skupiając na nim swe wielkie źrenice. – Mogę z tobą chwilę porozmawiać? Na osobności? - Jasne – odpowiedział Harry, po czym rozejrzał się niepewnie. – Eee... Zaraz wyruszamy... - Och, to zajmie naprawdę tylko chwilę – zapewniła go, potrząsając głową. - No dobra... ale gdzie będziemy rozmawiać? Wszędzie są ludzie... Luna chwyciła go za rękaw szaty i pociągnęła lekko, więc podążył za nią. Czuł się nieco skrępowany, bo przypomniał sobie, jak trzymał ją na kolanach i o mało nie oszalał ze strachu... co nie zdarzyło mu się nigdy przedtem i było niezwykle deprymujące. Wyszli poza krążących bezładnie uczniów i stanęli pod rozłożystym bukiem obok drogi. - Dziękuję – powiedziała Luna bez żadnego wstępu, patrząc na Harry’ ego. Harry domyślał się, o co jej chodzi, ale nie był pewien, czy chce to usłyszeć. Za ich plecami uczniowie zaczynali ustawiać się domami. - Za co? – spytał, siląc się na spokój, choć serce zabiło mu mocnej, niżby się tego spodziewał. - Za uratowanie mi życia - odpowiedziała głosem, w którym pobrzmiewała nutka zdziwienia, jakby zapytał o coś oczywistego. Potem nagle uśmiechnęła się nieśmiało. W jej wielkich oczach dostrzegł swoje odbicie. Nie miał pojęcia, co na to odpowiedzieć, więc również się uśmiechnął. - Powiedzieli mi... – kontynuowała Luna cicho, jakby nagle straciła odwagę. – Gdybyś nie rzucił na mnie tych zaklęć wzmacniających, byłoby ze mną kiepsko. Umilkła i przez dłuższą chwilę stali bez słowa, jakby żadne z nich nie wiedziało, co dalej. - Tak więc... dziękuję – odezwała się wreszcie Luna. Zbliżyła się nieśmiało i krótko pocałowała go w policzek, po czym uśmiechnęła się z pewnym zażenowaniem. Oddaliła się wolno ku uczniom z Ravenclawu. Harry stał przez chwilę nieruchomo. To nic niezwykłego, powiedział sobie w duchu, po prostu podziękowała ci... a przecież chyba miała za co. Nie mógł się jednak uwolnić od myśli, że w momencie, gdy jej wargi dotknęły jego policzka, poczuł się jakoś tak... lepiej... Poczuł się podniesiony na duchu tym gestem wdzięczności... i zaufania. Czując, że ma na dziś stanowczo za dużo wrażeń, podążył za nią. Duża część uczniów stała już na swoich miejscach, ale wiele małych grupek krążyło tu i tam, rozmawiając wesoło i wybuchając śmiechem. Po całym dniu spędzonym na szalonym festynie i zabawach nikt nie chciał wrócić do swojego szeregu. Profesorowie, którzy od kilku minut próbowali bezskutecznie zaprowadzić porządek, dali sobie spokój i przypomnieli tylko, by nikt nie próbował przekraczać magicznej granicy, po czym zabrali się za otwieranie bramy. Chyba i oni byli odprężeni, bo szło im to niemrawo i powoli. Harry przyspieszył kroku i zrównał się z Luną, by wrócić na czas do szeregu. Nauczyciele zdążyli już stworzyć siatkę z błękitnych, świetlistych linii i teraz wykrzykiwali zaklęcia. Nagle zza pleców grupy Ślizgonów wyłonił się Malfoy i wycelował różdżkę w niego i Lunę. Krzyknął coś, huknęło i strumień żółtozielonego światła trafił w dziewczynę. Luna, odrzucona zaklęciem przeleciała przez czerwoną linię z dymu, wyznaczającą strefę otwierania bramy. Upadła ciężko przed siatką magicznych linii. - Luna! Harry bez namysłu rzucił się ku niej, w biegu przeniknął przez wyraźnie rozchwianą barierę ochronną i dopadł do dziewczyny, która podnosiła się powoli z ziemi. Któryś nauczyciel krzyknął, żeby się odsunęli. Dziewczęta piszczały ze strachu. Malfoy ze złośliwym uśmiechem strzelił w zajętego Luną Harry’ ego kolejną klątwą. Niebieski promień pomknął ku chłopakowi. Ten w ostatniej chwili uchylił się i... Zaklęcie trafiło w otwierającą się bramę pomiędzy wymiarami. Z bramy wystrzeliły ogniste pociski i zielone iskry. Profesorowie krzyknęli i osłonili twarze rękami, gdy błysnęło bladozielonym światłem i rozległ się ogłuszający huk. Bariera ochronna rozjarzyła się nagle krwistą, jaskrawą czerwienią, a stojący blisko niej uczniowie zostali nagle odrzuceni kilka stóp w tył. Harry zdążył tylko chwycić Lunę i otoczyć ją ramionami. Zacisnął powieki. Dziewczyna ukryła twarz w jego szacie. Fala pędzącego z ogromną szybkością szkarłatnego dymu zagarnęła ich i stracili przytomność. Ten post był edytowany przez PrZeMeK Z.: 01.05.2006 13:12 -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| PrZeMeK Z. |
05.02.2006 20:15
Post
#12
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
Dopiero tutaj wszystko zaczyna się rozkręcać. Podziwiam tych, którzy dotrwali
Rozdział VI Niebezpieczeństwa Do świadomości przywrócił Harry’ ego donośny huk gromu gdzieś w pobliżu. Otworzył oczy. Leżał na wznak na jakimś błotnistym, słabo nachylonym zboczu, nad głową miał pierścień rozłożystych ciemnych koron drzew i kilkanaście czarnych pnączy pomiędzy nimi. Po twarzy siekły go strumienie deszczu spadającego z ciemnego, zachmurzonego nieba. Głowa Luny spoczywała na jego piersi. Harry osłonił twarz ręką i jęknął. Wszystko go bolało, jakby go boleśnie zbito, a do tego kręciło mu się w głowie. Usiadł, co spowodowało przebudzenie Luny. Ona także jęknęła. - Harry! – powiedziała zduszonym głosem, odsuwając mokre włosy z oczu. – Co się dzieje? Gdzie jesteśmy? - Nie wiem – odparł, rozglądając się. Milczeli przez chwilę, czując na sobie wielkie krople deszczu. - Wiesz co, chodź, znajdziemy miejsce, gdzie nie pada... – powiedział Harry. Wstali z trudem, obolali, po czym rozejrzeli się wokoło, daremnie wypatrując jakichś śladów obecności ludzi. Otaczał ich gęsty las, właściwie niemal dżungla. Pomiędzy wysokimi drzewami o mokrych, czarnych pniach ciągnęły się pnącza i liany, ziemie porastały bardzo gęste i wysokie krzaki, a wszystko to miało w mroku ciemnozielone, brudne barwy. Rośliny były im znane, to były zwyczajne brytyjskie okazy flory, ale dziwnie porozrastane i jakby zmutowane. Wszystko dosłownie ociekało wodą, która nieprzerwanie lała się z góry, jeszcze bardziej rozmywając i tak już grząski i błotnisty grunt, na którym stali. Harry’ emu niejasno kojarzyło się to z filmem o Wietnamie, który kiedyś widział. Ta sama atmosfera. Było bardzo ciemno i chyba zbliżała się noc. - Impervius – mruknął Harry, stukając różdżką w okulary. Spojrzał na Lunę. – Też spróbuj, to ochroni twarz od deszczu. Luna kiwnęła głową i wymruczała zaklęcie. Odruchowo zatknęła różdżkę za ucho, ale po chwili ukryła ją w wewnętrznej kieszeni. - Którędy idziemy? – spytała niepewnie, spoglądając wokoło. - Nie wiem – Harry spojrzał w lewo i w prawo, ale las niczym się nie różnił po obu stronach. Pod stopami przemknął mu mały wąż. – Po prostu idziemy przed siebie. - A może... może powinniśmy tu zaczekać? – spytała. - Nie sądzę – powiedział Harry, kręcąc głową. – Pamiętasz, co mówił Dumbledore? Sami stąd nie wrócimy. A w tym lesie mogą nas szukać całymi tygodniami. Poszukiwania zaczną od Hogwartu. Musimy go znaleźć. Ostrożnie stąpając po błocie, przedzierając się przez zbitą roślinność, ruszyli. Harry miał wielką nadzieję, że jego rozumowanie okaże się słuszne...i że tutaj w ogóle jest jakiś Hogwart. Droga była bardzo uciążliwa. Po paru minutach Luna zaczęła drżeć z zimna. - Zapomniałam płaszcza – powiedziała bardziej do siebie niż do niego, szczękając zębami. Harry bez słowa zdjął swój płaszcz i okrył nim ramiona Luny, przeklinając się w duchu za to, że nie pomyślał wcześniej. Jakoś tak czuł, że powinien był to zrobić. Dziewczyna zawahała się, po czym opatuliła się w ciepły materiał i spojrzała spod mokrej grzywki na Harry’ ego. - Dzięki – powiedziała cicho. – Tobie nie jest zimno? - Nie – odparł Harry, powstrzymując się, by nie zacząć drżeć. Stwierdził, że z jakiegoś powodu nie chciał okazywać tego przy Lunie. Jak długo tak szli, wyciągając z wysiłkiem nogi z sięgającego wyżej kostek błota, nie umiał powiedzieć, ale robiło się coraz ciemniej, tak, że nie widzieli nic dalej niż kilka metrów przed sobą. W dodatku pojawiła się mgła, snując się leniwie pomiędzy drzewami. Głuche grzmoty rozlegały się w górze bez przerwy. Harry’ emu przechodziły po plecach zimne dreszcze, zdawało mu się czasem, że słyszy jakieś trzaski i głosy, widzi sylwetki ludzi ukryte za liśćmi, ale gdy przystawał, by się przyjrzeć i nasłuchiwał, wokoło był tylko szumiący deszczem las. Wkrótce głowa zaczęła go boleć od wdychania silnego odoru gnijących roślin. W końcu dotarli na malutką polankę, nad którą korony drzew utworzyły baldachim. Nie było tu wcale bardziej przytulnie niż gdzie indziej, ale w każdym razie padało słabiej, prawie wcale. Dookoła wszystko zniknęło we mgle, co przy zapadającym zmroku ograniczyło widoczność niemal do zera. Z oddali dobiegały jakieś nieprzyjemne odgłosy przywodzące na myśl warczenie i stąpanie czegoś ciężkiego. Harry i Luna usiedli na zwalonym, mokrym, porośniętym mchem pniaku, by odpocząć. Luna zamykała oczy ze zmęczenia, a i Harry z trudem trzymał się na nogach. - Nigdy nie wyjdziemy z tego lasu... – jęknęła Luna, a bębnienie deszczu niemal zagłuszało jej słowa. - Przestań – powiedział bez przekonania Harry. Zerknął na swoje buty i stwierdził, że są całkiem ubłocone, tak jak skraj szaty. – Znajdą nas, zobaczysz. Spojrzał w górę, na krople wody przeciskające się pomiędzy liśćmi i w tym momencie przypomniało mu się coś. Coś, co było, zdawałoby się, sprawą niemal podstawową w tej sytuacji. Jak mógł o tym zapomnieć! - Luna! – powiedział z szeroko otwartymi oczami. Spojrzała na niego znużonym wzrokiem. – Przecież ja mam Błyskawicę! Wzniesiemy się nad drzewa i zobaczymy, gdzie jesteśmy! - Masz miotłę? – ożywiła się. - Tak, zminiaturyzowałem ją... Zupełnie zapomniałem – pokręcił głową. - Zaraz polecimy, poczekaj... Pogrzebał w szkolnej torbie, którą miał na ramieniu i wyciągnął malutką Błyskawicę. Stuknął w nią różdżką, mrucząc pod nosem kilkakrotnie zaklęcie powiększające i za chwilę trzymał w ręku pełnowymiarową, gotową do lotu miotłę. No, to już było coś. Wsiadł na Błyskawicę, a za nim – z wyraźnym oporem, gdy musiała usiąść bardzo blisko niego i objąć go ramionami - Luna. Nie była chyba przyzwyczajona do tak bliskiego kontaktu. Harry też czuł się dziwnie, ale miał w tej chwili pilniejsze problemy od swojego skrępowania. Jeszcze nigdy nie latał na miotle w dwie osoby, do tego z ciężkimi torbami, ale musiał spróbować. - Trzymaj się mnie mocno – powiedział do Luny i odepchnął się nogami od błotnistej ziemi. Przebili gęstwinę liści i wylecieli ponad las. Deszcz natarł na nich ze zdwojona siłą, wspomagany przez silny, porywisty wiatr, którego nie było na dole. Harry wyhamował miotłę i rozejrzał się. Pod nimi rozciągała się mroczna puszcza, sięgająca aż po horyzont. Nie dało się w niej dostrzec żadnego znaku ludzkiej obecności. Tylko w oddali, na tle ciemnego nieboskłonu, jaśniało kilka małych światełek. Okna zamku...? - Hogwart! – szepnął Harry, ogarnięty nagłą nadzieją. Przyspieszył i polecieli ku światłom. Starał się nie lecieć zbyt szybko, bo i tak od lodowatego wichru zdążyły zgrabieć mu dłonie ściskające trzonek miotły. Trudno było utrzymać kierunek, na co niewiele pomagało nawet większe niż zwykle obciążenie miotły. Światła wolno rosły im w oczach, aż byli całkiem pewni, że to Hogwart. Tylko niektóre okna były jasne, większość znikała w mroku. Sama budowla była słabo widoczna zza kurtyny deszczu. I wówczas, bez żadnego ostrzeżenia, wystrzelił ku nim z dołu zielony promień. Przeszył powietrze kilkanaście cali obok miotły i zniknął w chmurach. Z lasu wystrzeliło w niebo kilkanaście mioteł z ludźmi w czarnych szatach. Kierowały się prosto ku nim, a ci, którzy ich dosiadali, celowali w Harry’ ego i Lunę różdżkami. - Harry! – pisnęła Luna, przywierając mocniej do niego. - Trzymaj się! - krzyknął. Zawrócił niemal w miejscu ciasną pętlą i poszybował z powrotem, przyspieszając. Rozległo się kilka okrzyków i obok nich śmignęły zielone i czerwone promienie. Harry zaczął wirować i skręcać w powietrzu, lecąc raz w jedną, raz w drugą stronę, by uniknąć trafienia. Nerwy miał napięte jak postronki. Kto ich ściga? Zanurkował ostro i zastosował zwód Wrońskiego, w ostatniej chwili podrywając koniec miotły do góry. Nieboskłon przeszyła błyskawica. Mknąc pionowo jak strzała ku niebu, Harry obejrzał się szybko i dostrzegł, jak dwóch ścigających go ludzi wbija się w gęstwinę liści i znika w niej z trzaskiem. Nie miał czasu pomyśleć, że zrobił coś, czego jeszcze nigdy nie dokonał na boisku quidditcha, bo na ogonie znów miał jednego czarodzieja. Kilku innych próbowało zalecieć go z boków, co chwila miotając – niecelnymi na szczęście – zaklęciami. Miał plan, jak ich się pozbyć. Ponownie runął w dół jak jastrząb na ofiarę, obracając miotłę prawie w miejscu, nie wytracając prędkości. Czarna, falująca deszczem powierzchnia lasu zbliżała się ku niemu z przerażającą prędkością. Z wielkim wysiłkiem szarpnął rączkę Błyskawicy i wpadł w korkociąg. Na tym mu właśnie zależało. Był teraz niemal niemożliwy do trafienia. Kilka zielonych promieni śmignęło obok Błyskawicy. Harry wyprowadził miotłę z szaleńczych obrotów i zatoczył szeroki łuk, ciągnąc za sobą kilku goniących ich ludzi. - Wyjmij różdżkę i wal w nich! – wrzasnął do Luny. Czuł, jak jedna ręka Luny puszcza jego bok, po czym rozległ się przytłumiony przez wiatr okrzyk: - Expelliarmus! Harry usłyszał zduszony wrzask jednego z lecących tuż za nimi czarodziejów. Obrócił na kilka chwil głowę i dojrzał miotłę bez pasażera lecącą skośnie ku ziemi. - Trzymaj się mocno! – krzyknął. Pomknął ku niewielkiej przerwie w morzu drzew, małej polance, otoczonej wianuszkiem wysokich drzew. Za nim leciało już tylko dwóch czarodziejów. Zręcznymi unikami wymanewrował ich tak, że z całym impetem uderzyli w pnie owych wyrastających nad las drzew. Zawrócił ku wciąż widocznym światłom zamku. Nagle wyrósł przed nim mag na czarnej miotle. - Avada Kedavra! – krzyknął. Harry w ostatniej chwili usunął się z toru lotu zaklęcia, po czym staranował miotłą przeciwnika. Trzonek jego Błyskawicy trafił tamtego w głowę i czarodziej zwalił się nieprzytomny z miotły, ginąc wśród liści w dole. Luna i Harry już tego nie widzieli, uciekając ku zamkowi. Mknęli teraz z szaloną prędkością tuż nad rozfalowaną, siekaną ulewą powierzchnią koron drzew, dzięki ciemnym i brudnym szatom słabo widoczni. Mieli znacznie lepszą miotłę od prześladowców. Wkrótce reszta ścigających ich czarodziejów znikła w mrokach nocy. Harry z trudem wyhamował miotłę i odetchnął głęboko kilka razy. Luna oddychała szybko za jego plecami. - W porządku? – spytał, zniżając lot ku błoniom. - Tak – odpowiedziała roztrzęsionym tonem – Kto to był? - Nie wiem. Lecieli w dół, by po chwili zsiąść z Błyskawicy na trawie u stóp pagórka, za którym widać już było Hogwart. Harry ściskał w dłoni miotłę, a palce miał zupełnie zgrabiałe. Torba jakimś cudem wciąż wisiała mu na ramieniu. I on, i Luna byli tak przemarznięci, że szczękali zębami i drżeli, jakby mieli febrę. Instynktownie przysunęli się tak blisko siebie jak mogli, idąc, by zyskać trochę ciepła. Niemal niewidoczny w ciemnościach Hogwart rósł im w oczach, aż dostrzegali już okna Wielkiej Sali, nocą ciemne i martwe. Gdy jednak zbliżyli się na kilkadziesiąt kroków do bramy zamku, drogę zablokowała im metalowa siatka. - Co to ma być? – szepnął sam do siebie osłupiały Harry, patrząc na wyłaniające się z mroku przy każdej błyskawicy ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym. Luna wyciągnęła ku siatce rękę, ale Harry złapał jej dłoń. - Nie! Nie wiemy, co się dzieje. Ona może być zaczarowana. Przelecimy nad nią. - Dobrze – szepnęła słabym głosem dziewczyna. Wsiedli na miotłę i po chwili byli już pod samą bramą Hogwartu. Ledwie zdążyli ją zminiaturyzować i schować, gdy z mroku wyłoniło się osiem wysokich, zakapturzonych postaci, wciągających powietrze z chrapliwym świstem. Dementorzy. Harry wyszarpnął różdżkę, ale był zbyt wstrząśnięty i zmęczony, by móc się skupić. Nie mógł sobie przypomnieć żadnego szczęśliwego wspomnienia. - Expecto Patronum! – zawołał. Z jego różdżki wystrzelił strzęp srebrnej mgły i znikł. Dementorzy już ich otaczali, wyciągając ręce. Luna zachwiała się, jęknęła krótko, a potem osunęła się cicho na ziemię. - Expecto... Expecto Patronum! Biała mgła przesłaniała mu już oczy, w głowie coraz bardziej narastał ostry, piskliwy, zimny śmiech... Luna... Spojrzał na ziemię, musiał odnaleźć ją wzrokiem... Widział jej bladą twarz... Jej mokre, brudne włosy... Luna... Umrzemy razem... Zachwiał się, ale jego wątły patronus wciąż oddzielał go od potworów. Dementorzy zatrzymali się. Wtem ktoś coś zawołał i krąg potwornych zjaw rozstąpił się i rozpłynął w mroku. Został tylko jeden dementor. Patronus Harry’ ego zamigotał i zgasł. Od strony zamku nadeszło dwóch dorosłych czarodziejów ubranych w czarne szaty, celując różdżkami w Harry’ ego, który stał z podniesioną różdżką i w nieprzytomną Lunę. Obaj mieli twarze pokryte bliznami i szydercze uśmiechy na wargach. Wyższy z nich, o siwiejących czarnych włosach wyglądających spod ociekającego deszczem kaptura, odezwał się: - No, no... I jak było w lesie? Opłacało się uciekać? Po waszym wyglądzie sądzę, że nie. Jego towarzysz z wielkim krzywym nosem zaśmiał się krótko i ochryple. Wyrwał obojgu torby i rzucił na nie jakieś zaklęcie. Miotła i peleryna niewidka wyskoczyły z torby Harry’ ego i pomknęły do rąk niższego z magów. Ten zagwizdał cicho, obrzucił chłopaka pełnym podziwu spojrzeniem i wsunął przedmioty do trzymanej w ręku walizki. Potem rzucił torby Harry’ emu i Lunie. Harry podniósł obie i zarzucił sobie na ramiona. - Nie mam pojęcia, jak uniknęliście naszych patroli, ale cieszę się, że już wróciliście – powiedział wyższy z wyraźnym szyderstwem. – A teraz grzecznie wrócicie do zamku, jak na uczniów przystało. Jeśli się to powtórzy – traficie do lochów. To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie. Nazwiska i dom?! Harry nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Luna ciągle jeszcze się nie obudziła. Harry był wycieńczony, głodny, mokry i zziębnięty i nie czuł się na siłach, by walczyć z dwoma przeciwnikami naraz. Postanowił więc nie walczyć. Przez chwilę wahał się, czy nie podać fałszywych nazwisk, ale ostatecznie nie wiedział, co mu grozi, jeśli kłamstwo się wyda. Już grożono im „trafieniem do lochów” – cokolwiek miało to znaczyć.. - Potter i Lovegood, Gryffindor – powiedział. Zrobił to odruchowo, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że tylko on jest z Gryffindoru. Nie chciał jednak zachowywać się podejrzanie, więc nie sprostował tego. - Zaraz sprawdzimy… - mruknął niższy osobnik, po czym wyjął z kieszeni małe, płaskie urządzenie, które zazgrzytało i wypluło skrawek pergaminu. – Tak, Potter i Lovegood... Ucieczka przedwczoraj. Gryffindor. Wcześniej nienotowani. Zgadza się. Wyższy czarodziej wskazał ręką na zamek. - Do środka! – warknął. – I do swojej wieży! Harry nie wiedział, co zrobić z Luną. Wreszcie wziął ją na ręce (na co mężczyźni w czarnych szatach zarechotali) i z trudem pomaszerował w strugach deszczu do wrót, zataczając się pod ciężarem dziewczyny. Otworzyły się przed nim same. Z bijącym głośno sercem przekroczył próg zamku i przemierzył salę wejściową. Drzwi zamknęły się z głuchym łoskotem, pogrążając Harry’ ego w ciemności. Jedynymi źródłami światła było kilka pochodni wysoko na ścianach. Z kąta wyłonił się mały, łysy człowieczek i przyłożył Harry’ emu do piersi małą, szarą, prostokątną plakietkę. Przedmiot przywarł mocno do szaty Harry’ ego. Potem człowieczek zrobił to samo z Luną i, skinąwszy głową, szepnął coś pod nosem. Gdy Harry spojrzał na niego wycieńczonym wzrokiem, skinął głową raz jeszcze i wycofał się w mrok. Harry doszedł z Luną na rękach na pierwsze piętro, zanim zabrakło mu sił. Posadził ją delikatnie pod ścianą i poklepał po policzku. Westchnęła i otworzyła w końcu oczy. Pomógł jej wstać. Ledwie trzymała się na nogach. Harry żałował, że nie ma czekolady. - Harry... Gdzie jestem... dementorzy... – wymamrotała cicho dziewczyna. - Jesteśmy w zamku – odparł Harry. – Tu się dzieje coś dziwnego. Na razie idziemy do wieży Gryffindoru, musimy odpocząć. - Ale ja jestem z Ravenclawu – wymamrotała, ocierając zimny pot z czoła. - Nie tutaj – pokręcił głową Harry. – Przyszło dwóch ludzi i spytali mnie o nasze nazwiska i domy. Podałem „Gryffindor” i stwierdzili, że się zgadza. I, co dziwniejsze, nasze sobowtóry w tym świecie uciekły stąd przedwczoraj. Dlatego nas wpuszczono. Luna przez chwilę zastanawiała się nad tym, marszcząc lekko jasne brwi. - Jak to „uciekli”? Z Hogwartu? Po co? - Ja też nic z tego nie rozumiem – westchnął Harry. – To wyjątkowo dziwne miejsce. Prześpijmy się, a jutro zobaczymy, jak się sprawy mają. Luna skinęła głową i razem powlekli na siódme piętro, z trudem hamując senność. Po drodze minęło ich kilka grup nastolatków w czarnych szatach, najwyraźniej szwendających się po korytarzach, mimo iż zegarek Harry’ ego wskazywał wpół do pierwszej w nocy. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Gdy mijali jakąś pochodnię, Harry przyjrzał się szarej plakietce na piersiach Luny i odczytał znajdujący się na niej napis: LUNA LOVEGOOD GRYFFINDOR PIERWSZA UCIECZKA Był pewien, że jego plakietka różni się tylko nazwiskiem, ale jego mózg odmawiał współpracy, więc odłożył na później zagadkę, po co im te plakietki. Oboje, on i Luna, skręcili w korytarz wiodący do wieży Gryffindoru i zamarli. Korytarz nie miał na końcu żadnego portretu. Była tylko wielka dziura w ścianie o nieregularnych brzegach, niczym pozostałość po eksplozji. Ściany korytarza pokrywały zacieki i pęknięcia, pod sufitem wisiały pajęczyny, a w jednym miejscu brakowało fragmentu muru, przez co wiatr i deszcz wdzierały się do zamku. Podłoga była całkiem mokra, pochodnie na ścianach pogasły i było tak zimno, jakby korytarz był na zewnątrz, a nie w budynku. Poprzez dziurę w miejscu, gdzie w ich rzeczywistości był portret, widać było pokój wspólny Gryfonów, w którym łaziło najwyraźniej bez celu kilku uczniów. Harry potrząsnął z niedowierzaniem głową, już nie senny, nie mogąc pojąć, co się tu mogło stać. Luna jeszcze bardziej wytrzeszczyła swoje i tak już wyłupiaste oczy, co sprawiło, że wyglądała jak obłąkana – co podniosło Harry’ ego na duchu, bo przynajmniej to było takie samo. - Musimy się zachowywać, jakbyśmy byli tu od dawna – szepnął do Luny. Sam właściwie nie wiedział, czemu to mówi. – Nie okazuj zdziwienia. Kiwnęła głową. Poszli razem ku pokojowi wspólnemu, po czym przeleźli przez otwór, trzęsąc się z zimna. Ledwie zdążyli rzucić okiem na płonący kominek i poobtłukiwane ściany, gdy ktoś przystawił Harry’ emu różdżkę do karku. Chłopak zesztywniał. - No, no... – powiedział jakiś brutalny, nieprzyjemny głos. Wydawał się mimo wszystko nieco znajomy. – Już po tej twojej ucieczce, Potter? Wytrwaliście tylko dwa dni... To i tak dużo w tym przeklętym lesie. Więc może małe Cruciatus na powitanie? Stojący za Harrym człowiek zaśmiał się paskudnie i opuścił różdżkę. Harry błyskawicznie wyjął swoją i odwrócił się. Przed nim stał barczysty, wysoki, ale szczupły chłopak w wieku około szesnastu lat. Jego szczęki pokrywał lekki zarost, a pod prawym okiem miał czerwoną, podłużną bliznę, ale i tak nie było to w stanie sprawić, by Harry go nie rozpoznał. To był Ron. Ron rzucił mu krzywy uśmiech. Jego rude, sięgające prawie do ramion włosy były brudne i splątane. Czarna szata, którą miał na sobie, była wystrzępiona i wyświechtana. - Żartowałem, Potter... Nie tym razem, nie jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem – powiedział pogardliwie. – Coś się zestrachany zrobiłeś... Po tych słowach oddalił się i odszedł korytarzem prowadzącym do wieży Gryffindoru, niknąc w mroku zamku. Harry i Luna byli wstrząśnięci. Oboje opadli szybko na małą kanapę przy kominku i, grzejąc się, rozejrzeli się uważnie po pokoju wspólnym. W niczym nie przypominał on przyjaznego i czystego miejsca, jakie Harry znał. Ściany, zdobione poszarpanymi, posępnymi malowidłami przedstawiającymi sceny wymyślnych egzekucji, były popękane w wielu miejscach, gdzieniegdzie widniały spore wgłębienia i dziury. Te ostatnie pozalepiane były byle jak kawałkami gruzu i drewna, by nie przepuszczać do środka zimna. Stojące tu i ówdzie krzesła miały chyba z pięćdziesiąt lat. Kilka z powyłamywanymi nogami leżało na stosie pod ścianą. W kanapach były wypalone dziurki. Kominek budził lęk. Był rzeźbiony w postacie jakichś maszkaronów, istot o złośliwie wyszczerzonych kłach i pazurach zanurzonych w rozdartych ludzkich ciałach. Nad nim na ścianie wisiał obraz przedstawiający wnętrze ponurej, ciemnej, gotyckiej katedry, wypełnionej rozmodlonymi mnichami. Okna były wysokie i wąskie, a ich obrzeża ostrymi, przecinającymi się łukami zbiegały się u szczytu. Były surowe i groźne. Największe przerażenie budzili jednak Gryfoni. Kilka osób krążyło po pokoju, mamrocząc coś pod nosem lub wymach..ąc różdżkami. Na podłodze przy wejściu leżało trzech chłopaków najwyżej z drugiego roku, potwornie brudnych i o niezdrowej, żółtawej cerze. Mieli półprzymknięte oczy i nie reagowali na żadne hałasy. Identycznie wyglądająca dziewczyna siedziała pośrodku pokoju, kołysząc się lekko. Z mrocznej, nieoświetlonej pochodniami części pokoju wspólnego dobiegały jęki bólu i czyjś rozpaczliwy szloch. Na wytartym i wypłowiałym dywanie widniała wielka plama zakrzepłej krwi. Wszystko to było jak makabryczny, groteskowy sen... ale nie było snem. Harry’ emu utkwił w głowie zwłaszcza jeden obraz. Skulona w pozycji embrionalnej mała, najwyżej jedenastoletnia dziewczynka, leżała pod ścianą przy wejściu do łazienki. Nad nią stało dwóch chłopców i dziewczyna na oko starsi o dwa lata. Cała trójka z bezlitosnymi uśmiechami na twarzach, spoceni z emocji, celowali różdżkami w dziecko i rzucali na nie bez przerwy zaklęcia. Czerwone, żółte, czarne promienie wnikały w ciało dziewczynki, która drgała już tylko konwulsyjnie. Po chwili jej ciało wyprostowało się, wyprężyło... Przestała się poruszać. Trójka nastolatków popatrzyła na nią z zawiedzionymi minami. Jeden z chłopców trącił dziecko butem, po czym wszyscy troje oddalili się ku wyjściu z wieży, klnąc pod nosem. Harry był zbyt porażony, zbyt otępiały, by zareagować w jakikolwiek sposób. Wszystko w nim krzyczało, obraz wirował przed oczami, w uszach słyszał narastający szum... Poderwał się na równe nogi, nie mogąc dłużej na to patrzeć, czując się, jakby miał zwymiotować. Luna wstała wraz z nim, ledwie trzymając się na nogach. Była blada jak ściana i niemal nieprzytomna ze strachu. Chwyciła go kurczowo za rękę. - Nie zostawiaj mnie samej... proszę! Bardzo przypominała teraz zagubione dziecko. Drżała. Pękła dzieląca ich dotąd niewidzialna bariera. Harry przycisnął ją mocno do siebie. - Nie bój się – szepnął, nie mogąc oderwać szeroko otwartych oczu od martwej dziewczynki. – Chodźmy stąd... śpimy dziś razem... Pociągnął Lunę i niemal pobiegli ku schodom do dormitoriów chłopców. Zadudnili stopami po schodach i odnaleźli drzwi do sypialni Harry’ ego – jedne z niewielu, które były całe i nienaruszone. One również były zdobione niepokojącymi splotami ostrych linii. Otworzyły się same, gdy tylko Harry dotknął klamki. Weszli do środka. Drzwi same zatrzasnęły się i coś szczęknęło jak ciągnięty po ziemi łańcuch. Dormitorium było zupełnie puste i panował w nim niemal idealny porządek, przynajmniej w porównaniu z tym, co Harry widział w pokoju wspólnym. Stały tu tylko trzy zamiast pięciu łóżek. Jedno wyglądało na nieużywane. Pokój nie miał wielu sprzętów, tylko owe łóżka, krzesła i metalowy piecyk pośrodku, którego komin niknął w suficie, oraz małej szafki nocnej koło jednego z łóżek. Harry podszedł z Luną do łóżka wyglądającego na nieużywane. Usiedli na nim oboje i zrzucili z ramion bardzo im już ciążące torby. Luna wtuliła twarz w szatę na piersi Harry’ ego. Chłopak głaskał machinalnie jej jasne, mokre włosy. Przez parę minut milczeli, słuchając szalejącego za oknem deszczu. - Nic nie rozumiem... – szepnęła wreszcie dziewczyna spod ramienia Harry’ ego. – To jakieś piekło... - Ciiii.... – Harry doskonale wiedział, co ona czuje. Z trudem wymawiał słowa przez ściśnięte gardło. – Na pewno wkrótce ktoś nas znajdzie... Dumbledore nie zostawi nas samych. A tu... Luna wyprostowała się szybko. Drżała, jakby z trudem hamowała łzy. - Nie rozmawiajmy już dzisiaj... – poprosiła cicho. – Będziesz...? Niewypowiedziane pytanie zadrżało w powietrzu pomiędzy nimi. Wszystko, przez co oboje przeszli... cały ten koszmar... ich strach... niepewność... wszystkie nienazwane uczucia... wszystko to zawarło się w jednej, cichej prośbie. Harry zamknął oczy i skinął głową, po czym gwałtownie je otworzył i spojrzał w jej oczy. Oboje rozpaczliwie potrzebowali bliskości i zapomnienia... właśnie teraz. Z pewnym skrępowaniem, nie patrząc na siebie, w ciszy pozbyli się mokrych ubrań. Żadne z nich nie chciało oddalić się od drugiego na tyle, by odnaleźć cokolwiek w torbach... Potem w samej bieliźnie wślizgnęli się pod kołdrę, zasuwając zasłony. W piecyku płonął ogień, ogrzewając całe dormitorium. Harry i Luna przysunęli się do siebie tak blisko, jak tylko mogli. Spletli się ramionami. Luna złożyła głowę na białej, miękkiej poduszce. Harry czuł, jak opada z niego ogromne napięcie, nagromadzone przez cały dzień. Nie myślał o niczym, co dziś widział i przeżył. Patrzył tylko na brudne, splątane, jasne włosy Luny, jej przymknięte oczy, zmęczoną twarz... Rozkoszował się kontaktem z jej ciepłym ciałem, poczuciem bezpieczeństwa i intymnością dotyku. Spod opuszczonych powiek Luny zaczęły spływać łzy, jedna za drugą, wsiąkając na końcu swej drogi w poduszkę. Jej usta, drżące, lekko rozchylone, chwytały płytko powietrze. Harry objął ją tylko mocniej i przytulił jej głowę do piersi. Sam z trudem hamował chęć rozpłakania się. Nie... Jemu... nie wolno... Łzy spływały po policzkach obojga. Luna wkrótce zasnęła. Harry leżał jeszcze jakiś czas, bez myśli, patrząc na błyszczące ślady łez na policzkach Luny i dotykając ustami jej włosów, aż zmorzył go sen. Ten post był edytowany przez PrZeMeK Z.: 01.05.2006 13:20 -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| PrZeMeK Z. |
05.02.2006 20:19
Post
#13
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
Rozdział VII
Opowieść Nicka Oboje obudzili się w tej samej chwili. Przez okno wpadał nikły blask poranka, przytłumiony grubą powłoką chmur. Panowała idealna cisza. Luna westchnęła cicho i usiadła na łóżku, przecierając oczy. Harry również usiadł i spojrzał na zegarek, który wskazywał, że jest jedenasta. Potem on i Luna spojrzeli sobie w oczy i oboje jednocześnie odsunęli się od siebie. Harry czuł, że płoną mu policzki. Bliskość, jaka dodawała im otuchy tej nocy, zniknęła wraz z nastaniem poranka. Znów byli dla siebie tylko tym, kim przedtem. Harry wysunął się z łóżka, nie patrząc na Lunę. Ku swojemu zdumieniu dostrzegł na sąsiednim łóżku jakąś skuloną postać, która oddychała powoli przez sen. Wstał powoli i naciągnął na siebie wciąż lekko wilgotną i potwornie brudną szatę wyjściową. Potem chwycił różdżkę i podszedł do nieznajomego. Ten miał widać wyjątkowo czujny sen, bo w ułamku sekundy przebudził się i wyszarpnął spod poduszki własną różdżkę. Przez chwilę obaj, Harry i nieznajomy, celowali w siebie, po czym leżący na łóżku chłopak opuścił różdżkę. Wstał i przeciągnął się z uśmiechem. - Aaaa... to tylko ty... – mruknął, ziewając co chwila. – Nie wiedziałem, że wróciłeś. I jak poszła ucieczka? A, ona też z tobą wróciła? Wpatrzył się w Lunę, która miała na sobie tylko bieliznę i właśnie pospiesznie okrywała się kołdrą. Nieznajomy zachichotał i uśmiechnął się do Harry’ ego z uznaniem. - Niezły towarek, ta twoja dziewczyna... – powiedział. – Nie podzieliłbyś się z dobrym kolegą Nevillem? Harry widział już tak wiele niezwykłości, że nieokazanie zdziwienia przyszło mu bez specjalnego trudu. Opuścił różdżkę. - Nie – powiedział, czując się niezręcznie. – To nie... towarek... Luna ... - Ach... – przerwał mu Neville, spoglądając na Lunę z nowym zainteresowaniem. – Ona też już jest z nami? No, no, Harry, potrafisz mnie zaskoczyć. W życiu bym nie pomyślał, że pozwolisz jej narażać się na niebezpieczeństwo... Luna miała zmieszaną minę. Gdy Harry oswoił się już z faktem, iż jest tu w jakimś ruchu oporu, zwrócił się do Neville’ a z prośbą: - Mógłbyś się odwrócić? Luna chce się ubrać. - Odwrócić? Po co? – w głosie niskiego, szczurowatego chłopaka brzmiało prawdziwe zdumienie. – Co ona, jakaś inna? Niech się przebiera. – Zachichotał nagle. – Co, boi się, że się na nią rzucę? Nie ma strachu, trochę mnie przecież znasz, nie? – powiedział uspokajająco do Luny. Widząc, że Neville nie ma zamiaru się odwrócić, po chwili wahania dziewczyna owinęła się kołdrą i pod nią założyła na siebie szatę. Potem skierowała na siebie różdżkę i powiedziała: "Chłoszczyść!", a z jej ubrania zniknęła warstwa błota i kawałków jakichś liści. Wyglądała znacznie lepiej. Harry zrobił to samo ze swoją szatą. Wpadło mu do głowy, że warto byłoby pociągnąć Neville’ a za język i dowiedzieć się kilku rzeczy. - Neville... Jak stoją sprawy? Coś ważnego wydarzyło się, jak nas nie było? - Eee... – Neville machnął ręką o brudnych, dawno nie obcinanych paznokciach. – Ważnego to nic... Goyle przepchnął swojego syna na stanowisko prefekta, ale tego przecież się spodziewaliśmy... A, wczoraj była publika – przypomniał sobie. – Tym razem padło na Ślizgonów... Crabbe’ a zlikwidowali, a Notta, tego naszego, pół godziny męczyli Cruciatusem... Trzymał się, nic nie mówił, tylko wrzeszczał. Podobno jeszcze chwilami słabnie, ale czuje się okej. Poza tym nic ciekawego. Dobra, spadam poszukać jakiegoś żarcia... Na razie. Po tych słowach podszedł do drzwi, które otworzyły się przed nim same i zniknął. Drzwi zamknęły się. Luna spojrzała na Harry’ ego. - To był Neville? On jest... jest... - ... zupełnie inny – dokończył Harry. – Tak, i do tego wszyscy troje jesteśmy w jakimś ruchu oporu... Goyle prefektem... Nie, to już przesada... - Myślisz... – Luna była przestraszona. – Myślisz, że tu wszędzie jest tak jak wczoraj w wieży? Chłopak pokręcił głową. Przez chwilę zdawało mu się, że słyszy jakiś głos w pobliżu, ale gdy rozejrzał się, wrażenie to znikło. - Obawiam się, że tak. Goyle to przecież u nas śmierciożerca. A tu ma jakieś wpływy... Chodź – powiedział, porzucając te rozmyślania. – Idziemy na śniadanie. Albo raczej na obiad. Luna podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę, ale drzwi nie otworzyły się. Spróbowała jeszcze kilka razy, ale efekt – a raczej brak efektu - był ten sam. Harry zdziwiony podszedł do niej, na co drzwi otworzyły się same. Wyszli na schody. Drzwi zamknęły się, gdy tylko Harry o tym pomyślał. - Muszą być zaczarowane – powiedział. – Mój sobowtór musiał zaczarować je tak, że otworzyć je mogę tylko ja i Neville. Jak mi się uda, spróbuję to zmienić, żebyś i ty mogła tu wchodzić. - Mam nadzieję – westchnęła Luna. – Nie chcę mieszkać z nikim innym. Tu wszystko jest... Urwała. Harry rozumiał, że nie lubi ujawniać swoich uczuć. Po śmierci Syriusza także stał się skryty. Pokój wspólny niczym nie różnił się od tego, co widzieli w dniu wczorajszym. Było tylko trochę więcej osób. Przy wyjściu z wieży nadal leżało trzech chłopców, którzy byli tam zeszłej nocy. Gdy ich mijali, oczy Luny rozszerzyły się gwałtownie. - Harry... – szepnęła, bezwiednie chwytając jego rękę i ściskając palce. – To narkomani! - Co takiego? – Harry spojrzał na nią, a potem na leżących i dopiero teraz dostrzegł ślady ukłuć na ich przedramionach. - Narkomani... mówię ci! Zanim moja mama umarła, mieszkaliśmy na obrzeżach Londynu i tam było ich pełno... wyglądali tak samo... Harry, boję się... Zerknęła w dół i puściła jego rękę, jakby zawstydzona. Harry nic nie odpowiedział. Zimna łapa strachu jego też ściskała za gardło. Co to za miejsce? Wędrówka korytarzami nie była przyjemna. Zamek sprawiał wrażenie, jakby od wieków nikt o niego nie dbał. Postacie na nielicznych, ściemniałych od wilgoci obrazach chowały się za ramy, gdy przechodzili, podłoga była brudna, a gdy Harry odgarnął wiszący na ścianie gobelin, za którym powinno być tajemne przejście o dwa piętra w dół, zobaczył tylko dwupiętrową przepaść z kupą gruzu na dnie. Kilkakrotnie minęły ich grupki nastolatków z różdżkami w dłoniach, zerkając na Harry’ ego i Lunę spode łba, ale nie mieli widać ochoty ich zaczepić. Minęła ich też grupa około dziesięciu pierwszoroczniaków z różnych domów (z przewagą Krukonów), którzy niemal przycisnęli się do ściany, schodząc z drogi dwójce szóstoklasistów, jakimi byli Harry i Luna. W połowie korytarza na trzecim piętrze zatrzymał ich dorosły czarodziej w czarnej szacie z kapturem. - Stać! Kontrola! – syknął jadowitym tonem. – Opuścić różdżki! Harry z napięciem czekał, aż czarodziej skończy oglądać plakietkę Luny i zwróci się ku niemu. Gdy chwycił plakietkę Harry’ ego w palce, przyglądając się jej, rękaw szaty obsunął mu się i Harry dostrzegł Mroczny Znak. - Potter... – mężczyzna pokiwał głową. - Możecie iść – machnął ręką. Oddalili się pospiesznie, starając się nie wyglądać podejrzanie. Gdy szli szerokim, dość jasnym korytarzem na drugim piętrze, Harry nagle przystanął. - O co chodzi? – spytała Luna, patrząc na niego zdziwionymi, wyłupiastymi oczami. Harry potrząsnął głową, gestem nakazując, żeby się uciszyła. Wyraźnie słyszał gdzieś blisko kilka głosów. Dobiegały nieco przytłumione, jakby zza ściany. Ktoś coś mówił, kilka osób mamrotało niewyraźnie, ktoś krzyczał głośno i rozpaczliwie. Harry’ emu wydało się, że słyszy głos Hermiony dobiegający zza najbliższych drzwi. Otworzył je, ale klasa świeciła pustkami, a głosy urwały się jak ucięte nożem, gdy tylko dotknął klamki. Nic nie rozumiejąc, wrócił na korytarz. Luna nadal miał zdumioną minę. - Co się dzieje? – spytała ponownie. - Nie słyszałaś tych głosów? – zapytał Harry, rozglądając się. - Głosów? – spytała szczerze zdumiona. – Nie było żadnych głosów. Przecież je słyszałem... - Och! – Luna ożywiła się i spojrzała na niego z nowym zainteresowaniem. – Czy to były głosy zza tamtej zasłony? Z tej sali z kamiennym łukiem? Słyszysz je tutaj? - Nie wiem... Nie, chyba nie – niepewnie mruknął Harry. Nie był już pewien, co właściwie słyszał. – Może mi się po prostu zdawało... albo to gdzieś z dołu... - Ja nic nie słyszałam – stwierdziła Luna. – Idziemy? – dodała po krótkim milczeniu. - Och... jasne. W sali wejściowej było dość ciemno, bo drzwi na błonia były zamknięte. W kącie na stołeczku siedział z pochyloną głową mały, łysy człowieczek, który zeszłego wieczoru przypiął nowo przybyłym plakietki. Wydawało się, że spał, ale gdy tylko Harry się zbliżył, podniósł gwałtownie głowę. Nie wolno! – zawołał słabym, starczym głosem. – Nie podchodzić do wrót! Harry’ emu zabrakło słów. Patrzył z niemym bólem na pokrytą bliznami i zmarszczkami starą twarz, poszarzałą i zmęczoną – i poznawał jej właściciela. - Profesorze Flitwick... W porządku? Staruszek błyskawicznie rozejrzał się, po czym obdarzył Harry’ ego słabym uśmiechem, który jednak nie objął jego oczu. W tych połyskiwał strach. - Tak... – powiedział, podając Harry’ emu dłoń, jednocześnie wciskając w kieszeń szaty chłopca świstek pergaminu. – Dziękuję... Po tych słowach skinął nieznacznie głową i gestem nakazał im odejść. Wielka Sala, do której wkroczyli Luna i Harry, nie przypominała ich Wielkiej Sali. Była niemal zupełnie ciemna, bo wszystkie małe, wysoko umieszczone okna zasłonięto szczelnie czarnymi kotarami. Pochodnie o bladoniebieskich płomieniach budziły niemiłe wspomnienie Departamentu Tajemnic, nadając ludzkim twarzom widmowy odcień. Ich blade światło wyławiało z mroku płaskorzeźby przedstawiające jakieś średniowieczne egzekucje; wykrzywione potępieńczo postacie płonęły na stosach, wisiały na szubienicach i oddawały głowy pod topór. Pośrodku sali wznosiło się wielkie, wysokie na półtora metra kamienne podium, na które z dwóch stron prowadziły ostro zarysowane, czarne i gładkie niczym marmur schody. Tu i tam błąkali się uczniowie, niektórzy ukradkiem podgryzali wyciągnięte z głębin szaty kawałki chleba. Jedynym jasno oświetlonym elementem w całej sali był wielki zegar na ścianie, pod którą stał stół profesorski. Zegar miał pociemniałą tarczę i był zdobiony w takie same, odrażające sceny jak te na płaskorzeźbach, a jego złote wskazówki w kształcie ostrzy mieczów wskazywały, że dochodzi wpół do dwunastej. W chwili, gdy rozległo się głębokie, ponure uderzenie w gong, dochodzące gdzieś z wysoka, przez wrota do Wielkiej Sali zaczęły napływać tłumy uczniów. Większość miała podniszczone szaty i podkrążone oczy. Wszyscy zaczęli tłoczyć się tuż przed podium, wypychając Harry’ ego i Lunę do pierwszego rzędu czekających. Panował hałas, wszyscy przekrzykiwali się, niektórzy podskakiwali, by zobaczyć, co się dzieje z przodu. W kilka minut później otwarły się pociemniałe wrota za jedynym w sali stołem i do środka wkroczył długi szereg kilkudziesięciu postaci. Z dwóch okien po obu stronach stołu opadły zasłony i został on oświetlony nikłym, bladym światłem słonecznym. Nawet jednak ten słaby blask zachmurzonego dnia w mrocznej sali zdawał się oślepiająco jasny. Wchodzący, wszyscy dorośli i ubrani w czarne szaty, zdobione przy mankietach i kołnierzach, zasiedli na swoich miejscach za stołem. Pośrodku, na złotym tronie oplecionym rzeźbionymi wężami, usiadł człowiek, którego Harry rozpoznał bez trudu – Lucjusz Malfoy. Na widok przybyłych podniosła się fala hałasu. Tłum zaczął opętańczo wyć, wrzeszczeć i bezładnie klaskać, wyrażając swoją radość i podniecenie. Lucjusz Malfoy uśmiechnął się lekceważąco i klasnął w dłonie, a w rękach każdego ze stojących – ręce uniosły się bez udziału woli także Harry’ emu i Lunie – pojawiła się miska z gęstą, parującą papką i aluminiowa łyżka. Tłum zawył z radości, ale wyraźnie czekał na więcej. Malfoy nachylił się ku siedzącej obok niego Bellatriks i szepnął jej coś do ucha, a kobieta roześmiała się drwiąco. Oboje mieli na głowach czarnozielone korony zdobione szmaragdami. Bellatriks kiwnęła głową, na co do sali wbiegło kilkadziesiąt skrzatów domowych z koszami pełnymi chleba i małych, zielonych jabłek. Zbliżyły się one do tłumu uczniów i zaczęły ciskać zawartością koszów w stłoczoną ludzką ciżbę. Wybuchły zamieszki. Ludzie wyrywali sobie nawzajem jedzenie, gdzieś błysnęło zaklęcie; czyjaś paląca się tiara przeleciała nad głową Harry’ ego. Jeden ze skrzatów został zadeptany, na innego ktoś rzucił zaklęcie przywołujące. Biedny duszek wzniósł się w powietrze i poszybował nad tłumem, który wyciągał ręce po spadające owoce. Wtem z trzech miejsc wystrzeliły trzy różnego koloru promienie i w tym samym momencie trafiły w lecącego skrzata. Ten dosłownie eksplodował. Jego jasna krew opryskała wszystkich naokoło, w tym Lunę, która krzyknęła i gwałtownie przetarła rękami ubrudzoną krwią szatę. Potem przywarła do Harry’ ego i razem, przerażeni, zaczęli wycofywać się przy ścianie ku wyjściu z sali. Śmierciożercy przy stole rozmawiali wesoło, zajadając się wybornymi potrawami, które tymczasem pojawiły się przed nimi. Nie zwracali najmniejszej uwagi na rozszalały, uzbrojony przecież w różdżki tłum. Harry nie mógł zrozumieć powodu takiej beztroski, dopóki nie zobaczył, jak jakieś przypadkowe zaklęcie szybuje ku jednemu z siedzących. Czerwony promień odbił się jak od niewidzialnego muru, gdy był dobry metr od śmierciożercy. Ten zerwał się na równe nogi i wykrzyknął coś, unosząc różdżkę. Z tłumu wyleciał jakiś drugoroczniak, sądząc z wyglądu. Przez chwilę wisiał nad tłumem, miotając się... a potem krzyknął rozdzierająco i zaczął płonąć. Ludzie pod nieszczęśnikiem pospiesznie uciekli i płonący chłopiec spadł na posadzkę, gdzie jeszcze kilka dobrych minut wył i miotał się, zanim umarł. Wokół ginącego w okropnych męczarniach dziecka uczniowie nadal walczyli o kawałki chleba. Harry nie patrzył na to. Pospiesznie przeciskał się wraz z Luną u boku ku wyjściu, gdy ktoś wycelował w niego różdżkę. - Oddawaj miskę! – warknęła dziewczyna ze znaczkiem Ravenclawu na piersiach. Harry zawahał się. Nie chciał nikogo zaatakować, a tym bardziej dziewczyny. Niska czarownica o twarzy ukrytej za kurtyną tłustych, czarnych włosów, nie zamierzała jednak dać mu czasu na zastanowienie. Otworzyła usta, by wykrzyczeć zaklęcie i... padła na posadzkę jak kłoda. Za jej plecami stał z uniesioną różdżką chłopak, którego Harry zapamiętał jako Teodora Notta ze Slytherinu. - Spadajcie – rzucił im, uśmiechając się mściwie. W kącikach ust miał zmarszczki, zupełnie niepasujące do jego wieku. – Miałem z tą dziwką prywatne porachunki... też – dodał ciszej i zniknął w tłumie. Gdy Harry mijał szybko leżącą dziewczynę, odczytał napis na jej plakietce. CHO CHANG RAVENCLAW Luna i Harry zatrzymali się dopiero na trzecim piętrze, ciemnym i ponurym. Zaszyli się na schodach wiodących do jakiejś wieży, na tyle wysoko, by nikt nie mógł ich z dołu usłyszeć. Po kilkukrotnym rzuceniu zaklęcia Alohomora małe okno dało się otworzyć i wreszcie poczuli na twarzach podmuch świeżego powietrza. Luna pogrzebała bez przekonania w swojej misce. - To cuchnie jak odorosok – skrzywiła się. - Chyba nie możemy liczyć na nic innego – odrzekł Harry, próbując papki. Ostatecznie dało się ją jeść, mimo że trzeba było unikać wdychania jej zapachu, bo rzeczywiście zbierało się od niego na wymioty. Luna również zaczęła jeść, choć bez entuzjazmu. - Tam było potwornie – powiedziała w końcu, po dłuższej ciszy. – I tak tu chyba jest zawsze... Śmierciożercy rządzą Hogwartem... - Taaak... – Harry był w kropce. Jeszcze nigdy nie znaleźli się w tak parszywym położeniu. Znów zjedli kilka łyżek. - Wiesz, co mnie zastanowiło? – spytała Luna, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w niebo za oknem. Jej palce machinalnie pocierały plamy świeżej krwi na szacie. - Co? - Widziałam Gryfonów, Krukonów, nawet trochę Ślizgonów... ale nie widziałam ani jednego Puchona. Harry zastanowił się, marszcząc czoło. Rzeczywiście, on też ich nie widział. - Myślisz, że to ma jakiś związek z tym, kto tu rządzi? – zapytał. Luna pokręciła powoli głową. Nadal zdawała się być nieobecna. - Po prostu nie wiem... Tutaj nic nie jest takie, jakie zawsze znałam. Harry nie mógł się z nią nie zgodzić, więc znowu umilkli. Chwilę później jak spod ziemi wyrósł Neville. W rękach niósł papierową torbę, z której pachniało pieczonym kurczakiem. - Skąd to masz? – wybałuszył oczy Harry, podczas gdy Neville pospiesznie chwycił udko kurczęcia w swoje krótkie, zwinne palce i zaczął je pospiesznie połykać, jakby się bał, że ktoś mu je zabierze. Chłopak uśmiechnął się do niego z pełnymi ustami. - Normalka... szefie – wymówił to słowo ze śmiechem. - Jak zawsze poklęczałem trochę przed stołem, popłaszczyłem się przed nimi i rzucili to i owo. Dzisiaj jest nieźle, wczoraj dali na obiad taki szajs, że dwóch Krukonów się pochorowało... Podobno, bo leżeli pod ścianą, ale mogli być na zadymce... Cała trójka w milczeniu dokończyła posiłek. Harry’ emu ślina napływała do ust, gdy patrzył na rozkoszującego się doskonale upieczonym mięsem Neville’ a. Nic jednak nie powiedział, bo nie chciał zachować się niezgodnie z tym, co już wiedział o swoim sobowtórze. Gdy skończyli jeść, Neville zmiął torbę i rzucił ją na schody. Potem powiedział: - Idę na zwiady do Puchonów, Harry... Tak jak kazałeś, dostarczamy kilku najbardziej obiecującym większe przydziały żywności, ale przedwczoraj o mało nie wpadliśmy. Na szczęście Triss jakoś się wywinął, on ma chody u Malfoya... Spadam. Po tych słowach zbiegł po schodach i znikł w mroku korytarzy. Luna nic nie powiedziała, ale gdy wracali do wieży Gryffindoru (było to jedyne miejsce, gdzie czuli się w miarę komfortowo i bezpiecznie), Harry sądził, że i ona zastanawia się nad słowami Neville’ a. Puchoni gdzieś są... Może w odosobnieniu, a oni dostarczają „najbardziej obiecującym” żywność... Kim są ci „obiecujący”? W pokoju wspólnym było jeszcze niewielu uczniów. Przy wejściu nie leżał tym razem nikt. Na swoim ramieniu Harry poczuł dotknięcie dłoni Luny i odwrócił się ku niej. - Chce mi się pić... – powiedziała cicho, jakby bała się, że ktoś ją usłyszy. Jej wielkie oczy lśniły w wiecznie panującym tu półmroku. – Pójdziesz ze mną do łazienki? - Jasne... – Harry bez przerwy trzymał w pogotowiu różdżkę. W wieży Gryffindoru znajdowały się dwie łazienki: dla chłopców i dziewcząt. W tym świecie także, ale napisy nad wejściami były tak brudne i zatarte, że nie dało się stwierdzić, która łazienka do kogo należy. Luna i Harry skierowali się więc ku bliższej, tej, która w ich Hogwarcie była łazienką dziewcząt. We framudze nie było drzwi, jakby ktoś je wyłamał. W dość jasnym, bo wyłożonym białymi kafelkami pomieszczeniu znajdowały się dwa niewielkie, zakratowane okna. Pochodnie w uchwytach ociekały wodą. Płytki na ścianach i podłodze były przeraźliwie brudne. Gdzieniegdzie nosiły nawet ślady krwi, ciągnące się zaschniętymi strumyczkami po ścianach. Pośrodku widniał spory fragment posadzki pozbawiony kafelków, o okopconych brzegach, najwyraźniej pozostałość po jakimś wybuchu. Ciągnący się pod ścianą rząd umywalek nie przedstawiał się lepiej. Wszystkie były poobtłukiwane i lepkie od brudu, z jednego z kranów sączyła się cienkim strumyczkiem woda. W ciemnej wnęce pod jedną z umywalek, tam, gdzie ze sporej dziury wyglądało kilka rur, coś sapało i powarkiwało. Harry i Luna obeszli więc ten kąt szerokim łukiem i podeszli do jedynej w miarę czystej umywalki. Luna popatrzyła krytycznie na brud i pajęczyny pokrywające kran i odpływ, po czym wycelowała w nie swoją różdżką. - Chłoszczyść! Umywalka stała się znacznie bardziej zdatna do użytku. Luna przetarła ją jeszcze rękawem i tak brudnej szaty i odkręciła kran. Popłynęła raczej przejrzysta i czysta woda, więc oboje bez większych obaw napili się. Gdy zakręcali oporny, od dawna nieużywany kurek, przez odrapane drzwi kabiny łazienkowej przeniknął Prawie Bezgłowy Nick. - Witaj, Harry – powiedział spokojnym tonem. On jeden w całej szkole nic się nie zmienił. - Cześć, Nick – odparł Harry. – Jak leci? - Nie najgorzej – spokojnie i z godnością oznajmił duch. – Miałem nadzieję, że chociaż tobie uda się uciec... Ale, jak widać, jesteś już z powrotem. Jak było? Harry rozejrzał się. W tej samej chwili z którejś kabiny wytoczył się chłopak w wieku około piętnastu lat. Harry, nauczony doświadczeniem, uniósł różdżkę, ale chłopak tylko przeszedł obok niego obojętnie. Jego szkliste oczy i pokryte śladami nakłuć ręce mówiły wszystko. - Jest na zadymce – mruknął pod nosem Nick, patrząc posępnie na plecy oddalającego się chłopca. – Kto by kiedyś pomyślał... Narkotyki w Hogwarcie. Dumbledore nigdy by na to nie pozwolił, gdyby tu był. A teraz... jest ich coraz więcej... Westchnął i pokręcił przezroczystą głową. - No więc, jak było na wolności? – spytał ponownie po chwili. - Wiesz, Nick... to długa historia... - Nic nie mów, nie tutaj – szepnął Nick. Zerknął na wiszący na ścianie malunek przedstawiający grupkę magów w łaźni, którzy wyraźnie nadstawiali uszu. – Bezpieczniej będzie w twojej sypialni, jak zwykle. Po tych słowach wniknął w ścianę. Harry i Luna wyszli z łazienki i podążyli schodami do swojego dormitorium. Na górze było cicho i spokojnie. Nick już na nich czekał. Luna usiadła na łóżku, na którym oboje spędzili noc. Harry stał, patrząc na półprzezroczystego ducha. - Nick... – powiedział w końcu. – To trudne, ale postaraj się zrozumieć. My nie jesteśmy z tego świata. Przez kilka chwil panowała cisza, po czym Nick zapytał: - Nie z tego świata? Co przez to rozumiesz, Harry? - Jesteśmy z innego wymiaru... z innego świata – Harry nie bardzo wiedział, jak mu to wytłumaczyć. – Istnieje wiele różnych światów, a my trafiliśmy do tego przypadkiem... Prawie Bezgłowy Nick wytrzeszczył oczy, wpatrując się w Harry’ ego. - Słyszałem... słyszałem, a jakże – powiedział ożywionym głosem. – Równoległe światy... To jedna z nielicznych tajemnic, jakie dane jest człowiekowi poznać, gdy się zostaje duchem. Spotykałem duchy błądzące po różnych światach... ale jeszcze nigdy ludzi. Harry czuł niewymowną ulgę, że Nick go zrozumiał. Teraz mieli przynajmniej sprzymierzeńca. Duch zbliżył się do niego, popatrzył przez chwilę na jego twarz, po czym odezwał się: - A więc Harry Potter, jakiego znam, nadal jest gdzieś w lesie? To dobrze... teraz, gdy tu jesteś, nie będą go szukać. Może odnajdzie Dumbledore’ a... Zamyślił się na kilka chwil. - Na pewno jesteś zdezorientowany, Harry. Co mam ci wyjaśnić? - Wszystko po kolei – odparł Harry, opadając na łóżko Neville’ a. – Kim jestem tutaj i dlaczego szkołą rządzą śmierciożercy – to może być na początek. Nick zaczął wolno szybować kilka cali nad podłogą, krążąc po pokoju. Zastanawiał się jakiś czas, zanim wreszcie zaczął mówić. - Kiedy pokonałeś Czarnego Pana, śmierciożercy wpadli w gniew. Lucjusz Malfoy, który miał spośród nich największe zdolności przywódcze, zachęcił towarzyszy do ataku na siedzibę Zakonu Feniksa. Zabito i zraniono wielu członków Zakonu, bo ci byli wciąż oszołomieni zniknięciem Voldemorta i nie spodziewali się ataku. Dumbledore, ciężko ranny, zdołał się zdeportować. Wziął ciebie, ukrytego u Hagrida, po czym zostawił cię na progu domu wujostwa. Od tamtego czasu nie słychać o nim. Nie wiadomo, czy żyje. Tymczasem, po rozproszeniu się i ukryciu resztek Zakonu, śmierciożercy podjęli poszukiwania Czarnego Pana. I, niestety, odnaleźli go już rok po jego upadku. Zdołali przywrócić go do pełni śmiertelnego życia. Voldemort pałał chęcią zemsty na tobie, ale Dumbledore nie wyjawił nikomu, gdzie jesteś. Musisz wiedzieć, że twój wuj i ciotka, odnajdując ciebie na swoim progu, znaleźli także list... list od Dumbledore’ a. Harry, którego znam, czasem o nim wspominał, ale nie mówił, co Dumbledore przekazał jego rodzinie. W każdym razie krótki czas później wyprowadzili się na drugi koniec kraju, zmienili nazwisko, odcięli się od przeszłości. Zdecydowani byli ciebie chronić, zwłaszcza twój wuj czuł się odpowiedzialny za dziecko, które zostawiono pod ich opieką. Harry zawsze bardzo dobrze go wspominał. Z pomocą śmierciożerców Voldemort zajął się więc zdobywaniem władzy. Przerażone i osłabione w walkach ministerstwo musiało przegrać. Od tamtego właśnie czasu, Harry, Voldemort rządzi Wielką Brytanią. Pieczę nad Hogwartem powierzył swoim najzagorzalszym zwolennikom. Ich zadaniem jest doprowadzić do tego, by nowe pokolenia czarodziejów nie stanowiły zagrożenia dla władzy Czarnego Pana. Śmierciożercy wprowadzili surowy rygor, przynajmniej w pierwszych latach. Opornych zabijali w okrutny sposób. Naukę ograniczono do minimum, stała się ponadto nieobowiązkowa. Wszyscy uczniowie trzymani byli tylko w Hogwarcie bez możliwości komunikacji z kimś z zewnątrz, bez wsparcia nauczycieli, którzy bali się zrobić cokolwiek przeciw woli śmierciożerców. Większość wiernych Dumbledore’ owi profesorów wkrótce zabito. Profesor McGonagall, profesor Sprout... Długo by wymieniać. Ograniczono posiłki, zlikwidowano stanowisko prefekta, zakazano uczniom opuszczania szkoły na wakacje i ferie, zaniedbano zamek. Efekty już pewnie widziałeś. Z ludzi powychodziły najniższe instynkty. Zaczęli pojedynkować się o jedzenie, o miejsce do spania, o byle błahostkę. Pozbawione zdobywania wiedzy i autorytetów, nowe roczniki błyskawicznie przystosowały się do twardej walki o życie tutaj. Przyjaciele zaczęli zdradzać przyjaciół, rzucano zza pleców zaklęcia, żeby zdobyć jakieś korzyści, co sprytniejsi zaczęli szpiegować swoich kolegów na rzecz władz szkoły. Śmierciożercy zaczęli praktykować publiki, czyli publiczne tortury i egzekucje podejrzewanych o coś uczniów. Robią to zresztą do dziś. A wszyscy muszą to oglądać. Ty, Harry... czy też Harry, jakiego znam... gdy cię ujrzałem po raz pierwszy, byłeś tylko jednym z wystraszonych pierwszoroczniaków. Potem, gdy się poznaliśmy, powiedziałeś mi, że Dursleyowie wyjawili ci prawdę o tobie, gdy tylko skończyłeś dziewięć lat. Oczywiście nigdy nie ukrywali przed tobą, czym są twoje zdolności, ale pomijali temat Hogwartu i sytuacji, która zmusiła ich do ucieczki... To wszystko wyjawili ci w twoje dziewiąte urodziny, pokazali ci też list od Dumbledore’ a, który przechowywali od lat... Mówiłeś, że zabrali cię – zgodnie z zaleceniami listu – na Ulicę Pokątną, na zakupy... gdzie sam się przekonałeś, jak wygląda świat czarodziejów. Opowiadałeś mi, jak runęły twoje marzenia... jaki przeżyłeś szok, gdy po przejściu przez otwierające się pod dotykiem dłoni czarodzieja – twojej dłoni - drzwi za Dziurawym Kotłem zobaczyłeś rozsypującą się, brudną ulicę patrolowaną przez śmierciożerców, zapełnioną smutnymi, szarymi ludźmi... Tak teraz wyglądają czarodzieje. Nie ma już w nich nic z dawnego poczucia wyższości nad innymi stworzeniami i mugolami... rzecz jasna, nie licząc ludzi, którzy pracują dla tych, którzy teraz władają światem. Wracając do ciebie, Harry... Nie chciałeś z nikim walczyć, niczemu się sprzeciwiać. Owszem, po normalnym, spokojnym życiu u rodziny dostrzegałeś szaleństwo i niesprawiedliwość, jakie opanowały szkołę, ale wolałeś trzymać się z dala od wszystkiego, znalazłszy kilka osób podobnych do ciebie... twoich przyjaciół. Hermionę, Neville’ a, później Cedrika... Przebywaliście razem tak często, jak to było możliwe, za namową Hermiony zacząłeś uczęszczać na lekcje i w krótkim czasie odkryłeś w sobie wielki talent do magii. Byliście młodzi, ale sprytni: na lekcjach udawaliście nie zainteresowanych i nic nie rozumiejących, a nocami ćwiczyliście w odludnych miejscach, zawsze wystawiając jedną osobę jako czujkę... W krótkim czasie opanowaliście też walkę... musieliście, jak wszyscy. Twoją bierność zmieniła dopiero śmierć Dursleyów. Gdy Voldemort przekonał się dzięki relacjom swoich sług, że jesteś nieszkodliwy, a do tego niezbyt inteligentny – a potrafiłeś doskonale sprawiać takie wrażenie, jeśli musiałeś – zapomniał o zemście. Chyba uznał, że nie warto, by władca świata zniżał się do zabijania kogoś tak nieważnego. Ty nic o tym nie wiedziałeś, bo byłeś wtedy zbyt młody, by mieć możliwość uzyskania takich informacji. Dursleyowie zginęli w jednej z największych masakr na mugolach w dziejach. Śmierciożercy uzyskali od Voldemorta pozwolenie na zabawę – Nick skrzywił się, wymawiając to słowo. – Wybrali się więc do Londynu pod koniec sierpnia, wiedząc, że na ulicach będzie mnóstwo rodziców z dziećmi kompletujących sprzęt do szkół. Zgromadzili ogromny tłum na Trafalgar Square i... i zaczęli masakrę. Zabijali, rzucali zaklęcia torturujące... a gdy się rozochocili, wyczarowali sobie noże i zaczęli podrzynać dzieciom gardła na oczach ich rodziców. Nick zamilkł na krótko, jakby te wspomnienia sprawiały mu ból. - Niestety, wśród zgromadzonych na placu mugoli znaleźli się też Dursleyowie... Kupowali kilka dodatkowych lektur dla swojego syna, Dudleya, twojego kuzyna. Dudley był jak na swój wiek wybitnie inteligentny i wykazywał ogromne zdolności... tak przynajmniej mówił twój sobowtór, Harry. Wyciągnęli go na środek placu mimo rozpaczliwych prób jego rodziców i... i wszyscy jednocześnie rzucili na niego zaklęcie Urquharta Rackharrowa... zaklęcie wypruwające wnętrzności. Tego, co zostało z twojego kuzyna, podobno nie dało się nawet pochować. Jego rodzice zginęli, gdy oszaleli z rozpaczy rzucili się na śmierciożerców. Ty Harry... gdy mi to opowiadałeś, z trudnością mogłeś wydusić z siebie słowa. Widziałeś to wszystko na własne oczy, bo gdy tylko rozpoczął się twój drugi rok, zadowoleni z zabawy słudzy Voldemorta postanowili zabawić się jeszcze raz... kosztem tego głupiego dzieciaka, Harry’ ego Pottera. Wrzucili wspomnienie tego wydarzenia do myślodsiewni, która została po Dumbledorze i zmusili cię, byś to obejrzał... wiele razy. Od tamtego czasu, Harry, stałeś się zacięty i skryty. To właśnie wtedy zacząłeś rozmyślać nad oporem przeciwko śmierciożercom i zemście... Twoi przyjaciele podjęli decyzję, że pomogą ci w walce. Okazało się jednak, że nikt nie chce walczyć z wiatrakami, jak wtedy niemal wszyscy sądzili. Tym bardziej pod wodzą dwunastolatka o kiepskich zdolnościach intelektualnych, jak o tobie sądzono. Już wówczas istniały grupki, które próbowały doprowadzić do wyzwolenia Hogwartu. Brakowało im jednak planu i współpracy, często trafiali się zdrajcy, poza tym... nie wiedzieli, jak ważne jest poparcie reszty uczniów dla ich planów. W efekcie rzeczywiście była to walka z wiatrakami. Zapadła cisza. Luna patrzyła przybita na prześwitującą sylwetkę ducha. - Ale... jak to możliwe, że uczniowie się jednak nie zbuntowali? – spytała drżącym głosem. – Mówisz, że nie próbowali walki, mimo że chcieli się uwolnić z tego piekła? - Próbowali, a jakże – Nick popatrzył na nią posępnie. – Były dwie próby buntu. Obie zostały bez trudu stłumione przez śmierciożerców. Uczestników zamordowano, przywódców po długich torturach, a ci, którzy przeżyli, bali się. Natomiast reszta... Dla wielu liczy się tylko przetrwanie i skończenie Hogwartu. Wolą egzystować w nieludzkich warunkach i odejść stąd, a potem zaszyć się gdzieś i unikać innych ludzi. Myślę, że szkołę ratuje tylko podział na domy. Gdyby go nie było, panowałby tu chaos. A tak Ślizgoni trzymają się swoich rejonów, Gryfoni i Krukoni swoich... o Puchonach nie wspominając. - A co właściwie... – zaczął Harry, ale Luna mu przerwała. - Skąd tu się wzięły narkotyki? Przecież to typowo mugolski nałóg... - Ach... – duch kiwnął głową. – Narkotyki... Nie wiem, czy sprowadzili je uczniowie, czy śmierciożercy... W każdym razie jeszcze bardziej wyzwoliły prymitywne instynkty. Narkotyzuje się jakieś sześćdziesiąt - siedemdziesiąt procent uczniów... Jedni, by zapomnieć, inni, by mieć siły walczyć... A jeszcze inni, by się zabić. To straszliwa plaga. Dobrze, że Gryfoni mają tak silne poczucie wspólnoty i są wiernymi przyjaciółmi... Dzięki temu w Gryffindorze zadymkę bierze naprawdę niewielu... w porównaniu z innymi domami. Nick unosił się teraz nad posadzką obok okna i wyglądał przez nie na błonia. Siąpił lekki deszcz. W dormitorium panowała cisza, w której pobrzmiewały tylko ciche oddechy dwójki uczniów. - Jest coś, co pomoże ci zrozumieć. Harry ma myślodsiewnię – powiedział cicho Prawie Bezgłowy Nick. – Tak, wspominał mi kiedyś o niej... ufał mi... Dawno temu, zapewne w połowie drugiego roku, gdy Harry zawiązał swój ruch oporu, wykradł ją z gabinetu Malfoya. Mówił, że trzyma tam wszystkie informacje, które mogłyby go pogrążyć podczas tortur, gdyby jego oklumencja okazała się niewystarczająca. Nie wiem, gdzie jest, ale z pewnością w tym pokoju. Poszukaj jej, Harry. Może ona pomoże ci zrozumieć. Musisz kontynuować wysiłki twojego sobowtóra. Bez ciebie świat czarodziejów nie przetrwa. Ja nie wiem już wiele ponad to, co ci powiedziałem... Harry Potter zbyt bał się zdrady, by powierzać komukolwiek wszystkie swoje plany... Zmagał się sam z brzemieniem prawdy... Do zobaczenia, Harry. Po tych słowach duch poszybował ku drzwiom i wniknął w nie. Harry nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Jeszcze nigdy nie znalazł się w tak ciężkim położeniu. Gdyby był sam, pewnie załamałby się i poddał... ale nie był sam. Była z nim Luna, o którą musiał się zatroszczyć, którą musiał chronić, bo... bo była jego jedynym łącznikiem ze światem, do którego należał. Jak niegdyś listy od przyjaciół przynoszone do Dursleyów przez Hedwigę pomagały mu wierzyć, że czarodziejski świat naprawdę istnieje, tak teraz obecność Luny nie pozwalała mu zapomnieć, że istnieje miejsce, gdzie wszystko jest normalnie – i wierzyć w to, że nadejdzie stamtąd pomoc. A poza tym... Po wydarzeniach lata Harry doskonale wiedział, co to znaczy być zamkniętym w sobie... a teraz, gdy z konieczności przybrało to niemal absurdalne rozmiary, Luna stanowiła żywy dowód, że można to znieść. - Idę do swojego dormitorium... To znaczy, mojej odpowiedniczki – powiedziała Luna niegłośno, wstając. – Muszę zdobyć trochę ubrań. - Uważaj na siebie – mruknął Harry. Podszedł z Luną do drzwi i poczekał, aż się otworzą. Gdy wyszła, otrząsnął się z zamyślenia i przypomniał sobie o karteczce otrzymanej od Flitwicka. Wyjął ją z kieszeni. Było na niej tylko kilka słów: R. 23 poz. Podst. G. 45 poz. Podst., 13 poz. Wyż. H. 8 poz. Podst. S. 2 poz. Wyż. Harry nie miał pojęcia, co to może oznaczać. Schował kartkę do kieszeni, zamierzając wrócić do niej później. Dodam tylko, że w kolejnym rozdziale będzie więcej informacji o początkach ruchu oporu, a także o sobowtórach "naszych" bohaterów. Ten post był edytowany przez PrZeMeK Z.: 01.05.2006 13:29 -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| daigb |
07.02.2006 13:06
Post
#14
|
|
Kandydat na Maga Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 92 Dołączył: 25.05.2004 Płeć: Mężczyzna |
przed przeczytaniem:
nooooo jak przegladalam to dlugosc mi sie podoba po przeczytaniu: wg mnie po prostu swietne! zupelnie nowe pomysly, zero nawiazan do innych opowadan. po prostu genialne! swietnie sie czyta, naprawde fajnie piszesz, literowek tez nie ma...po prostu musze ci pogratulowac i czekam na reszte! ps. tak po za tym to kiedy ty to piszesz? przeciez tego jest bardzo duzo do napisania Ten post był edytowany przez daigb: 07.02.2006 15:02 |
| Jade^_^ |
08.02.2006 02:25
Post
#15
|
![]() Iluzjonista Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 124 Dołączył: 06.04.2003 Skąd: z dużej wsi Płeć: Kobieta |
wow... przeczytałam to na jedno posiedzenie... naprawdę świetne i jedzie po psychice...
kurcze, no mam nadzieję, że wkrótce zobaczę tu nowy rozdział, bo to jest serio świetne.. życzę z całego serducha weny.. -------------------- |
| Kedos |
08.02.2006 15:32
Post
#16
|
|
Tłuczek Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 45 Dołączył: 09.05.2005 |
O ja pier..... Znaczy sie: O kurczę, ale fajne... Wciąga, wciąga strasznie. Dawno czegoś tak dobrego nie czytałem na tym forum. Wiec wielkie brawa dla ciebie i
-------------------- Przeczytanie tego zajmie Ci mniej niż 5 sekund życia ;)
|
| Roma |
08.02.2006 18:15
Post
#17
|
![]() Tłuczek Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 33 Dołączył: 09.04.2005 Skąd: K-K |
WoW
Mam takie pytanko: To twój pierwszy ff? Bo jesli tak... to musze ci przyznać że masz talent, jego duże pokłady. A więc teraz komentarz konstruktywny: Po pierwsze TYTUŁ! Każde opowiadanie musi mieć tytuł! Na niektórych forach jest on niemalże niezbędny, więc zmień ten bo szczerze mówiąc nie zachęca Po drugie: Wiesz jak wyglądają diologi? Nie? To ci powiem: QUOTE - Blebleble. - Duża litera lubQUOTE - Blebleble - mała litera I tego się trzymaj w twoich dialogach nie ma niestety myśliników początkowych, a powinny być - popraw. Po trzecie; yyy przewidujesz jakąś scenę "erotyczną"? Bo jesli nie to nie jest odpowiedni dział na tego opka Pozytywy: Bardzo orginalne światy alternatywne- zawiodłam się jednakże tak dużym podobieństwiem tego ostatniego do prawdziwego świata- Voldzia, śmierć Cedrica itp. Podobają mi się opisy (począwszy od natury, na zachowaniach postaci skończywszy Długość partów mnie nie znięchęca- wręcz przeciwnie uwielbiam takie kolosy! Opowiadanie robi wrażenie=> jak najbardziej pozytywne. Pozdrawiam Roma -------------------- Kiedy już wszędzie mało mnie będzie...
musisz wiedzieć, że by przeżyć taką chwilę warto czekać wiek. [ *** ] ![]() |
| Ajihad |
08.02.2006 19:11
Post
#18
|
![]() Tłuczek Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 32 Dołączył: 08.02.2006 |
Sam pomysł całkiem ciekawy, pisz dalej
Ten post był edytowany przez Ajihad: 08.02.2006 19:17 -------------------- G.R.O.M. Grupa Rosjan Odśnieżających Miasta
|
| Kara |
09.02.2006 11:16
Post
#19
|
![]() Absolwent Hogwartu Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 666 Dołączył: 12.11.2005 Skąd: 3miasto Płeć: Kobieta |
Dużo sie rozpisujesz i to jest (przynajmniej dla mnie
Pozdrawiam Kara PS: -------------------- Luke I'm your father!!!
|
| Ajihad |
09.02.2006 21:11
Post
#20
|
![]() Tłuczek Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 32 Dołączył: 08.02.2006 |
Wiadomo może, kiedy będzie nowy rozdział?
Ten post był edytowany przez Ajihad: 09.02.2006 21:12 -------------------- G.R.O.M. Grupa Rosjan Odśnieżających Miasta
|
| Kara |
10.02.2006 12:08
Post
#21
|
![]() Absolwent Hogwartu Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 666 Dołączył: 12.11.2005 Skąd: 3miasto Płeć: Kobieta |
Niestety to wie tylko autor
Kara -------------------- Luke I'm your father!!!
|
| PrZeMeK Z. |
10.02.2006 18:44
Post
#22
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
Jestem znów! Bardzo pszepraszam za tak długie przerwy, ale dostęp do internetu mam tylko u znajomych i to BARDZO sporadyczny (bywa, że raz na 2 miesiące
Odpowiem najpierw na pytania. Nie jest to mój pierwszy fanfik, były inne próby, ale dziś nie nadają się już w ogóle do czytania, wierzcie mi Nie wiem, skąd sie bierze brak początkowych myślników - w oryginale są, przy wklejaniu są, a na forum nie ma. Zaś "sceny" przewiduję - i to już wkrótce... Co do tytułu, co powiecie na "Ciemności, weź mnie za rękę"? Jeśli taki wyda się wam odpowiedniejszy, zmienię go. Pomóżcie mi! - w jaki sposób dodać avatara i podpisy pod postami? Tymczasem zaś zapraszam na ciąg dalszy opowieści. Miłej lektury! Rozdział VIII Wspomnienia Po powrocie Luna była tak roztrzęsiona, że Harry poważnie się zaniepokoił. Na jego pytania odparła, żeby poszedł z nią i sam zobaczył. Poszli więc. Zaklęcie chroniące sypialnie dziewcząt już dawno się zużyło, więc Luna i Harry bez trudu wspięli się po schodach. Dormitorium tamtej drugiej Luny było pozbawione drzwi. Zamiast nich powiewała jakaś wyświechtana, brudna, niegdyś brązowa tkanina; dało się w niej rozpoznać ręcznik. Harry przekroczył próg pokoju i zadrżał: w oknie nie było szyby i po pokoju hulał lodowaty wiatr. Kilka odłamków szkła leżało na podłodze. Stało tu tylko łóżko i szafa ze skrzypiącymi przeraźliwie drzwiami, poruszającymi się na wietrze. - Patrz – mruknęła Luna. – Patrz. Harry rozejrzał się uważnie po sypialni, próbując dociec, dlaczego tak przeraziło ono Lunę. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast, gdy tylko spojrzał na jedną ze ścian. Wszystkie ściany pokryte były dziesiątkami kartek papieru. Znajdowały się na nich zarówno rysunki, jak i pismo. Harry zadrżał, gdy zobaczył, że na każdym rysunku powtarzają się te same motywy: sceny samobójstw, morderstwa i tortury. Najbardziej przerażało jednak to, że zabijana, torturowana i umierająca była na nich zawsze ta sama osoba. Dziewczyna o długich, splątanych, jasnych włosach, która stała teraz obok Harry’ ego i drżała. Chłopak wziął Lunę za rękę, a ona uścisnęła jego palce, jakby z ulgą. Nie patrzyła jednak na niego, wciąż dygocząc. Po chwili zabrała dłoń i odsunęła się od Harry’ ego. - Poczekam na korytarzu – powiedziała cicho, ale wyraźnie, po czym oddaliła się i zniknęła za falującą na wietrze tkaniną. Harry nie mógł oderwać wzroku od ścian. W innych okolicznościach być może zachwyciłby się ogromnym talentem wyzierającym z tych prac, ale fotograficzne wręcz podobieństwo Luny z rysunków i Luny prawdziwej przerażało... podobnie zresztą jak wyjątkowo realistyczne oddanie cierpienia i strachu na twarzach dziewczyny. Harry przeniósł spojrzenie na rysunek przedstawiający Lunę padającą na kolana i z niewyobrażalnym bólem na twarzy ściskającą wystający z jej brzucha trzonek noża. Otaczało go kilka mniejszych szkiców ukazujących zbliżenie na twarz dziewczyny i zakrwawione dłonie. Spływająca po palcach krew wyglądała tak realistycznie... gdy nagle Harry z osłupieniem zauważył, że szkic poplamiony jest kroplami prawdziwej krwi. Wstrząśnięty, odsunął się od rysunku i szybko przemierzył kilka kroków dzielących go od przeciwległej ściany, mając nadzieję, że przynajmniej tam znajdzie coś innego. Przeważały tu kartki zapisane wąskim, raczej drobnym pismem. Wzrok chłopca padł na kartkę ozdobioną w prawym dolnym rogu pięknie wyrysowanym czarnym kwiatem róży. ... odejść. Odejść na zawsze, odpłynąć, pozostawić za sobą koszmar życia... Opuścić powieki po raz ostatni, nigdy więcej nie oglądać ludzkich twarzy ani nieba... Moje rany nigdy się już nie zabliźnią. Krwawię. Z każdym dniem, jaki przychodzi... coraz mocniej... Narodziłam się jako pomyłka, po prostu zwykły kaprys losu. Czas już, bym to zakończyła... ... ciemności, weź mnie za rękę... Przychodzę do Ciebie z ufnością. Harry poczuł ukłucie w sercu. Nie byłby teraz w stanie wydobyć z siebie głosu, choćby od tego zależało jego życie... Zmusił się do oderwania oczu od wiersza z czarną różą i cofnął się o krok. Czuł, że kolana uginają się pod nim, więc opadł na łóżko, ale zaraz zerwał się z niego z przerażeniem. Poduszkę pokrywała krew, długie, wijące się strumyczki krwi. Obok miejsca, gdzie miały swój początek, widniały dwie niewielkie, krwawe plamy... Harry widział, tak wyraźnie, jakby to była rzeczywistość, bielejące z każdą chwilą, bezwładne ciało dziewczyny z naciętymi, krwawiącymi nadgarstkami... Potrząsając głową, by pozbyć się tego obrazu, pospiesznie opuścił dormitorium. Razem z Luną spędzili dłuższy czas w pokoju wspólnym, siedząc po przeciwnych stronach kanapy i milcząco wpatrując się w podłogę. Gdy za oknem ściemniło się, wrócili do sypialni Harry’ ego. Żadne z nich nie rozebrało się do snu, a gdy wsunęli się do łóżka, każde odsunęło się od drugiego tak bardzo, jak to było możliwe. Impuls, jaki popchnął ich ku sobie zeszłej nocy, jaki kazał im szukać bliskości, już się nie pojawił. Ani on, ani ona nie odzywali się i wreszcie zapadli w męczący, niespokojny sen pełen strachu i osamotnienia. Weekend, w porównaniu z owym wieczorem, upłynął dość spokojnie. Harry i Luna odkryli pod łóżkiem Harry’ ego całkiem spore zapasy potraktowanych zaklęciem chłodzącym kanapek, owoców i herbatników, więc głód nie dawał im się tak bardzo we znaki. Posiłek w Wielkiej Sali był tylko jeden na cały dzień. Zaobserwowali, że większość spotykanych na korytarzach uczniów jest osłabionych z powodu niedożywienia. Neville pojawiał się w dormitorium rzadko, zwykle buszował po zamku. Był niczym szczur: mały, zwinny i przebiegły, zawsze potrafił zorganizować sobie jakiś posiłek. Luna nie przebywała z Harrym zbyt często; nawiązała w niedzielę znajomość z jakąś Gryfonką o imieniu Sally. Dziewczyna była mocno wystraszona, miała zawsze czujne oczy, ale odznaczała się pewnym optymizmem i względnym spokojem ducha. Sally unikała ludzi, nie wdawała się w konflikty, nie chciała też walczyć z panującymi w szkole zasadami – tak przynajmniej wynikało z jej odpowiedzi na ostrożne nagabywania Luny. Luna miała podobne usposobienie, więc przypadły sobie do gustu. Często przesiadywały teraz razem na kanapie w pokoju wspólnym, śmiejąc się cicho i rozmawiając. Harry ostrzegł tylko Lunę, by nikomu nie mówiła o tym, skąd są i że on, Harry, jest w ruchu oporu. Dziewczyny zajmowały się sobą, więc Harry miał więcej czasu na przemyślenie strategii działania. Podstawą było odnalezienie myślodsiewni. Niestety, pomimo długich poszukiwań, naczynia nie udało się zlokalizować. Harry dał sobie chwilowo spokój i na kawałku pergaminu wypisał wszystko, czego do tej pory zdołał się dowiedzieć o dowodzonym przez jego sobowtóra – a teraz przez niego samego – ruchu oporu. Nie było tego wiele. Najważniejsze wnioski były następujące: Flitwick jest po ich stronie, choć pracuje na rzecz władz szkoły; Gryfoni są stosunkowo najlepiej zorganizowani i zdolni do ewentualnej walki przeciw śmierciożercom, tak zbrojnej, jak i „ukrytej”; coś niedobrego dzieje się z Puchonami – nie ma ich na korytarzach, nie przychodzą na posiłki, a ruch oporu musi dostarczać im żywności; Ślizgoni w większości (z racji pochodzenia) stoją po stronie panów szkoły, mają więcej przywilejów, ale zadowalają się tym, nie dążą do unicestwienia Gryfonów – ten konflikt jakby przycichł; no i wreszcie, co powiedział mu Nick podczas krótkiego spotkania na korytarzu dziś rano, wszystkie duchy były po stronie Harry’ ego i jego sprzymierzeńców. To napawało nadzieją, bo mogły z powodzeniem szpiegować po całym zamku. Gdy Harry zapamiętał wszystkie te szczegóły, spalił kartkę. Odwrócił się od czerniejących resztek popiołu na podłodze i zamarł, wpatrując się w dziwny obraz, jaki pojawił się przed jego oczami. Pośrodku dormitorium stał Seamus, ubrany w piżamę. Poruszał ustami, jakby coś mówił, ale nie było słychać ani słowa. Harry zbliżył się. Przyjrzał się uważniej Seamusowi, gdy obraz nagle znikł. Harry potrząsnął głową, nie wierząc własnym oczom, ale pokój był tak samo pusty jak przedtem. Co to miało być? Dlaczego widział tu Seamusa? Dlaczego nic nie było słychać? O co tu chodzi? Wpatrywał się przez chwilę w miejsce, gdzie widział obraz, jakby spodziewając się, że coś udzieli odpowiedzi, a potem westchnął i ponownie zabrał się za poszukiwania myślodsiewni. Być może była to kolejna niezwykła cecha tego świata – pojawianie się dziwnych widziadeł i głosów. Myślodsiewnia była w tej chwili istotniejsza. Po dwóch godzinach, gdy już tracił cierpliwość, dostrzegł coś niezwykłego: spory, ale słabo widoczny w półmroku ornament na ścianie za jego łóżkiem, przedstawiający linie wijące się pośród roślinności. Kilka z nich układało się w kształt, który przypominał węża. Harry odsunął nieco łóżko i wpatrzył się intensywnie w ornament. Wąż... Zaraz... jaką zdolność, którą posiada tylko on, można by wykorzystać do zabezpieczenia skrytki? - Otwórz się – powiedział, ale ornament ani drgnął. Harry uznał, że musiał przemówić po angielsku. Do tej pory udawało mu się mówić językiem węży, gdy wąż był prawdziwy lub gdy chociaż udało mu się w to uwierzyć. Skupił się na wspomnieniu swojej walki z bazyliszkiem. Gdy ujrzał w głowie potężną sylwetkę Króla Węży, przemówił raz jeszcze. - Otwórz się! – zasyczał. Ornament na ścianie gładko rozsunął się na dwie części wzdłuż wyrzeźbionych linii, choć Harry przysiągłby, że żadna z nich nie wydawała się być krawędzią szczeliny. Dwie połówki kamiennej płaskorzeźby cicho zniknęły w ścianie i oczom Harry’ ego ukazał się schowek wysoki jak on sam, z kilkoma półkami wypełnionymi jakimiś pergaminami i przyrządami. Na najwyższej półce stała zaś myślodsiewnia, migocąc srebrzyście. - Bingo! – szepnął Harry. Wyjął ciężkie kamienne naczynie, po czym przeniósł je i postawił na swoim łóżku. Potem usiadł obok niego i wpatrzył się w wirujący wewnątrz ni to płyn, ni to gaz. Od czego zacząć? Najistotniejsze są pewnie w tej chwili najnowsze wspomnienia... Historię powstania ruchu oporu zostawi sobie na później... Szturchnął różdżką zawartość myślodsiewni, która zawirowała i zaczęła się uspokajać. Po kilku chwilach stała się gładka i spokojna jak lustro. Harry patrzył z góry na dormitorium, w którym właśnie był. Ktoś po nim krążył. Harry pochylił się i zanurzył twarz w substancji wypełniającej myślodsiewnię. Przez chwilę spadał w czarnej, lodowatej pustce, a potem... Stał pośrodku sypialni. Jego sobowtór krążył po pomieszczeniu z napięciem malującym się na twarzy. Na łóżku obok siedział Neville z poważną miną, wpatrując się w zdenerwowanego chłopaka. - Oby się udało, oby się udało... – szepnął Harry, nie przestając spacerować szybkim krokiem po pokoju. - Uda się – powiedział Neville. – Uspokój się. Wszystko jest zaplanowane. - Wiem – rozdrażnionym tonem powiedział Harry. – Wiem – powtórzył spokojniej i z westchnieniem, zatrzymując się. – Po prostu boję się, co się stanie, jeśli nikogo nie odnajdę i nie wrócę... Jak sobie poradzicie... W tym momencie z ciemnego kąta dobiegł nowy, spokojny głos: - Ja będę ciągnąć to dalej... aż do skutku. Wiesz o tym, Harry. Z mroku wyłoniła się dotąd niewidoczna osoba. Była to średniego wzrostu dziewczyna o pięknych, długich, kasztanowych włosach i zadbanych dłoniach. W ręku trzymała różdżkę. Jej szata była na niej ciasno opięta, uwydatniając kobiecą figurę, co jeszcze bardziej uwypuklał fakt, iż składała się z dwóch części, spomiędzy których wyglądał nagi, płaski brzuch. Twarz była dość wyzywająco umalowana, zwłaszcza grubo poczernione rzęsy i szkarłatne jak krew wargi sprawiały niepokojące wrażenie. Mimo tych wszystkich różnic, Harry bez większego trudu rozpoznał Hermionę. - Jestem twoją przyjaciółką – oznajmiła dziwnie pełnym mocy głosem, który tak dobrze pamiętał Harry z dnia, gdy w Hogsmeade zachęcała innych do utworzenia GD. – Nie zawiodę cię, Harry... Nigdy... Stojący pośrodku dormitorium Harry popatrzył na nią przez chwilę, po czym zbliżył się i objął ją, wtulając twarz w jej zawiązaną na supeł pod biustem część szaty. Jej twarz złagodniała, dziewczyna przymknęła oczy i uśmiechnęła się smutno, jakby żegnali się na zawsze. Potem Harry odsunął się od niej i uśmiechnął blado. - Kamuflaż jest świetny... nie będziesz wyróżniać się spośród tych, które tam bywają... – spoważniał nagle. - Wiesz, jak ważne jest twoje zadanie, prawda, Hermiono? - Oczywiście – odrzekła. – Nie martw się. Wydostaniemy go stamtąd. - Dobrze – powiedział Harry, a w jego głosie nie było już śladu ciepła; zastąpiła je rzeczowość. Zarzucił na ramię leżącą na podłodze torbę. Potem zaklęciem oderwał – z trudem – plakietkę od swojej szaty. Oderwała się wraz z kawałkiem ubrania. Harry zaklął pod nosem i zerknął na zegarek. – Muszę iść. Luna czeka na mnie w klasie numer jedenaście. Obyśmy szybko się zobaczyli. Uścisnął z powagą dłoń Neville’ owi, po czym zbliżył się do stojącej na szafce nocnej myślodsiewni i przyłożył różdżkę do skroni. Scena zaczęła się rozmywać, wirować, aż w końcu Harry został sam w czarnej pustce. Skupił się na powrocie i po chwili wywinął w powietrzu koziołka i z powrotem znalazł się na swoim łóżku. Zatem Hermiona była jego zastępcą... I miała jakieś ważne zadanie. Gdzie ona teraz jest? Dlaczego Neville nic o niej nie mówił? Trzeba odnaleźć wspomnienie, gdy przydziela jej to zadanie... Harry zastosował metodę, jaką widział kiedyś w wykonaniu Dumbledore’ a: skupiając się na słowach Hermiony dotyczących jej zadania, uniósł zbiornik i potrząsnął nim niczym poszukiwacz złota. Substancja zawirowała, po czym w gładkiej toni ukazał się obraz widzianej z góry jakiejś klasy. Było tam dość ciemno, więc trudno było stwierdzić, co się dzieje. Harry postanowił zaryzykować i sprawdzić tę scenę. Zanurzył twarz w myślach. W mrocznej klasie słychać było tylko czyjś szybki, przyciszony oddech. Za chwilę odgłos ten przytłumiły zbliżające się kroki. Ktoś otworzył niespiesznie drzwi za plecami Harry’ ego. Chłopak odwrócił się i ujrzał stojącego w wejściu śmierciożercę. Rozpoznał w nim niedoszłego zabójcę Hardodzioba - Macnaira. Zaświecił on różdżką do wnętrza, wyławiając z ciemności sylwetki ławek i krzeseł, a także szafy w kącie pomieszczenia. Macnair rozejrzał się pobieżnie, po czym zamknął drzwi i oddalił się, jak można było sądzić po oddalającym się szuraniu butów. Po chwili drzwi uchyliły się ponownie i wślizgnęła się przez nie przygarbiona postać. - Nicolas Flamel! – szepnęła dość cicho, ale w pełnej ech klasie jej głos i tak był wyraźnie słyszalny. - Kamień Filozoficzny – odszepnął ktoś z kąta. Pojawił się Harry, ściągając z głowy pelerynę – niewidkę. Podszedł do osoby, która wypowiedziała hasło i razem usiedli na pulpicie jednej z ławek. Niewidzialny Harry rozpoznał Hermionę, tym razem bez makijażu, w zwykłej czarnej szacie. - Dotarłaś bezpiecznie? – zapytał cicho sobowtór Harry’ ego. - Tak – odparła Hermiona. Usiadła na jednej z ławek.– O co chodzi? Jakie jest zadanie? - Daj spokój z tą zasadniczością... – uśmiechnął się Harry, siadając obok niej. – Porozmawiajmy jak przyjaciele. Hermiona odpowiedziała uśmiechem. - No dobrze... Dlaczego się tu spotykamy, Harry? - Chciałem z tobą porozmawiać – odrzekł chłopak. Jego okulary zabłysły w słabym blasku księżyca. – Niedługo szukuję ucieczkę. Zapadła cisza, podczas której Harry przygryzł wargę. Hermiona patrzyła gdzieś w bok. - Hermiono, nie podchodź tak do tego... proszę. Naprawdę zabrałbym cię ze sobą, ale jesteś potrzebna tutaj... Jeśli nie wrócę... - Wiem – powiedziała nieco głośniejszym niż dotychczas szeptem. – Wiem, że gdybyśmy oboje zginęli, plan wziąłby w łeb. Mówiłeś mi o tym. Jestem dość inteligentna, by to zrozumieć – dodała ironicznym tonem. - No właśnie... – Harry dotknął jej ramienia i zaczął je gładzić. Odsunęła rękę. – Hermiono, przyjaźnimy się... Jak mógłbym cię narażać na śmierć w tym lesie, tym bardziej, że nie wiem, czy ta ucieczka ma w ogóle sens? Hermiona zerknęła na niego z lekko zmarszczonymi brwiami, oddychając ciężko. Panowała cisza. - Ją ze sobą weźmiesz... – powiedziała w końcu. Widać było, że sporo kosztowało ją wypowiedzenie tych słów. Harry w odpowiedzi przysunął się do niej i położył dłoń na jej dłoni. Nie odsunęła jej. - Przecież wiesz, że Luna nie da sobie rady – szepnął. Wyglądał, jakby coś go dławiło. – Kocham ją. Nie wolno mi jej tu zostawić... Nie mogę. Już dwa razy próbowała... próbowała ze sobą skończyć... jeśli odejdę, zrobi to po raz trzeci. Hermiona westchnęła i oparła głowę na jego ramieniu. Z jej policzka skapnęła pojedyncza łza. - Wiem... przepraszam – szepnęła ledwie dosłyszalnym głosem. – Wiem, ile dla ciebie znaczy. Oboje nic nie mówili przez kilka minut. Z korytarza od czasu do czasu dobiegały jakieś odgłosy, raz ktoś przeszedł za drzwiami, na co Harry i Hermiona chwycili pelerynę - niewidkę i podnieśli głowy, wsłuch..ąc się w kroki z napięciem. Gdy oddaliły się i ucichły, Harry spojrzał na Hermionę. Jego oczy błyszczały w mroku. - Dean jest w lochach – powiedział ponuro. - Co? – dziewczyna spojrzała na niego z przerażeniem. – Za co tam trafił? - Nie bój się, nic nie wiedzą o tym, że jest z nami – uspokoił ją Harry. – Draco Malfoy miał do niego niechęć z powodu tej Ginny... czy jak jej tam. Wiesz, tej, którą miała już połowa chłopaków w szkole... Jeśli tylko oni. W każdym razie, Malfoy miał na nią ochotę, a ona, po paru spotkaniach z naszym blondynkiem, zaczęła flirtować z Deanem. Wiesz, jaki on jest... Ciągle ogląda się za nowymi... No więc Malfoy pobiegł do ojca i Dean dostał dwa tygodnie lochów pod zarzutem kradzieży jedzenia. Dowiedziałem się dziś rano. Hermiona wbiła wzrok w podłogę i obserwujący tę scenę Harry domyślił się, że Dean Thomas znaczył dla niej znacznie więcej, niż w jego świecie. - Muszę go odnaleźć... prawda? – zapytała cicho dziewczyna. Podniosła głowę i patrzyła teraz w oczy Harry’ ego załzawionym wzrokiem. – To moje zadanie? Harry westchnął ciężko. - Tak – powiedział. – Jesteś najlepsza, no i byłaś tam już kilka razy... Tylko tobie mogę zaufać. Wybacz, że nie powiedziałem ci od razu, gdy dowiedziałem się o tym. Sam musiałem się nad tym zastanowić. Wiesz, jaki jestem. I nie martw się. Wiesz, że nie będą go torturować, skoro nie jest przeznaczony na publikę... Hermiona nic nie powiedziała, wpatrując się w przeświecający zza krat księżyc z jakąś bolesną intensywnością. Sobowtór Harry’ ego przesuwał wolno palcami po skroni; widać było, że niełatwo było mu wysyłać przyjaciółkę na tak niebezpieczną misję. Zapadła ciężka, męcząca cisza. Harry, obserwujący tę scenę, bardzo chciał przytulić Hermionę... pocieszyć ją... Ale nie mógł. To tylko wspomnienie. Zbliżył się tylko, by lepiej słyszeć głosy obojga. - Zrobię to – powiedziała wreszcie Hermiona, spoglądając na Harry’ ego. Harry nie powiedział nic. Skinął tylko głową i objęli się krótko. Potem oboje okryli się z trudem peleryną – niewidką. Zaszurały ciche, ostrożne kroki, po czym z ciemności dobiegł głos Hermiony: - Kiedy mam wyruszać? - Może we środę? – spytał cicho Harry. – Uciekam we wtorek... będziesz bezpieczniejsza, bo śmierciożercy będą bardziej zainteresowani kolejną ucieczką... - Oczywiście – odszepnęła Hermiona. - Poza tym i tak muszę wybrać się do Puchonów. - Zawsze sumienna... – szepnął Harry, a w jego głosie pobrzmiewało leciutkie echo śmiechu. Drzwi otworzyły się i zamknęły, a cała scena zaczęła się rozpływać we mgle, rozmywać... Harry nie zdążył pomyśleć o powrocie z myślodsiewni, bo otoczenie znów się pojawiło, kontury wyostrzyły... Pojawiło się kolejne wspomnienie. Stał w pokoju wspólnym Gryffindoru. Obok niego jego sobowtór przyciskał do ściany dziewczynę, w której Harry rozpoznał Lunę. Całowali się szybko i gwałtownie, ręce Luny obejmowały plecy Harry ‘ego. Nikt nie zwracał na nich większej uwagi, inni uczniowie spacerowali sobie po pokoju lub siedzieli na fotelach. Luna różniła się nieco od tej, która Harry znał: była chudsza i bledsza, jakby bardziej zmęczona, jej włosy były nieco rzadsze. Harry nie miał jednak czasu na doszukiwanie się innych różnic – zbyt był zszokowany widokiem siebie i Luny całujących się... i to w taki sposób... Jego sobowtór z trudem oderwał się od warg dziewczyny i pociągnął ją ku schodom. Oboje pobiegli na górę. Harry poszybował za nimi. Drzwi dormitorium otworzyły się, gdy tylko chłopiec wyciągnął ku nim rękę. Harry wślizgnął się za dwójką nastolatków, zanim drzwi zamknęły się na głucho. Zatrzymał się w mrocznym kącie pokoju, jakby ktoś mógł go tu zobaczyć i otwartymi szeroko oczami, niezdolny, by się poruszyć, chłonął tę scenę. Luna drżała, gdy Harry znów zaczął ją całować. Pocałunki były gorączkowe, zachłanne, jakby widzieli się po raz ostatni. Dziewczyna oparła się plecami o kolumienkę przy łóżku Harry ‘ego, palcami przesuwając po jego poczochranych włosach. Ich usta rozłączyły się tylko po to, by mogli pozbyć się szat. Teraz palce Harry’ ego nerwowo szarpały guziki przy bluzce Luny. W jego ruchach malowało się ogromne napięcie. Wśród wzajemnych pieszczot zdejmowali z siebie kolejne ubrania, aż w końcu zostali w samej bieliźnie. Luna błądziła palcami po lśniącej błękitnawo w świetle księżyca piersi chłopaka. Potem jej dłonie zsunęły się niżej, gładząc brzuch Harry’ ego. Chłopak westchnął cicho i porwał Lunę na ręce. Objęła ramionami jego kark i ponownie złączyli swe usta w pocałunku. Luna spoczęła na białej pościeli. Miała na twarzy wyraz uniesienia, jej półprzymknięte oczy wpatrywały się w szczupłą sylwetkę Harry’ ego, który położył się obok niej. Teraz pieszczoty nabrały tempa, palce chłopaka przesuwały się po całym ciele Luny, poznawały jego zakamarki. Gwałtownie odrzucony stanik Luny miękko opadł na podłogę. Niewidoczny dla obojga Harry patrzył, jak ich ruchy stają się coraz gwałtowniejsze, jak porywa ich namiętność. Czuł, że robi mu się gorąco, ale nie mógł się zdobyć na to, aby opuścić to wspomnienie. Ciała Luny i jego sobowtóra lśniły potem, na krótko pojawiając się w plamie księżycowego blasku w nogach łóżka. Szybkie oddechy i westchnienia obojga wypełniły pomieszczenie, zmierzając ku szczytowi, aż opadły z falą namiętności. Potem było odprężenie i pocałunki, delikatne i czułe, ale jednocześnie pełne jakiejś ukrytej desperacji, jakiejś niepewności. Harry i Luna leżeli, obejmując się, w ocienionym kotarami łóżku. Harry nie ośmielił się podejść bliżej, by widzieć wszystko dokładniej. Patrzył z oddalenia, jak dwójka nastolatków znów zaczyna się kochać, niespiesznie, znacznie delikatniej. Ona coś szeptała. Głowa Harry’ ego zniżyła się, by pocałować dziewczynę. Harry otrząsnął się. Oderwał zahipnotyzowany wzrok od sceny, która mimo wszystko nie była jego wspomnieniem. Była bardzo intymnym obrazem, którego on nie powinien był oglądać. Skupił się i po chwili siedział już na łóżku w dormitorium swojego sobowtóra – teraz odczuł to wyraźnie. Był bardzo zmieszany. Nie był pewien, co o tym myśleć. Owszem, to nie był ani on, ani ta Luna... ale podobieństwo było tak wielkie... Miał dość cudzych wspomnień na jeden wieczór. Odstawił myślodsiewnię do skrytki i wyjął z niej pierwszy z brzegu plik pergaminów. Usiadł ponownie na łóżku i zaczął je czytać. Prawdę mówiąc, zrobił to tylko po to, by nie myśleć o tym, co widział, bo nie miał zbytniej ochoty zajmować się dziś dalej sprawami ruchu oporu. Kiedy jednak wczytał się w pierwszy pergamin, zainteresował go on na tyle, by nie przerywać. Były to raporty z przeprowadzonych akcji, zapisane różnymi charakterami pisma. Dostrzegł tu między innymi staranne pismo Hermiony i dość niechlujne zapiski Deana Thomasa. Większość notatek była jednak sporządzona jego ręką. Każdy raport opatrzony był datą i nazwiskiem osoby, która go składała. Harry najpierw przejrzał cały stosik, zwracając uwagę tylko na nazwiska. Granger... Thomas... Longbottom… Triss… Nott… Moon… Creevey… Flitwick… Davidson… Diggory… Diggory?! Harry gwałtownie przybliżył do oczu pergamin z wypisanym nazwiskiem Diggory. Cedrik Diggory... Tak, nie ulegało wątpliwości, że Cedrik żyje! Ale... przecież nawet jeśli... to już dawno powinien był skończyć szkołę! Zaczął czytać raport Cedrika, zapisany pismem Harry’ ego i obdarzony datą sprzed jakichś dwóch miesięcy. Przeprowadzone ostrożne rozmowy potwierdziły nasze przypuszczenia: większość pracowników szkolnych i prefektów nadal bezwarunkowo popiera Lorda Voldemorta. Nasze starania nie przynoszą większych rezultatów. Jedynymi, którzy wykazali pewną niechęć do niego (co potwierdza użyta przeze mnie legilimencja) byli Halleywood (prefekt Ravenclawu) oraz Flitwick. Niejasne jest stanowisko Severusa Snape’ a. Pomimo tego, że jest śmierciożercą, wykazuje pewne zachowania, które mogłyby świadczyć o tym, że jest po naszej stronie. Niestety, Snape musi mieć świetnie opanowaną oklumencję, bo oparł się całkowicie legilimencji. Moja ocena: negatywna. Zgodnie z rozkazem zapytałem Lucjusza Malfoya o moje szanse przy wyznaczaniu następcy profesora Virgo. Roześmiał się i powiedział, że będę marnował swoje talenty na stanowisku nauczyciela transmutacji, ale gdyby mi zależało, to mam tę pracę już zapewnioną. Dobrze rokuje to dla naszych planów. Poniżej był cal odstępu, a pod spodem widniało zdanie napisane innym kolorem atramentu: Awans Cedrika Diggory’ ego ze strażnika gabinetu Malfoya na nauczyciela transmutacji – listopad. Znów odstęp, po którym następowała dalsza część notatki, nosząca jednak datę z kolejnego dnia i zapisana już innym charakterem pisma, najprawdopodobniej Cedrika: Snape dopadł mnie w korytarzu obok wejścia do gabinetu Malfoya, którego pilnowałem, około trzeciej w nocy. Niezauważenie zbliżył się do mnie i przystawił mi różdżkę do gardła. Zapytał, cytuję: „ O co ci chodzi, Diggory? Dlaczego próbujesz używać przeciw mnie legilimencji? Myślisz, że Malfoy cię teraz ochroni? Gadaj!”. Gdy zacząłem podawać mu ustaloną oficjalną wersję, przerwał mi: „Kłamiesz, Diggory. Ja też znam legilimencję. Ale, w przeciwieństwie do ciebie, oklumencję znam na równie wysokim poziomie”. Opierałem się, ale błyskawicznie rzucił na mnie Silencio i Cruciatus. Co miałem zrobić? Poddałem się po kilku minutach i opowiedziałem mu część prawdy: że istnieje ruch oporu, mający za zadanie pomagać uczniom w przetrwaniu lat spędzonych w Hogwarcie, nie wspominając jednak o konkretach ani nie podając żadnych nazwisk – zresztą, i tak nie znam żadnych poza twoim, a co mu po nazwisku łącznika? Jednocześnie niepostrzeżenie wyjąłem różdżkę. On jednak rzucił na mnie Expelliarmus i powiedział: „Bez sztuczek. Tak właśnie podejrzewałem... Ruch oporu... Czy ty naprawdę wierzysz, Diggory, że nie znające się na magii dzieciaki dadzą radę coś zdziałać?”. Powiedziałem: „Tak”. On popatrzył na mnie dziwnie i odsunął się, pozwalając mi podnieść różdżkę. Gdy miałem ją już w ręku, spojrzał mi w oczy i tak staliśmy przez dłuższą chwilę. Potem odwrócił się i odszedł. Nie mam pojęcia, co o tym myśleć, Harry. Lepiej przygotuj się na najgorsze. Odstęp i ostatni już w tej notatce dopisek ręką Harry’ ego: Severus Snape nawiązał kontakt z Diggorym i powiedział, że możemy liczyć na jego pomoc. Zachować ostrożność. Harry był w szoku. Cedrik Diggory żyje... W dodatku pracuje tu, w Hogwarcie... No tak, skojarzył po chwili Harry, przecież Voldemort powrócił tutaj już dawno, więc żadnego Turnieju Trójmagicznego nie było. A Snape mimo wszystko zaoferował pomoc... Nie ma co, wiele się tu dzieje. Harry miał już naprawdę dosyć wrażeń. Odłożył pergaminy do skrytki. Nie bardzo wiedział, jak ją zamknąć, więc postanowił znów przemówić w języku węży. Skupił się na obrazie bazyliszka, jak to robił wcześniej i syknął: - Zamknij się. Ze ściany niemal bezgłośnie wysunęły się dwie części płaskorzeźby i połączyły się z cichym stuknięciem. Teraz skrytka znów była praktycznie niemożliwa do znalezienia. Gdyby Harry nie wiedział, że tam jest, nigdy nie dostrzegłby w ornamencie szczeliny. Wzdrygnął się, bo zdawało mu się, że skądś powiało chłodem. Odwrócił się ku drzwiom, czując na plecach lekki dreszcz, gdy kątem oka dostrzegł jakiś ruch za swoimi plecami. Okręcił się błyskawicznie na pięcie, ale nikogo nie było. Zaskoczony, opuścił różdżkę i wówczas znów dostrzegł co najmniej kilka osób gdzieś z boku. Obrócił się ponownie i znowu nikogo nie zobaczył. W tej samej chwili gdzieś spod drzwi usłyszał męski, zalękniony głos. - ... i będę ci zawsze wierny, panie... - Co?! Kompletnie zdezorientowany Harry znieruchomiał z uniesioną różdżką. Wzrok miał wbity w miejsce skąd usłyszał głos... i wtedy zdał sobie sprawę, że kiedy nie porusza oczami, po bokach jego pola widzenia przesuwają się niewyraźne, zamazane postacie. Ludzie stali, biegli, wolnym krokiem przemierzali pokój... Rozbrzmiały nowe głosy, rosnąc i po chwili przycichając, by ustąpić miejsca kolejnym. - ... jeszcze dwa wypracowania z transmutacji, a potem mam trening... - ... powiedziała, że musi się zastanowić. Wyobrażasz sobie, ja jej wisiorek, a... - ... zabić, zabijcie go natychmiast! Nie wolno mu uciec! Zginiesz, ty... - ... a teraz na boisko wraca Krum, tak, proszę państwa, już nie krwawi... - ... no i nie była... tego... za macierzyńska. To nie leży w ich naturze, no nie? Dopiero te słowa Hagrida, wypowiedziane jego tubalnym głosem, naprawdę przeraziły Harry’ ego. On to przecież naprawdę kiedyś słyszał, Hagrid naprawdę już to powiedział... Co się dzieje? Spojrzał tam, skąd słyszał Hagrida, na łóżko z kolumienkami, ale zobaczył tylko cień, który rozmył się, jakby nigdy go nie było, gdy tylko Harry skupił na nim wzrok. Jednocześnie inne głosy rozbrzmiały ze zdwojoną siłą, jakby ucieszone, że Harry skupia uwagę na czymś innym. - ... panie profesorze, chciałbym złożyć rezygnację. Tak... Tak, moja decyzja jest nieodwołalna... - ... zostaw, Kitka! Zostaw! Przepraszam, ona tak zawsze, kiedy... - ... aauuu! Proszę, nie... Aaa...! Błagam, zapłacę, tylko nie bij... - ... moja rodzina zawsze stała murem za Dumbledorem i ja trzymam się tej... - ... czternastego listopada niemiecki Minister Magii wydał dekret, na mocy którego... Harry miotał się jak oszalały, ogarnięty paniką, nie rozumiejąc, co się dzieje. Niewyraźne postacie wirowały wokoło, znikając, gdy tylko chciał się im lepiej przyjrzeć, ich głosy otaczały go, osaczały... I nagle się skończyło. Wysoki sopran mówiący coś z gniewem urwał się w pół słowa i zapadła cisza. Harry stał jeszcze przez chwilę, a potem złapał się za głowę i opadł na łóżko. Ukrył twarz w dłoniach. Czyżby zwariował? Czy te wszystkie głosy... i ci ludzie... czy to wszystko wymysł jego chorej wyobraźni? Ale przecież niektóre z nich słyszał kiedyś naprawdę... Powiedzieć Lunie? Nie... nie powie nikomu. Jeśli naprawdę oszalał, lepiej zachować to dla siebie. A jeśli nie... może te głosy się więcej nie pojawią? Może to tylko dziwne właściwości tego miejsca, tego świata...? Trzeba udawać, że nic się nie stało. Z pokoju wspólnego dobiegły nagle wrzaski przerażenia, wyjątkowo realne. Harry nie zastanawiał się długo – wolał to sprawdzić... i przy okazji opuścić ten pokój na jakiś czas. Schodził wolno po schodach, gdy nagle dotarło do niego, że to Luna krzyczy. Nie miał czasu na zastanowienie – ruszył biegiem. Zeskakując z ostatniego schodka dostrzegł Lunę kulącą się na ziemi i stojącego nad nią chłopaka z różdżką wycelowaną w dziewczynę. Narkomani spod ściany wyli potępieńczo, jakaś dziewczynka płakała. Harry wymierzył różdżką w chłopaka. - IMPEDIMENTO! – wrzasnął. Odpowiedział mu donośny huk, gdy trafiony zaklęciem chłopak wpadł gwałtownie na ścianę i odbił się od niej, upadając na podłogę. Zaraz jednak zerwał się i uniósł różdżkę. Był bardzo szybki. - Incendio! – krzyknął chłopak. - Protego! – zawołał Harry. Nie dostrzegł promienia zaklęcia, ale coś świsnęło, a po chwili fotel pod ścianą wybuchł ogniem. Przeciwnik próbował go podpalić. - Incendio! Chłopak znów zaatakował, wykorzystując ułamek sekundy nieuwagi Harry’ ego. Tym razem Harry musiał wykonać gwałtowny unik. Potknął się i przewrócił. W tej samej chwili za jego plecami buchnął płomień. Ogień wystrzelił ze schodów i zaraz zgasł. Harry okręcił się w miejscu, leżąc na podłodze i wycelował w przeciwnika. - Drętwota! Chłopak próbował uskoczyć, ale czerwony promień trafił go prosto w brzuch. Harry patrzył, jak jego przeciwnik upuszcza różdżkę i zwala się ciężko na dywan. Harry podniósł się i podbiegł do Luny, która podnosiła się na kolana, pojękując. Z jej skroni ciekła krew. - Nic ci nie jest? – zawołał, pomagając jej wstać. Dostrzegł na podłodze różdżkę dziewczyny i podniósł ją, po czym wsunął w kieszeń Luny. Luna pokręciła przecząco głową, ocierając czoło rękawem szaty. Dookoła uczniowie powoli się uspokajali. - Chodź – powiedział stanowczo Harry. – Idziemy do skrzydła szpitalnego. Pani Pomfrey musi cię zobaczyć. No, chodź. - Dobrze – powiedziała potulnie. Pociągnął ją ku wyjściu z wieży i przelotnie zerknął na tego, który zaatakował Lunę. To był Ron. Harry popatrzył przez chwilę na niego z twarzą pozbawioną wyrazu i zdecydował się odłożyć na później dociekania, czemu Ron jest tu kimś takim. Po chwili szli już zimnym, mrocznym korytarzem. Przypomniawszy sobie poniewczasie, że nie wie nawet, czy w tym Hogwarcie w ogóle jest jakieś skrzydło szpitalne, a jeśli tak, to gdzie, Harry zwolnił i zaczęli niespiesznie schodzić po schodach. Luna otarła rękawem twarz i uśmiechnęła się do chłopaka. - Dzięki – powiedziała. – Dałabym sobie radę, ale zaskoczył mnie. Trafiłam go tylko raz, a potem straciłam różdżkę. Harry uśmiechnął się do niej. Luna próbowała sprawiać wrażenie, że wszystko jest w porządku, ale chłopak widział, że cała jest roztrzęsiona. Ostatecznie miała dopiero piętnaście lat. Harry nie wiedział, co powinien zrobić, nie miał zbyt bogatych doświadczeń z dziewczynami. Zastanawiał się, czy powinien ją spytać, czemu Ron ją zaatakował. Ostatecznie uznał, że lepiej będzie nie narzucać się i poczekać, aż Luna sama zechce mu się zwierzyć... o ile w ogóle zechce. Nie był pewny, czy chciałaby z nim rozmawiać o powodach ataku. On przecież także nie ma zamiaru powiedzieć jej o głosach... Powoli skręcili do korytarza wiodącego ku skrzydłu szpitalnemu, który na szczęście faktycznie prowadził tam, gdzie w ich świecie. Otworzyli podwójne wrota i weszli do sali szpitalnej. Sala była na swoim miejscu, podobnie jak pani Pomfrey, nieco chudsza i jakby zmęczona, która pochylała się właśnie nad jakimś pacjentem, gdy weszli. Zerknęła na przyschniętą krew na twarzy Luny i krzyknęła, podbiegając do nich. Harry odsunął się i pozwolił, by pani Pomfrey dokładnie obejrzała Lunę. Pielęgniarka po oględzinach odbiegła na chwilę, po czym wróciła z flaszeczką jakiegoś jasnożółtego eliksiru i kazała Lunie go wypić. Dziewczyna wychyliła płyn jednym łykiem. - Nic poważnego, zaraz usunę ranę – mruknęła pani Pomfrey, oglądając czoło Luny i dotykając go różdżką. Po chwili rozcięcie już zniknęło. Skinęła ręką na Harry’ ego. - Pojedynek? – spytała. - Mniej więcej. - Ty jesteś z nią? Harry nie zrozumiał sensu tego pytania. Czy pielęgniarce chodziło o to, czy są parą? - Czy przebywasz stale blisko niej? – inaczej sformułowała pytanie pani Pomfrey,. - Och... tak – Harry wreszcie załapał. - Więc uważaj na nią, dobrze, Potter? W szkole nie jest zbyt bezpiecznie, a ona musi odpocząć. Pani Pomfrey rozejrzała się trwożliwie dokoła, nachyliła się i szepnęła Harry’ emu do ucha: - Nie puszczaj jej nigdzie samej przez kilka dni, Potter. Harry spojrzał jej w oczy z niemym pytaniem, a ona kiwnęła nieznacznie głową. - Jestem po stronie uczniów... zawsze byłam – szepnęła. – Gdybym nie bała się tak o was wszystkich, dawno bym odeszła... Chociaż nie mam dokąd – westchnęła i powiedziała już głośniej: - No, możecie już iść. I... uważaj na nią – spojrzała z troską na Lunę, która rozglądała się po pomieszczeniu. – Nie chciałabym ratować jej po raz trzeci. Po tych słowach pani Pomfrey pożegnała ich krótkim skinieniem głową i oddaliła się pospiesznie, by zająć się innymi pacjentami, których jej nie brakowało. Harry i Luna wymienili spojrzenia pełne otuchy i bez słowa wyszli z sali. -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| PrZeMeK Z. |
10.02.2006 18:52
Post
#23
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
Rozdział IX
Nowy sojusznik Następny tydzień przyniósł wytężoną pracę. Harry stopniowo zapoznał się ze wszystkimi raportami i miał wreszcie pełny obraz sytuacji. Poza tym nawiązywali z nim kontakt kolejni członkowie ruchu oporu i przekazywali kolejne informacje. Jak się okazało, żaden z nich nie wiedział, jaką funkcję naprawdę pełni Harry w ich organizacji. Większość tytułowała go „łącznikiem” albo „kontaktowym”. Harry wolał tego nie zmieniać. Raporty nie były łatwe do ogarnięcia. Ciężko było się połapać w labiryncie przypuszczeń i domysłów, więc Harry zmuszał ich do składania wyczerpujących i szczegółowych sprawozdań. Najpilniejszym problemem byli Puchoni. Przez władze szkoły uznani zostali za „gorszą rasę” i musieli spędzać swój pobyt w Hogwarcie, żyjąc w najprawdziwszym getcie. Za próbę przeniknięcia do lub z getta groziła śmierć, za dostarczanie żywności lub innych artykułów (których bardzo tam brakowało) – zesłanie do lochów, które pełniły rolę więzienia, a czasem sali tortur. Z tego, co Harry dowiedział się z raportów i zapisków, uczniów więziono tylko w niewielkiej części lochów, natomiast reszta była niedostępna dla nikogo poza uprzywilejowanymi pracownikami. Mieściły się tam – jak wynikało ze skąpych danych – miejsca wymyślniejszych tortur dla najbardziej opornych i magazyny wszelakich artykułów, od jedzenia po szaty. Było to jednak wszystko, co dało się powiedzieć o niedostępnej części podziemi. Ruch oporu od początku wspomagał wszystkimi siłami Puchonów. Mieszkańcy Hufflepuffu musieli gnieździć się w zimnych, wilgotnych salach i korytarzach położonych w południowej części zamku, głównie na parterze i w podziemiach. Cierpieli na chroniczne niedożywienie, znacznie cięższe niż większość uczniów Hogwartu, brakowało im ciepłych ubrań i pomocy medycznej. W wyjątkowo ciężkich dla dopiero dorastających nastolatków warunkach szalały epidemie, często wybuchały też sprzeczki, kończące się magicznymi obrażeniami, których nie miał kto leczyć. Nikogo z władz szkolnych nie obchodziło, jak żyją Puchoni, tolerowano ich tylko dlatego, że stanowili jedną czwartą uczniów szkoły i każdy Puchon zmarły z zimna czy głodu był wyeliminowanym zagrożeniem. Dzięki takiej taktyce szkołę opuszczało jeszcze mniej wykształconych i wykwalifikowanych czarodziejów, niż wynikałoby to z poziomu nauki w Hogwarcie. Nie uczono niemal wcale. Owszem, lekcje się odbywały, ale mówiono tylko o niegroźnych zaklęciach i eliksirach. Na historii magii (jeśli ktokolwiek zjawił się w klasie) wychwalano Czarnego Pana i jego rządy; transmutacja pozwalała najwyżej poznać sposób zamiany guzika w kubek, a i to rzadko; zielarstwo, mugoloznawstwo, wróżbiarstwo, starożytne runy, astronomię i opiekę nad magicznymi stworzeniami w ogóle zlikwidowano. Pozostawiona wyraźnie dla czystego szyderstwa obrona przed czarną magią polegała na czytaniu, o ironio, Teorii obrony magicznej – podręcznika, który w świecie Harry’ ego wprowadziła Umbridge. Jedynie zaklęcia pozwalały nauczyć się tego i owego – lewitacja, zmiana barwy, zamykanie i otwieranie drzwi, przywoływanie, odsyłanie, zapalanie ognia... W gruncie rzeczy same sztuczki, ale dobre i to. Na lekcje uczęszczała stała grupka tych, którzy mieli dość wytrwałości, z rzadka wpadał na zajęcia ktoś, kto nie miał nic lepszego do roboty czy po prostu zajrzał z ciekawości. Sam Harry ani razu nie poszedł na zajęcia; nie miał na to czasu ani ochoty. Z opowieści Luny (która zgodnie z zaleceniami pani Pomfrey przebywała głównie w ich dormitorium lub pokoju wspólnym) zasłyszanych u Sally wynikało, że lekcje prowadzone są nieudolnie przez jakichś niewykwalifikowanych ludzi, którzy najwyraźniej uczyli tylko ze względu na niewielką pensję. Potajemnie odbywała się, rzecz jasna, organizowana przez ruch oporu, nauka „na poważnie”. Było to jednak bardzo trudne do zrealizowania, bo wszędzie wisiały obrazy, z których większość z ochotą donosiła śmierciożercom o nielegalnych działaniach. Gdy znaleziono już jednak bezpieczne miejsce – w czym wydatnie pomagały patrolujące korytarze duchy - szkolono najwyżej po kilka osób naraz. Uczono wszystkiego, co mogło być przydatne w walce o wolność szkoły – oszałamiania, unieruchamiania, Zniewalającej Łaskotki, spowolnienia, ale także wymazywania pamięci, czynienia przedmiotów niewidzialnymi, zaczątków legilimencji – poznawania, czy ktoś kłamie, a nawet kilku klątw typowo czarnomagicznych, jednak bardzo skutecznych w działaniu. Te działania prowadzono we wszystkich domach i dawało to dość dobre rezultaty. Harry odszyfrował wreszcie notatkę Flitwicka przekazaną mu wkrótce po przybyciu jego i Luny do Hogwartu. Była to po prostu lista domów z wymienioną liczbą uczniów, którzy reprezentowali swoimi umiejętnościami poziom podstawowy (typowe zdolności czarodziejskie, mniej więcej poziom czwartej – piątej klasy) i wyższy (zdolności specjalne, takie jak niewidzialność czy zaklęcie niepamięci, trudne, ale niezbędne w szpiegowaniu). Ogółem w z ruchem oporu współpracowało (lub po prostu było przez ruch wykształconych) 78 czarodziejów na poziomie podstawowych i 15 na wyższym. Najsłabsze wyniki były w Hufflepuffie z racji sytuacji Puchonów oraz w Slytherinie, ponieważ Ślizgoni w większości stali murem za władzami szkoły. Jedynymi wyjątkami byli Nott i Graveyers, niski chłopak o szarej cerze, bardzo jednak skuteczny jako szpieg, o czym Harry przekonał się już podczas ich pierwszego spotkania, kiedy to Graveyers przekazał sporo wieści o poczynaniach mieszkańców Slytherinu i ich prefektów. Graveyers był czarodziejem z na pół mugolskiej rodziny, z powodu czego nikt w Slytherinie nie traktował go poważnie. Lekceważono go i czasem atakowano, ale zwykle umiał się wybronić. Nikt ze współpracowników Harry’ ego nie znał jego imienia, nie było go też w dokumentach ruchu oporu i wyglądało na to, że Graveyers woli pozostać w tej kwestii anonimowy. Kwestia tajności i zakamuflowania ruchu oporu była zrealizowana naprawdę porządnie. Żaden członek nie znał nazwiska drugiego, żaden też nigdy nie kontaktował się z innymi. Polecenia wydawane przez Harry’ ego przekazywane były zazwyczaj przez łączników, z których każdy znał inne nazwisko Harry’ ego lub też nie znał go wcale (jego plakietka została tak zaczarowana, by ukazywała to, czego jej właściciel żądał). Harry musiał przyznać, że pomysł, by on sam kontaktował się z niektórymi mniej ważnymi członkami i wysłuchiwał ich raportów, był sprytny – w ten sposób gdyby nawet ktoś zaobserwował ich spotkanie, nie przeszłoby mu przez myśl, że przywódca całej organizacji mógłby zajmować się takimi rzeczami i narażać na ujawnienie. To się zresztą i tak nie zdarzało, spotkania odbywały się w bezpiecznych miejscach, a te wymagające udziału Harry’ ego – w jego dormitorium, którego drzwi musiał otwierać on sam, więc nie było możliwości, by dostał się jakiś szpieg. Spotkania odbywały się najczęściej nocą. Harry wiedział z notatek, że kilka razy – w sytuacjach kryzysowych – zbierało się w jego sypialni grono jego najbliższych przyjaciół (a jednocześnie współpracowników) i wspólnie starali się zażegnać niebezpieczeństwo. Jak dotąd się udawało. Harry pracował naprawdę wytrwale, godzinami siedząc w dokumentach i próbując wydawać przemyślane i odpowiednie polecenia. Nigdy dotąd nikt nie wymagał od niego kierowania tak liczną grupą ludzi i sprawowania pieczy nad tak wieloma sprawami. Gdyby nie pewne doświadczenie po prowadzeniu GD, w ogóle nie wiedziałby, jak się do tego zabrać. Teraz dopiero pojął, jak ciężki los ma (w jego świecie) Dumbledore, mając na głowie i szkołę, i Zakon. Wypytywanie Neville’ a przyniosły rezultat. Okazało się, że zadanie Hermiony było naprawdę trudne, bo lochy były nadzwyczaj dobrze strzeżone. Oprócz tego, jak co miesiąc, czekało ją wślizgnięcie się do getta i wizyta u Puchonów, by wesprzeć ich przynajmniej psychicznie. Neville ostrożnie szacował, że powinna zdążyć z uwolnieniem Deana i odwiedzeniem Puchonów najpóźniej do środy. Sama Hermiona zastrzegła jednak – co sobowtór Harry’ ego odnotował w raporcie – że może zaszyć się na kilka dni w pewnym zacisznym miejscu, gdzie Dean będzie mógł wrócić do sił, a cała sprawa przycichnąć. W każdym razie Harry’ emu bardzo jej brakowało. Nie miał pojęcia, w jaki sposób wydostałby ją z lochów, skoro nikt nie miał pojęcia, co w nich naprawdę jest. Cedrik był w jego dormitorium – pełniącym rolę kwatery głównej – tylko raz, późno w nocy, gdy musiał złożyć raport na temat Snape’ a. Trudno opisać, jak Harry się wówczas czuł. Dość by rzec, iż ani razu nie odważył się spojrzeć chłopakowi w oczy, zaś po jego wyjściu przez kilka godzin nawiedzały go straszne wspomnienia. Cedrik powiedział, że Snape przekazał mu całkiem sporo informacji na temat tego, jakie decyzje w najbliższym czasie podejmie Lucjusz Malfoy. Dał też coś, co Cedrik ostrożnie wyjął z wewnętrznej kieszeni, a Harry skrzętnie schował po jego wyjściu do skrytki – małą, płaską buteleczkę eliksiru wzmacniającego. Wyglądało na to, że Snape albo stara się wkupić w ich łaski, albo rzeczywiście chce im pomóc. Należało jednak być ostrożnym. Wtorek był dniem, w którym Harry postanowił osobiście wybrać się na lekcje i sprawdzić, czy jest aż tak źle, jak słyszał. Luna chciała pójść z nim, ale kazał jej zostać w dormitorium i poćwiczyć zaklęcia rozbrajające i oszałamiające. Nie mógł ryzykować, że da się zaskoczyć ponowną napaścią. Poza tym wolał, by nie widywano ich razem. Nie w tym świecie, gdzie mogłaby posłużyć do szantażowania go. Branie torby nie miało najmniejszego sensu, więc Harry wrzucił tylko do kieszeni pióro, kałamarz i kawałek pergaminu, po czym opuścił wieżę. Idąc lodowatym korytarzem i kuląc się pod podmuchami wiatru, rozmyślał nad działaniami, jakie należy podjąć w najbliższej przyszłości. Prawdziwy atak na śmierciożerców nie miał na razie szans. Potrafiących skutecznie walczyć było zbyt mało i w starciu z wrogami mieliby niewielkie szanse. Harry nie był całkiem pewien, jaki wpływ na jego myśli wywiera fakt, iż wokół szkoły bez przerwy stoją dementorzy. Z pewnością na wieży ich depresyjny wpływ był znikomy, ale gdy przechodziło się po korytarzach na parterze, a zwłaszcza niedaleko wrót szkolnych, od razu w głowie odzywały się niechciane głosy, a myśli zaczynały skupiać się na złych wspomnieniach. Na to nie było jednak rady: w tym świecie GD (w takiej formie, jaką Harry znał) nigdy nie powstało i do wyczarowania patronusa nie był raczej zdolny nikt poza nim. Najgorzej mieli Puchoni, którzy oprócz nieludzkich warunków życia byli narażeni na ciągły wpływ mocy dementorów. Kilka razy bywało i tak, że rokujący nadzieje Puchon, dożywiany i szkolony przez ruch oporu, odbierał sobie życie. Na to nic nie można było poradzić. Harry minął starą zbroję i przelotnie spojrzał na gobelin przedstawiający Barnabasza Bzika. Dopiero gdy przeszedł kilka kroków, zatrzymał się, uderzony nagłą myślą. Pokój Życzeń! Nikt o nim nie wiedział... nawet w jego świecie mało kto słyszał o tym miejscu. Tylko czy tutaj też ono jest? Harry zaczął krążyć przed fragmentem ściany, skupiając się na walce ze śmierciożercami. Po chwili w ścianie znikąd pojawiły się drzwi z mosiężną gałką. Harry przekręcił ją i wszedł do Pokoju Życzeń. Tak! Zafascynowany chłopak omiótł wzrokiem pomieszczenie i nagle zamarł. Pośrodku pokoju stał... jednorożec. Widział wyraźnie białą szyję i pierś, jaśniejsze od śniegu nogi zakończone złotymi kopytami, kształtny łeb z potężnym rogiem, złoty ogon poruszający się nad szerokim zadem... Zwierzę było absolutnie wspaniałe, ale w żaden sposób nie mogło samo się tu dostać. Harry, drżąc lekko od niepojętego chłodu, który przejmował go dreszczami, przesunął się nieco i zobaczył, że tam, gdzie kopyta jednorożca dotykały kamiennej podłogi, widniały strzępy mlecznobiałej mgły, unoszącej się i rozwiewającej tuż nad posadzką. Jednorożec wyciągnął pysk, zupełnie nie zwracając uwagi na Harry’ ego i chwycił coś wargami. Znikąd pojawiły się w jego pysku liście, które zwierzę zaczęło żuć. Harry nie wiedział, co ma robić. Słyszał chrupanie liści i oddech jednorożca, czuł zapach zwierzęcia, zupełnie jakby stało tu od dawna... ale to nie jest normalne, jednorożce przecież unikają ludzi, a już zwłaszcza mężczyzn... I te liście... O co tu chodzi? Chłopiec podszedł do zwierzęcia i wolno wyciągnął rękę. Jednorożec nie poruszył się. Harry zawahał się... a potem przesunął dłoń jeszcze dalej. Jego palce wniknęły w jednorożca i w tej samej chwili ten znikł. Harry stał przez chwilę, oszołomiony, po czym opuścił dłoń. To przestawało być zabawne. Tu dzieje się coś naprawdę dziwnego... Minęła dobra chwila, zanim Harry przypomniał sobie o lekcjach, które przecież nie będą czekać. Chłopak pospiesznie opuścił pomieszczenie, a drzwi rozpłynęły się w kamiennym murze. Ważne, żeby nikt ich nie zobaczył. Przez całą dalszą drogę do klasy zaklęć Harry czuł się oszołomiony obrazem jednorożca, ale jednocześnie znacznie podniesiony na duchu. Nareszcie naprawdę bezpieczne miejsce... no i nie ma obrazów! W klasie zaklęć było niewiele osób. Harry doliczył się zaledwie sześciu uczniów, nie licząc jego. Pięcioro było Krukonami, natomiast jeden Gryfonem. Harry w swoim świecie znał go z widzenia. Był to wysoki chłopak o pokrytej licznymi pryszczami twarzy i sporym nosie, co nadawało mu nieco pocieszny wygląd. Wrażenie to jednak niweczyły oczy, które patrzyły z wrogością na każdego, kto spróbował w nie zerknąć. Siedział na uboczu, notując coś na kawałku pergaminu. Harry usiadł w ławce niedaleko drzwi, także z dala od wszystkich i spojrzał na katedrę. Stał tam profesor, ale nie był to Flitwick. Stojący za biurkiem nauczycielskim osobnik miał na sobie płaszcz z kapturem i był zdecydowanie wyższej postury niż wszyscy w tej klasie. Twarz była całkowicie ukryta pod kapturem, co budziło irracjonalny lęk. Dłonie nauczyciela ubrane były w czarne, skórzane rękawiczki, których palce oparte były pełnym siły gestem o blat biurka. Trudno było powiedzieć, czy zaczął już lekcję, czy też czeka na większą liczbę uczniów. Po chwili ciszy postać w kapturze przemówiła, ku zaskoczeniu Harry’ ego, kobiecym głosem: - Dzisiaj będę mówić o zaklęciu odsyłającym. Czy ktoś opanował już może to zaklęcie wcześniej? Harry podniósł rękę, po czym zorientował się, że to był głupi pomysł. - Nazwisko? – zapytała kobieta, a w jej głosie pobrzmiewało lekkie zaskoczenie. Potter. Nie było powodu, by kłamać – gdyby wzięto się za niego, zaklęcie chroniące jego plakietkę poddałoby się łatwo i jego tożsamość wyszłaby na jaw. Nauczycielka zanotowała jego nazwisko w małym notesiku i ponownie zwróciła niewidoczną twarz do klasy. - No więc, zaklęcie odsyłające służy do odsyłania przedmiotów. Jest to przeciwieństwo zaklęcia przywołującego. Zaklęcie nie ma formuły, wystarczy odpowiedni ruch różdżką i przedmiot zostaje odesłany we wskazane przez nas miejsce. Potter – zwróciła się niespodziewanie do Harry’ ego. – Pokażesz nam to zaklęcie. Harry wstał z ławki, po czym, zachęcony gestem czarnej rękawiczki, zbliżył się do biurka. Czuł na plecach spojrzenia Krukonów i Gryfona. Nauczycielka wskazała palcem leżący przed nią pergamin i skinęła głową. Harry machnął różdżką i pergamin odleciał aż na drugi koniec klasy. Wszyscy poza Gryfonem śledzili wzrokiem jego lot. Chłopak siedział w kącie, nie patrząc na nic i nadal notował. - Dobrze – mruknęła kobieta. – Siadaj. Harry usiadł w ławce. Dalszy ciąg lekcji był nudny. Nauczycielka siedziała na krześle, czytając „Proroka Codziennego”, Krukoni próbowali – większość bezskutecznie – odsyłać małe przedmioty, a Gryfon bazgrał bezmyślnie po pergaminie, gapiąc się w okno. Harry zrozumiał, co miała na myśli Sally, mówiąc o nauczycielach uczących tylko ze względu na pensję. Gdy zabrzmiał dzwonek, uczniowie wstali i opuścili klasę, z mrukliwym chłopakiem na końcu, a nauczycielka złożyła gazetę. Harry był już przy drzwiach, kiedy zza pleców dobiegł go jej głos. - Potter. - Słucham? – Harry zatrzymał się i odwrócił. Ręka w czarnej rękawiczce celowała w niego różdżką. - Skąd znasz to zaklęcie? - Nauczyłem się sam – skłamał na poczekaniu Harry. - Ach tak? – zdziwiła się z szyderstwem nauczycielka. – Nauczyłeś się zaklęcia z poziomu czwartej klasy? - Tak – odparł Harry, patrząc w ciemny otwór kaptura i starając się sprawiać wrażenie niewinnego. Przez chwilę patrzyli na siebie, po czym ręka z różdżką opadła. Nauczycielka wolno uniosła dłonie i odrzuciła kaptur. Miała delikatną, szczupłą twarz i szarawą cerę. Wielkie, bladobłękitne oczy otoczone zmarszczkami patrzyły przeszywającym, dziwnie niepokojącym wzrokiem. Włosy były zgolone przy samej skórze, a nad skronią biegła pod nimi biaława, podłużna blizna. Harry przeżył lekki wstrząs, ujrzawszy ten makabryczny obraz, ale nie dał po sobie tego poznać. - Nic nie kombinuj, Potter... – powiedziała złowrogo nauczycielka. Harry spojrzał jej niewinnie w oczy, po czym bez słowa odszedł. W drodze do kolejnej klasy, którą postanowił dzisiaj odwiedzić, zastanawiał się nad tym, kim jest ta kobieta. Wyraźnie jest wroga uczniom... Dlaczego wygląda tak... niesamowicie? Jej oczy były niemal hipnotyzujące... i te włosy... Może była czarnoksiężnikiem? Nie warto się zastanawiać, pomyślał z rezygnacją, i tak do niczego nie dojdę... to bez sensu... Dopiero gdy usłyszał w głowie odległe echo zimnego, okrutnego śmiechu, otrząsnął się i spostrzegł, że stoi przed wejściem do lochów. Dementorzy już zaczęli na niego działać. Harry zszedł po schodach, wciąż słysząc echo śmiechu Voldemorta. Rozejrzał się, czy nikogo nie ma, po czym uniósł różdżkę. Expecto Patronum! – szepnął, skupiając się na wspomnieniach Rona i Hermiony. Z różdżki wystrzelił srebrny jeleń, który przystanął i odwrócił łeb ku Harry’ emu, jakby pytał go, co robić. Chłopak spojrzał w srebrzyste oczy... oczy jego ojca. - Idź naprzód – szepnął. Nie wiedział, czy patronus go rozumie, ale jeleń ruszył wolno korytarzem, rozjaśniając go swym blaskiem. Harry szedł za nim, nie słysząc już śmiechu. Obecność patronusa rozpraszała ponure myśli i sprawiała, że ciało spowijało miłe ciepło. Gdy chłopak dotarł do zakrętu, za którym była klasa Snape’ a, srebrny jeleń zatrzymał się i rozpłynął w powietrzu. Harry minął zakręt i zobaczył, że przed drzwiami klasy stoi w nieładzie około dwudziestu osób, głównie Ślizgonów, choć było też kilku z Ravenclawu. Ku chłopakowi zwróciły się czujne spojrzenia i wzniesione różdżki. Ktoś parsknął śmiechem. Harry uniósł na chwilę obie dłonie na wysokość piersi, dając do zrozumienia, że nie ma złych zamiarów. Różdżki opadły, ale oczy wciąż zerkały z szyderstwem. Widać rzadko widywano tu Gryfonów. Harry trzymał różdżkę w pogotowiu, stojąc pod ścianą. Po chwili drzwi klasy otworzyły się i zapadła cisza. Snape gestem zaprosił ich do środka, więc weszli w kompletnej ciszy. Harry zaczął zmierzać ku swojemu stałemu miejscu, ale było zajęte przez jakiegoś Ślizgona, więc skręcił i usiadł w cieniu, z dala od Ślizgonów. Przed nim siedział Krukon, który odwrócił się ku niemu, gdy Harry siadał. Harry zerknął na jego plakietkę. ANTHONY GOLDSTEIN RAVENCLAW DRUGA UCIECZKA Harry spojrzał na ukrytą pod ciemnymi, dość długimi włosami twarz i dopiero teraz rozpoznał chłopaka, który w jego świecie był członkiem GD. Jego mina była lekko zdziwiona, a niebieskie, pełne dziwnego obłędu oczy spoglądały na plakietkę Harry’ ego. Potem Anthony przelotnie zerknął na niego, ich spojrzenia skrzyżowały się na moment i chłopak odwrócił się do biurka nauczyciela. - Spokój! – powiedział Snape, choć panowała cisza. – Dzisiaj zajmiemy się eliksirem spokoju. Jest to mikstura, która niegdyś często pojawiała się na egzaminach piątych klas, co świadczy o jej skomplikowaniu. Tylu co zwykle? Dwudziestu? Kilka par oczu zwróciło się na Harry’ ego. Snape również spojrzał w jego kierunku i dopiero teraz go dostrzegł. Zamarł na chwilę, patrząc Harry’ emu w oczy z leciutkim skrzywieniem warg, które mogło oznaczać zdziwienie. Harry nie opuścił wzroku. Snape niczym nie różnił się od tego mu znanego, w dodatku pomagał – a przynajmniej tak to wyglądało – ruchowi oporu, co dobrze rokowało. Harry ciągle nie mógł odzwyczaić się od widzenia ludzi takimi, jakich znał w swoim świecie i dlatego dostrzegał w Snapie członka Zakonu Feniksa – a więc sprzymierzeńca. Wrażenie mogło być fałszywe, ale na razie nic na to nie wskazywało. Snape odwrócił wreszcie wzrok. - A więc dwudziestu jeden. Nazwisko? – spytał. - Potter – odparł Harry. - Więc pamiętaj, Potter – Snape znów miał kamienną twarz. – Jesteś tu na własne życzenie. Jeśli nie wykonasz prawidłowo dzisiejszego eliksiru, możesz więcej nie przychodzić. Reszta uczy się od dawna i osiągnęli już pewien poziom. Dostosuj się albo zrezygnuj z moich zajęć. Zrozumiałeś? Harry spojrzał w oczy profesora i skinął głową. Snape machnął różdżką i przed każdym pojawił się kociołek. Drugie machnięcie – na tablicy pojawił się spis składników i sposób przyrządzania eliksiru. Trzecie machnięcie – szafka ze składnikami otworzyła się. Snape usiadł za biurkiem i spojrzał gdzieś w głąb klasy. Uczniowie kolejno podchodzili do szafki i brali potrzebne rzeczy. Harry podszedł jako ostatni i również zabrał się do pracy nad eliksirem spokoju. Robił już ten eliksir w piątej klasie i zapadło mu w pamięć to, jak zapomniał dodać syropu z ciemiernika, przez co Snape wystawił go na pośmiewisko. Teraz skupił się, uważnie przeczytał kilka razy instrukcje na tablicy i zaczął warzyć wywar. Szło mu to dość łatwo, bo już to kiedyś robił. Pod koniec lekcji z jego kociołka wydobywała się srebrna para – tak jak powinna. Harry rozejrzał się po klasie i zauważył, że niemal nad wszystkimi kociołkami wiszą kłęby srebrzystej pary. Tylko gdzieś w kącie widać było błękitny dym. Snape wstał i przeszedł się po klasie. Przystanął przy Harrym i spojrzał na jego wywar. - Dobrze – powiedział i poszedł dalej. Harry przeżył lekki szok. Snape nie miał zastrzeżeń... nie rzucał kąśliwych uwag... nie prowokował Harry’ ego... Czyżby w tej rzeczywistości jego ojciec nie pastwił się nad Snapem w młodości? Snape nie wyżywał się teraz za to na nim? Jeśli z waszego kociołka unosi się srebrna para, przelejcie trochę wywaru do kolby, podpiszcie i postawcie na moim biurku do oceny. Jeśli nie – tu Snape spojrzał w stronę niebieskiego dymu – darujcie sobie. Macie wówczas tydzień na przygotowanie właściwej mikstury i nie obchodzi mnie, jak to zrobicie. Gdyby ktoś pytał, pracowaliśmy nad eliksirem leczącym z czyraków, zrozumiano? Nie zapominajcie, co mogę wam zrobić, jeśli ktoś powie, że było inaczej... W klasie panowała grobowa cisza. Gdy Snape usiadł za biurkiem, wszyscy przelali eliksir do kolb i ustawili je przed Snapem. Gdy Harry stawiał swoją kolbę, Snape spojrzał na niego wzrokiem, który nakazywał zostać w klasie. Harry był ciekaw, o co mu chodzi, więc czekał, trzymając na wszelki wypadek w pogotowiu różdżkę. Gdy wszyscy wyszli i ostatnia osoba zamknęła drzwi, Snape spojrzał na Harry’ ego. - Gratulacje, Potter. Wykonałeś zadanie bezbłędnie. Czy przygotowywałeś już kiedyś taki eliksir? Harry zawahał się. Mimo wszystko Snape mógł być niebezpieczny i należało zachować czujność. Trzeba mu coś powiedzieć... - Tak, ale nie mogę powiedzieć nic więcej na ten temat. Niech panu wystarczy wiadomość, że znam eliksiry na dość dobrym poziomie. Mocne. Oby nie za mocne. Zaczynając w ten sposób, sporo ryzykował, ale miał przeczucie, że odwaga zrobi na Snapie lepsze wrażenie. I chyba się nie omylił. Profesor spoglądał ku niemu zza biurka z delikatnie podniesionymi brwiami i zagadkowym wyrazem twarzy. - Niech ci będzie... – powiedział cicho. – Możesz uczęszczać do mojej klasy. Pamiętaj, że nikt cię do tego nie zmusza. Jeśli opuścisz kilka zajęć, a potem nagle się zjawisz – nie licz na żadne fory. Dostosujesz się do poziomu albo rezygnujesz. W każdym razie... Snape zamyślił się na chwilę, a Harry domyślił się, że profesor zastanawia się, jak zacząć kolejny temat. - Dobrze, zagrajmy w otwarte karty, Potter – powiedział w końcu, świdrując go spojrzeniem bezdennych czarnych oczu. – O ile się orientuję, masz kontakt z tak zwanym ruchem oporu. Nie mam pojęcia, jakie zajmujesz tam stanowisko, ale zobaczyłem dosyć, by nie wątpić w sam fakt twoich działań w tej grupie. Jeśli mam was wesprzeć, musisz dostarczyć mi informacji. Bez tego nici z jakiejkolwiek współpracy i wydam ciebie oraz Diggory’ ego Malfoyowi. Harry’ ego przeszedł zimny dreszcz, ale nie dał po sobie nic poznać. Snape nie spuszczał go z oka. - Pierwsze, co muszę wiedzieć, to przywódca lub przywódcy. Powiesz mi, kto tym kieruje. Jeśli nie masz dostępu do takich informacji, sprowadź kogoś, kto go ma. Po drugie... - Po pierwsze – Harry przerwał mu chłodnym tonem, choć w środku aż skręcało go ze zdenerwowania – niech pan zapomni o żądaniach. Nie mógłbym zdradzić, kto dowodzi, choćbym nawet wiedział. Obowiązuje mnie tajemnica. Jedynymi osobami związanymi z ruchem oporu, które pan spotka, będę ja i Diggory. Nich pan nie uważa nas za naiwnych. Podam panu nazwiska, a pan od razu zdradzi wszystko śmierciożercom. Snape drgnął na dźwięk tego słowa i wyprostował się na krześle, zaciskając palce na krawędzi biurka. - Masz tupet, żeby używać tego określenia – syknął jadowicie. – Tego słowa używają tylko walczący z wszechwładzą Czarnego Pana głupcy, skupieni wokół wyklętego Dumbledore’ a... - Może nie tylko oni walczą z Voldemortem? Harry aż sam się dziwił, jak mógł wypowiedzieć te słowa tak jedwabistym, łagodnym tonem pobrzmiewającym leciutkim szyderstwem. Widać obcowanie ze Snapem robi swoje. Sam Snape patrzył mu w oczy jeszcze przez chwilę, po czym ponownie oparł się na krześle. - Mów dalej – zachęcił chłopaka. – Ciekaw jestem, co naprawdę potraficie osiągnąć. Harry nie był pewien, co powinien zrobić. Należało jakoś przekonać się, czy Snape naprawdę chce im pomóc, tylko jak? Nagle postanowił zdecydować się na szaleńczy ruch. - Tak przy okazji, współczuję trudnego dzieciństwa. Z tego, co wiem, pańscy rodzice nieustannie się kłócili, a pan musiał być tego świadkiem, czyż nie? – powiedział tonem towarzyskiej rozmowy. Snape poderwał się z krzesła i instynktownie uniósł różdżkę. Harry zrobił to samo, wiedząc, że bardzo ryzykuje, mówiąc o wspomnieniach innego Snape’ a, których ten mógł wcale nie posiadać. To było coś, czego mogła się dowiedzieć tylko naprawdę prężnie działająca organizacja... To mogło przeważyć szalę na jego stronę... ale mogło też wszystko zniweczyć. Było jednak zbyt późno na wycofanie się. Snape dyszał lekko i wpijał w niego oczy, połyskujące nagłą czujnością. - Przekazano mi tę informację na wypadek, gdyby był pan nieufny czy niepewny naszych możliwości – zmyślił błyskawicznie Harry, czując ulgę, że jednak trafił w dziesiątkę. – Teraz widzi pan, do czego potrafimy dotrzeć. Ma pan w tej chwili dwa wyjścia: albo przystaje pan do ruchu oporu i pomaga zwalczać śmierciożerców, albo wydaje pan mnie i Diggory’ ego, a ruch oporu zakonspirowuje się tak głęboko, że nigdy go nie odnajdziecie. Od dawna jest na to przygotowany. Ja nic nie zdradzę na torturach, jestem tylko posłańcem i nie znam nikogo ważnego. Nic ze mnie nie wyciśniecie, bo nic nie wiem. To podstawowa zasada tajnych grup... z pewnością coś pan o tym wie. – Harry chwilami sam był zaskoczony, jak gładko i bezproblemowo potrafi kłamać. Po krótkim czasie w tej rzeczywistości robił to już niemal automatycznie. Spojrzał Snape’ owi w oczy. - Niech pan wybiera w tej chwili. Drugiej propozycji nie będzie i nigdy mnie pan już nie zobaczy w tej klasie. Snape miał kamienną twarz. W lochu zapadła długa cisza, w której pobrzmiewały tylko oddechy dwójki celujących w siebie czarodziejów. Potem Snape opuścił różdżkę, a jego wargi wykrzywił lekki, ironiczny uśmieszek. - A więc dobrze – oznajmił spokojnie. - Zgadzam się pomóc. Zaimponowałeś mi, Potter. Wygląda na to, że rzeczywiście potraficie to i owo. Więc teraz ty posłuchaj, co ci powiem. Kontaktujesz się ze mną tylko w tej klasie, po lekcji. Mam lekcje od poniedziałku do piątku o dziesiątej trzydzieści, dwie godziny. Potem aż do trzeciej jestem wolny, obiad jem u siebie. Po trzeciej mam zajęcia związane ze szkołą... albo, jak to wyraziłeś, ze śmierciożercami – parsknął krótkim, zimnym śmiechem. – Ewentualne działania mogę wykonywać w nocy, wtedy mam wolne. Od razu uprzedzam: nie liczcie na nic, co mogłoby mi przysporzyć kłopotów. Żadnych morderstw, kradzieży czy porwań. Tylko informacje. Wyniki mogę przekazywać Diggory’ emu. Jeśli poczuję się zagrożony, wydam was obu bez względu na konsekwencje. Mam nadzieję, że nie jesteś głupi, Potter. Nie zapominaj o własnej skórze. Gdybyście chcieli skontaktować się ze mną , gdy nie mam lekcji, masz przyjść do mojego gabinetu. Nikt inny. Podasz hasło, które brzmi... – zamyślił się na chwilę. – Śmierciożercy. A teraz zmiataj. Harry skinął sztywno głową i nie odwracając się, cofnął się do drzwi, wymacał klamkę i otworzył je, dopiero tutaj decydując się odwrócić do profesora plecami. Snape bardzo się ujawnił, mógł nagle zmienić zdanie i zabić go. Wszystko przepadłby. Harry błogosławił się w duchu, że wcześniej zastanawiał się, jak przekonać Snape’ a o swojej nieistotności. Jeszcze bardziej błogosławił to, iż ten Snape nie przejawiał najmniejszej zdolności legilimencji. - Potter... Harry odwrócił się w drzwiach. - Powodzenia. Przekaż to stojącym wyżej – powiedział Snape z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Przypominam tylko, że opowiadanie nie zawiera wątków z szóstego tomu, więc niektóre sprawy mogą wyglądać nieco inaczej. -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| PrZeMeK Z. |
10.02.2006 19:19
Post
#24
|
![]() the observer Grupa: czysta krew.. Postów: 6110 Dołączył: 29.12.2005 Skąd: z Mazewa/w Krakowie Płeć: Mężczyzna |
Rozdział X
Napaść i wiadomość Następnego dnia Harry przebudził się w swoim dormitorium z dość dziwnego snu. Wędrował w nim uliczkami uśpionego Hogsmeade wczesnym zimowym porankiem. Wschodzące słońce rysowało się bladą złotą plamą za białoszarymi, gęstymi chmurami, chłodny wiatr sypał mu w twarz maleńkie, wirujące płatki śniegu. Nie sprawiało mu to jednak przykrości; przepełniony był w tym śnie jakąś dziwną nostalgią i melancholią, a droga poprzez ośnieżone uliczki wydawała się nieskonczenie długa. Po przebudzeniu czuł lekkie mrowienie w skroniach i przez chwilę trudno mu było otrząsnąć się z nastroju marzenia sennego. Harry niespiesznie usiadł na łóżku, potarł skroń i rozejrzał się. Luny nie było. Na drugim łóżku chrapał Neville, jak zwykle spowity w brudne szmaty, które kiedyś były szkolną szatą. Harry wstał i ubrał się, po czym minął cicho chłopaka i wyszedł z sypialni. W pokoju wspólnym wszystko było tak samo, jak zawsze. Narkomani leżeli pod ścianą lub kołysali się w kącie. Harry wiedział już, że ruch oporu nie pomaga im z prostego powodu: nie było jak. Przy takim nawale zajęć nie dało się wygospodarować nawet jednej osoby do pomocy uzależnionym, tym bardziej, że nie było środków leczących z narkomanii. Pewne nadzieje można było pokładać w Snapie, owszem, ale w warunkach tego Hogwartu najprawdopodobniej wyleczeni i tak wkrótce wróciliby do ćpania. Narkomani byli więc stałym, choć tragicznym elementem krajobrazu. Luna siedziała na kanapie, wciśnięta w jej kącik i rozmawiająca z Sally. Harry spojrzał przelotnie na obie dziewczyny i odwrócił się z zamiarem pójścia do łazienki, ale wtedy usłyszał coś, co kazało mu się zatrzymać. ... taka ładna. Ma taką gładką skórę... Może pozwoliłaby się... pocałować? Harry’ emu wydało się, że ów dziewczęcy głos dobiegł od strony kanapy i obejrzał się przez ramię, zdziwiony. Sally słuchała Luny opowiadającej o wygodach dormitorium, w którym śpi, uśmiechając się lekko. Nagle Harry usłyszał to znowu, ale tym razem głos Sally dobiegł jakby ze źle dostrojonego radia, cichnąc i zanikając. ...Nie rozumiem, jak to możliwe, że... wcześniej. Ona... się podoba, chyba... zakochałam... Harry wstrząśnięty był nie treścią słów dziewczyny – ostatecznie wiele już tu widział – ale tym, że podczas gdy on słyszał te sowa, usta dziewczyny były zamknięte. Zrobił kilka kroków w kierunku stojącej do niego tyłem kanapy. Dziewczyny nie zauważyły go początkowo, więc Harry był już o kilkanaście cali od nich, gdy wreszcie złowił go wzrok Sally. ...Kto to? Czego on chce? Głos był o wiele wyraźniejszy, ale z ust dziewczyny nie padło nawet jedno słowo. Jednocześnie Harry’ ego nawiedził obraz dłoni sięgającej do kieszeni po różdżkę. To były jej... myśli? Harry zatrzymał się, spłoszony. Sally wbiła w niego przestraszony wzrok. Luna odwróciła się również, po czym obdarzyła chłopaka uśmiechem. - O, cześć, Harry. Sally, poznaj Harry’ ego. Wiesz, to właśnie u jego śpię, mówiłam ci. To mój przyjaciel. Harry mimo dezorientacji zwrócił uwagę, że nigdy wcześniej Luna tak go nie określiła. - Cześć... – odparł. – Miło mi cię poznać, Sally. Wyciągnął rękę w stronę dziewczyny, w której bladoniebieskich oczach czaił się lęk. Drgnęła, ale złowiwszy uspokajający uśmiech Luny, z wahaniem podała mu dłoń. W chwili, gdy jej ręka dotknęła jego ręki, chłopaka przeszył lekki dreszcz i usłyszał zupełnie wyraźnie: No, jeśli Luna mu ufa... Tym razem Harry nie miał najmniejszych wątpliwości: to, co słyszał, było myślami Sally. Dopiero teraz jednak usłyszał to tak wyraźnie. Czuł jej ukryty strach, stale w niej widać obecny, i to również było dziwne. Jakie było jego źródło? Wtem, jakby w umyśle otworzyły mu się zamknięte dotąd wrota, oślepił go obraz. To było jak błysk światła: ujrzał obrzydliwą, niedogoloną, spoconą męską twarz, nachylającą się nad przerażoną dziewczynką tkwiącą nieruchomo w wysokim fotelu. Sally... Obleśnie pożądliwy, męski głos zabrzmiał w jego głowie przez sekundę. W następnej chwili Sally szarpnęła się gwałtownie i wyrwała mu dłoń, zrywając się na równe nogi. Dźwięki i obrazy urwały się jak ucięte nożem. - Co...? – wyjąkała, cofając się o krok. Luna spojrzała na nią z uniesionymi brwiami. - O co chodzi? – spytała, a jej wyłupiaste, niezwykłe oczy przenosiły się z Harry’ ego na Sally. - Ja... nie, nic, jakoś dziwnie się poczułam – powiedziała szybko Sally, opuszczając wzrok i siadając na kanapie. – Już mi przeszło. Harry tylko dzięki wprawie zdołał ukryć swój strach. - Eee... to ja już idę. Do łazienki – powiedział dość głupio i odszedł. Zmuszał się, by iść spokojnie. W głowie miał zamęt. Po opuszczeniu łazienki poszedł prosto do swojego dormitorium, nie patrząc w kierunku dziewczyn. Drzwi zamknęły się za nim, a chłopak padł na łóżko, pogrążony w myślach. Leżał na boku, wpatrując się w sąsiednie łóżko, kiedy drzwi otworzyły się ponownie i do środka weszła zdecydowanym krokiem Luna. Rozejrzała się i dostrzegła Harry’ ego. Jej ruchy stały się wyraźnie łagodniejsze, gdy bez słowa przysiadła się obok niego na łóżku. Przez chwilę panowała cisza. - Harry, o co chodzi? – spytała wreszcie cicho, patrząc na jego plecy. Nie od razu odpowiedział; nie był pewien, czy chce coś odpowiedzieć. Poczuł, jak Luna cicho opada na poduszki, poczuł muśnięcie jej włosów. Kilka chwil trwali obok siebie w milczeniu; on na prawym boku, z rękami podłożonymi pod policzek, ona na plecach, z jasnymi włosami rozsypanymi po poduszce. - O co chodzi? - powtórzyła cicho. - O nic – mruknął Harry. - Och, daj spokój – powiedziała swoim rozmarzonym głosem, który ostatnimi czasy stracił wiele ze swojej beztroski. Pobrzmiewały w nim nuty niepokoju. – O co chodziło z Sally? Chłopak nie odpowiedział. Znów zapadła cisza, podczas której dormitorium trwało w całkowitym bezruchu. Harry zacisnął bezwiednie wargi. Nie wiedział, czy chce coś powiedzieć, a jeśli tak, to co. Jak niby miałby jej powiedzieć, co się stało? Łatwiej było milczeć. - Czy... słyszałeś coś? – szepnęła nagle Luna tak cicho, że jej słowa były ledwie dosłyszalne. Harry wstrzymał oddech ze zdumienia. Czekał, aż dziewczyna znowu się odezwie, by być pewnym, że się nie przesłyszał, ale Luna milczała. Słyszał jej przyspieszony oddech, jakby sama była przerażona tym, co powiedziała. - Co masz na myśli? – wyszeptał. - Czy słyszałeś coś? – powtórzyła niemal niesłyszalnym szeptem, ale szybciej, jakby czuła, że nie zdoła tego powtórzyć. Cisza, która zapadła, przepełniona była napięciem. Harry wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w podłogę u stóp sąsiedniego łóżka. Czuł, że to, co teraz powie, będzie bardzo ważne. Zastanawiał się gorączkowo, a kiedy podjął decyzję, poczuł nagły spokój, jakby opuścił go cały lęk. Wolno obrócił się na plecy. Teraz oboje leżeli obok siebie, patrząc na baldachim rozpięty nad łóżkiem. Harry przymknął oczy i szepnął: - Tak. Luna odprężyła się, poczuł to wyraźnie. Wzięła głębszy oddech i powoli wyszeptała w przestrzeń: - Słyszałeś nasze myśli? - Tak. - Poczuła to – cicho kontynuowała Luna. – To musiało być coś nieprzyjemnego, prawda? Niechcący sięgnąłeś w głąb jej umysłu, a ona nie była na to przygotowana. Przestraszyła się. Pewnie nie chcesz mówić o tym, co zobaczyłeś. Harry nic nie odpowiedział, słuchając jej z zamkniętymi oczami. Jej spokojny głos przynosił ulgę. Wypełniał myśli. - Wiem, co czujesz – odezwała się łagodnie Luna. Poczuł, że dziewczyna przekręca się na bok. Otworzył oczy i zrobił to samo, tak że znaleźli się kilkanaście cali od siebie, patrząc sobie w oczy. Twarz dziewczyny była blada. - Mnie też się to zdarzało – szepnęła i przygryzła wargę. Przez jej twarz przemknął wyraz bólu. – Po śmierci mojej mamy. Siedziałam wtedy sama przez długie godziny...i... czasem, wieczorami, gdy tata przychodził, by mnie otulić kołdrą... słyszałam, o czym myślał. Umilkła, by nabrać powietrza. - To było... to było straszne. Słyszeć jego słowa, zanim zdążył je wypowiedzieć, czuć jego rozpacz... Bo to nie były tylko słowa. Ja czułam to, co tata. Ty też... też tak...? - Tak – odszepnął Harry, spuszczając wzrok na białą pościel. - Potem nauczyłam się to ignorować – głos dziewczyny stał się odrobinę śmielszy. – Tata powoli wracał do równowagi, ja tak samo... aż wreszcie się skończyło. Przestałam słyszeć myśli. Przestałam czuć uczucia innych ludzi. - Ale czemu...? – zapytał Harry zduszonym szeptem. – Dlaczego słyszałaś...i... i czułaś? Luna patrzyła gdzieś w przestrzeń. Jej wielkie, tajemnicze oczy lśniły w bladym świetle. - Wiesz... to chyba nadwrażliwość. Rozumiesz? To coś jak to uczucie, kiedy czasem nawet czyjeś dotknięcie sprawia ci ból. Albo kiedy w pochmurny dzień boli cię głowa. Twoje ciało jest zbyt wrażliwe, odczuwa to, czego normalnie nie powinno. A to, co słyszałam... czułam... to chyba to samo, tylko że... - Tylko że to mózg jest zbyt wrażliwy, tak? – dokończył Harry, patrząc jej w oczy z ożywieniem. Skinęła głową i spojrzała na niego. - Czasem jeszcze czuję coś takiego. Myślałam, że to jakiś nawrót choroby... no wiesz, że to zwyczajnie wróciło. Ale skoro ty też to czujesz... - Myślałem, że wariuję – powiedział Harry, kręcąc lekko głową. – Zresztą, może i zwariowałem... Po tym, co musiałem tu oglądać... U mnie to było nie tylko słyszenie myśli. Ja... słyszałem głosy osób, których tu nie było, rozumiesz?Słyszałem jakieś kłótnie... uczniów rozmawiających o pracy domowej... Hagrida. I widziałem Seamusa, tutaj, pośrodku tej sypialni, ale nie słyszałem, co mówił. Widziałem go przez chwilę, a potem zniknął. Myślisz, że... że... Co o tym myślisz? – zapytał bezradnie. - To przeze mnie – powiedziała cicho. – To się zaczęło zaraz po tym, jak przybyliśmy do pierwszego świata, wiesz, tego z Filchem jako dyrektorem, ale naprawdę silne stało się w tym świecie. A gdybyś nie skoczył mnie ratować, nie znaleźlibyśmy się tutaj. - Daj spokój – spróbował jej przerwać Harry, ale ona jakby go nie słyszała. - Tutaj wszystko jest wyraźniej. Ale ja nigdy nie widziałam obrazów... tylko myśli i uczucia. To pewnie przez podróże między rzeczywistościami... Ty i ja jesteśmy wrażliwsi od innych, zawsze tak było – a tutaj to się wzmocniło. To dziwne... – dodała w zamyśleniu. – Tak wielka wrażliwość, że potrafi połączyć umysły dwójki ludzi albo przywołać inne miejsca i czasy... Dobrą minutę panowała cisza, którą przerwał dopiero Harry. - Więc sądzisz, że te... te wizje i głosy... pochodzą z różnych światów? – spytał, marszcząc brwi. - To masz na myśli? Luna otrząsnęła się z zamyślenia i skinęła głową. - Sądzę, że możemy to powstrzymać – powiedziała, siadając na łóżku. Harry poszedł w jej ślady. Dziewczyna obróciła głowę i spojrzała na niego. – Kiedy zbliżała się jedna z takich... wizji, czułam lekki zapach ciepłego wosku... jakbym stała obok płonącej świecy. Nauczyłam się, że kiedy czuję ten zapach, muszę skupić się na czymś innym i wtedy... to przechodzi. A ty? - Ja... – Harry zastanowił się, poszukując elementu wspólnego dla wszystkich dziwnych zdarzeń. – Dreszcz. Za każdym razem czułem na plecach lekkie ciarki. Taki... chłód. Myślisz, że to może być to? - Na pewno – stwierdziła stanowczo. – Kiedy znowu to poczujesz, skup się na czymś innym... spróbuj zamknąć umysł... To sformułowanie wzbudziło w Harrym pewne wspomnienie. - Uczyłem się oklumencji... obrony umysłu przed wtargnięciem – dodał, widząc jej spojrzenie. – Sn... nauczyciel też powtarzał, bym zamknął umysł. Tyle że nigdy tego nie opanowałem... - To bez znaczenia – powiedziała Luna z lekkim uśmiechem. – ja nigdy nie uczyłam się tej oklumencji, a potrafię to powstrzymać. Musisz tylko poćwiczyć. Idę na dół – dodała nagle, wstając. – O mało co nie zapomniałam, Sally miała mi coś pokazać w zamku. No to... do zobaczenia. Odeszła w kierunku wyjścia. - Luna? - Tak? – odwróciła się w drzwiach. Popatrzył na nią przez chwilę i uśmiechnął się lekko. - Dzięki. Mrugnęła do niego lekko i zniknęła. Jakąś godzinę później Harry szedł niespiesznie korytarzem na piątym piętrze. Po rozmowie z Luną poczuł się na tyle podniesiony na duchu, że spędził trochę czasu nad rozmaitymi bieżącymi raportami, aż w końcu postanowił się przejść, żeby rozruszać mięśnie. Luny i Sally nie było w pokoju wspólnym, przypuszczał więc, że jeszcze nie wróciły ze spaceru. Przypomniał sobie nagle, co o Lunie myślała Sally i poczuł się trochę dziwnie. Gdyby nawiązały romans... Harry nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w tych sprawach, więc nie bardzo wiedział, co o tym myśleć. Tak czy owak, obraz Luny całującej się z dziewczyną jakoś mu się nie podobał. Minął małą grupkę pierwszoroczniaków z Gryffindoru i Ravenclawu wychodzącą z łazienki. Oglądał już dokumenty dotyczące działań wśród nowych uczniów, więc znał powód, dlaczego nie sposób niemal spotkać na korytarzach pojedynczego ucznia pierwszej klasy. To Hermiona zaproponowała, by namawiać pierwszorocznych do trzymania się razem. Tak było bezpieczniej dla nich, no i łatwiej im było w razie czego się obronić. Poza tym wśród uczniów różnych domów nawiązywały się nici współpracy, co było nieocenione na wypadek, gdyby potrzebna była ich wzajemna pomoc. Przez ciągłe przebywanie ze sobą rodziło się wśród pierwszoroczniaków zaufanie i solidarność, co miało niebagatelne znaczenie. Ci członkowie ruchu oporu, którzy kontaktowali się z nimi, pomagali im jak się tylko dało – choćby dostarczając żywność, ubrania, koce czy składniki jakichś eliksirów. Harry wiedział, że pierwszaki darzą zaufaniem i sympatią właśnie tych starszych uczniów, a nie władze szkoły. Delikatne sugestie i wpajanie najmłodszym do głów, że ruch oporu (choć nigdy nie użyto tego sformułowania i żaden pierwszoroczniak nie miał pojęcia o tej organizacji; mówiono po prostu o „Gryfonach i Krukonach”, ewentualnie „uczniach”) jest im przyjazny, że to on, a nie władze szkoły, chcą dla nich dobrze, spowodowało, że chyba jeszcze nigdy przedtem tak wielu uczniów było niechętnych śmierciożercom. Rzecz jasna, nic nie mówili, poddawali się wszystkim nakazom, przy obrazach milczeli jak grób, ale w głębi ducha czuli sympatię do ruchu oporu. Harry nie łudził się, że mogliby zbrojnie wystąpić przeciw władzom szkoły albo aktywnie działać przeciw nim; po prostu ważne było, że ci najmłodsi (którzy przecież w końcu dojrzeją i może też wstąpią do ruchu oporu) nie zadadzą im ciosu w plecy i nie będą śmierciożercom donosić. Może. Nogi same go niosły i nie wiedzieć kiedy znalazł się przed wejściem do Wielkiej Sali. Zajrzał tu z ciekawością. Uczniów kręciło się zaledwie kilku i już z dala mógł stwierdzić, że nie ma wśród nich Luny. Harry rozejrzał się, czy nikogo nie ma w pobliżu, po czym zwrócił się cicho do – jak zwykle siedzącego przy bramie – Flitwicka. - Profesorze... Nie było tu Luny? Łysy profesor uniósł nieco siwe brwi, po czym pokręcił głową w sposób dający do zrozumienia, że nie wie, o kim mowa. - Luny... Dziewczyny, którą wniosłem do zamku po powrocie. Jasne włosy – powiedział Harry. Flitwick skinął głową na znak, że pamięta, po czym szybko przebiegł spojrzeniem salę wejściową i zaprzeczył ruchem głowy. Harry podziękował mu w ten sam sposób i oddalił się, by nie narażać profesora na kłopoty. Dementorzy też wywierali na niego już wpływ. Pod ich wpływem zaczął się niepokoić o Lunę. Przyspieszył kroku i zaczął wspinać się po schodach na górę. Harry szybkim krokiem przemierzał korytarze pierwszego, a potem drugiego piętra, ale nie spostrzegł nigdzie Luny. Zaglądał właśnie do klasy na trzecim piętrze, gdy wtem zza zakrętu wyszła Sally, ściskając coś, co ukrywała w kieszeni. Na jego widok zatrzymała się i sięgnęła po różdżkę, ale gdy zrobił ku niej krok, zamarła w bezruchu. - Sally... gdzie jest Luna? – spytał Harry. - Nie wiem – wyszeptała drżącym głosikiem. – Myślałam, że jest z tobą... rozstałyśmy się już z kwadrans temu. Nie poszła do wieży? - Nie – odparł krótko Harry i wyminął Sally, przyspieszając kroku. Nie podobało mu się to, choć sam nie wiedział, czemu tak się niepokoi. Harry niemal wbiegł na czwarte piętro i zanurzył się w ciemnym i pozbawionym okien korytarzu. Był już w połowie, gdy nagle zza gobelinu wiszącego kilka stóp dalej wyszło trzech wyrośniętych nastolatków o nieprzyjemnym wyglądzie. Trzymali w ręku różdżki. Na ich brutalnych, pokrytych pierwszym zarostem twarzach malowały się głupie uśmiechy. Harry zatrzymał się, a wówczas za jego plecami rozległ się szelest. Obejrzał się i zobaczył kolejnych trzech wyrostków o podobnym wyglądzie, którzy zbliżyli się korytarzem, którym przyszedł, odcinając mu drogę powrotną. Był w pułapce. - Ej, ty! – głupkowatym, twardym głosem odezwał się jeden ze stojących przed Harrym. – Tędy nie wolno teraz iść. - A to niby czemu? – chłodno odparł Harry, choć mięśnie miał napięte, a różdżkę w pogotowiu. Najwyższy i najbardziej gburowaty drab zaśmiał się, a reszta mu zawtórowała. - Bo szef ma tu interes, wypłoszu – powiedział w końcu, gdy ucichł śmiech. – Trzeba było tędy nie iść. Teraz musimy cię ukarać. Harry uniósł delikatnie, niemal niezauważalnie różdżkę na wysokość pasa, niemal całkiem ukrytą w rękawie. Tylko koniuszek wystawał z szaty. Czujnie łowił wszelkie odgłosy zza pleców. Jeśli ma ich zaatakować, najpierw trzeba odwrócić ich uwagę. To idioci. Wystarczy ich zagadać. - A może powiecie mi, co to za interes, skoro i tak zamierzacie mnie „ukarać”? – spytał, szyderczo akcentując ostatni wyraz. - A pewnie – zarechotał drab. – Pewnie, wypłoszu. Szef obraca nową panienkę, tam, w klasie. Taka laska, wypłosz. Nigdy takiej nawet nie dotykałeś. - Skąd wiesz, że nie? – zapytał ironicznie Harry, co wywołało nowy wybuch śmiechu. Teraz – szepnęło coś w głowie Harry’ ego, ale w tej samej chwili drab spojrzał na niego. - Takie wypłosze nie mają lasek. Wypłosze w brylach. Harry postanowił skończyć to szybko. Jeszcze chwila nieuwagi. - A co to za laska? Może ją znam? – powiedział z udawanym zainteresowaniem. Tym razem odezwał się wyrostek z obficie sypiącym się zarostem, tak już gęstym, że jego szczęki szarzały wyraźnie na tle reszty twarzy. - Taki wypłosz i taka laska! Skąd, kurduplu, miałbyś zna taką blondyneczkę? Włosy jak marzenie... I to ciałko... Złapaliśmy ją. Broniła się nieźle, ale zabraliśmy różdżkę i zaciągnęliśmy do klasy... Wyrywała się i płakała... Szef takie lubi... Ale Harry zesztywniał nagle pod wpływem jednej strasznej, obezwładniającej, paraliżującej myśli. Szef obraca nową panienkę, tam, w klasie. Taka laska. Blondyneczka. Niemal bezwiednie szarpnął ręką do góry, czując, jak wypełnia go nieopisana wściekłość, jak czerwonawa mgiełka przysłania mu pole widzenia. Celował prosto w roześmianą obleśnie twarz najwyższego draba. - Drętwota! Drab upadł tak szybko, że uśmiech nie zdążył nawet spełznąć z jego twarzy. Nastolatek o twarzy pokrytej zarostem gruchnął w ścianę, odrzucony błyskawicznym Expelliarmusem i osunął się po niej pozbawiony przytomności; jego różdżka wyrwała mu się z ręki i zniknęła w mroku. Trzeci chłopak omal nie trafił Harry’ ego zaklęciem. Zaraz jednak, pchnięty ramieniem biegnącego Harry’ ego, zachwiał się. Poprzez przekleństwa z tyłu przedarły się dwa okrzyki, słowa wykrzyczane równocześnie, tak, że zlały się w jedno. Harry potknął się o ciało wysokiego draba i jeszcze padając wykrzyczał zaklęcie. - Protego! Czerwony i żółty promień odbiły się od niewidzialnej bariery, rykoszetując od ścian korytarza. Harry boleśnie upadł na kamienną posadzkę i poczuł w ustach smak krwi z przeciętej wargi. Okręcił się błyskawicznie w miejscu i zobaczył rozwścieczone oczy jednego z wyrostków. - Glavertis! – wrzasnął wyrostek. - Expelliarmus! – krzyknął Harry. Z różdżki chłopaka wystrzelił ciemnoniebieski promień i w tej samej chwili z różdżki Harry’ ego wystrzelił czerwony promień. Zderzyły się w powietrzu i odbiły. Promień Harry’ ego ugodził drugiego z chłopaków, który biegł ku nim, a strumień niebieskiego światła ugodził w tego, który je wystrzelił. Pierwszy z napastników stracił różdżkę, ale bez wahania rzucił się na podnoszącego się Harry’ ego. Harry omal nie stracił tchu, gdy przygniotło go masywne cielsko tamtego, ponownie zwalając go z nóg. Poczuł twardą pięść chłopaka wbijającą mu się w brzuch i na chwilę ból go sparaliżował. Skulił się instynktownie, a tymczasem tamten zaczął okładać go pięściami gdzie popadnie. Harry wił się jak piskorz, starając się unikać ciosów, ciągle ściskając w dłoni różdżkę. Poprzez ból i wściekłość przebijała się w jego głowie myśl: jesteś czarodziejem, do diabła, zróbże coś! Nie mógł jednak złapać tchu, więc wykorzystał różdżkę w bardziej doraźny sposób: wbił ją mocno w krtań bijącego go chłopaka. Napastnik zachwiał się i spadł z Harry’ ego. Z jego gardła, za które trzymał się kurczowo, wydobyło się charczenie, które przeszło w wycie. Harry nabrał powietrza. - Drętwota! Błysnęło szkarłatne światło i chłopak przewrócił się na ziemię, gdzie znieruchomiał. Harry zerwał się na równe nogi i pognał korytarzem, ocierając rękawem krew ściekającą mu z wargi. W biegu spojrzał za siebie, celując przez ramię różdżką i dostrzegł dwóch ostatnich trzymających się na nogach drabów. Harry trafił jednego Expelliarmusem, a pozbawiony różdżki chłopak odwrócił się i uciekł korytarzem. Jego towarzysz bez wahania poszedł w jego ślady. Harry nie miał czasu ochłonąć po walce. Drzwi klasy majaczyły tuż, tuż i Harry wyrzucił z siebie zaklęcie wraz z oddechem. - Alohomora! Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem, a on zaczerpnął gorączkowego oddechu i wpadł do środka. Luna leżała naga na ławce. Jej rozpaczliwy, bezsilny płacz niósł się po pomieszczeniu. Nad nią pochylał się właśnie nikt inny, jak Ron Weasley. Na jego twarzy malowało się pożądanie, obleśna żądza. Jego szata leżała skłębiona na podłodze; miał na sobie tylko czarną koszulkę i tego samego koloru spodnie, przy których zapięciu gmerał ręką. Na dźwięk otwieranych drzwi Ron odwrócił głowę, wykrzywiając wargi w nienawistnym ryku. - Mówiłem, żeby... Potter! – zamarł, zaskoczony. – Co ty... Jego lewa ręka spoczywała na udzie Luny. Harry nie był świadom, kiedy rzucił zaklęcie. Widział tylko, jakby na zwolnionym filmie, Rona lecącego w powietrzu i wpadającego z trzaskiem na ławki, łamiącego je swoim ciałem. Chwilę później stał już nad wyciągniętym wśród szczątków stolików rudzielcem. Różdżka była wycelowana w podbrzusze chłopaka. - Crucio! – Harry usłyszał swój głos jakby z daleka. To coś na ziemi – karykatura, przeciwieństwo prawdziwego Rona – zawyło z bólu. Harry rzucał Zaklęcie Niewybaczalne drugi raz w życiu, ale tym razem wyposażony w wiedzę, jak go użyć. I w to, czego potrzebował, by zadać temu chłopakowi prawdziwy ból. Zimną radość z zemsty. Ronald Weasley zwijał się z bólu, skulił się w kłębek, ale Harry nie przestawał. Cienki pisk torturowanego wypełniał powietrze. Taaak... Na to zasłużyłeś. Wszyscy na to zasłużyliście. To samo czeka wszystkich, którzy spróbują ją skrzywdzić... Za jego plecami Luna zaszlochała głośniej i dopiero to ocuciło Harry’ ego. Cofnął się o krok i opuścił różdżkę. Boże... co ja robię. To przemknęło mu przez głowę, gdy spojrzał na zwiniętego w pozycji embrionalnej Rona... tak podobnego do jego przyjaciela. Zaraz jednak ta myśl uciekła, przysłonięta innymi. Harry wcisnął różdżkę do kieszeni i podbiegł do Luny. Dziewczyna leżała na ławce z podkurczonymi nogami, lekko rozchylonymi, tak, jak ją zostawił Ron. Miała posiniaczoną twarz, z nosa ciekła krew, a spod kurczowo zaciśniętych powiek płynęły łzy. Szlochała głośno, zachłystując się oddechem. Harry porwał z podłogi jej szatę, rozerwaną wzdłuż szwu od góry do dołu, po czym chwycił Lunę za rękę. Wyrwała mu ją z jeszcze głośniejszym płaczem, nie otwierając oczu. Harry ponownie ujął delikatnie jej nadgarstki i podniósł ją do pozycji siedzącej. Zesztywniała tak, iż zdawało mu się, że podnosi kukłę. - Luna! Luna, to ja! Otwórz oczy, to ja, Harry! Otworzyła szeroko oczy i poznała go. Gwałtownie przycisnęła się do niego, ukrywając twarz w jego szacie na piersi. Harry okrył jej plecy porwaną szatą. Czuł przez cienki materiał szaty i koszulki drżące ciało Luny dotykające jego ciała. Po kręgosłupie przeszedł mu lekki, zimny dreszcz i jego zmysły wyostrzyły się... tak jak kiedyś. Odczuł niemal fizycznie cierpienie, jakiego doznała dziewczyna, którą trzymał w ramionach. Zachwiał się, porażony falą chaotycznych, pełnych bólu obrazów i dźwięków, jakie przeniknęły do jego umysłu. Potrząsnął silnie głową, by przerwać niepotrzebne teraz połączenie i udało mu się to. Chciał szeptać jej ciche, uspokajające słowa, ale nie mógł dobyć z siebie głosu, a ona szlochała bez przerwy, nie mogąc się uspokoić. - Chodź – szepnął w końcu Harry. – Musimy stąd iść... tu nie jest bezpiecznie... chodź... Luna nie reagowała. Była zupełnie bezwolna, jak manekin. Wtem drzwi klasy otwarły się i wpadł Neville w towarzystwie jakiejś dziewczyny z Gryffindoru, na oko w wieku siedemnastu lat. Dziewczyna spostrzegła Lunę i krzyknęła zduszonym głosem, po czym wycelowała różdżkę w Harry’ ego. Neville odtrącił jej różdżkę i podbiegł do chłopaka. - Na Merlina! Szliśmy tędy i zobaczyliśmy pobojowisko na korytarzu, potem usłyszeliśmy płacz... Co się stało? - Później – szorstko odparł Harry. – Musimy ją stąd zabrać. Do dormitorium. Z pomocą Neville’ a uniósł Lunę i wziął ją z wysiłkiem na ręce, przykrytą szatą. Pod palcami czuł jej nagą skórę, cała drżała, choć szloch powoli cichł. Kopnął drzwi i ruszył szybkim krokiem. Drogę do dormitorium pokonał niczym w sennym koszmarze. Dreszcze, jakie czuł, były silniejsze niż kiedykolwiek, a nie mógł zebrać w sobie dość siły woli, by to przerwać. Fale zalewającego go potężnego, niemal fizycznego bólu Luny, jej przerażenia i rozpaczy targały każdym jego nerwem. Zdawało mu się, że w ogóle się nie porusza, a ściany i całe otoczenie rozpływają się... Nie czuł omdlewających rąk i krwawiącej wargi. Przestał odczuwać jakiekolwiek sygnały od swego ciała. Teraz czuł to, co czuła ona. Droga przez mękę wreszcie się skończyła. Harry przeniósł Lunę przez pokój wspólny w kompletnej ciszy, jaka zapadła na ich widok, śledzony zdziwionymi spojrzeniami. Neville i dziewczyna pomogli mu wnieść drżącą Lunę do sypialni. Harry ułożył delikatnie Lunę na jej łóżku, zabrał szatę i okrył dziewczynę kocem. Trzęsła się tak, że wyglądało to niemal na jakiś atak. Dziewczyna i Neville stanęli z tyłu, niepewni, co robić. Harry spojrzał na nich, po czym szepnął: - Neville... idź po panią Pomfrey. Musi tu przyjść. Neville oddalił się bez słowa, zamykając cicho drzwi. Harry siedział na łóżku, gładząc dłoń Luny, która była zimna jak lód. Czuł się potwornie. Jak mógł do tego dopuścić... Jak mógł pozwolić, żeby ten... ten... żeby on skrzywdził Lunę... Ona jest taka bezbronna... Boże, co robić? - Proszę... Zrób coś! – szepnął z desperacką nutą w głosie do dziewczyny. – Jesteś dziewczyną... pomóż mi! Zerknęła na niego nieufnie. Być może podejrzewała, że to on, Harry, zrobił coś Lunie, ale ostatecznie przełamała się. Zbliżyła się szybkim krokiem i usiadła obok Harry’ ego, po drugiej stronie Luny. Popatrzyła na półotwarte, zamglone oczy jasnowłosej dziewczyny, po czym położyła się obok niej i zaczęła coś jej szeptać. Harry omiatał wzrokiem pokój, nie mogąc się uspokoić. Luna prawie została zgwałcona... Przecież wiedział, jak tu jest niebezpiecznie, dlaczego nie zabronił jej wychodzić samej z dormitorium? Czemu nie przybył wcześniej? Poczucie winy kąsało jak wąż. Głowa pulsowała nieznośnym bólem, paznokcie bezwiednie wbijały mu się w dłonie, a gdy dotknął ręką swojej twarzy, poczuł zaschnięty strumyczek krwi na brodzie. Dygotał, jakby miał gorączkę. Jeszcze nigdy nie czuł się tak winny, nawet po śmierci Syriusza... Teraz nie ma tu Dumbledore’ a, który by z nim porozmawiał. Nie ma Rona ani Hermiony... nie ma jego przyjaciół. Boże, jak chciałby wrócić do domu! Pani Pomfrey zbadała Lunę. Stan fizyczny nie budził niepokoju, miała tylko posiniaczoną twarz i ręce. Pobieżne badanie ginekologiczne (Harry odwrócił się, czując, jak palą go policzki) wykazało, że Luna nie została zgwałcona. Na szczęście Harry przybył na czas. Poważne zaniepokojenie pani Pomfrey wzbudził stan psychiczny Luny. Nie reagowała niemal na wypowiadane do niej słowa, była apatyczna i bezwolna. Według pielęgniarki, była wciąż w silnym szoku. Od opieki bliskich jej osób zależało, jak szybko wróci do normalności. Szeptem dodała jeszcze, nachylając się nad Harrym, że to wydarzenie na pewno odcisnęło w psychice dziewczyny silne piętno; po powrocie do zdrowia należy bardzo uważać, bo może po raz trzeci (Harry wiedział, że dwa poprzednie razy miała „na koncie” ta inna Luna) próbować odebrać sobie życie. Potem wraz z Agnes, dziewczyną, która była z Nevillem, ubrały Lunę w jej koszulę nocną i obie opuściły dormitorium. Harry miał poważne problemy ze skupieniem się na pracy ruchu oporu, ale nie mógł pozwolić sobie na przerwę, bo raporty napływały regularnie. Nakazał zwiększyć przydziały żywności Puchonom (liczył na to, że uda się zdobyć nowe zapasy) i zarządził intensywniejszą naukę zaklęć defensywnych oraz ofensywnych w Pokoju Życzeń (nauczył odpowiedzialne za edukację osoby, jak z tego pomieszczenia korzystać). Pamiętał też o lekcjach eliksirów i żadnej nie opuścił. Poza nimi nie opuszczał jednak niemal wcale sypialni, czuwając przy Lunie. Po długim wypoczynku dziewczyna zaczynała wracać do normy. Rozmawiała, odpowiadała sensownie na pytania, a po dwóch dniach zaczęła nawet jeść. Niewątpliwie była silniejsza, niż na to wyglądała. Wciąż jednak budziła się w nocy z krzykiem (Harry musiał podawać jej wówczas eliksir usypiający, bo bez niego już nie zasypiała), a za dnia nie chciała mówić o tym, co ją spotkało. Harry z trudem radził sobie z tym wszystkim. Czuł, że zaczyna go to przytłaczać, jakby wziął na siebie zbyt wielki ciężar – i tak niewątpliwie było. Nie mógł nawet porównywać GD do tego, co miał teraz na głowie. Bardzo brakowało mu jego przyjaciół, z którymi mógłby pogadać. Dawał sobie jednak radę z zarządzaniem całym tym ruchem oporu. Tu ujawniła się cecha jego charakteru, którą w innym wypadku można by uznać za wadę, ale teraz stała się wielką zaletą – jego upór. Gdy czuł, że nie da rady dłużej tego znieść, zaciskał zęby, mówił sobie: „Dam radę!” – i pracował dalej. We środę do listy jego zmartwień dołączył niepokój o Hermionę. Jej nieobecność, nawet usprawiedliwiona ewentualnym ukrywaniem się w jakimś zacisznym miejscu, była już zbyt długa. Blizna Harry’ ego czasem odzywała się nagłym, piekącym bólem, a na pierwszej od jego przybycia publice – której widok wstrząsnął Harrym – stracono jakichś Bogu ducha winnych Gryfonów i Krukona za rzekome działanie przeciw szkole, czemu towarzyszyła szyderczo triumfalna muzyka grana na niewidocznych organach. Harry był pewien, że ci uczniowie nigdy nawet nie słyszeli o ruchu oporu. Gdy sobotniego popołudnia Harry wrócił do dormitorium, czuł się tak osaczony, że nagle opanowała go dzika żądza znalezienia się gdziekolwiek indziej... z dala od tego wszystkiego. Musiał zrobić sobie krótką przerwę. Luna spała spokojnie po dawce Eliksiru Słodkiego Snu (Snape się przydawał). Neville drzemał na krześle, gotów w razie czego zareagować. Miał czujny sen. Harry nie mógł zapomnieć o tym, że nie ma czasu na odpoczynek, powinien pracować. Po namyśle wybrał jedyny rozsądny kompromis: obejrzy jakieś wspomnienie w myślodsiewni. Wyjął kamienną misę ze skrytki, po czym usiadł na swoim łóżku i jeszcze raz spojrzał na śpiącą dziewczynę. W porządku. Nie miał żadnego konkretnego obrazu do obejrzenia, chciał tylko znaleźć się gdzieś indziej. Szturchnął różdżką myśli wypełniające zbiornik, a one zawirowały i ukazały mu widok z góry na ciemny, oświetlony ledwie kilkoma pochodniami o niebieskich płomieniach korytarz. Cóż, niech będzie. Harry zanurzył twarz w myślach. W jednej chwili w jego uszy uderzyła głośna, ostra muzyka. Dawało się rozróżnić w niej długie gitarowe riffy, szybką perkusję i mroczny, przerażająco brzmiący wokal jakiejś dziewczyny. Harry stał w dość szerokim, ale zatłoczonym korytarzu chyba gdzieś w lochach, bo nie było tu żadnych okien ani obrazów. W mdłym blasku łopoczących, niebieskich płomieni pochodni z wszechobecnego mroku wyłaniały się sylwetki ludzi. Byli to z pewnością uczniowie Hogwartu, ale wyglądali zupełnie inaczej od tych, których Harry dotąd tu widział. Ubrani byli w obcisłe, lśniące stroje, jakby skórzane, choć spora część ludzi na korytarzu miało na sobie po prostu przerobione szkolne szaty. Dziewczyny miały krótkie, jaskrawe minispódniczki i bluzki odsłaniające brzuch. W ich uszach połyskiwały kolczyki, paznokcie miały długie i kolorowe, a włosy były upięte i zaczesane na dziesiątki różnych sposobów – McGonagall nigdy nie pozwoliłaby tak uczesanym uczennicom wejść do klasy. Chłopcy natomiast ubrani byli – w dużej części – w czarne koszulki opatrzone wizerunkami czaszek i krzyczącymi, białymi napisami oraz obcisłe, czarne dżinsy. Nie brakowało i takich, którzy fantazyjnie poprzerabiali swoje szaty szkolne, dodając wysokie kołnierze, sięgające do ziemi „treny” czy skórzane pasy na ramionach i przy szyi. Wielu miało kolczyki. Na głowach mieli nastroszone, sterczące pod wpływem żelu włosy lub byli ostrzyżeni króciutko, na jeża. Kilku było kompletnie łysych i Harry przypomniał sobie, że widywał niektórych z nich w Hogwarcie. Ci z sięgającymi ziemi płaszczami ukrywali się za ciemnymi okularami, które odbijały otoczenie. Harry dostrzegł kilka kroków przed sobą swojego sobowtóra, który szedł powoli naprzód, rozglądając się nieznacznie wokoło. Wyglądał młodziej, miał najwyżej czternaście – piętnaście lat. Harry zaczął kroczyć wolno za nim, ku miejscu, skąd napływała muzyka. Przenikał przez uczniów, jakby byli duchami... Ludzie zdawali się poruszać dziwnie wolno, ich gesty wydawały się nienaturalnie wyraziste w błękitnym blasku. Największy ruch panował przy wejściu do lochu, skąd dobiegała coraz głośniejsza muzyka i tam też skierował swe kroki ten drugi. Harry wszedł tam za nim. Olbrzymi, wysoko sklepiony loch, niemal tak wielki, jak cała Wielka Sala, był prawie zupełnie mroczny. Wysoko pod sufitem wisiały na łańcuchach lampy płonące niebieskim ogniem. Wewnątrz kłębił się tłum, wszyscy tańczyli przy dźwiękach muzyki; to i ówdzie spomiędzy stłoczonych ludzkich sylwetek przebłyskiwało światło z różdżki. Harry wolno przeszedł przez salę, rozglądając się. Dostrzegł Neville’ a, który przyciskał do ściany jakąś dziewczynę, całując ją zachłannie, a ona oplatała jego biodra nogami. Harry zbliżył się wreszcie do podwyższenia pod przeciwległą do wejścia ścianą i wzniósł wzrok. Przed nim wznosiło się podwyższenie, na którym ustawił się zespół. Podium otoczone było metalową siatką o drobnych oczkach, sięgającą od podłogi do sufitu, jakby dla ochrony przed widzami. Sterczały z niej aż od sklepienia krótkie, metalowe kolce – ostatnie kończyły się tuż nad głowami tańczących. Wielkie, buchające parą głośniki ryczały ostrymi, groźnymi dźwiękami, a pomiędzy nimi szalało dwóch gitarzystów i perkusista. Przed nimi stała wokalistka. Była to dziewczyna w wieku na oko siedemnastu - osiemnastu lat, z długimi czarnymi włosami i śmiertelnie bladą, woskowatą cerą. Jej blada twarz jaśniała w świetle buchających z podwyższenia błękitnych płomieni. Zdawała się w ogóle nie obawiać strumieni ognia przelatujących obok jej twarzy. Długie, czarne paznokcie oplatały mikrofon na statywie w kształcie trójpalczastej łapy. Ubrana była w czarny płaszcz z podwiniętymi, rozciętymi wzdłuż rękawami, spod których wyłaniały się białe jak twarz przedramiona. Na jednym z nich widniał bardzo wyraźny Mroczny Znak. Harry wpatrywał się jak zahipnotyzowany w usta śpiewającej dziewczyny. Czarne, dziwnie seksowne wargi poruszały się niczym dwa węże, płynąc w powietrzu i co chwila łącząc się na krótki moment, by zaraz znowu się rozchylić. Ich kąciki bez przerwy uniesione były w wyrazie kuszącego uśmiechu. Harry z wielkim trudem oderwał wzrok od tych niesamowitych ust, spojrzał w oczy dziewczyny i przeraził się. Były paląco niebieskie, lodowate, jakby... zupełnie martwe, ale kipiące ukrytym życiem. Zdawały się pochłaniać wzrokiem jego sobowtóra. Wstrząśnięty Harry spojrzał ponownie na usta dziewczyny i dopiero teraz, jakby zdjęto z niego urok, dostrzegł coś, czego nie widział przedtem. Spomiędzy czarnych, pełnych warg wychylały się dwa cienkie, ostre kły. Harry cofnął się o krok, przerażony. Gdyby to była rzeczywistość, przewróciłby tańczących, ale tylko przeniknął przez ludzi jak przez mgłę. Co robi w Hogwarcie wampir? Co to za impreza? Nigdy by nie przypuszczał, że nawet tutejsze władze szkoły pozwolą na coś takiego... chociaż, właściwie... no tak, przecież ta wampirzyca jest śmierciożercą. Ale, mimo wszystko... Kątem oka zobaczył, jak jego sobowtór obojętnie obrzuca wzrokiem wokalistkę i odchodzi gdzieś w bok, machając do kogoś ręką ponad głowami tłumu. Podążył za nim. Ten drugi Harry zbliżył się do stojących pod ścianą dwóch osób, które obściskiwały się i całowały zachłannie, nie zwracając zupełnie uwagi na otoczenie. Sobowtór Harry’ ego dotknął lekko pleców jednej z osób, na co ta oderwała wargi od tych drugich warg i odwróciła się. Harry rozpoznał Susan Bones, ubraną w obcisłą, ciemnogranatową szatę. A tym, kogo tak namiętnie przyciskała do ściany, był... Nie...! CO?!!! Tym kimś była Parvati Patil. Harry przeżył taki szok, że o mało nie upadł. Zachwiał się tylko na nogach, wpatrując się niedowierzającym wzrokiem w oddychającą szybko, zarumienioną Parvati, poprawiającą włosy miękkim ruchem ręki. Sobowtór Harry’ ego zamienił cicho z Susan kilka słów, po czym poszedł dalej z lekkim uśmiechem. Obie dziewczyny wróciły bezzwłocznie do przerwanego zajęcia. Z tłumu obok podwyższenia wyłoniła się Hermiona, z kasztanowymi włosami splecionymi w warkocz i podeszła do Harry’ ego. Miała na twarzy lekki uśmiech. Ona również wyglądała zdecydowanie młodziej i wyglądało na to, że oboje właśnie są w czwartej klasie... no, może już prawie w piątej. - A, to ty! – zawołała, by przekrzyczeć muzykę. – Cześć! - Cześć! – odkrzyknął sobowtór Harry’ ego. – Masz chwilę, żeby pogadać? - Jasne! Czekaj, pójdziemy do łazienki, tam jest ciszej! Sobowtór Harry’ ego ruszył wraz z dziewczyną ku wyjściu z sali, rozpychając łokciami tych, którzy mu stawali na drodze,. Harry zerknął przez ramię i zobaczył, jak Susan całuje szybko wargi Parvati i szepcze coś do niej, po czym oddala się gdzieś. Harry, wciąż w szoku, podążył za Hermioną. Harry i Hermiona wyszli z sali i skierowali swe kroki ku drzwiom kawałek dalej. Weszli do wnętrza sporej łazienki wyłożonej białymi kafelkami. Muzyka była tu stłumiona i cicha. Drzwi kabin były poobtłukiwane i wyszczerbione, ale wisiały na swoich miejscach. Rząd umywalek pod ścianą nie wyglądał lepiej. Nad jedną z nich stał jakiś trzecioklasista, wymiotując obficie. Obok wymiotującego inny chłopak, na oko z szóstej klasy, spokojnie mył ręce w strumyczku brudnawej wody. Po ścianą leżała para narkomanów, oboje byli niemal nadzy, okryci tylko w biodrach jedną brudną, poszarpaną szmatą. Spali albo byli nieprzytomni; ich oczy były zamknięte i cicho oddychali. Sobowtór Harry’ ego i Hermiona stanęli z dala od umywalek, we wnęce koło wejścia. Z jednej z kabin dochodziły niedwuznaczne odgłosy. - Jak tam Dean? – zapytał sobowtór Harry’ ego. – Pogodziliście się? - Tak – Hermiona uśmiechnęła się. – Wiesz, rozumiem, że on jest trochę „rozrywkowy”, ale to nieuczciwe, żeby zdradzał mnie z jakąś Krukonką. Na szczęście już to sobie wyjaśniliśmy. - To... wspaniale – Harry zdawał się myśleć o czymś innym. – Słuchaj, sądzę, że powinniśmy zdobyć nowe zapasy. Puchoni padają jak muchy, ostatnio wybuchła tam epidemia gruźlicy... A teraz jeszcze ta impreza zorganizowana przez śmierciożerców... Znowu trzeba będzie usuwać ciąże i leczyć „te” choroby. Hermiona zasępiła się nieco. - Taaak... – przyznała. – Nie lubię tego, ale nic na to nie poradzimy. Oni wiedzą, że organizując co jakiś czas takie coś, pozwalają uczniom się wyżyć i potem mają spokój przez długi czas. Za to my mamy problemy. Cóż – westchnęła. – Przynajmniej te szaty i ubrania, które dostali z okazji imprezy, zostaną im na potem. Te miniówy i obcisłe bluzeczki zawsze lądują potem w koszach, więc będzie z czego zrobić prowizoryczne koce dla Puchonów. Słabo grzeją, ale zawsze lepsze to niż nic. Tyle chociaż dobrego. Sobowtór Harry’ ego pokiwał wolno głową. Z kabiny wyłoniła się czerwona na twarzach parka: on miał z piętnaście, ona najwyżej dwanaście lat. Hermiona zerknęła na nich, gdy wychodzili i pokręciła tylko głową. - Szkoda, że nie możemy żyć normalnie... prawda? – westchnęła cicho. – Tamta dziewczyna miała może dwanaście lat... - Wiem... Wiem, Hermiono – powiedział Harry i zrobił gest, jakby chciał poklepać ją po ramieniu. Rozmyślił się jednak. – Kiedyś to zmienimy. Pokiwała głową bez specjalnego entuzjazmu i uśmiechnęła się. - Chodźmy się zabawić – powiedziała. – Nieczęsto zdarza się nam okazja do szaleństw... Obiecałam Deanowi, że dziś pokażę mu, co potrafię... a jak go zostawię samego, znowu poleci do jakiejś blondynki... Ostatnie słowo wypowiedziała z lekka pogardą, na co sobowtór Harry’ ego uśmiechnął się szeroko. - Oj, bo poczuję się urażony... Objęła go z lekkim śmiechem. - Harry, Harry.... Wiesz, że nie chciałam urazić twojej dziewczyny. Ech, ty... – potargała mu pieszczotliwie włosy. - Gdybyś nie był moim przyjacielem, chyba bym się w tobie zakochała, wiesz? - Akurat – wyswobodził się z jej objęć. – No, to idziemy. Oboje opuścili łazienkę. Harry poszedł za nimi. Impreza trwała w najlepsze. Wampirzyca ciągle uwodziła słuchaczy hipnotyzującym, nieziemskim głosem, buchały błękitne płomienie, ludzie tańczyli. Muzyka była teraz szybsza, bardziej dzika, perkusja dominowała nad gitarami. Z głośników buchały i natychmiast się rozwiewały strumienie pary. Harry patrzył, jak Hermiona odnajduje w ciemnościach Deana Thomasa i całuje go z uśmiechem, oboje ledwie widoczni. We trójkę, wraz z sobowtórem Harry’ ego, zaczęli tańczyć. Harry, który nigdy nie widział podobnej dyskoteki, przyglądał się uważnie. Hermiona poruszała się niczym wąż, gibka i ponętna. Jej ciemna, obcisła suknia wirowała w tańcu, uwypuklając jej pełne kształty. Wydawała się szalenie seksowna i w jednej chwili Harry pojął, dlaczego wpadła w oko Deanowi. Ten drugi Harry też potrafił tańczyć. Ruchy obojga były pewne i... piękne. Zdawało się, że patrzy się na ludzi, dla których taniec jest bardzo ważny. Trudno było sprecyzować, czy tak było w istocie, ale poruszali się naprawdę wspaniale. Dean radził sobie nieco gorzej, ale zazwyczaj także dotrzymywał im kroku. Wzrok Harry’ ego ześlizgnął się na dekoracje sali. Trudno było je właściwie nazwać dekoracjami. Płonące błękitnym ogniem lampy na łańcuchach budziły niemiłe wrażenie, podobnie jak siatka wokół podwyższenia dla zespołu. Tu i ówdzie na oświetlonych fragmentach ścian widać było kawałki zardzewiałych krat, wiszące na łańcuchach kajdany i tkwiące w murze żelazne kolce. Sprawiało to wrażenie, jakby imprezę urządzono w sali tortur... i chyba tak było. Harry z przerażeniem dostrzegł na jednym z kolców część szkieletu, nabitego na ostrze żebrami. W pewnej chwili w kącie sali wybuchło jakieś zamieszanie. Ktoś krzyczał, światło z różdżki przebłyskiwało co chwila pomiędzy sylwetkami bawiących się ludzi. Po chwili buchnął czerwony blask i ktoś zawył przeciągle, boleśnie. Sobowtór Harry’ ego przestał tańczyć i wraz z Hermioną przedarł się w tamtym kierunku. Harry również się zbliżył. Widok był okropny. W niszy pomiędzy sceną a kamiennym murem, przebity tkwiącym w ścianie cienkim, długim, żelaznym kolcem, wisiał Ron Weasley. Kolec wystawał z niego na wysokości brzucha. Krew płynęła obficie po zaciśniętych kurczowo na metalu dłoniach, a oczy chłopaka powoli stawały się coraz bardziej zamglone. Dyszał i łkał na przemian, a z ust popłynął mu strumyczek krwi. Na twarzy malowało się ogromne cierpienie i... coś w rodzaju zaskoczenia. Niedaleko jakieś dwie dziewczynki z pierwszej klasy, umalowane i ubrane tak wyzywająco, że były aż nienaturalne, wskazywały go palcami i chichotały. Ron Weasley umierał po tak niefortunnie zakończonym pojedynku. Nikt nie kwapił się, by mu pomóc. Nikt... poza Harrym Potterem i Hermioną Granger. Hermiona krzyknęła zduszonym głosem. Harry rzucił się ku Ronowi, odtrącając łokciem obie pierwszoklasistki, tak, że upadły na ziemię. Chwycił umierającego pod ramiona i krzyknął: - Hermiono, pomóż mi! Hermiona dopadła do niego i chwyciła Rona pod uda, po czym, na skinienie głowy Harry’ ego, oboje w tej samej chwili szarpnęli mocno. Ron zawył z bólu, unosząc głowę. Nie zważając na to, Harry i Hermiona szarpnęli po raz drugi i ciało Rona zsunęło się z cienkiego żelaza. Szybko położyli go na podłodze, otoczeni rozemocjonowanym tłumem gapiów. Pojawił się chłopak, którego Harry spotkał w Wielkiej Sali – Teodor Nott. - Ty – Harry wskazał na niego palcem. Nott wydawał się być zaskoczony. – Leć po panią Pomfrey, szybko! Nott wahał się przez chwilę, po czym odwrócił się i zniknął w tłumie. Trudno było odgadnąć, czy naprawdę pobiegł po pielęgniarkę, czy po prostu poszedł sobie. Rozległ się donośny trzask prutej tkaniny. To Hermiona oderwała z trudem rękaw swojej szaty i darła go teraz na pasy. Ron leżał bez przytomności. Jego szata przesiąkła obficie krwią. Harry wycelował różdżkę w szatę na brzuchu Rona. - Diffindo! Szata pękła z trzaskiem. Harry zdarł materiał, odsłaniając bladą skórę i niewielki otwór o gładkich brzegach, z którego wypływała krew. Przyłożył różdżkę do rany i zaczął mruczeć pod nosem jakieś zaklęcia. Hermiona rzuciła na posadzkę pasy z materiały i zrobiła to samo, co on, szepcząc formuły czarów i dotykając różdżką zakrwawionego ciała. Uczniowie gapili się na to, wstrzymując dech w piersiach. Trwało to kilka minut, które jednak zdawały się być bardzo długie. Harry rozpoznał szeptane teraz przez Hermionę zaklęcie – było to zaklęcie wzmacniające, którego on sam użył na Lunie, a którego wyuczył się w domu Dursleyów, by wzmocnić się podczas tych napadów rozpaczy, kiedy prawie nic nie jadł. Wreszcie krwotok ustał. Harry z niepokojem przyłożył ucho do ust Rona i na jego twarzy odmalowała się przez chwilę ulga: wyglądało na to, że ranny oddychał. Harry otarł rękawem pot z czoła i skinął głową Hermionie, która zaczęła owijać Rona zaimprowizowanymi bandażami. Harry unosił co jakiś czas jego ciało, by dziewczyna mogła przełożyć materiał pod Ronem. Dyszał ciężko i wydawał się wyczerpany, podobnie jak ona. Spróbowała coś wyczarować, chyba bandaże, ale z różdżki wydobył się tylko lekki błysk. W tłumie wybuchło jakieś zamieszanie. Nadszedł Nott, prowadząc za sobą panią Pomfrey. Pielęgniarka rzuciła się ku Ronowi i siłą wlała mu do ust dużą porcję jakiegoś eliksiru. Chłopak zakrztusił się, przełknął płyn i uchylił powieki. Dojrzał Harry’ ego i spróbował coś powiedzieć, ale był tak słaby, że poruszył tylko niewyraźnie wargami. Harry zdołał jednak odczytać z ich ruchu słowo „Potter”. Sobowtór Harry’ ego podniósł się z trudem i podał rękę Hermionie, pomagając jej wstać. Pani Pomfrey już zajmowała się Ronem, badając go i rzucając jakieś zaklęcia. Harry popatrzył zmęczonym wzrokiem na Rona i powiedział z pogardą: - Uważaj na siebie. Drugi raz możemy nie być w pobliżu. Ron spojrzał na niego z nienawiścią, a obserwujący tę scenę Harry przypomniał sobie nagle, co Dumbledore mówił mu o jednym z powodów tak silnej nienawiści między jego ojcem a Snapem... Że Snape nie mógł wybaczyć Jamesowi Potterowi tego, że ten uratował mu życie... Wyglądało na to, że tak samo jest – czy będzie – w tym przypadku. Pani Pomfrey wyciągnęła z kieszeni jakąś pustą buteleczkę i zmieniła ją w świstoklik. Potem wzięła dłoń Rona w swoją rękę, odliczyła pod nosem do trzech i oboje znikli. Sobowtór Harry’ ego otarł zakrwawiony koniuszek różdżki o rękaw szaty i popatrzył pogodnie, choć ze zmęczeniem, na Hermionę. - To co... tańczymy dalej? Hermiona parsknęła krótkim śmiechem, wyglądając dość dziwnie w pobrudzonej krwią szacie bez rękawów. Harry również się uśmiechnął. Spojrzał na Notta, który wciąż stał przy nich, mimo że tłum rozszedł się, po czym wyciągnął ku niemu rękę. - Dzięki – powiedział. Ślizgon uścisnął mu dłoń. – Gdybyś nam nie pomógł, on mógłby umrzeć. Jestem Harry Potter, a to Hermiona Granger. - Teodor Nott – powiedział. Miał osobliwy wyraz twarzy, jakby się nad czymś usilnie zastanawiał. Podał rękę Hermionie, po czym przez chwilę milczał. Potem odezwał się, patrząc Harry’ emu w oczy. - Dlaczego właściwie mu pomogliście? Wszyscy wiedzą, że to najgorszy łotr w szkole... a w każdym razie jeden z najgorszych. Sam znam jedną dziewczynę, którą zgwałcił. Harry zmarszczył lekko brwi, jakby Nott pytał o coś oczywistego. - Wiem, kim on jest – odpowiedział. – Ale to też człowiek. Na twarzy Notta odmalowało się zaskoczenie. Potem na wargi wypłynął mu lekki uśmiech. - Hmm... – powiedział. – Powinniśmy jeszcze kiedyś pogadać, nie sądzisz? - Jasne – Harry uśmiechnął się szeroko. – Znajdę cię jutro w Wielkiej Sali... Znam parę spraw, które powinny cię zainteresować. Nott pokiwał z uśmiechem głową, po czym odszedł w swoim kierunku. Sobowtór Harry’ ego spojrzał na Hermionę. - Chyba zwerbowaliśmy Ślizgona – powiedział cicho zadowolonym tonem. Otoczenie zaczęło się rozmywać, głos oddalać, co dla Harry’ ego było sygnałem, że pora wracać. Po chwili stał już przed myślodsiewnią. A więc wtedy do ruchu oporu trafił Nott... I z powodu tamtego wieczoru w tym świecie Ron go nienawidzi. Spojrzał na Lunę, która spała spokojnie, oddychając cicho przez lekko rozchylone wargi. Neville drzemał obok niej na krześle. Harry schował myślodsiewnię do skrytki, zamknął ją i usiadł na łóżku. Cóż... wizyta w myślodsiewni może i nie była zbyt odprężająca, ale jednak spełniła swoją rolę - pozwoliła uspokoić myśli. Zegar na ścianie wskazywał, że zbliżała się siódma wieczorem. A więc spędził tam, w tym wspomnieniu, ponad godzinę... Harry ziewnął szeroko i poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Od przybycia do tego świata nie miał zbyt spokojnych snów, co z pewnością miało związek z dementorami. Chyba warto by położyć się już spać... Ale tego wieczora nie dane mu było odpocząć. Ktoś zastukał w drzwi dormitorium. Neville obudził się i wyjął różdżkę. Harry wyjął swoją i podszedł do drzwi. - Kto tam? – zapytał. - Triss – usłyszał głośny szept. – Szybko, wpuść mnie, to bardzo pilne! Harry zawahał się przez chwilę... Triss... aha, ten, który dostarcza żywność Puchonom... i szwenda się po lochach, licząc na to, że w zamian za odwagę awansuje. Harry wyciągnął lewą dłoń ku drzwiom, które otworzyły się. Stał w nich płowowłosy, trochę od niego wyższy chłopak. Minę miał niewesołą. - Co się stało? – zapytał ogarnięty nagłym niepokojem Harry. Triss spojrzał mu ponuro w oczy i wyrzucił z siebie szybkim, napiętym tonem: - Schwytano ją... widziałem. Hermionę złapano w lochach, pewnie parę dni temu, bo... miała ślady. Teraz jest w podziemiach... tam, gdzie zaczynają najgorsze przesłuchania. Harry stał przez chwilę skamieniały, blady jak ściana. Triss wycofał się i zszedł na dół po schodach. Drzwi zamknęły się z głuchym stuknięciem. I jedna uwaga: wierzcie lub nie, ale krótko po napisaniu tego rozdziału zacząłem czytać sagę o wiedźminie i tam natrafiłem na postać Triss Merigold... -------------------- Płot przewrócony,
kot przestraszony, historia gnie nas i łamie, lecz bez rozpaczy górnicy, tkacze, my płot dźwigniemy sami. I znowu kotek siądzie na płocie jak sztandar życia nad klęską, i będzie mrugał radośnie, długo wzwyż, w dal, w socjalizm, w zwycięstwo. |
| Kara |
10.02.2006 19:46
Post
#25
|
![]() Absolwent Hogwartu Grupa: Magiczni Forumowicze Postów: 666 Dołączył: 12.11.2005 Skąd: 3miasto Płeć: Kobieta |
Następne party nie odstępuja pod względem jakości od pierwszych... Tytuł podoba mi się... Taki troche mroczny...
Pozdrawiam Kara -------------------- Luke I'm your father!!!
|
![]() ![]() ![]() |
| Strony internetowe Szczecin | Tłumaczenia Warszawa | Biuro podróży Szczecin | Kontakt · Lekka wersja | Time is now: 03.09.2010 17:37 |