Help - Search - Member List - Calendar
Pelna wersja: Dziennik Prof. Remusa J. Lupina
Magiczne Forum > Harry Potter > Fan Fiction i Kwiat Lotosu > W Labiryncie Wyobraźni
Minerwa

style='font-family:Geneva'>Nie, to nie plagiat, po prostu Dziewczyna

Hagrida wróciła do panieńskiego imienia Minerwa.
src='http://www.harrypotter.org.pl/forum/html/emoticons/smile.gif'

border='0' style='vertical-align:middle' alt='smile.gif'

/>
Tekst jest stary, pamięta początki mojej potteromanii -

ale może jeszcze ktoś go nie czytał.




style='font-size:17pt;line-height:100%'>Dziennik prof. Remusa J.

Lupina


Prolog

Szanowna Pani,



nasz wspólny znajomy, p. Rubeus Hagrid powiedział mi, że zamierza Pani pisać

fanfiction poświęcone jednemu z naszych najzdolniejszych absolwentów -

Harry'emu Potterowi. Dlatego też po namyśle zdecydowałam, że spróbuję

zainteresować Panią pewnym rękopisem, który od lata 1994 roku jest w moim

posiadaniu. Kiedy z panem Filchem - bo domyśliła się Pani zapewne, iż

autorką tego listu jest kotka, zwana w Hogwarcie Panią Norris - po

zakończeniu roku szkolnego porządkowaliśmy gabinety profesorów, w pokoju

profesora Lupina znalazłam pod szafą zapomniany zeszyt. W pierwszej chwili

bardziej zainteresowały mnie myszy, które obgryzły okładkę i zabierały się

właśnie do pierwszej strony, jednak po pokrzepieniu się drugim śniadaniem

(no, z tym pokrzepieniem to przesada, myszy karmione papierem nie są

szczególnie kaloryczne, a poza tym ośmielam się twierdzić, że przy prof.

Lupinie nawet mysz by się nie pożywiła) przystąpiłam do lektury. Zeszyt

okazał się rodzajem dziennika prowadzonego przez cały rok pobytu prof.

Lupina w Hogwarts. Ponieważ, jak Pani zapewne wie, odznaczam się wyjątkowo

wrednym charakterem tudzież wścibstwem, ciekawość zwyciężyła nad dobrym

wychowaniem i przeczytałam cały tekst, co więcej, ośmielam się zaproponować

Pani lekturę. Zeszyt jest cienki, zszyty ręcznie z pergaminowych kartek,

zapisany w połowie dość niestarannym pismem. Moim skromnym zdaniem zawiera

parę ciekawych informacji dotyczących Harry'ego Pottera i jego kolegów,

a także profesorów naszej szkoły. Jeśli zatem jest Pani zainteresowana

przeczytaniem go, będę nadsyłać fragmenty dalszego ciągu.

Z

poważaniem
Norris the Cat


1.IX.1993

Tym

razem księżyc był wyjątkowo jasny - dawno przemiana nie kosztowała mnie tyle

zdrowia, co teraz. Mimo to cieszyłem się, kiedy nadeszła, bo wiedziałem, że

następnego dnia wyjadę do Hogwartu. Hogwart... To coś więcej niż praca,

mimo, że nigdy nie byłem w takiej potrzebie jak teraz. A jednak bałem się.

Od śmierci Jamesa i tego, co się potem stało, moje wspomnienia ze szkoły

zamieniły się w koszmar. A jeszcze teraz, kiedy myśli wszystkich

zaprzątnięte są ucieczką Syriusza... Nie! Dosyć. Najwyższa pora, żebyś

oduczył się myśleć o nim per "Syriusz". Miałeś na to dwanaście

lat.
Byłem tak wykończony, że kiedy ekspres do Hogwartu wreszcie

przyjechał, wsiadłem do najbliższego przedziału i wcisnąwszy się w kąt

zasnąłem jak zabity. Co jakiś czas sen stawał się płytszy, czułem wtedy

kołysanie pociągu, słyszałem głosy jadących ze mną w przedziale dzieci, ale

nie mając siły otworzyć oczu zasypiałem z powrotem.
Obudziły mnie

krzyki dzieci. Pociąg stał, dookoła było ciemno. Krzyknąłem

"spokój!" i zapaliłem płomyki. Przez ułamek sekundy myślałem,

że mam zwidy - naprzeciwko mnie siedział James. Trzynastoletni i trochę

przerażony. Dopiero potem przypomniałem sobie, co Dumbledore pisał mi o

Harry'ym. Rzeczywiście, chłopiec jest strasznie podobny. Od Minerwy

wiedziałem, że mieszka u mugolskiej rodziny Lilki, a po spotkaniu z

Voldemortem została mu na czole blizna w kształcie błyskawicy. Nie miałem

czasu mu się przyglądać - chciałem iść zobaczyć, co się stało, kiedy drzwi

rozsunęły się i wszedł dementor. Pewnie Knot kazał im przeszukać pociąg, a

oni zrobili to z właściwym sobie taktem. Wyjąłem różdżkę i najspokojniej jak

umiałem wyprosiłem go, ale nie posłuchał. Jakaś dziewczynka zaczęła płakać,

z Harrym też zaczęło się dziać coś dziwnego, słaniał się jakby miał zemdleć

- nie można było dłużej czekać. Użyłem patronusa i dementor znikł, niebawem

też zapaliło się górne światło i z przerażeniem zobaczyłem, że Harry leży na

podłodze nieprzytomny.
Poklepałem go po twarzy, ocknął się. Na

szczęście miałem ze sobą czekoladę, kazałem wszystkim wziąć po kawałku i

poszedłem wzdłuż pociągu. Zaglądałem do przedziałów, wyglądało na to, że dla

innych dzieci skończyło się tylko na strachu. W przedziale obok naszego

dwóch trzynastoletnich osiłków trzęsło się jak w febrze, a o połowę od nich

mniejszy blady blondynek na mój widok zrobił minę, jakby poskromił

dementorów gołymi rękami, choć widać było, że i on miał nielichego stracha.

Gdybym nie martwił się tak o Harry'ego, byłoby to nawet zabawne.


Wróciłem do przedziału. Dzieci siedziały bez ruchu, a czekolada topiła im

się w rękach. Harry na szczęście wyglądał już trochę lepiej. Zażartowałem,

że nie zatrułem tej czekolady, i wreszcie zaczęły jeść. Oprócz Harry'ego

były tam dwie dziewczynki, jedna starsza, z wielkim, krzywołapym kotem na

kolanach, i druga mała, ruda jak wiewiórka - bardzo podobna do siedzącego

obok Harry'ego chłopca, jak się potem dowiedziałem, jego siostra. Był

tam jeszcze jeden chłopiec, pucołowaty brzdąc ściskający w spoconych rękach

wierzgającą łapami ropuchę.
Niebawem dojechaliśmy do Hogsmeade,

lał deszcz, było ciemno. Nie chciałem tracić z oczu Harry'ego, ale

wsiadł z kolegami do innego powozu. Ze mną wsiadła dziewczynka, która miała

sowę, pożyczyłem ją od niej i posłałem Minerwie wiadomość o dementorach w

pociągu. Nie zataiłem też, że Harry zemdlał - czekolada robi swoje, ale

lepiej, żeby obejrzała go pani Pomfrey.
W zamku oczywiście

panował tłok i niesamowity rozgardiasz, oddałem walizkę Filchowi i poszedłem

przywitać się z Dumbledore'em. Uściskał mnie jak syna, widziałem, że się

cieszy z mojego przyjazdu. Oczywiście o dementorach w pociągu już wiedział,

obiecał, że każe im się trzymać z daleka od zamku. Poszliśmy do Wielkiej

Sali, tam przywitałem się z resztą nauczycieli, większość z nich pamiętała

mnie jeszcze jako ucznia, oczywiście nie obeszło się bez wspomnień. Zaledwie

zdążyłem się przywitać z Flitwickiem (był tak miły, że nie przypomniał mi,

że największy w życiu szlaban zarobiłem od niego za zaklęcie

"tarantallegra", którym potraktowałem nogi jego krzesła), wpadłem

w objęcia Hagrida.
- Cholibka, a toż to nasz Remus! - chwycił

mnie za ramiona i podniósł na wysokość swojej twarzy, na szczęście wszyscy

byli zajęci powitaniami i nikt nie zwrócił na nas uwagi. - Co tu robisz,

huncwocie jeden?
- To samo, co ty - wiedziałem już o jego awansie,

powiedziała mi to Minerwa, kiedy przywiozła list od Dumbledore'a. -

Gratuluję! Będziemy kolegami.
- Ano, niby tak - postawił mnie

na ziemi, wielką chusteczką przetarł oczy. - Ale ty to co innego, jesteś

teraz taki mądry, wykształcony... Będę ci mówił "panie

profesorze", dobrze?
- Nie waż się - zapowiedziałem surowo i

musieliśmy przerwać rozmowę, bo zaproszono nas do stołu. Moje miejsce

wypadło pomiędzy panią Sprout a Flitwickiem. Z rozmów dowiedziałem się, że

Harry jest na trzecim roku, uczy się dobrze, jeszcze lepiej gra w

quidditcha, jednym słowem, cały James. Z tego, co zauważyłem, Severus Snape

raczej za nim nie przepada. No, cóż. Gniew Wielkiego Severusa sięga poprzez

pokolenia.
Całą ucztę przegadałem z panią Sprout, dopiero teraz

miałem okazję ocenić, jaka to niezwykle taktowna osoba - podczas gdy cały

stół odmieniał Syriusza Blacka przez wszystkie przypadki, ona opowiadała mi

o mandragorach i o tym, jak potrzebne były w zeszłym roku. Słuchałem tego

jak baśni, ale nagle usłyszałem z drugiego końca stołu coś, co zaintrygowało

mnie o wiele bardziej. Ci dementorzy w pociągu i dookoła Hogwartu są tu po

to, zeby chronić Harry'ego! Podobno Black przed ucieczką powtarzał

przez sen "on jest w Hogwarcie". Boże. Jeżeli tak, muszę

natychmiast iść do Dumbledore'a i powiedzieć, że Black jest animagiem.

Prawdopodobnie jeśli mu powiem, jak do tego doszło, wyrzuci mnie z Hogwartu,

ale jestem to winien Jamesowi, Peterowi i sobie. Inaczej Harry nie będzie tu

bezpieczny choćby stała mu nad głową cała zgraja

dementorów.

3.IX.1993

Ciężki był dzień, mimo, że

jeszcze nie miałem lekcji. Rano poszedłem do pokoju nauczycielskiego

spojrzeć na grafik, i jak się okazało podpadłem już na starcie i to nie byle

komu. Ale po kolei. Jeszcze dobrze nie wszedłem, a już wiedziałem, że coś

się dzieje. Zza drzwi, nie wyciszonych zaklęciem, dobiegał stłumiony warkot,

z gatunku tych, które znałem stanowczo za dobrze. Zdrętwiałem ze strachu. Na

wszelki wypadek otworzyłem drzwi alohomorą, bezgłośnie, i zobaczyłem

wilkołaka. Przed nim, ściskając różdżkę w dłoni, stał... Severus Snape.

Przez ułamek sekundy szukałem w myśli najskuteczniejszego zaklęcia, gdy

nagle uświadomiłem sobie cały absurd tej sytuacji. Idioto, gdyby to był

wilkołak, na pewno nie patrzyłbyś na niego ludzkimi oczami... Oczywiście był

to bogin. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, ale kiedy pomyślałem, czego i

kogo naprawdę boi się Severus, przeszło mi natychmiast. Oczywiście poradził

sobie doskonale, jedno "riddikulus" i wilkołak zmienił się w

zdechłego psa, który nagle ożył, zaszczekał i wskoczył do wielkiej szafy

stojącej w kącie pokoju. Udałem, że wchodzę z rozpędu i przywitałem się.


- Widziałeś? - Snape był wściekły, że wyrwało mu się to pytanie, więc

ze sztuczną wesołością odparłem:
- Widziałem, jak rzucasz w bogina

zdechłym psem, zupełnie nowa metoda... Ale chyba skuteczna, prawda?


- Owszem - Snape nie wyglądał na przekonanego, ale trochę się odprężył. -

Bogin to coś z twojej działki. Może byś dał mały pokaz swoich

umiejętności?
- Mam lepszy pomysł - uśmiechnąłem się do niego. -

Jutro będę miał lekcję z trzecioklasistami. Boginy są w programie pod koniec

semestru, ale skoro jest tu taki piękny okaz...
- Skończysz jak

twój poprzednik - mruknął niechętnie Snape. - Też mu się zachciało ćwiczeń

praktycznych i zrobił z siebie takiego durnia, że aż żal było patrzeć.


- Może nie będzie tak źle - postanowiłem, że nie pozwolę, by zepsuł mi

nastrój na resztę dnia, nie doceniłem go jednak.
- Może być

całkiem źle, i to już niedługo - wzruszył ramionami i usiadł w fotelu,

mierząc mnie nieprzychylnym spojrzeniem. - Miesiąc szybko zleci, Lupin.

Bardzo szybko.
- Niech leci - wciąż nie dałem się wyprowadzić z

równowagi, lecz Snape nie rezygnował.
- Nie udawaj kretyna, Lupin.

Masz zamiar podczas pełni latać po Hogwarcie wymachując ogonem? A może

zamówiłeś sobie klatkę i chcesz posłużyć jako pomoc naukowa?
-

Dumbledore mówił mi, że możliwe jest inne rozwiązanie - noo, teraz już

musiałem uważać na język. - I to nie bez twojego udziału. Jesteś jednym z

niewielu, którzy umieją przygotować wywar tojadowy.
- Słuchaj,

Lupin. Chcę, żeby jedna rzecz była dla ciebie jasna. Nie chciałem, żebyś tu

przyjeżdżał - głos Snape'a był lodowaty jak zimowy wicher. - Niestety,

Dumbledore uparł się dać ci jeszcze jedną szansę. Moim zdaniem nie

zasługujesz na nią. Uważam, że wilkołaki są najnikczemniejszymi stworzeniami

na świecie i nie można ufać żadnemu z nich. Zresztą, jak można wierzyć

komuś, kto był przyjacielem mordercy...
- ZAMKNIJ SIĘ! - tym

razem nie wytrzymałem. - Moimi przyjaciółmi były też jego ofiary: Lilka,

James i Peter. Jeśli nie masz ochoty mi pomóc, po prostu to powiedz!


- Nigdy więcej nie mów do mnie tym tonem - w oczach Snape'a była

nienawiść. - Inaczej przyrzekam ci, pożałujesz. A eliksir tojadowy będziesz

pił, bo tego wymaga bezpieczeństwo szkoły. Tu w grę wchodzi nie twoja

urażona ambicja, tylko coś, o czym zapewne nie masz bladego pojęcia -

odpowiedzialność.
- Dziękuję, że mi przypomniałeś - w razie

potrzeby też umiałem być wredny, byłem jednak zły na siebie, ilekroć

przyszło mi uciec się do tej broni. - Gdybyś jeszcze miał do tego jakieś

prawo...
- Chłopcy, albo mi się zdawało, albo słyszałem, że się

kłócicie - Dumbledore nie mógł sobie wybrać lepszej chwili, żeby wejść do

pokoju nauczycielskiego. - To, że jesteście najmłodszymi nauczycielami w tej

szkole, to nie powód, żeby się zachowywać jak sztubacy. Severusie, mówiłeś

Remusowi o wywarze tojadowym?
- Tak jest, panie dyrektorze - Snape

podniósł się z krzesła i ostentacyjnie spojrzał na wielki, stojący zegar. -

Za kwadrans zaczynam lekcję. Do widzenia.
- I krzyżyk na drogę -

mruknął Dumbledore mrugając do mnie porozumiewawczo. - Musisz mu darować,

Remusie. Ostatnio sporo przeszedł. Prawdę mówiąc, nigdy nie był uroczym

kompanem - zachichotał na samą myśl, że Severus Snape mógłby kimś takim być.

- A ty przypomniałeś mu to, o czym bardzo chciałby zapomnieć.
-

Przepraszam, nie powinienem był się na niego drzeć - było mi trochę wstyd. -

Obiecuję, że już się to nie powtórzy.
- Przeciwnie - Dumbledore

znów puścił do mnie oko. - To by mu nawet dobrze zrobiło, gdyby ktoś na

niego raz na jakiś czas powrzeszczał. Ale obawiam się, że na ciebie nie mam

co liczyć - zachichotał. - Jak się tu czujesz? - zapytał nagle, siadając w

zwolnionym przez Snape'a fotelu - Pomijając Severusa i jego humory,

oczywiście.
- Świetnie - odpowiedziałem szczerze. Stanowczo

Hogwart miał cudowną moc łagodzenia wszystkich złych wspomnień. - Mam

wrażenie, jakbym wrócił do domu.
- Wyglądasz też trochę lepiej -

gestem zaprosił mnie, żebym usiadł naprzeciwko. - Tylko te twoje szaty... W

Hogsmeade nie ma sklepu z ubraniami, musiałbyś jechać do madame Malkin. A

może bym ci coś pożyczył?
- Nie, dziękuję - z przerażeniem

wyobraziłem sobie siebie wystrojonego w Dumbledore'owe fiolety. - Kilka

zaklęć naprawiających, i jeszcze wytrzymają.
- Gdzieś tu był mój

CZARNY płaszcz - Dumbledore chyba zrozumiał moje obiekcje. Wstał i podszedł

do szafy. - Panie dyrektorze, nie! - zdążyłem krzyknąć, ale było

już za późno. Z szafy wyleciał ohydny, sinoróżowy nietoperz i zatoczył koło

nad głową Dumbledore'a, zwabiony jego śnieżnobiałą czupryną.
-

Riddikulus - zachichotał Dumbledore i nagle na nietoperzu pojawiło się

mnóstwo drobnych, niebieskich kwiatuszków. Nietoperz spojrzał po sobie i

czym prędzej uciekł do szafy.
- Cudne! - zawyłem, pokładając

się ze śmiechu. Dumbledore aż się popłakał, siwa broda trzęsła mu się i

podskakiwała do taktu. Naraz jednak spoważniał.
- Podobno mamy tu

nauczyciela samoobrony przed czarną magią - zaczął, patrząc na mnie surowo.

- Wygląda na to, że jest pierońskim leniem.
- Zostawiłem tego

bogina na jutrzejszą lekcję - pospieszyłem z wyjaśnieniem, mimo, iż

doskonale wiedziałem, że żartuje. - Pokażę trzecioklasistom zastosowanie

zaklęcia "riddikulus". Ale jeżeli miałby tu przeszkadzać...


- Nie, w takim razie zostaw - zgodził się natychmiast Dumbledore. - Tylko

zamknij te drzwi zaklęciem, drugiego nietoperza bym nie przeżył.


Przez chwilę znowu chichotaliśmy. Wreszcie odważyłem się zapytać:


- Czemu różowy, panie profesorze?
- To proste, synu. Ludzie

najbardziej boją się tego, co nie istnieje.

5.IX.1993



Miałem dzisiaj pierwszą lekcję z klasą Harry'ego. Najpierw rozczulił

mnie Irytek, że też ta pokraka pamięta, jak mnie przezywał dwadzieścia lat

temu... Ba, dwadzieścia lat temu sam bym chętnie zatkał parę dziurek od

klucza gumą do żucia, na złość Filchowi. No, niestety, tym razem Irytek miał

pecha - z Huncwota zrobił się stary, zgryźliwy nauczyciel.
Powoli

poznaję moich uczniów. Miałem już lekcje w czterech klasach, jak dotąd udało

mi się nie poplątać imion. To może trochę nieprzepisowe, ale sam zawsze

wolałem, jak nauczyciel mówił na mnie "Remus", a nie "pan

Lupin". Przyglądam się Harry'emu. Zabawne, jak historia się

powtarza, chłopak ma ten sam dar gromadzenia wokół siebie ludzi, jaki miał

jego ojciec. Obecny "gang Pottera" to oprócz Harry'ego

Hermiona Granger, właścicielka krzywołapego kota i największej w dziejach

Hogwartu ambicji (czasem wydaje mi się, że ta dziewczyna zna wszystkie

możliwe odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania), Ron Weasley, jeden z

siedmiorga rodzeństwa - mało nie spadłem z fotela, jak się dowiedziałem, że

mamą tej gromadki jest Mała Molly, ta sama, która była prefektem Gryffindoru

kiedy zaczynaliśmy naukę - i znajomy z pociągu właściciel wiecznie

wędrującej ropuchy, Neville Longbottom. Całe to sympatyczne skądinąd bractwo

jest przedmiotem bacznej obserwacji nauczycieli i solidnej, głębokiej,

starannie przemyślanej nienawiści Severusa Snape'a. I w ten oto prosty

sposób znowu podpadłem - ale po kolei.
Lekcja z boginem udała się

świetnie, głównie z powodu mojego tchórzostwa. Nie mogąc sobie wyobrazić

konfrontacji bogina-Voldemorta z synem Jamesa, na wszelki wypadek zapytałem

Harry'ego z teorii na początku lekcji. Dalej poszło łatwo, bogin spisał

się na medal. Prawdziwym bohaterem okazał się jednak mały Neville. O ile

Harry, Hermiona i Ron jakoś dają sobie radę z eliksirami i mistrzem

Oślizgłym, o tyle Neville'owi wszystko ze strachu leci z rąk.

Wyobraziłem sobie, jak Severus musi poniewierać tym biedakiem i nie

zdziwiłem się, kiedy Neville powiedział, że najbardziej boi się właśnie

jego. I tak się zaczęło.
Nie będę opowiadał, jak Neville sprawił,

że bogin ukazał się jako Snape przebrany w suknię jego babci (zielona z

koronkami, do tego kapelusz z wyleniałym sępem na czubku i czerwona torebka,

babcia Neville'a lubi mocne efekty kolorystyczne) i jaka była reakcja

całej klasy, jedno jest pewne - zarobiłem u Snape'a grubą, czarną

krechę. Ale nie zamierzam się tym przejmować. Grunt, że Neville odzyskał

trochę wiary w siebie, zdobył dla Gryffindoru aż dziesięć punktów, a przede

wszystkim nauczył się pokonywać lęk. Przy okazji obejrzałem sobie ładną

kolekcję strachów, jakie nękają trzecioklasistów Hogwartu - ożywająca mumia,

szyszymora, odcięta ręka, pająk Rona Weasleya - zbiorowisko zabobonów i

absurdu, czyli to, co najczęściej jest powodem wszystkich ludzkich lęków.


Oczywiście był tam też księżyc. Ale nikt, nawet najmądrzejsza na

roku Hermiona, nie wpadłaby na to, że nauczyciel obrony przed czarną magią

boi się czegoś zupełnie innego. Dziwne, przecież boginy bezbłędnie wyczuwają

powód strachu. No dobrze. Napiszę to, bo inaczej nigdy nie będę mógł

spojrzeć w lustro: BAŁEM SIĘ, ZE KTÓREŚ Z DZIECI PRZEJĘŁO SIĘ OSTATNIMI

KOMUNIKATAMI, I BOGIN PRZYBIERZE POSTAĆ SYRIUSZA BLACKA.
Muszę

porozmawiać z Dumbledore'em.

Sześć powodów, dla których

powinieneś schodzić z drogi Severusowi Snape'owi:

1. Jest wredny.

Nawiasem mówiąc, sam jesteś temu winien - kto na trzecim roku wykradł z

dormitorium Ślizgonów jego zimowe kalesony i puścił na miotle dookoła

boiska? W dodatku przed najważniejszym meczem sezonu?
2. Dużo wie. I to,

że ty wiesz, że kalesony były zielone w srebrne wężyki, nie robi już na nim

takiego wrażenia jak kiedyś.
3. Dużo może. Nawet jeśli nie jest

powszechnie uwielbiany, jego słowo sporo znaczy, także u Dumbledore'a. A

ty co? Możesz iść się wypłakać Hagridowi w kamizelkę z kretów.
4. Nie

znosi cię. Nic nowego, ale u licha, Remus, czy ty zawsze musisz wszystkim

podpaść już pierwszego dnia? Masz samobójczy refleks.
5. Nie jesteście

już uczniami, i nie możesz go tak po prostu strzelić w ucho. Możesz jedynie

żałować, że kiedy mogłeś, robiłeś to zbyt rzadko.
6. To ON wie, jak

przygotować wywar tojadowy. Ty w swoim kociołku od eliksirów możesz ugotować

najwyżej owsiankę, a i tak będzie przypalona.
Krótko mówiąc, i

niech pan Lupin słucha, bo powtarzał nie będę, Severusa Snape'a należy

omijać szerokim łukiem. W razie niezastosowania się, szlaban i minus

pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru.

4.X.1993

godz. 18.00

Właśnie wypiłem ostatnią porcję eliksiru tojadowego. Za jakieś

dwadzieścia minut wzejdzie księżyc. Dumbledore zapewniał mnie, że wystarczy,

jak zamknę się w swoim pokoju, ale chyba powinienem iść do Wrzeszczącej

Chaty. Byłem tam przedwczoraj, wrota są nadal solidne. Wzmocniłem okna

kilkoma zaklęciami, ot tak, na wszelki wypadek. Ale wolałbym tu zostać.

Jestem za słaby, żeby dojść do wyjścia - ten eliksir działa z dużym

wyprzedzeniem. Może dam radę jeszcze zabezpieczyć drzwi, tylko sięgnę po

różdżkę.... Udało się. Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale póki jestem

przytomny, spróbuję pisać. Mam nadzieję, że przeżyję tę kurację, zresztą,

jeśli nie, to niech się Dumbledore martwi. Gdzie on w październiku znajdzie

nauczyciela... Oho, robi mi się ciemno w oczach. Zaraz wróci ten koszmar o

bulgoczącej krwi.... Krew, zęby wgryzają się w miękkie, żywe ciało,

rozrywają tętnicę, cały potok krwi... zaraz się przemieeeee

(nieczytelne)

5.X.1993

godz. 13.00
Boże, jaki jestem

szczęśliwy.
We łbie mam młyn, gdybym teraz wstał, pewnie

straciłbym resztę zębów, ręce mi się trzęsą tak, że sam nie wiem, co piszę,

ale jestem szczęśliwy.
Niech błogosławiony będzie Severus Snape i

jego zardzewiały kociołek. Ten eliksir to wynalazek większy od różdżki i

latającej miotły. Połowę, co mówię, trzy czwarte mniej bólu podczas

przemiany, prawie ludzka świadomość, ale przede wszystkim zero, kompletne

zero agresji... Nic. Nawet mój krwawy koszmar trwał tylko kilka sekund,

potem ogarnęła mnie senność i zapadłem się jakby na jakieś bardzo głębokie

dno. A kiedy się obudziłem, byłem prawie jak człowiek, prawie myślałem...

Czuję się, jakbym wyszedł z więzienia. Po raz pierwszy nie muszę się bać, że

zrobię komuś krzywdę i zostanę zabity wyrokiem komisji (bo nawet nie sądu)

Ministerstwa Magii.



godz. 16.00
O drugiej była

Poppy, przyniosła mi obiad, ale nie jadłem. Wieczorem wstanę.


Muszę podziękować Severusowi, ma to zapewne głęboko w nosie, ale w końcu

sprawiedliwość to znaczy oddać każdemu, co mu się należy. Pójdę do niego,

tylko się jeszcze z pół godziny prześpię

.
godz. 21.00


Dobrze, że nie miałem dziś lekcji. Przeleżałem półżywy cały dzień. O ósmej

wylazłem z łóżka i poszedłem szukać Severusa. Miałem szczęście, nawet nie

wywaliłem się na schodach i nikogo nie spotkałem. Severus był u siebie, nie

mogę powiedzieć, żeby mój widok specjalnie go ucieszył, ale zaskoczył z

pewnością.
- Co jest? - zapytał odstawiając kociołek z czymś, co

wyglądało jak turkusowa farba, do której ktoś wrzucił garść czerwonych

kulek. - Po coś wyłaził, wyglądasz jak własny trup - zrzędził po swojemu,

ale cały czas czułem na sobie jego badawczy, niemal zaciekawiony wzrok.


- Chcę ci podziękować - uśmiechnąłem się. - Jesteś genialny. Po raz

pierwszy kompletnie nie czułem agresji, miałem normalną, ludzką

świadomość...
- Do tego ci jeszcze sporo brakuje - mruknął, ale

wiedziałem, że słuchał bardzo uważnie. - Grunt, że jesteś bezpieczny dla

otoczenia.
- To twoja zasługa, Severusie - powiedziałem

uroczyście i... uściskałem go.
- Idź do licha - otrząsnął się,

jakby oblazło go coś wyjątkowo paskudnego, nie miałem jednak zamiaru się tym

przejmować, zresztą reakcja była, jak na niego, niezwykle wprost łagodna. -

Ile razy mam ci powtarzać, że ani mi w głowie robić to dla ciebie!


- Mam gdzieś, dla kogo to robisz - powiedziałem najserdeczniej jak

umiałem. - Nawet gdybyś robił to na osobistą prośbę Voldemorta.
-

Tfu, już nie masz o kim gadać? - Snape odruchowo splunął pod nogi. - Dobra,

dość tych głupstw. Chcesz coś jeszcze? Bo jak nie, to wybacz, mam

robotę.
- Jeszcze raz ci dziękuję. Na razie - odwróciłem się i

chciałem wyjść, gdy w połowie drogi do drzwi zatrzymał mnie jego głos.


- Czekaj.
Podszedł do mnie i zmierzył mnie wzrokiem z góry na

dół, a potem dla pewności z dołu do góry.
- Pokaż ręce -

rozkazał.
- Czyste, mamusiu - zażartowałem, wyciągając przed

siebie otwarte dłonie.
- Nie wydurniaj się - koścista,

niespodziewanie silna ręka chwyciła mój nadgarstek i przekręciła o sto

osiemdziesiąt stopni. - Wierzchem do góry. I podciągnij rękawy.
-

Nawet najmniejszego zadrapania - nietrudno było się domyślić, o co mu

chodzi. - Ten eliksir naprawdę działa. - I o to chodziło. Miałeś

zawroty głowy przed przemianą?
- Bardzo silne.
- A

teraz? Dasz radę sam wrócić na górę?
- Tak - odpowiedziałem,

niepewny, czy to rzeczywiście mówi Severus Snape.
- To znaczy, że

przyczyną był eliksir. Postaram się go trochę udoskonalić - zimne, uważne

oczy Snape'a były teraz prawie łagodne. - Idź się połóż, jutro od rana

masz lekcje.
- Tak, dziękuję ci... dobranoc - wyszedłem z lochu i

dopiero teraz poczułem, że kręci mi się w głowie. Tym razem jednak nie była

to wina eliksiru.

31.X.1993

Jutro Halloween, nikt nie

ma głowy, żeby myśleć o lekcjach, wszędzie pełno latających dyń, płomyki

świec wyrwały się Flitwickowi spod zamknięcia i mało nie podpaliły

biblioteki (Irma Pince z magiczną gaśnicą i ogniem w oczach była

imponująca), strach wziąć do ręki pióro, czy nie zamieni się w trupią kość,

gadżety od Zonka panoszą się wszędzie - a wieczorem uczta. Po południu

pozwolono uczniom wyjść do Hogsmeade, zrobiło się trochę spokojniej, ale nie

całkiem, bo zostali przecież pierwszo i drugoklasiści, i ci nieszczęśnicy,

którzy akurat dostali szlaban. Spotkałem na korytarzu Harry'ego, w

pierwszej chwili pomyślałem, że Severus przydybał go na jakiejś psocie, ale

potem przypomniałem sobie, że jemu w ogóle nie wolno wychodzić. Minę miał

tak żałosną, że zaprosiłem go na herbatę, po raz pierwszy mieliśmy okazję

pogadać. Okazuje się, że na naszej pierwszej lekcji we wrześniu byłem w

błędzie. Miałem rację, ale byłem w błędzie. To, czego najbardziej boi się

Harry Potter, to wcale nie Voldemort. Dementorzy. Spotkanie w pociągu

zostawiło na nim głęboki ślad. Ba, jak się ma takie wspomnienia... Minerwa

mówiła mi, ze chłopak w ogóle nie zaznał w życiu wiele dobrego, mugolska

rodzina Lilki nienawidzi go i poniewiera nim na każdym kroku. Właściwie

tylko w Hogwarcie dzieciak ma jakąś przyjazną duszę, na szczęście, jak już

pisałem, ludzie garną się do niego. Przyznam, że słuchając Minerwy

zaciskałem pięści. Syn Jamesa. Rogacz-junior, którego z taką dumą pokazywał

nam jego ojciec. Chłopiec, za którego - tak nam się wtedy wydawało - każdy z

nas oddałby życie. James, Lilka i Peter już to zrobili... zostałem mu tylko

ja, włóczęga bez pracy i domu, odrzucony przez wszystkich wilkołak. Ale

przecież powinienem był coś dla niego zrobić, cokolwiek... Tymczasem jeśli

Black dopadnie Harry'ego, to będzie moja wina. Do rozmowy z

Dumbledore'em zabierałem się już kilkanaście razy, zawsze coś albo ktoś

nam przerywa. Ostatnio Stary w ogóle mało się pokazuje, mówią, że robi coś

pilnego dla Ministerstwa Magii. Zobaczę się z nim na uczcie, spróbuję się

umówić na rozmowę.

Po uczcie
Udało

się!!! Dumbledore zaprosił mnie na jutro rano do swojego

gabinetu. Na wszelki wypadek przedtem spakuję rzeczy... Uczta minęła

świetnie, przegadałem całą z Flitwickiem. Pogratulowałem mu szczerze

świetnego wystroju Wielkiej Sali, wszędzie latające lampiony z dyń, płonące

serpentyny, żywe nietoperze (Dumbledore chichotał, że wolałby różowe), on

zrewanżował mi się opowieściami o co ciekawszych pomysłach mojego

poprzednika. Usłyszałem historię o sesjach zdjęciowych z Harry'ym, o

klubie pojedynków, o niesławnej pamięci chochlikach kornwalijskich -

większość z tych spraw znałem od Minerwy i Severusa, ale Flitwick ma

prawdziwy dar opowiadania. Wreszcie spytałem go, czy zna książkę

"Wędrówki z wilkołakami".
- Nawet mi nie mów -

zapiszczał Flitwick, i przez chwilę bałem się, że wpadnie ze śmiechu pod

stół. - Czytałem do poduszki, żeby się rozerwać. Tak zaskakującej mieszaniny

rzetelnej wiedzy i najgłupszych plot...
- Wyobraź sobie zatem, że

poniekąd przyczyniłem się do powstania tego arcydzieła - powiedziałem

z powagą.
- Dałeś się nabrać temu imbecylowi? - oczy Flitwicka

zrobiły się okrągłe. - Jakim cudem?
- Ktoś kiedyś powiedział mu,

że jeśli chce napisać książkę o wilkołakach, to jest facet, który coś o nich

wie. Tak trafił do mnie. Jak zobaczyłem jego turkusową szatę w złote

gwiazdki, straciłem ochotę na rozmowę, ale coś mu tam poopowiadałem. Był

zachwycony, ale niestety, w pewnym momencie zapytał, skąd to wszystko

wiem...
- I ty mu powiedziałeś!!! - Flitwick zakwiczał

tak, że połowa nauczycieli obejrzała się w naszą stronę.
-

Powiedziałem. I przyznam ci się, że w życiu nie widziałem, żeby ktoś tak

zwiewał. Nic dziwnego, że resztę musiał sobie

dofantazjować.

1.XI.1993

Syriusz Black jest w zamku.

Wszedł w nocy do wieży Gryffindoru. Gdy wszyscy byli na uczcie, wyciął z ram

Grubą Damę i wszedł do pokoju wspólnego. Przez całą noc przeszukiwaliśmy

zamek, uczniowie spali w Wielkiej Sali. Severus nie odstępował mnie ani na

krok, mogę się założyć, ze podejrzewa mnie o ułatwienie Blackowi wejścia do

zamku. I znowu, niestety, ma rację. Co gorsza Dumbledore w całym tym

zamieszaniu znów nie będzie miał dla mnie czasu - a niestety, sprawy

niezarejestrowanych animagów i naszych nocnych wypraw nie da się wyjaśnić w

trzech słowach. Jest jednak coś, co nie daje mi spokoju. Gdyby Black

naprawdę chciał zabić Harry'ego, jak powtarzają wszyscy, nie wchodziłby

do wieży Gryfonów podczas uczty, kiedy wiadomo, że wszyscy są w Wielkiej

Sali. O co mu chodzi? Jeżeli zdecydował się na włamanie w porze, kiedy nie

było nikogo, to znaczy, ze szuka raczej czegoś niż kogoś. A zatem nie

Harry'ego... Co takiego może mieć Harry, czego szukałby Black? Pelerynę

niewidkę Jamesa? Nonsens. Przyznam, ze trochę mi ulżyło na myśl, ze Black

może nie mieć zamiaru zrobić Harry'emu nic złego. Ale o co mu chodzi?

Dowiem się. Przeszukując zamek przekonałem się, że pamiętam jeszcze sporo

naszych sekretnych korytarzy i przejść. Postanowiłem POSZUKAĆ BLACKA. Wiem,

mogę z tego nie wyjść cało, ale przynajmniej dowiem się, czego chce od

Harry'ego.

22.XI.1993

Był u mnie Dumbledore,

przeprosił mnie za swój, jak się wyraził, niefortunny pomysł z zastępstwem.

Absurd! Zastąpić mnie kimkolwiek podczas mojej choroby (tym bardziej, że

choruję tak często) to jego święte prawo i nie ma za co przepraszać. Tym

bardziej, że Severus Snape naprawdę zna się na samoobronie przed czarną

magią, a jak wiem od Harry'ego, zawsze marzył o tym, żeby jej uczyć.

Może Dumbledore powinien mu na to pozwolić, przynajmniej w paru klasach -

wiem, że ma do dyspozycji kilka zmieniaczy czasu, Ministerstwo Magii nigdy

nie robiło mu trudności. Jedyny problem w tym, że Severus zachowuje się

czasami tak, jakbyśmy znowu mieli po piętnaście lat i płatali sobie nawzajem

głupie figle. Wiem, że moja obecność tutaj doprowadza go do szału, byłoby

dziwne, gdyby było inaczej, ale nigdy, przynajmniej dotąd, nie okazywał mi

tego w obecności uczniów. Prawdopodobnie jego też zawodzą nerwy. Pomijając

to, że nastawiał mnóstwo złych stopni (końcowe oceny i tak zależą ode mnie),

i że na wszystkie sposoby starał się przekonać moich uczniów, że niczego ich

nie nauczyłem (nie jest tak źle), to jeszcze w trzecich klasach trochę hm...

zmienił program, sięgając po temat z końca roku szkolnego. Wiadomo, jaki.

Przyznam, że kiedy się o tym dowiedziałem, byłem wściekły. Teraz chce mi się

tylko śmiać. Biedny Severus. Z jednej strony kategoryczny, jak przypuszczam,

zakaz Dumbledore'a wspominania komukolwiek, kim jestem, z drugiej -

tajemnica, która od dwudziestu lat parzy go w język, teraz bardziej, niż

kiedykolwiek. Jedno słowo i pozbywa się konkurencji... Aż mi go żal, taka

pokusa... Oczywiście nie miał prawa kwestionować mojego zdania wobec

uczniów, ale jak to zwykle bywa, jego autorytet ucierpiał na tym bardziej

niż mój. Miałem zresztą pięć minut satysfakcji, gdy wręczyłem mu

wypracowanie Hermiony Granger, jedynej, która bez mrugnięcia okiem napisała

swoje cztery rolki pergaminu na temat rozpoznawania i uśmiercania (tak!)

wilkołaków.
- Pewnie zastanawiasz się, dlaczego zmieniłem twój

plan lekcji - Severus Snape spojrzał na mnie sponad katedry, gdzie czekając

na następną lekcję pisał coś w wielkiej, pergaminowej księdze. I tu go

miałem.
- Bynajmniej - odpowiedziałem z uśmiechem, którego nie

powstydziłby się mój poprzednik. - To jest dla mnie całkowicie jasne.

Prosiłbym jednak, żebyś na przyszłość uzgadniał takie zmiany ze mną.


- Na jaką przyszłość? - Snape wzruszył ramionami. - Naprawdę myślisz, że

jestem tu po to, żeby nadrabiać twoje braki? Twoi uczniowie, pomijając fakt,

że nie mają pojęcia o dyscyplinie, nie umieją kompletnie nic. Zabawy z

boginem to naprawdę nie jest wszystko, co będzie im w życiu potrzebne.


- Szczególnie w spotkaniach z wilkołakami? - uśmiechnąłem się

niewinnie.
- A żebyś wiedział. Już widzę, jak przerabiasz z nimi

ten temat! Według ciebie wilkołak nie różni się niczym od merdającego

ogonem pieska. Tymczasem fakty są inne, to jest krwiożercza bestia, którą

człowiek musi zabić, zanim ona zabije jego, i na nic się nie zdadzą

humanitarne frazesy o bezpieczeństwie i środkach ostrożności.
-

To dlaczego przygotowujesz mi wywar tojadowy, a nie arszenik?
- Bo

ministrem magii jest sentymentalny dureń, który twierdzi, że bestie też mają

prawo do życia. Niestety, Dumbledore również tak uważa, wobec tego nie mam

wyjścia. Ale bądź pewien - w jego głosie zabrzmiała groźba - że jeśli uznam,

że twoja obecność może być niebezpieczna dla kogokolwiek, nie zawaham się

powiedzieć głośno, kim jesteś.
- Jestem pewien, że się nie

zawahasz - odpowiedziałem takim tonem, że Severus zerwał się jak

oparzony.
- Nie waż się tak do mnie mówić! Twoje udawanie

niewinnej ofiary może wyprowadzić w pole Dumbledore'a, ale nie mnie. A w

ogóle to jestem zajęty.
Była to tak ewidentna rejterada, że aż

zrobiło mi się go żal. On też o tym wiedział, bo chociaż nie zaszczycił mnie

ani jednym spojrzeniem, prawie fizycznie czułem narastającą w nim złość.


- Do widzenia - odparłem i wyszedłem, pozostawiając go tak

wściekłego, że doprawdy współczułem następnej klasie. Dopiero za drzwiami

przypomniałem sobie, że obiecałem nie wchodzić mu w drogę. Do licha, Remus,

czy ty się nigdy nie nauczysz?

23.XI.1993

Wczoraj tak

byłem pochłonięty marginalną w sumie sprawą Severusa, że nie napisałem o

najważniejszym. Kiedy byłem chory, Harry miał wypadek. Podczas meczu z

Puchonami dementorzy przyszli na boisko. Dumbledore zabronił im zbliżać się

do zamku, więc są wygłodzeni - a tu naraz tyle emocji... Harry stracił

przytomność i runął na ziemię z wysokości trzydziestu stóp. Nie wiem, jakim

cudem nic mu się nie stało, ale jego miotłę zniszczyła wierzba bijąca. Żal

mi Harry'ego, czy ten dzieciak zawsze będzie tak cierpiał? Boi się, że

nie zdoła zagrać w następnym meczu - a dla niego, tak jak dla Jamesa,

quidditch jest wszystkim. W dodatku te jego koszmary... Nie mogę go z tym

zostawić. Jeżeli tyle lat nie raczyłem pamiętać, że istnieje, najwyższa

pora, żebym wreszcie coś dla niego zrobił. Nauczę go zaklęcia patronusa. To

jedyne, co mogę mu dać.
Moje poszukiwania Blacka na razie nie dały

nic. Nigdzie nie znalazłem śladu ani człowieka, ani psa. Obchodzę nasze

stare ścieżki, odkryłem kilka zapomnianych sal, podręczną bibliotekę

profesora Binnsa, która zniknęła kiedy wyciągnąłem rękę do półki, zakręt

korytarza, gdzie najczęściej kryliśmy się przed Filchem, odwiedziłem wieżę

Sinistry, pamiętną pewnym włamaniem, na skutek którego następnego dnia na

sklepieniu Wielkiej Sali obok słońca świecił na niebie monstrualnej

wielkości Syriusz, pogadałem z Grubą Damą (zamieszkała w mapie Argyllshire

na drugim piętrze, jej miejsce zajął pomylony sir Cadogan), wreszcie

zawędrowałem w okolicę północnej wieży. Stałem właśnie przy okrągłym oknie

rozglądając się po doskonale stąd widocznych błoniach, gdy nagle ktoś z tyłu

zasłonił mi oczy. - A kto to? - głos był niewątpliwie damski, nie

sądziłem jednak, by na taki żart pozwoliła sobie któraś z uczennic, z

nauczycielek zaś... prychnąłem, wyobraziwszy sobie Minerwę McGonagall

skradającą się na palcach, by z piskiem złapać mnie za łeb.
- Nie

śmiej się, tylko zgaduj - głos był lekko urażony. - Co z ciebie za

czarodziej?
- Nie zgadnę - starym sposobem dotknąłem mocno

trzymających mnie dłoni. Wyczułem dwa ogromne pierścienie i długie, ostro

zakończone paznokcie. Byłem w domu.
- Sybilla! - odwróciłem

się i chwyciłem ją za ramiona. Zaśmiała się jak podlotek i zatrzepotała

półmetrowymi rzęsami. - Ty niepoprawna uwodzicielko...
- Co tu

robisz? - zapytała. Była prawie miła, kiedy nie zgrywała się na

wszechwiedzącą wróżkę. - Przyszedłeś po radę? Zaraz postawię ci kabałę,

chodźmy na górę.
- Nie, nie trzeba - przestraszyłem się. - Tak

tylko przechodziłem...
- Nie wstydź się, synku, przecież widzę, że

masz kłopoty - Sybilla przyglądała mi się z troską. - Każdy mówi, że nie

trzeba, a potem wypłakuje się w filiżankę, aż miło. Powiem ci, co cię czeka,

zawsze potem łatwiej znieść nieszczęście...
- Dziękuję - na takie

wróżby już zdecydowanie nie miałem ochoty. Kiedy sam byłem uczniem

traktowałem wróżbiarstwo raczej rozrywkowo, mimo iż Sybilla zawsze

powtarzała, że mam fantastyczną aurę. - Osobiście wolałbym, żeby raczej nie

spotkało mnie nic złego.
- To się tylko tak mówi, kochanie - wąska

dłoń Sybilli wsunęła mi się pod ramię. - Ten biedny Harry Potter już na

pierwszej lekcji zobaczył ponuraka i proszę, mało nie zginął.
-

Pewnie wziął sobie to do serca i uważał - nie chciałem robić przykrości

Sybilli, która mimo swego irytującego sposobu bycia była poczciwą osobą. -

Ponurak, powiadasz...
- Tak, w fusach z herbaty. Widziałam tak

wyraźnie, jak ciebie teraz widzę. Wielki, kudłaty pies.
-

Ponurak... - w miarę, jak jej słuchałem, coraz bardziej utwierdzałem się w

przekonaniu, że po pierwsze, wróżby Sybilli nie są tak znowu wyssane z

palca, po drugie niestety, ona sama nie umie ich czytać. Czarny, kudłaty

pies. Ten sam, z którym kiedyś w wilczej postaci goniłem się po Zakazanym

Lesie. Łapa. I to, że stanął na drodze Harry'ego... Do licha, to się

przecież zgadza!
- Prawda? - Sybilla promieniała. Przez

roztargnienie ostatnie słowa powiedziałem głośno. - Od razu mówiłam mu, żeby

uważał. Tobie też się przyda ostrzeżenie. Chodź na górę, zajrzymy do

szklanej kuli...
- Nie! - wrzasnąłem, jakby złożyła mi

nieprzyzwoitą propozycję. Stanowczo wolałem, żeby nie zagłębiała się w moich

tajemnicach, kto wie, co mogłaby tam zobaczyć i roznieść po Hogwarcie. -

Sybillo, jesteś kochana, ale muszę lecieć - cmoknąłem ją w policzek i

zwiałem, mocno żałując, że w zamku nie da się

teleportować.

26.XII.1993

No, mam to za sobą. Ominęło

mnie Boże Narodzenie, ale przynajmniej nie opuściłem żadnej lekcji. Dzisiaj

czuję się już nieźle, niestety, zimowe noce to dla wilkołaków fatalna pora.

W ostatni wieczór przed przemianą byłem na wpół żywy. Moja blizna

poczerwieniała, mogłem się spodziewać, że lada chwila zacznie znowu krwawić.

Na szczęście były już ferie. Przeleżałem cały dzień w swoim pokoju, nie

chciało mi się nawet jeść. Pani Pomfrey zajrzała na chwilę, ale co mi mogła

pomóc? Czekałem na Severusa z ostatnią porcją eliksiru. Przyszedł chyba

zaraz po kolacji, nie chciało mi się sprawdzać godziny, ale musiało być

dosyć wcześnie. Ostatnio księżyc świecił tak, że wszystko dookoła zamku

lśniło jak pomalowane srebrną farbą odblaskową - takich nocy zawsze się

najbardziej bałem. Severus jak zwykle bez słowa podał mi kielich, ale

zamiast odwrócić się i wyjść, jak to zwykle robił, poczekał aż skończę pić,

a potem... przysunął sobie fotel i usiadł.
- Zostanę tu dzisiaj na

noc - powiedział takim tonem, jakby to była rzecz najoczywistsza. Gdybym nie

był taki słaby i chory, pewnie zleciałbym z łóżka z wrażenia. Od naszego

ostatniego starcia w ogóle nie rozmawialiśmy ze sobą, starannie mijając się

w przejściach. Patrzyłem na niego czekając na jakieś wyjaśnienia, on jednak

tylko wzruszył ramionami.
- No co jest, nie rozumiesz po ludzku?

Dałem ci o połowę silniejszą dawkę i muszę widzieć, co się z tobą dzieje.


- Ale dlaczego?... - wyjąkałem.
- Co dlaczego? Dlaczego

ci dałem silniejszą dawkę? Spójrz przez okno, księżyc zwariował, wszystko aż

błyszczy. Zwykła porcja to za mało.
- Ja nie o tym... - urwałem,

bo nagle przypomniałem sobie, w co zmienił się bogin podczas naszego

spotkania w pokoju nauczycielskim.
- Tylko co? Myślisz, że nagle

zostałem siostrą miłosierdzia? Zapomnij o tym, Lupin, to dla mnie żadna

przyjemność pilnować twojego ogona. Ale gdyby ci się cos stało, Dumbledore

urwałby mi łeb. Muszę tu być, bo nie wiadomo co ci strzeli do głowy.

Wilkołaki są nieobliczalne.
- Ale to jest niebezpieczne -

protestowałem ostatkiem sił.
- Bardziej dla ciebie, niż dla mnie.

Nie gadaj tyle, bo się tylko męczysz.
Przesadą byłoby twierdzić, że Snape

siedział całą noc obok łóżka i trzymał mnie za rękę, bo tak na pewno nie

było, z drugiej strony jednak, kiedy zaczęła mi wracać świadomość, pierwsze,

co zobaczyłem, to był on. Siedział w fotelu z nogami opartymi o kolumnę

mojego łóżka i spał. Przez moment przyglądałem się jego odchylonej do tyłu

głowie i półotwartym ustom, zanim dotarło do mnie, że spędził tu ładnych

parę godzin. Z wysiłkiem wyciągnąłem rękę i dotknąłem jego kolana.


- Severus... Severus, obudź się.
- Co jest? - jego przejście od

snu do całkowitej aktywności było błyskawiczne, jak u zwierzęcia. - Jak się

czujesz?
- Świetnie, dziękuję ci - do świetnego samopoczucia zdaje

się, że mi troszeczkę brakowało, w sumie jednak nie byłem bardziej chory niż

zwykle.
- Nie ma za co - Snape powoli pozbierał się, przeczesał

palcami włosy. - Ani mi w głowie cię niańczyć, ty pieroński wilku. Chcesz

wody? I pewnie jesteś głodny?
- Nie, dziękuję. Nie chce mi się

jeść.
- Akurat - wzruszył ramionami i wyjął różdżkę. - Accio -

powiedział i na stole zmaterializował się talerz z kanapkami i garnek

herbaty. - Jak dla mnie, możesz tu siedzieć cały dzień o suchym pysku, nie

zależy mi. Tylko potem powiedzą, że cię zabiłem. No jak, jesz, czy mam ci to

wetknąć do gęby?
- Jem - wziąłem od niego kanapkę. - Ale ty

też.
- Idę - Snape nie zaszczycił uwagą mojego zaproszenia. - Masz

to wypić, zanim zamarznie - dodał, wciskając mi w rękę kubek herbaty.


- Dziękuję ci za wszystko. I Wesołych Świąt! - poniewczasie

przypomniałem sobie, że dziś Boże Narodzenie. - Wesołych - Snape

nieznacznie skinął głową i wyszedł.

27.XII.1993

To

pierwsze od wielu, wielu lat Boże Narodzenie, na które dostałem tyle

prezentów. Komplet nowości książkowych na temat obrony przed czarną magią od

Dumbledore'a i Minerwy, wściekle kolorowy, pasiasty szalik od Sybilli,

parę wełnianych skarpetek od Poppy, i drogie, oprawione w masę perłową pióro

od nieznanego ofiarodawcy. Sowa niosąc przesyłkę musiała zgubić kartkę, albo

w ogóle pomyliła adres, bo nie było nikogo, od kogo mógłbym się spodziewać

takiego prezentu. Dziś czułem się już lepiej, wybrałem się nawet na spacer.

Odwiedziłem Hagrida, ucieszył się, przegadaliśmy pół dnia przy świątecznych

ciastkach domowej roboty (to znaczy głównie on gadał, bo ja po dwóch kęsach

zakleiłem się na amen). Ma kłopoty z hipogryfem, jeszcze we wrześniu

Hardodziob zranił w rękę młodego Malfoya, nie bez jego zresztą zasługi, i

teraz jego ojciec robi wielką aferę w ministerstwie. Hagrid boi się, ze mogą

uznać hipogryfa za niebezpiecznego i zabić - prawdę mówiąc, nie zdziwiłbym

się, gdyby tak było. Gdybym miał nieszczęście im podpaść, pewnie też nie

robiliby sobie ceregieli. Oczywiście tego nie powiedziałem Hagridowi, i tak

był dość przygnębiony. Żeby go pocieszyć, zacząłem mówić o Harry'ym - i

pomogło. Mnie zresztą też. Dowiedziałem się, ze Hagrid był pierwszym, który

powiedział synowi Jamesa o jego rodzicach i w ogóle o tym, że jest

czarodziejem. Mugolska rodzina Lilki ukrywała to przed nim z całych sił. W

ogóle, wygląda na to, że Hagrid kocha Harry'ego jak syna - i jestem mu

za to wdzięczny. Chłopiec nie mógł trafić na lepszego opiekuna. Stary,

kochany, niezawodny Hagrid. Tak bym chciał, żeby ten jego hipogryf został

uniewinniony. Niestety, ministerstwo magii ma dosyć elastyczne pojęcie

sprawiedliwości - Hagrid w zeszłym roku spędził prawie dwa miesiące w

Azkabanie, kompletnie za nic. Podejrzewano, że otworzył Komnatę Tajemnic.

Idiotyzm.
- Kto mówi, że nie idiotyzm - Hagrid znowu wpadł w podły

nastrój na wspomnienie Azkabanu. - Te dementory z piekła rodem są na pewno

bardziej niebezpieczne, niż mój Dziobek. Słyszałeś, co zrobiły

Harry'emu.
- Miał szczęście, że się nie zabił - do tej pory

truchlałem na wspomnienie jego upadku z wysokości trzydziestu stóp. - Kiedy

są w pobliżu, traci przytomność. One sprawiają, że przypomina mu się

Voldemort i tamta noc, wyobrażasz sobie?
- Aż za dobrze - Hagrid

rzadko kiedy był tak zwięzły. - Bestie.
- Obiecałem, że spróbuję

go nauczyć zaklęcia patronusa - sam nie wiedziałem, jak to się stało, że

powiedziałem o tym Hagridowi. - Już nawet mniejsza o quidditcha, ale te jego

koszmary... Nie wiem, czy da sobie radę, to bardzo zaawansowana magia, ale

trzeba spróbować.
- Da sobie radę, na pewno! - Hagrid spojrzał

na mnie błagalnie, jakby się bał, że mogę się rozmyślić. - On jest zdolny,

tak jak James... Błagam cię, naucz go! Niech pokaże tym potworom...


- Będę się starał, przysięgam - wciąż miałem przed oczami twarz

Harry'ego, kiedy mówił mi, że słyszy Voldemorta i krzyk umierającej

Lilki. - Przynajmniej tyle mogę dla niego zrobić.
- Lunatyk! -

Hagrid porwał mnie w objęcia i poczułem, jak trzeszczą mi żebra. - Tyś był

zawsze przeporządny chłopak.

13.I.1994, czwartek

No,

udało się. Pierwszą lekcję Harry i ja mamy za sobą - nie wiem, który z nas

jest bardziej zmęczony. Poprzednich kilka nocy znowu spędziłem na

poszukiwaniach, tym razem dwóch rzeczy naraz. Blacka oczywiście ani śladu,

znalazł się za to w kartotece Filcha całkiem ładny bogin, który miał nam

zastąpić dementora. Osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, żeby przy

pomocy patronusa dać wycisk prawdziwemu dementorowi, ale dla Harry'ego

nie byłoby to bezpieczne. Nad boginem łatwiej zapanować, nie wspomnę już o

tym, że Dumbledore zabiłby mnie, gdybym wpuścił któregoś z tych stworów do

zamku. Bogin jak bogin, spełnił swoje zadanie, one mają tę pożyteczną cechę,

że zmieniają się bardzo dokładnie. Gorzej było z Harry'ym. Zastanawiałem

się, czy ten mały w ogóle ma jakieś dobre wspomnienia, czy będzie miał z

czego stworzyć patronusa. Próbował trzy razy, za każdym prawie tracąc

przytomność - czekolada trochę pomogła, ale boję się, że to za mało. Po

drugim razie już chciałem dać spokój, ale Harry uparł się, jest bardzo

ambitny. Zdaje się, że mniej już nawet chodzi mu o quidditcha, bardziej

wstydzi się swojej słabości. Bzdura, to, co on słyszy zbliżając się do

dementora wystarczy, żeby zwalić z nóg dorosłego mężczyznę - ale dla

trzynastoletniego chłopaka to nie jest argument, rozumiem go. Dlatego bałem

się o niego jak o nikogo. James, modliłem się, pomóż mu. Nie pozwól, żeby

jedynym co słyszy w wyobraźni, były twoje ostatnie słowa, broń go, póki sam

jeszcze nie potrafi... I wreszcie coś się stało. Patronus Harry'ego,

słaby jeszcze i bezkształtny, powstrzymał na chwilę dementora! Byłem

szczęśliwy. Harry chciał spróbować jeszcze raz, ale nie pozwoliłem. W

euforii sam nie wiedział, jaki jest zmęczony, ale widziałem, że słania się

na nogach. Następny raz spróbujemy dopiero za tydzień.

14.I.1994,

piątek

Dziś w nocy byłem w nieużywanej części zamku, tej, do

której wejść można tylko z korytarza na trzecim piętrze. Jest tam

kilkanaście pustych sal, zbyt małych na klasy i zbyt ponurych, by można tam

mieszkać. Stoją tam jakieś rupiecie, połamane ławki, na wszystkim pół metra

kurzu. Jedyne ślady czyjejś obecności to poprzyklejana wszędzie guma do

żucia i poniewierające się w kątach papierki od cukierków - oczywiście

dzieło Irytka, podobnie jak napis na ścianie korytarza: "McGonagall

jezd gupia". Jak widać, do straszenia w szkole niepotrzebna jest

znajomość ortografii. Raz czy dwa razy na zakurzonej podłodze mignęły mi

ślady łapek pani Norris - na nią samą nigdy się nie natknąłem, i dobrze.

Wolałbym, żeby Filch nie zaczął dociekać, czego szuka nocą po zamku były

Huncwot, wielokrotnie notowany w jego kartotekach recydywista. Ciekawe, czy

ma gdzieś jeszcze naszą mapę, kiedy kończyliśmy szkołę, podarowaliśmy mu ją

na pamiątkę, wiedząc, że i tak nie zdoła z niej zrobić użytku. Och, jak by

mi się teraz przydała! Ale Filch, jak go znam, prawdopodobnie wrzucił ją

do pieca, wściekły, że jako nie-czarodziej nie może się nią posłużyć. Raczej

nie zapytam go o to. Mijając mnie kłania się nisko, ale dałbym głowę, że

pamięta każde moje przewinienie i żadnego mi nie wybaczył. Gdybym miał

chociaż pelerynę-niewidkę Jamesa! Wiem od Dumbledore'a, że przekazał

ją Harry'emu. W ostateczności spróbuję ją od niego pożyczyć, ale

wolałbym tego nie robić. Harry nie ma pojęcia, że James, Black, ja i Peter

byliśmy kiedyś nierozłączni. Myśli, że byłem jednym z wielu kolegów jego

rodziców - i niech tak zostanie.
Tak rozmyślając wszedłem do ostatniej

sali. W pierwszej chwili myślałem, że jest dużo mniejsza od pozostałych, bo

ściana była zaledwie półtora jarda od drzwi, zbliżywszy się jednak

zobaczyłem, że to, co brałem za ścianę jest ogromną, sięgającą prawie do

sufitu tablicą. Zdziwiła mnie jednak wielka, rzeźbiona rama - takich tablic

nie było w szkołach nawet za królowej Wiktorii. Wyglądała przy tym dziwnie

znajomo... Zapaliłem światło i poznałem. To było stojące tyłem zwierciadło

Ain Eingarp.
Znałem je aż za dobrze, w czasie naszych nocnych

wędrówek natykaliśmy się na nie kilkakrotnie. Wydawało się, że obdarzone

własnym życiem wędruje po całej szkole, żeby podsuwać nam przed oczy

marzenia, do których nie przyznawaliśmy się nawet sami przed sobą. Na

szczęście niedługo potem znikało, żeby odnaleźć się po pół roku w zupełnie

innej części zamku - na pierwszym roku James zobaczył w nim siebie jako

mistrza quidditcha ze złotym zniczem w ręce, potem, kiedy przygotowywali się

do zostania animagami, widział, jak przemienia się w jelenia, ale przez

ostatnie trzy lata nauki w zwierciadle królowała Lilka. Peter prawie zawsze

widział siebie jako prefekta albo ministra magii - śmialiśmy się, że do tego

ostatniego musi jeszcze solidnie zgłupieć. Tylko ja widziałem zawsze jedno i

to samo. Pełnię księżyca. I siebie samego, który patrzę na nią ludzkimi

oczami. Byłem pewny, że tym razem będzie tak samo, więc bez lęku okrążyłem

zwierciadło i spojrzałem.
Dziękowałem potem Bogu, że mury zamku

są grube - długo jeszcze dźwięczał mi w uszach mój własny wrzask.


Nie wiem, co się stało. Wczoraj w nocy byłem gotowy dać głowę, że ktoś

zaczarował zwierciadło - wiem jednak, że to niemożliwe.
W

zwierciadle zobaczyłem siebie i Syriusza Blacka. Ściskałem go jak brata,

patrząc na niego z radością pomieszaną z niedowierzaniem. W głowie tłukła mi

się myśl, że to nie mogę być ja, że to jakaś pomyłka - ale to byłem ja,

obejmujący za ramiona kogoś, kto - to jasne - był moim przyjacielem. I nie

było to wspomnienie z Hogwartu. Byliśmy dorośli, ja z siwizną we włosach,

Syriusz wymizerowany i obdarty, taki, jakim go widziałem na zdjęciach w

gazecie. Myślałem, że oszalałem. To nie może być moje pragnienie! Jakim

cudem?!
Stałem gapiąc się w zwierciadło, niepewny bodaj jak się

nazywam. Nie wiem, jak by się to skończyło, na szczęście ktoś przerwał ten

mój idiotyczny stan. Nad zwierciadłem, tuż pod samym sufitem usłyszałem

znaczące chrząknięcie.
- Iryt, won - powiedziałem, zastanawiając

się absurdalnie, czy to, co widzę w zwierciadle nie jest jego kolejnym

żartem.
- O, przepraszam - głos pod sufitem był lekko urażony,

podniosłem głowę i zobaczyłem Prawie Bezgłowego Nicka, siedzącego na ramie

zwierciadła. - Jak chcesz, mogę sobie iść.
- Nie, to ja

przepraszam - zreflektowałem się, nie patrząc już w lustro wyszedłem zza

niego a Nick natychmiast odwrócił się w moją stronę. - Myślałem, że to

Irytek robi mi kawały.
- Raczej zwierciadło - Nick nie był głupi i

prawdopodobnie przyglądał mi się od dłuższej chwili. - Ja zawsze widzę w nim

swoją głowę unoszącą się w powietrzu - nadął się i westchnął tak, że w sali

na moment przygasły lampy.
- Współczuję - postanowiłem sobie, że

sprawę zwierciadła i tego co w nim zobaczyłem zostawię sobie do przemyślenia

na później, bo inaczej Nick uzna mnie za wariata. - Dlaczego nie powiesz

sobie raz, że to bezgłowe towarzystwo łowieckie to po prostu banda nadętych

snobów? Nie chcą cię, to ich strata. I to bardzo duża.
- Poczciwy

z ciebie chłopak, Remus - przezroczysta twarz sir Nicholasa de

Mimsy-Porpington rozpogodziła się wyraźnie. - Ty jeden mnie zawsze

rozumiałeś. A może - jego zapadnięte oczy przymrużyły się znacząco - może

mógłbym ci w czymś pomóc?
- Czy ja wiem? - nie chciałem

wtajemniczać Prawie Bezgłowego Nicka w cel swoich poszukiwań, wiedziałem

jednak, jak bardzo może mi być pomocny - Gdybyś mógł zajrzeć do kartoteki

pana Filcha... Powinien tam mieć duży, o, mniej więcej taki kawałek

pergaminu, poskładany jak mapa. Kompletnie czysty, ale wyświechtany i

postrzępiony na brzegach.
- Dobrze! - Prawie Bezgłowy Nick

zgodził się z entuzjazmem, nie lubił Filcha tak jak wszyscy. - Wykraść go

nie dam rady, ale...
- Wystarczy, jeśli mi powiesz, że tam jest -

nie miałem pojęcia, co w takim razie miałbym zrobić, ale sama wiadomość o

mapie już była cenna. - Będę ci bardzo wdzięczny.
- Drobiazg -

Nick zrobił lekceważącą minę. - Idziemy stąd, czy zostajesz?
-

Wracam do siebie - zadecydowałem kategorycznie. - Dobranoc.
-

Zaczekaj, pójdę z tobą - Prawie Bezgłowy Nick był w świetnym humorze.

Towarzyszył mi aż do drzwi pokoju, a potem znikł. Zostałem sam i natychmiast

wrócił mi przed oczy obraz ze zwierciadła. Czy to możliwe, żeby Syriusz był

niewinny? Żeby stał się jakiś cud, i okazało się, że to nie on wydał Jamesa,

nie on zabił Petera i tamtych mugoli? I nagle poczułem, że chciałbym, aby

tak było. Więcej, że oddałbym wszystko, żeby ten cud się stał. Zwierciadło

miało rację. Położyłem się spać, ale zasnąłem dopiero o

świcie.

9.III.1994

Obudził mnie głos Minerwy,

wzmocniony magicznym megafonem. "Uwaga! Proszę wszystkich państwa

do pokoju nauczycielskiego. Natychmiast!" - strach w jej głosie nie

był czymś, co można by lekceważyć. Narzuciłem szatę na piżamę i potykając

się o własne sznurówki zbiegłem na pierwsze piętro.
- Co się

stało? - usłyszałem gdzieś na wysokości żołądka. - O, przepraszam - to

Flitwick wpadł na mnie w drzwiach. - Czy ktoś wie...
- Zaraz się

dowiemy - przepuściłem go przodem i weszliśmy do pokoju. Był tam już

Dumbledore, jak zawsze nienaganny w swoich fioletach, była pani Sprout w

czerwonym szlafroku w róże, w kącie profesor Vector uspokajała trzęsącą się

ze strachu Sybillę, a Severus Snape, odziany z niedbałą perfekcją (chyba w

ogóle się nie kładł), patrzył na całe to zamieszanie z miną "a nie

mówiłem?".
- Są wszyscy? - Minerwa nie traciła czasu na

wędrówkę korytarzami, wypadła z kominka z magicznym megafonem w ręku. -

Syriusz Black dostał się do wieży Gryffindoru! Musimy znowu przeszukać

zamek. Uważajcie, jest zdesperowany. Ma nóż. Wszedł do dormitorium chłopców,

o mało nie zaatakował małego Weasleya. Na pewno szukał Harry'ego.


- Idę tam - zadecydował Dumbledore wchodząc w kominek. - Rozejdźcie się

parami, tylko uważajcie!
- Idę z panem - Snape ruszył za nim.

Na placu boju zostałem ja, Flitwick i kobiety.
- Jazda, idziemy.

- Minerwa objęła dowództwo. - Ale mówię, uważać. Black ma nóż i nie zawaha

się go użyć. Wszyscy macie różdżki? Flitwick i Sprout, przeszukajcie lochy,

potem szklarnie. Vector i Sinistra, wy górne piętro i wieże. Ty, Sybillo,

zawiadom Hagrida, niech weźmie Kła i przeszuka błonia, przynajmniej tyle

możesz zrobić. Remus, ty idziesz ze mną, sprawdzimy klasy na drugim i

trzecim piętrze - skinęła ręką i poszliśmy.
- Jak to się stało,

Minerwo? - zapytałem, gdy szliśmy korytarzem.
- Ten młody imbecyl

Longbottom zapisał sobie wszystkie hasła i oczywiście zgubił kartkę. A drugi

kretyn, sir Cadogan, nie patrzył, kogo wpuszcza - Minerwa aż kipiała ze

złości. - Dawno nie widziałam takiej fury idiotów w jednym miejscu. I to

Gryffindor - z impetem otworzyła drzwi klasy, pomyślałem, że gdyby Black tam

był, sama jej furia zmiotłaby go z powierzchni ziemi. - Boże, jak pomyślę,

co się mogło stać, gdyby Weasley nie narobił wrzasku...
- Black

zdecydowanie szuka Harry'ego - złapałem się na tym, że po tamtej nocy

przed zwierciadłem Ain Eingarp znowu zaczynam myśleć o nim per

"Syriusz" i byłem o to zły na siebie. - O co może mu chodzić?


- Jak to o co, chce go zabić - Minerwa gniewnie zatrzasnęła kolejne

drzwi. - Chociaż sama nie bardzo w to wierzę.
- Czemu?


- Rusz głową, Lupin. Miał na to całe dwanaście lat. Dlaczego uciekł akurat

teraz? Moim zdaniem on chce się spotkać z Harry'ym. Być może po to, żeby

go potem zabić, ale gdyby zależało mu tylko na jego śmierci, już by to

zrobił.
- Może czekał na właściwy moment - rząd klas skończył

się, szliśmy teraz jedną z mniej używanych klatek schodowych, która

prowadziła wprost na trzecie piętro.
- Akurat teraz? Jak myślisz,

gdzie chłopiec jest bezpieczniejszy, w Hogwarcie, czy u swojej mugolskiej

rodziny?
- Teraz już sam nie wiem - stuknąłem różdżką, żeby

otworzyć przejście do nieużywanej części korytarza.
- Gdzież ty

idziesz, przecież tu nic nie ma - zdziwiła się Minerwa.
- A to co?

- pokazałem jej zakurzony korytarz z zarosłym pajęczynami oknem i drzwi do

nieużywanych sal. Miałem tylko nadzieję, że zwierciadło Ain Eingarp zmieniło

już miejsce pobytu i nie podsunie mi pod nos swojego absurdalnego widoku. -

Black zna na wylot wszystkie kryjówki w zamku, na pewno będzie chciał to

wykorzystać.
- Pracuję w tej szkole od trzydziestu lat, a nie

wiem, czy kiedyś tu byłam - Minerwa patrzyła na mnie jakby się bała, że za

chwilę się teleportuję. - Tym lepiej, będę mogła przysiąc, że nie odstąpiłam

cię nawet na krok.
- Kto ci każe przysięgać? - prawdę mówiąc

liczyłem, że mi się uda od niej uwolnić, chciałem sprawdzić przejście do

Hogsmeade i to drugie, obok wieży Puchonów.
- Jest ktoś, kto

uważa, że Black nie dostałby się do zamku bez pomocy od wewnątrz - Minerwa

była bardzo niezadowolona, że się wygadała. - Ja oczywiście uważam, że to

wierutna bzdura...
- Ale Severus Snape jest innego zdania -

dokończyłem. - Myśli, że pomagam Blackowi, bo kiedyś był moim

przyjacielem?
- Nie przejmuj się nim, gada bzdury. A to co? -

zatrzymała się na moment, celując palcem w napis na ścianie. - No proszę -

pomyślałem, że gdybym był Irytkiem wyprowadziłbym się z zamku. - Dobrze, że

chociaż był łaskaw nie pomylić mi się w nazwisku.
Do pokoju

nauczycielskiego wróciliśmy dopiero nad ranem. Był tam już Dumbledore,

błyskający szkłami znad kubka herbaty, obok niego pani Sprout na próżno

starała się schować pod szlafrokiem wylewającą się dołem powódź bawełnianych

koronek, Flitwick siedział na stole, machając nogami w futrzanych

bamboszach, a Sybilla, skulona na fotelu w kącie, podłożyła sobie pod głowę

tom "Historii Hogwartu" i spała. Brakowało Vector, Sinistry i

Snape'a.
- I co? - Dumbledore na nasz widok podniósł się z

fotela, a Flitwick zeskoczył ze stołu.
- Nic - Minerwa machnęła

ręką, dopiero teraz zobaczyłem, jaka jest zmęczona. - Sprawdziliśmy

najmniejsze zakamarki, mysz by się nie ukryła. Remus świetnie zna wszystkie

przejścia i korytarze, byliśmy dosłownie wszędzie.
- To co się z

nim stało? - Sprout z pasją trzasnęła pięścią w poręcz fotela. -

Teleportować się nie mógł, transmutować chyba też?..
- Sprawdziłam

wszystkie zaklęcia - Minerwa potrząsnęła głową. - Mam nadzieję, że wy

także... Czy ktoś nie widział jakiegoś podejrzanego przedmiotu?
-

Albo zwierzęcia - dodałem jakby od niechcenia. - Jakiegoś nieznanego psa

albo kota...
- Albo wilka - usłyszałem od drzwi ironiczny głos

Severusa Snape'a. - Zachowaj dla siebie te naiwne spekulacje, Lupin.

Powiedz nam raczej, czy twoim zdaniem Black mógłby się tutaj dostać bez

świadomej i wyraźnej pomocy kogoś z zamku.
- Severusie,

przestań! - ton McGonagall był ostry jak cięcie noża. - Remus nie

odstąpił mnie nawet na krok, obeszliśmy razem cały Hogwart! Poza tym nie

widzę powodu, żebym miała mu wierzyć mniej niż tobie.
- Doprawdy?

- Snape uśmiechnął się ironicznie i chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tej

samej chwili ze zdumieniem usłyszałem swój własny głos.
- Panie

profesorze, czy mógłbym potem prosić o chwilę rozmowy?
- To

niepotrzebne, Remusie - Dumbledore wstał, podszedł i położył mi rękę na

ramieniu. - Wszyscy ci wierzymy - powiódł spojrzeniem po zebranych w pokoju

nauczycielach, a ja miałem ochotę zapaść się pod ziemię na głębokość

najwyższej wie
Minerwa
Jeśli do spółki z Ronem Weasleyem wykradli

ją z kartoteki Filcha - skłamałem mówiąc, że Filch skonfiskował ją dawno

temu, bo dostał ją od nas w prezencie - to jeszcze pół biedy. Ale jeżeli ją

znalazł? Albo jeżeli dał mu ją ktoś, kto rzeczywiście pomaga Blackowi (nie

ja)? Muszę to sprawdzić, ale na samą myśl, że miałbym zawołać Harry'ego

po lekcji i urządzić przesłuchanie, robi mi się

niedobrze.

16.III.1994

Kończyłem poprawiać zadania

pierwszaków, gdy ktoś zapukał do mojego biura. Powiedziałem

"proszę", ale nikt nie wszedł, więc sam otworzyłem drzwi. W progu

stał Harry.
- Panie profesorze, przyszedłem w sprawie mojego

szlabanu.
Zatkało mnie. Nasze wczorajsze spotkanie w gabinecie

Snape'a i późniejsza rozmowa nie należały do miłych, ale ostatecznie

Harry zasługiwał na to. Nigdy jednak nie zamierzałem go karać, byłem zresztą

pewny, że Snape jeszcze sobie o nim przypomni.
- Nie dałem ci

szlabanu, Harry.
- Wiem - Harry był blady i bardzo poważny. - Ale

niech mi pan każe coś zrobić, bo jest mi strasznie głupio. Nie powinienem

był wychodzić z zamku. Przepraszam.
- Siadaj - wskazałem mu

krzesło. Nie pytałem już, czy chce herbaty, po prostu zrobiłem w dwóch

kubkach. - Wiem, Harry, że czujesz się tutaj uwięziony. Ale kiedy Black

poharatał Grubą Damę, a miesiąc potem wszedł z nożem do waszego dormitorium,

sprawa zrobiła się poważna.
- Wiem - Harry machinalnie wziął

kubek, "wsypał" do niego pustą łyżeczkę, nie zauważając nawet, że

nie ma na niej cukru. - Czasem mi coś odbije. Przepraszam.
- To

nie mnie powinieneś przepraszać, tylko profesora Snape'a - uśmiechnąłem

się. - Mapa Huncwotów musiała go nieźle zdenerwować.
- Na pewno -

Harry parsknął śmiechem, chcąc nie chcąc musiałem mu zawtórować, gdy

przypomniałem sobie Severusa czytającego nasze pozdrowienia.
- No

właśnie, ta mapa - Harry spoważniał i spojrzał na mnie błagalnie.

Zrozumiałem tę prośbę i poczułem, jak ściska mi się serce.
- Nie,

Harry - powiedziałem. - Nie wypytuj, bo ci nie odpowiem. A przecież nie

chcesz, żebym kłamał albo zbywał cię byle czym.
- Odkąd jestem na

świecie - Harry odstawił kubek tak gwałtownie, że herbata chlapnęła na

biurko - wszyscy mówią mi, żebym nie zadawał pytań, bo nic mi nie powiedzą.

I to nie tylko Dursleyowie, bo Dumbledore... profesor Dumbledore też. I

teraz pan. A ja chcę się tylko dowiedzieć czegoś o moich rodzicach!


- Harry, przyrzekam ci - uspokajającym gestem położyłem rękę na jego

dłoni. - Jak się skończy ta historia z Blackiem, opowiem ci... Ale na razie

chciałbym, żebyś to ty odpowiedział mi na parę pytań. To ważne.


Spojrzał na mnie - wiedziałem, że w tej chwili stawiam wszystko na jedną

kartę. Teraz miałem się przekonać, czy mi naprawdę wierzy.
-

Dobrze - powiedział wreszcie.
- Obiecuję, że nic, co tu powiesz,

nie zostanie powtórzone. Ani u dyrektora, ani u profesora Snape'a, ani

nigdzie. Skąd masz tę mapę? Możesz mówić bez nazwisk.
- Ktoś mi ją

dał. Na gwiazdkę.
- Ktoś, kogo znasz? - czułem do siebie coraz

większą odrazę o to przesłuchanie, ale sprawa była poważna. - I o kim wiesz

na pewno, że nie chciałby zrobić ci krzywdy?
- Tak. Ale przysięgam

panu, to nie Ron.
- Gdyby nawet Ron, przecież ci obiecałem. Wiesz,

skąd mapa znalazła się u nich? Bo to, o ile się domyślam, Fred i George?


- Tak. Skąd pan wie? - Harry spojrzał na mnie jakbym raptem zmienił

się w Sybillę.
- Podobieństwo do autorów - mruknąłem raczej na

własny użytek. - Od jak dawna ją mieli?
- Zwędzili Filchowi z

kartoteki, kiedy byli na pierwszym roku.
- I dobrze - poczułem,

jak spada mi z serca ogromny kamień. - To znaczy, że oprócz nich i ...

autorów mapy miał ją tylko Filch.
- Czy pan myśli, że Black wie o

tej mapie? - Harry myślał logicznie, ale ja przez moment nie wiedziałem,

powiedzieć prawdę, czy skłamać. Wybrałem rozwiązanie pośrednie.
-

Tak właśnie myślę - powiedziałem. - Zauważ, jak dobrze orientuje się w

zamku, zna wszystkie wejścia.
- Ale gdyby wszedł przez Miodowe

Królestwo, byłoby wiadomo, prawda? - Harry bezwiednie zdradził mi trasę

swoich eskapad.
- Zapewne - przytaknąłem. Właściciele Miodowego

Królestwa nie mogliby nie zauważyć na zapleczu sklepu metrowej wysokości

psa, który w dodatku musiałby sobie otworzyć klapę w podłodze.
-

Niektórzy uważają... - zaczął Harry, ale urwał w pół zdania. Nie naciskałem,

ale w chwilę potem sam mówił dalej - Niektórzy uważają, że nie powinienem

czekać, aż Black mnie dopadnie, tylko samemu go poszukać.
Już

miałem wrzasnąć na cały Hogwart "ani się waż!!!",

opanowałem się jednak.
- Ktoś, kto tak twierdzi na pewno nie

zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa - powiedziałem, patrząc z powagą na

Harry'ego, który trochę się zaczerwienił. - Albo właśnie zależy mu na

tym, żeby cię na nie narazić. A już na pewno na poważne kłopoty. Mogę ci

obiecać, że z mojej strony też.
Ku mojemu zdziwieniu Harry

uśmiechnął się.
- A wie pan, kto mi to powiedział? - zapytał i

dodał nie czekając na odpowiedź - Draco Malfoy.
- Czyli masz

wszelkie powody, żeby zrobić dokładnie na odwrót - podsumowałem. - To co,

uważasz, że już odbyłeś swój szlaban, czy może chciałbyś mi pomóc?


- Jasne! - Harry zerwał się z krzesła. - Co mam robić?
- Chodź

ze mną do Zakazanego Lasu - zaproponowałem. - Potrzebuję jeszcze parę

zwodników na jutrzejszą lekcję. Gdy wychodziliśmy z hallu spotkał nas

Severus.
- Coś się zdaje Lupin, że twój ulubiony uczeń wcale się

nie przejął swoim przewinieniem - zauważył z wrednym uśmieszkiem. - Ale nie

martw się, Potter, zaraz to nadrobimy...
- To już może innym razem

- odparłem z niewinną miną. - Bo na razie Harry idzie do Zakazanego Lasu

odrabiać szlaban.
- Wiesz co, Lupin - Snape przysunął się do mnie

tak, żeby Harry nas nie słyszał. - Jest dzień, który ty i twoi kolesie

powinniście świętować bardziej niż własne urodziny. Zapamiętaj sobie,

pierwszy września tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku - to

była data naszego wstąpienia do Hogwartu.
- Bo tego dnia mieliśmy

zaszczyt zostać twoimi kolegami? - zapytałem uprzejmie.
- Nie.

Tego dnia w Hogwarcie oficjalnie zniesiono karę chłosty. Moim zdaniem

Dumbledore pospieszył się z tym o całe siedem lat.
- Może masz

rację - przyznałem wspaniałomyślnie. - Tym bardziej, że kandydatów do tej

kary byłoby więcej niż nasza czwórka - i pożegnawszy go skinieniem głowy

wyszedłem z Harry'ym na błonia.

27.V.1994

Szkoła Magii i

Czarodziejstwa w Hogwart

Egzamin z przedmiotu: samoobrona przed

czarną magią.
Rok szkolny: 1993/94
Klasy: 1-7
Nauczyciel: prof.

Remus J. Lupin.

Klasa 1: Sprawdzian teoretyczny: test na

rozpoznawanie najprostszych przejawów czarnej magii.
Sprawdzian

praktyczny: wyobrazić sobie, że jest się wampirem i opisać dzień po dniu

miesiąc ze swojego życia z uwzględnieniem faz księżyca.
Zdających:

36.
Zaliczyli wszyscy.
Punktacja: Gryffindor 200 pkt., Hufflepuff 180

pkt., Ravenclaw 140 pkt., Slytherin 200 pkt.

Klasa 2:
Sprawdzian

praktyczny: zaklęcia rozbrajające, obrona przed urokami (uff!

Trzydzieści siedem razy pozwolić się rozbroić, to dość nawet dla

zakamieniałego pacyfisty).
Zdających: 37.
Zaliczyli wszyscy
(co

widać na zdjęciach zrobionych przez Colina Creevey. Na jednym, kiedy różdżka

wylatuje mi w powietrze, mam przegłupią minę).
Punktacja: Gryffindor 210

pkt., Hufflepuff 180 pkt., Ravenclaw 200 pkt., Slytherin 230

pkt.

Klasa 3:
Sprawdzian praktyczny: tor przeszkód w terenie -

czerwone kapturki, zwodnik, druzgotek, bogin.
Zdających 33.
Zaliczyli

wszyscy
(łącznie z Hermioną, która narobiła wrzasku, ponieważ bogin

zmienił się w... Minerwę McGonagall. Nie mówiłem jej tego, ale sam bym się

wystraszył. Harry i Neville zdali świetnie).
Punktacja: Gryffindor 220

pkt., Hufflepuff 200 pkt, Ravenclaw 180 pkt., Slytherin 160 pkt. (a mówiłem,

Malfoy, żeby nie lekceważyć druzgotka? Parkinson, Crabbe i Goyle, to

samo!)

Klasa 4:
Sprawdzian teoretyczny: "Niewybaczalne

klątwy a problemy moralne i prawne" - esej.
Sprawdzian praktyczny:

obrona przed klątwą "Imperio".
Zdających: 30.
Zaliczyli

wszyscy.
Punktacja: Gryffindor 190 pkt., Hufflepuff 180 pkt., Ravenclaw

200 pkt., Slytherin 160 pkt. (no tak, problemy moralne to zdecydowanie nie

ich specjalność).

Klasa 5:
Sprawdzian praktyczny: sporządzenie

talizmanu Najważniejszego Słowa
(Fred i George na swych talizmanach

napisali "radość". Myślę, że to dobre Najważniejsze Słowo. Ma

wielką moc obronną).
Zdających: 32
Zaliczyli wszyscy.
Punktacja:

Gryffindor 230 pkt., Hufflepuff 250 pkt., Ravenclaw 240 pkt., Slytherin 240

pkt.

Klasa 6
Sprawdzian teoretyczny: "Czarna magia w epoce

Voldemorta (lata 1950-1980)" - esej.
Zdających: 29.
Zaliczyli

wszyscy.
Punktacja: Gryffindor 180 pkt., Hufflepuff 160 pkt, Ravenclaw

160 pkt., Slytherin 220 pkt.

Klasa 7:
Sprawdzian teoretyczny:

Okropnie Wyczerpujący Test Magiczny z zakresu obrony przed czarną

magią.
Sprawdzian praktyczny: trening aurora (to już raczej dla rozrywki,

nauczyłem ich niektórych sztuczek, które pokazał mi

Szalonooki).
Zdających: 31.
Zaliczyli wszyscy
(chociaż

Percy'emu Weasley'owi mogę przysiąc na brodę Dumbledore'a, że

aurorem nie zostanie).
Punktacja: Gryffindor: 220 pkt., Hufflepuff 190

pkt., Ravenclaw 220 pkt., Slytherin 170 pkt.

Punktacja

domów:
Gryffindor: 1450 pkt.
Hufflepuff: 1340 pkt.
Ravenclaw: 1340

pkt.
Slytherin: 1380 pkt.
No, to po egzaminach. Dumbledore

powiedział, że jestem najlepszym nauczycielem obrony przed czarną magią od

dwudziestu lat - przesadza, ale ostatnio rzeczywiście nie miał szczęścia.

Angaż na przyszły rok (Dumbledore wręczył mi go uroczyście przy wszystkich)

zawdzięczam zatem szalonemu słudze Voldemorta i laureatowi plebiscytów

tygodnika "Czarownica". Farciarz z ciebie, Lupin.
Dobry

był ten rok. Po raz pierwszy od prawie dwudziestu lat jestem zwyczajnie, po

ludzku szczęśliwy. Nie tylko dlatego, że lubię uczyć, ale że nareszcie ktoś

mnie potrzebuje, nareszcie komuś nie przeszkadza to, kim albo raczej czym

jestem. Chciałbym tu zostać. Mam dużo planów na przyszły rok, ale przede

wszystkim chciałbym być blisko Harry'ego. Przekonałem się, że zaklęcie

patronusa to nie jest wszystko, co mogę mu dać.

3.VI.1994



Odkąd mam z powrotem naszą mapę, zaprzestałem nocnych wędrówek po

Hogwarcie. Za to każdą wolną chwilę spędzam wpatrując się w wędrujące

kropki. Wiem, że Fred i George byli w pracowni Snape'a (nietrudno było

się domyślić, co tam robili, nawet jeśli nie słyszało się wrzasku Severusa,

który w szufladzie biurka znalazł dwie dorodne, eksplodujące właśnie

łajnobomby), wiem, że kot Hermiony wciąż kręci się po błoniach jakby czegoś

szukał, wiem, że Minerwa w kociej postaci spotkała na korytarzu Panią Norris

(potem nikt, nawet ona sama, nie wiedział, skąd się na jej twarzy wzięły dwa

małe zadrapania), i wiem też, że Jęcząca Marta, porwana strumieniem ze

spłuczki wytrysnęła na sam środek prywatnej łazienki Dumbledore'a, który

akurat tam był (no nie, tym razem powstrzymam się od domysłów). Znam każdy

krok Harry'ego, Rona, Hermiony, Draco Malfoya, a nawet, o zgrozo,

Severusa Snape'a. Gdyby wiedział, co mu zabrałem...
Mapa wciąż

otwarta leży na stole, zaglądam do niej o każdej porze dnia i nocy. Teraz

piszę w zeszycie rozłożonym wprost na niej, kropki tańczą mi przed oczyma.

Spoglądam na błonia, i chatkę Hagrida, biedak przegrał apelację i

ministerstwo magii przysłało Macnaira, żeby zabił hipogryfa. Jak o tym

myślę, chce mi się kląć. Pilnuję dzieciaków - Harry, Ron i Hermiona już

kwadrans temu poszli do niego, gotowi wpakować się w kłopoty... Pewnie mają

na sobie pelerynę-niewidkę, ale i tak lepiej, żeby nikt nie wiedział, gdzie

są. No, Hagrid pewnie wyprawił ich z powrotem, bo wychodzą...



O Boże! Syriusz Black! Wpada, chyba złapał Rona, nie Harry'ego,

tylko Rona, czemu jego?! Ciągnie do wierzby bijącej, do przejścia!

Ron, trzymaj się, idę tam! Zaraz, koło nich jest jeszcze trzecia kropka,

nie widzę, co tam jest napisane, Ron, odsłoń, błagam cię... Peter

Pettigrew?!... On żyje!!! Glizdogon żyje, jakim cudem?!

Zatem możliwe, że Syriusz nie wydał też Potterów, że nie on zabił tych

mugoli... Zwierciadło miało rację. Syriusz!!! Dwanaście lat w

Azkabanie... Syriusz! Idę do ciebie -

4.VI.1994



Świtało, kiedy Hagrid znalazł mnie leżącego w trawie. Byłem półprzytomny,

otumaniony bólem i przemoczony do nitki, musiałem gdzieś po drodze zaliczyć

sadzawkę. Poczułem, jak bierze mnie na ręce, był kompletnie pijany, ale w

obecnym stanie nie robiło mi to najmniejszej różnicy. Zaniósł mnie do swojej

chaty i przebrał w coś, co było chyba bluzą od piżamy, a w czym zmieściłbym

się cały w jeden rękaw. Wszystko jedno, było suche i ciepłe, tak, jak cały

jego dom i pikowana kołdra, którą mnie okrył. Zasypiając poczułem, jak

kładzie się koło mnie, odwróciłem głowę, bo można było się wstawić samym

jego oddechem.
Kiedy się obudziłem, było prawie południe. Moje

ubranie suszyło się nad kominem, a Hagrid, trzeźwy jak niemowlę, podawał mi

kubek herbaty.
- Dzięki - powiedziałem zażenowany. - Narobiłem ci

kłopotu.
- Ee tam- Hagrid aż promieniał. - Po tym, co się tu

wyrabiało w nocy, to było małe piwo. Dziobek im prysnął, rozumiesz? Dyla dał

i zwiał, i zwiał - zaśpiewał w ekstazie. - A to cwaniak...
-

Świetnie!
- Cholibka, ja myślę, że świetnie. W dodatku znowu

nawiał im Black, mają co innego na łbie, niż szukać mojego Dziobka... Nie

mówię, że to dobrze, ale... - przerwał, patrząc na mnie dziwnie. Musiałem

wyglądać na podejrzanie szczęśliwego, bo rzeczywiście aż zakręciło mi się w

głowie.
- Syriusz uciekł? - wyjąkałem.
- A co, masz

pietra? No, nie bój się, nie taki on głupi, żeby się znowu ładować do

Hogwartu. Słuchaj no, Lunatyk, ale ja ci się coś chciałem zapytać. Tylko

jakby co, to się nie gniewaj, okej?
- Naturalnie - zgodziłem się

natychmiast, chociaż bałem się tego pytania. Gdyby teraz przyszło mi

tłumaczyć Hagridowi całą historię... której zresztą tak naprawdę wcale do

końca nie rozumiałem.
- Bo tak se pomyślałem... nie gniewaj się...

Czy przypadkiem tej nocy Dziobek nie nadział się na ciebie. Wiesz, mogłeś

być po prostu głodny... to nie twoja wina.
- Hagrid, kochany -

odetchnąłem z ulgą. - Nie, słowo daję. Zobacz, nie mam nigdzie krwi -

pokazałem mu ręce, podrapane i brudne, ale bez śladów zębów, wywar tojadowy

zrobił swoje. - Chyba w ogóle nie polowałem tej nocy.
- To dobrze

- ucieszył się tak, że i mnie zrobiło się przyjemnie. - Tak se myślałem, że

po spotkaniu z hipogryfem byłbyś chyba ciut poharatany... ale chciałem

wiedzieć na pewno - wyciągnął spod stołu gigantyczną miednicę i postawił na

krześle, nalał do niej wody ze stulitrowego kotła, który zdjął z pieca tak,

jakby to był garnuszek. - Masz, umyj się. Zdałaby ci się maszynka do

golenia, ale osobiście nie używam - zarechotał, dotykając swojej brody. -

Idę na chwilę do zamku, dowiem się, co w trawie piszczy. Na stole masz

śniadanie. Ja zaraz przyjdę.
Zanim Hagrid wrócił, zdążyłem się

umyć i ubrać, moje szaty na szczęście wyschły. Nalałem sobie drugi kubek

herbaty. Nie chciało mi się jeść. Radość z powodu ucieczki Syriusza,

połączona ze wstydem, kiedy przypomniałem sobie wczorajsze wydarzenia,

skutecznie pozbawiła mnie apetytu. Kiedy drzwi chatki otwarły się, poczułem,

że zamiast żołądka mam ciasny kłębek sznurka - Hagrid przepuścił przed

sobą... Dumbledore'a.
- Dzień dobry, Remusie.
Po raz

pierwszy w życiu sam zapragnąłem przemienić się z powrotem w wilka i uciec w

las. Dumbledore patrzył na mnie i uśmiechał się, a ja czułem, jak rozsypuję

się w kupkę popiołu.
- Niech mnie pan zabije, dyrektorze -

powiedziałem wreszcie. - To wszystko moja wina.
Opadłem na

krzesło. Dawniej nigdy nie pozwoliłbym sobie usiąść, gdy Dumbledore stał,

teraz nie zważałem na to. Było mi tak głupio, i źle, i wstyd, że gdyby Stary

naprawdę mnie zabił, jeszcze byłbym mu wdzięczny. Dumbledore podszedł do

mnie i wyciągnął rękę. Nie bez wstrząsu poczułem jego dłoń na swoich

włosach.
- Biedny Remus - powiedział. - Lojalny do obłędu - jego

ręka przesunęła się po mojej głowie, zmuszając, bym spojrzał w górę.

Dumbledore stał nade mną i patrzył. Zwykły wyraz dobrotliwej kpiny znikł z

jego twarzy bez śladu. Był bardzo smutny i bardzo uważny zarazem.


- Przestań - zaczął, wciąż z ręką na mojej głowie. - Wiem, jak się teraz

czujesz. A to jeszcze nie koniec. Dlatego przestań się obwiniać, to nie

przez ciebie Syriusz siedział w Azkabanie, nie z twojego powodu uciekł

Peter... wszyscy po trosze jesteśmy winni, ty, ja, Syriusz.
-

Gdybym się wczoraj nie przemienił - powiedziałem bezradnie.
-

Przestań - upomniał mnie Dumbledore. - Nie wybrałeś sobie tego losu. Tobie

zawsze jest ciężej niż innym, za wszystko płacisz podwójnie. Teraz też. Ale

pamiętaj, że są ludzie, dla których taki jaki jesteś, jesteś wart tyle, co

ich własne życie.
- Wiem - ciasna kula mojego żołądka zwinęła się

jeszcze mocniej. Dumbledore jak zwykle rozumiał wszystko i poczułem, że jest

jedynym człowiekiem na świecie, od którego jestem w stanie przyjąć każdą

rzecz. Nawet współczucie.
- Remus - Dumbledore przysunął sobie

krzesło, usiadł przy stole zmuszając mnie do odwrócenia się w jego stronę. -

Nie wiem, co ci to pomoże, ale chciałbym, żebyś wiedział, że do nich należę.

No, już - przerwał sam sobie, widząc, że naprawdę niedużo mi trzeba, żebym

się rozpłakał, nie zważając na obecność Hagrida, który od początku tej

rozmowy udawał ślepego, głuchego i bez reszty zajętego sznurowaniem swoich

butów. - Dosyć, robimy się sentymentalni od rana i na trzeźwo, okropność.

Jadłeś śniadanie?
- Nie, nie jestem głodny.
- Zaraz się

przekonasz - podsunął mi monstrualnej wielkości kanapki, które przygotował

dla mnie Hagrid. - Hagridzie, czy możesz nam nalać herbaty?
- Się

robi - Hagrid natychmiast odzyskał słuch. - Mówiłem temu lunatykowi, że ma

śniadanie na stole, ale chyba się jeszcze nie ocknął.
- Ja też

chętnie coś dołożę - Dumbledore wziął z talerza kanapkę zrobioną chyba z

całego bochenka chleba. - Strasznie wielka, podzielmy się - przekroił

kanapkę na pół, połowę wetknął mi do ręki nim zdążyłem zaprotestować. Hagrid

z wniebowziętą miną postawił przed nim kubek herbaty, drugi taki sam, a już

trzeci tego dnia, dał mnie. Ugryzłem chleb, wolałem nie dociekać, co jest w

środku, smakował nawet jadalnie. Dumbledore jadł wciąż przyglądając mi się.


- W zamku powoli się uspokaja - powiedział, jakby rozumiał, że na

to czekam. - Harry i Hermiona jeszcze dziś wyjdą ze szpitala, Ron być może

też.
- Harry i Hermiona? - zdrętwiałem z przerażenia. - O Boże,

co im się stało?
- Nic, to wina dementorów, szukając Syriusza,

mało ich z rozpędu nie pozabijali. Na szczęście nie doszło do najgorszego.

Wiesz, że Harry zna Zaklęcie Patronusa? To ich uratowało - Dumbledore

uśmiechnął się porozumiewawczo. - To znaczy, uratował ich ten, kto nauczył

Harry'ego. Jestem dumny z was obu.
- Z Harry'ego -

słusznie. A ja i tak składam rezygnację - powiedziałem.
-

Remusie! - Dumbledore spojrzał na mnie z wyrzutem.
-

Dyrektorze, tak musi być. Podjąłem decyzję. Wczorajszej nocy mogłem

zaatakować każdego, kto wyszedłby na błonia. Kiedy pan powiedział, że Harry

i Hermiona są w szpitalu, myślałem, że...
- Skądże - uciął

Dumbledore. - Co prawda Severus swoim zwyczajem trochę namącił, bo dziś rano

niby przypadkiem wygadał się przed Ślizgonami, że profesor Lupin jest

wilkołakiem, ale...
- Powiedział im to?! - poczułem, jak

skórka chleba staje mi w przełyku. - Boże...
- Remusie, uspokój

się. Jedno "obliviate" i nikt niczego nie pamięta. Zrobię

wszystko, żeby cię tu zatrzymać. A z Severusem... już rozmawiałem.


- Dyrektorze, to na nic. Ktoś taki jak ja nie powinien uczyć, to pewne.

Dziękuję, że mi pan zaufał, ale w gruncie rzeczy Snape miał rację. Nie

zasługuję na to. A poza tym...
- Poza tym gadasz bzdury -

Dumbledore sprawnie przekroił następną kanapkę i znów wetknął mi połowę. -

Źle ci tu?
- Skądże!
- No, to co jest? - patrzył na

mnie tak, jakby czekał, że cofnę rezygnację. - Chyba, że masz jeszcze inny

powód.
- Tak - powiedziałem, patrząc mu prosto w oczy. - Jestem to

winien Syriuszowi. Nie pomogę mu siedząc w Hogwarcie.
- Wiesz,

jakie to niebezpieczne?
- A co mam do stracenia? - odpowiedziałem

pytaniem na pytanie. - On by mi pomógł.
- Uważaj na siebie.


- Całe życie to robię. Jak pan widzi, bez skutku.
- Zrobię,

co będę mógł, żeby ci pomóc - obiecał Dumbledore. - A teraz chyba musimy

wracać do zamku. Trzeba, żeby nas zobaczyli razem... no, może niekoniecznie

w takim stanie. - machnął różdżką, i moje wymiętoszone szaty zaczęły

wyglądać, jak prosto spod żelazka. - Czy jesteś pewien, że nic ci się nie

stało? - zapytał nagle.
- Nic - rzuciłem zdziwione spojrzenie w

stronę Hagrida, który zblizył się i słuchał. - Jak pan widzi, czuję się

świetnie.
- Już byś nie łgał - Dumbledore dotknął kołnierza mojej

szaty i pokazał mi ślad krwi. - Odwróć się i schyl głowę - rozkazał. - Masz

na karku ślady zębów, jakby psa albo wilka. Sam byś się tak nie ugryzł -

poczułem na karku stuknięcie różdżki i wiedziałem, że moja rana właśnie

przestała krwawić.
- To Syriusz - powiedziałem. - Przemienił się i

złapał mnie za kark, żebym nie zrobił krzywdy dzieciakom. Obawiam się, że on

ode mnie też trochę oberwał...
- To znaczy, że on też... - Hagrid

popatrzył na mnie ze zgrozą.
- Nie, Hagridzie - Dumbledore

zrozumiał go. - Syriusz jest animagiem. W zwierzęcej postaci nie zaszkodzi

mu to bardziej, niż zwykła rana.
- A-ni-ma-giem? - Hagrid patrzył

na nas, jakbyśmy kazali mu uwierzyć w zbyt dużo niemożliwych rzeczy naraz. -

Cholibka, szefie, ja już do tych huncwotów nie mam siły. Najpierw Minia

straszy porządnych ludzi kotem w okularach, potem mały Pettigrew zmienia się

w Parszywka, którego zjada kot Hermiony, teraz mówi pan, że Syriusz... to w

takim razie niedługo się dowiem, że James też był animagiem!
-

Owszem, zmieniał się w jelenia - poinformowałem go uprzejmie. - Czy nigdy

się nie zastanawiałeś, co znaczą nasze przezwiska? Glizdogon, Łapa,

Rogacz...
- ...i Lunatyk - dokończył zgryźliwie Hagrid. - Nad tym

ostatnim akurat nie musiałem za długo medytować.
- My też coś ci

zawdzięczamy - przyznałem. - A kto pierwszy nazwał nas huncwotami?


- I miał rację - uciął Dumbledore, zgarniając mnie. - Idziemy. Dzięki za

śniadanie, Hagridzie.

4.VI.1994, c.d.

Siedem powodów,

żeby nazwać Remusa J. Lupina idiotą stulecia:



1. Mapa

Huncwotów! Czemuś ją, kretynie, zostawił na stole? I to otwartą!


2. Wywar tojadowy. Czemuś go, głupku, nie wypił wcześniej?
3.

Peleryna-niewidka Harry'ego. Trzeba było ZABRAĆ!
4.

Pettigrew! Przykuwanie go do chłopca ze złamaną nogą i wilkołaka było

szczytem głupoty.
5. Snape! Rozumiem, że nie miałeś odwagi go

ocucić, ale w ten sposób straciłeś świadka. I to sto razy bardziej

wiarygodnego, niż ty sam.
6. Dumbledore! Nie pytam, czemuś mu nie

powiedział o Syriuszu, bo nie chcę używać brzydkich słów.
7. Harry!

Gdybyś mu powiedział wcześniej, nie sterczelibyśmy we Wrzeszczącej Chacie aż

do wschodu księżyca.
Krótko mówiąc, Remusie J., wszystko to twoja

wina. I jak następnym razem zobaczysz Syriusza, nie zapomnij paść na kolana.

Wpakowałeś go, że lepiej nie trzeba. Jeżeli ma takich przyjaciół, wrogowie

są mu już niepotrzebni.

Epilog

Cześć, Mała!



Mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra jest taka, żem w Norwegii spotkał

Remusa. Kazałaś mi załatwić pozwolenie na publikację jego pamiętników z

Hogwartu, no tom załatwił. Remus najpierw się wnerwił i obiecał, że Cię

zamieni w kociołek Snape'a, ale potem przejrzał swoje notatniki, ma tego

od groma, i powiedział, że żadnego nie brakuje, i że ten Twój to jakaś

fałszywka spreparowana przez te zołze kocice. I to jest ta zła wiadomość.

Ale ogólnie to machnął ręką i powiedział, że możesz drukować. Więc jak

chcesz, ale ja bym Pani Norris nie wierzył. Co prawda jakem się przypatrzył

tym Remusa zeszytom, to mi wyszło, że akurat tego z Hogwartu nigdzie nie ma,

ale jak go kiedy spotkasz, to mu nie mów. Tym kociołkiem się nie przejmuj.

Remus jest dusza chłop i krzywdy by Ci nie zrobił, no a jakby co, to jeszcze

ja jestem. Tak że się nie bój. Mam dla Ciebie zwierzątko, nie wiem, czy Ci

się spodoba, bo strasznie maluśkie, ledwie cztery metry, ale urośnie. Z

pyszczka to całkiem podobny do mojego biednego Norbercika, zresztą też jest

norweski kolczasty. Wracam niedługo, bo na wrzesień muszę być w Hogwarcie.

Remus Cię pozdrawia.

Całuję
Twój Rubeus
skicia
Na początku mnie wciągnęło, później było

coraz gorzej. Ogólnie powiem: mogłoby być lepiej.
Merkury
Uff... Troche mi zajęło przeczytanie, ale

nie żałuję...
src='http://www.harrypotter.org.pl/forum/html/emoticons/smile.gif'

border='0' style='vertical-align:middle' alt='smile.gif'

/>
Powiem tak jak moja poprzedniczka: mogło być

lepiej.
Pozdrawiam.
Eowina
Widze ze nie tylko ja nie moglam tego

przeczytac. Początek byl dobry,ale pozniej bylo troche gorzej. Ogólnie jest

dobry.
src='http://www.harrypotter.org.pl/forum/html/emoticons/wink.gif'

border='0' style='vertical-align:middle' alt='wink.gif'

/>
kkate
Uff... Minerwa, powinnaś to podzielić na

więcej części... bo jak się zacznie, to sie czyta i czyta... Ale ogólnie

fajnie. Super. Sama myślałam, jak wygladał trzeci rok z punktu widzenia

Remusa Lupina. To naprawdę bardzo dobre wyobrażenie.

Mi się podoba.


src='http://www.harrypotter.org.pl/forum/html/emoticons/biggrin.gif'

border='0' style='vertical-align:middle' alt='biggrin.gif'

/>

Jest jedno "ale"... Za mało napisałaś o

tym, co Remus poczuł w momencie gdy dowiedział się, jak to naprawdę było z

Syriuszem i Peterem... Mam wrażenie, że chciałaś jak najszybciej dobrnąć do

końca.

A poza tym - świetne!
src='http://www.harrypotter.org.pl/forum/html/emoticons/tongue.gif'

border='0' style='vertical-align:middle' alt='tongue.gif'

/>
kkate
Hej Minerwa, nie mogę ci wysłać PM-a, bo się coś z tym popsuło, ale mam pytanie: ponieważ twój fick już jest skończony, dałabys mi pozwolenie na zamieszczenie go na głównej?
Minerwa
QUOTE(kkate @ 25.08.2004

17:57)
Hej Minerwa, nie mogę

ci wysłać PM-a, bo się coś z tym popsuło, ale mam pytanie: ponieważ twój

fick już jest skończony, dałabys mi pozwolenie na zamieszczenie go na

głównej?
*


/>


Jasne. Tylko podpisz moim

nickiem
border='0' style='vertical-align:middle' alt='smile.gif'

/>
Aha - na pisanie, co Remus czuł, dowiedziawszy się, jak

to było z Syriuszem i Peterem, zwyczajnie nie było czasu. Przecież on chciał

jak najszybciej cisnąć tę pisaninę i lecieć zobaczyć co jest grane. Musiałam

zachować przynajmniej odrobinę życiowego prawdopodobieństwa - i tak mi

czytelnicy suszą głowę, że ten moment doprowadzony jest zbyt daleko, że on

by już urwał trzy zdania wcześniej.
Tenebris69
Bardzo ładne. Co prawda wolałabym gdyby to

były wspomnienia Remusa z jakiegoś innego okresu niż mój ukochany 3 tom,

który znam chyba na pamięć ale i tak było ciekawie. Lubię takie

przedstawienie Lunatyka.

Podsumowując: Szkoda, że to koniec.
Piotrek
Kiedyś już to czytałem, a nie skomentowałem. Dzisiaj wszedłem na ff i sobie przypomniałem. Śmieszne teksty ("myszy żywione papierem", "Na jednym, kiedy różdżka wylatuje mi w powietrze, mam przegłupią minę"). Ogólnie bradzo dobre.
corka_ciemnosci
Ja osobiście już czytałam Twoje opowiadanie, i pozostanę przy swoim zdaniu, że bardzo mi się podoba. Wspomnienia... hmm... coś ciekawego, jak lubie taką literaturę <a jakiej ja nie lubie tongue.gif >.
Dlatego miło, że to opowiadanie pojawiło się także tutaj.
Pozdrawiam
CyCuś
anagda
Dłuuuuuuuuuuuggooo sie czytało to fakt... ale ogólnie rzecz biorąc to bardzo ładniutkie... tylko właśnie szkoda, ze w gruncie rzeczy to III tom tyle ze z innej perspektywy.... cuż. ale ładne smile.gif
To jest "lekka wersja" zawartosci forum. By zobaczyc pelna wersje, z dodatkowymi informacjami i obrazami kliknij tutaj.

  kulturystyka  trening na masę
Invision Power Board © 2001-2025 Invision Power Services, Inc.