Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )

9 Strony < 1 2 3 4 > »  
Reply to this topicStart new topicStart Poll

Drzewo · [ Standardowy ] · Linearny+

> Behind The Scar

Ailith
post 08.09.2006 20:47
Post #26 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 77
Dołączył: 01.08.2006

Płeć: Kobieta



Parę razy zabierałam się do skomentowania tego tekstu, ale jakoś nigdy nie było po drodze, więc postaram się teraz to nadrobić. Tekst bardzo ciekawy, oryginalny, wciągający. Miałeś bardzo dobry pomysł, żeby uczynić z Pottera bezwzględnego sojusznika Voldemorta, wg mnie bardziej mu to pasuje niż ta jego uległość, którą opisuje Rowling. W każdym razie... podoba mi się. Potyczka z Glizdogonem, Slughorn i oczywiście Kalisto. Robi się coraz bardziej ciekawie... i cóż... czekam na dalsze części. Pozdrawiam.


--------------------
"Experience is the name everyone gives to their mistakes."

"A friend is someone who will bail you out of jail, but your best friend is the one sitting next to you saying "that was f***ing awesome" (- J-Dub)

"Stand up for what you believe in, even if it means standing alone."
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
PrZeMeK Z.
post 09.09.2006 01:04
Post #27 

the observer


Grupa: czysta krew..
Postów: 6283
Dołączył: 29.12.2005

Płeć: wklęsły bóg



No, no, Hito... Opowiadanie się rozkręca. Mam nadzieję, że zdołasz zapanować nad wątkami i nie zawiesisz pracy nad tym tekstem. Szkoda by było tracić tak interesujący fanfik.
Zachowanie Pottera coraz bardziej mnie intryguje. Tym bardziej, że w szkole wydaje się być zupełnie inny... Cóż, wszystko się kiedyś wyjaśni.
Muszę skrytykować tylko jedną rzecz: nie najlepiej wyszedł ci fragment w Hogwarcie; mam tu na myśli głównie lekcję z Wanderem. Jest jakaś taka... dziwna. Ten ruch różdżką jest chyba lekko niewykonalny w warunkach bojowych.
Hm... Ron słuchający metalu? Niecodzienne. Od razu przypomniało mi się "Być szlachetnym" autorstwa Kitiary i palący papierosy Harry w glanach. wink2.gif (Żeby nie było - uwielbiam tamten fick).
Pisz dalej! Na zachętę mała czekolada.gif


--------------------
Hey little train, wait for me
I once was blind but now I see
Have you left a seat for me?
Is that such a stretch of the imagination?
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Hito
post 09.09.2006 10:31
Post #28 

Magik


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 751
Dołączył: 11.10.2005
Skąd: Częstochowa/Wrocław

Płeć: Mężczyzna



QUOTE
Muszę skrytykować tylko jedną rzecz: nie najlepiej wyszedł ci fragment w Hogwarcie; mam tu na myśli głównie lekcję z Wanderem. Jest jakaś taka... dziwna. Ten ruch różdżką jest chyba lekko niewykonalny w warunkach bojowych.

Dziwna, to znaczy? Jakieś konkretne zarzuty oprócz sposobu rzucania Scutum? Widzisz, mnie wydawało się, że lekcja z Wanderem całkiem dobrze mi wyszła smile.gif
Aha - pan profesor będzie później uczył Scutum niewerbalnego, które wymaga innego, mniej skomplikowanego ruchu różdżką. Pomyślałem o warunkach bojowych.


--------------------
Mój nowy fic

One in Fire Two in Blood
Three in Storm Four in Flood
Five in Anger Six in Hate
Seven Fear Evil Eight
Nine in Sorrow Ten in Pain
Eleven Death Twelve Life Again
Thirteen Steps to the Dark Man’s Door
Won’t be turning back no more
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Tara***
post 09.09.2006 11:05
Post #29 

Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 11
Dołączył: 02.04.2006
Skąd: Kraków

Płeć: Kobieta



Nawet całkiem ten rozdział. Spotkałam się już z kilkoma fickami typu Zły Harry, ale jak na razie, tylko twó mi się podoba. Też uważam, że takie zachowanie bardziej mu pauje niż to ślamazarne i uległe, jaki obdarzyła go Rowling. Reszta kanoniczna, ciekawa jestem, co do kolejnego rozdziału. Zaintrygowała mnie postać Kalisto, chyba nie będzie mieć takich poglądów jak matka. Ona ma 18 lat, tylko nie wiem ile ma Harry. Z początku myślałam, że w pokoju jest Bellatriks. Ale coż, niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział.
nutella.gif mniam
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
PrZeMeK Z.
post 09.09.2006 15:35
Post #30 

the observer


Grupa: czysta krew..
Postów: 6283
Dołączył: 29.12.2005

Płeć: wklęsły bóg



QUOTE
Dziwna, to znaczy? Jakieś konkretne zarzuty oprócz sposobu rzucania Scutum? Widzisz, mnie wydawało się, że lekcja z Wanderem całkiem dobrze mi wyszła 
Aha - pan profesor będzie później uczył Scutum niewerbalnego, które wymaga innego, mniej skomplikowanego ruchu różdżką. Pomyślałem o warunkach bojowych.

Nie miałem nic złego na myśli. Lekcja jest zrobiona dobrze, tylko... Po prostu jeszcze żaden fanfik, który czytałem, nie potrafił w wiarygodny i naturalny sposób ukazać takiej lekcji, choć twojemu niewiele już w moich oczach brakuje. Czego to ludzie nie wymyślali... Bywały pojedynki na chmury dymu i złote iskry, bywały wspomagane magią skoki przez całą Wielką Salę, o zaklęcich powalających przeciwnika na ziemię bez żadnych innych skutków (i nie było to Impedimento) nie wspominając. To tylko takie moje osobiste skrzywienie. Powtarzam: lekcja jest opisana dobrze.
I cieszę się, że pamiętałeś o warunkach bojowych. Zresztą sam spróbuj wykonać opisany przez ciebie ruch w rozsądnym czasie tongue.gif .


--------------------
Hey little train, wait for me
I once was blind but now I see
Have you left a seat for me?
Is that such a stretch of the imagination?
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Hito
post 11.09.2006 19:23
Post #31 

Magik


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 751
Dołączył: 11.10.2005
Skąd: Częstochowa/Wrocław

Płeć: Mężczyzna



ROZDZIAŁ 6

- I co?
- I nic.
Ginny spojrzała kątem oka na idącą obok niej dziewczynę.
- Nie takiej odpowiedzi oczekiwałam.
- Nie moja wina, że twój brat...
- Cicho!
Lavender spojrzała w głąb korytarza, by zrozumieć, dlaczego Ginny ją uciszyła. Zobaczyła zbliżającą się ku nim Lunę Lovegood.
Swoją drogą, to zdumiewające, uznała Lavender. Luna niespiesznie szła przed siebie, cały czas patrząc w sufit. Biorąc pod uwagę masę ludzi przeciskających się przez korytarz po skończonej lekcji, już dawno ktoś powinien potrącić Lunę lub na nią wpaść.
Nic z tych rzeczy. Tłum zdawał się rozstępować przed dziewczyną i zagęszczać się z powrotem zaraz za nią. Przestrzeń osobista Luny przypominała oko cyklonu.
Gdy tylko Krukonka o długich ciemnoblond włosach zbliżyła się do pary dziewczyn, Ginny ułożyła wargi w uprzejmy uśmiech.
- Hej, Luno, jak się...
- Uważaj.
- Co?
Chlust. Krzyk.
- Próbowałam cię ostrzec – powiedziała spokojnie Luna, nie próbując nawet przekrzyczeć rozgardiaszu panującego na korytarzu, spotęgowanego przez Brown, która nie przebierając w słowach kazała Irytkowi oddalić się jak najdalej. Poltergeist zrewanżował się obscenicznym gestem i odfrunął, rechocząc, razem z pustym już wiadrem.
- Dzięki, doceniam to – odparła kwaśno Ginny, trzymając ręce wyciągnięte na boki i kapiąc obficie na podłogę. Nawet nie próbowała pozbyć się nadmiaru wody, była przemoczona do suchej nitki. Irytek musiał wylać na nią chyba z dziesięć litrów wody, w dodatku zimnej jak lód. – Pójdę się przebrać.
Nie czekając na odpowiedź dziewczyn, ruszyła w kierunku pokoju wspólnego Gryffindoru, który, oczywiście, był kawał drogi stąd. Ginny zaczęła przeklinać pod nosem.
Luna poświęciła odchodzącej przyjaciółce tylko chwilę uwagi, po czym wróciła do obserwacji górnej części korytarza. Odezwała się, być może do Lavender:
- Sklepienia w Hogwarcie są naprawdę ciekawe, dużo można się od nich dowiedzieć. Na trzecim piętrze przez cały korytarz ciągnie się wąskie pęknięcie, co...
- Pójdę pomóc Ginny się przebrać. Cześć, Luno!
Krukonka nie odwróciła głowy, by rzucić okiem na odbiegającą Brown. Ruszyła dalej przed siebie, wracając do swoich badań.

- Kiedyś własnymi rękami zatłukę tego parszywego Irytka!
- Ciężko będzie go złapać.
Lavender krytycznie spojrzała na Ginny, którą miała teraz okazję dokładniej ocenić. Nie spodobało się jej to, co zobaczyła. W końcu Ginny była od niej o rok młodsza, a...
- Co tam masz?
- Co? Ach, to do ciebie.
Lavender rzuciła paczkę w kierunku siedzącej na łóżku dziewczyny.
- Na dziedzińcu zaczepiła mnie sowa – wyjaśniła Brown, siadając na jednym z krzeseł znajdujących się w pokoju.
- To list... – Ginny wytrzeszczyła oczy. - O matko. Trzymajcie mnie.
- Co?
- To od Percy’ego. Niech no tylko Ron się dowie...
- Percy’ego? Prawego pośladka Ministra?
- Taaa. – Ginny rozdarła kopertę i rozłożyła pergamin. - ,,Najdroższa i ukochana moja siostro”? Chyba zwymiotuję.
- Przynajmniej go przeczytaj, zanim go podrzesz – poradziła Lavender, starając się zwalczyć ochotę podejścia do Ginny i zajrzenia jej przez ramię na list.
Rudowłosa dziewczyna poradziła sobie z lekturą dość szybko. Brown z ciekawością patrzyła na zmieniającą się mimikę siostry Percy’ego.
- Merlinie. A ja myślałam, że niżej już...
- Czego chciał? – szybko wtrąciła Lavender. Ciekawość zwyciężyła.
- Niech no tylko Ron się dowie... Wiesz, czego chciał? – Ginny pomachała listem. – Porady, jak przeprosić Penelopę Clearwater.
- Clearwater...? Ta, co była Prefektem Naczelnym cztery lata temu?
- Była dziewczyną Percy’ego – poprawiła Ginny. – Potem jemu odbiło na punkcie Ministerstwa. A teraz... No nie, to obrzydliwe.
- No, nie wiem. – Lavender zawahała się. Wolałaby, żeby Ginny skończyła się przebierać. – Jeśli chce z powrotem zejść się z tą Clearwater, to może mu się poprawiło?
- Nie wierzę. – Ginny ścisnęła list w kulkę i rzuciła go na swoje książki. – I nie będę miała z tym nic wspólnego. Osioł. Niech przyjdzie do domu przeprosić mamę, a nie mnie, wtedy może pogadamy... Co?
- Nie, nic – szybko odparła Lavender, wstając z krzesła. – Wracając do tematu Rona... Ciężko pociągnąć go za język w tych sprawach. Nie możesz ty go zapytać?
- Jak ty sobie to wyobrażasz?
- Jak to: jak? Przecież pewnie rozmawialiście wcześniej o Harrym...
Aj. Błąd.
- On ciągle ci się podoba, prawda?
- Nie o to chodzi – ucięła Ginny. Nie miała ochoty rozmawiać o Harrym i ,,najlepszej przyjaciółce” Hermionie.
Dziewczyna położyła się na łóżku, pogrążając się w niewesołych myślach, które same napłynęły. To już było za dużo dla Lavender.
- To na razie, Ginny. Wierz mi, jeśli zapytasz Rona wprost, szybciej do czegoś dojdziemy.

Bill i Fleur pocałowali się.
Raz. Dwa. No, trzy razy.
Trochę to trwało.
- Twój język jest coraz lepszy, kochana.
- Nic dziwnego, przy takim nauczycielu. – Fleur ponownie się pochyliła.
Cztery razy. Chyba nowy rekord. Bardzo pozytywnie.
Bill był zadowolony – miał powody, jego związek z ukochaną Fleur od okresu wakacji był na zdecydowanie satysfakcjonującym stadium – choć szczęście trochę psuła mu świadomość, że Fleur nie będzie mogła długo zostać w Hogsmeade. Przyjechała dopiero kilka dni temu, gdy udało jej się znaleźć odrobinę wolnego czasu od pracy. Już zdążyła wyrazić swoje niezadowolenie z powodu Zakonu Feniksa, który ostatnio trzymał Billa daleko od niej.
Tonks natomiast była bardzo, bardzo niezadowolona.
Nie cierpiała tej Delacour. Wcześniej miała do niej stosunek neutralny, ale po sierpniowych wakacjach, w których uczestniczyli także członkowie Zakonu, zmienił się on drastycznie. Tonks nie wiedziała, co bardziej ją irytuje – sama Fleur czy fakt, jak mężczyźni zachowywali się w jej obecności.
Żałosne, naprawdę. Dobrze pamiętała tamten dzień, gdy pierwszy raz wszyscy wyszli nad morze. Żałosne, jak wszyscy... Remus!
Lupin, zanim Tonks uświadomiła sobie jego obecność w ,,Świńskim Łbie”, zdążył dostrzec wyraz jej twarzy. Domyślił się oczywistego i postanowił zaryzykować.
- Fleur?
- Wypchaj się, wilku!
- Wilkołaku, jeśli już. – Remus wyciągnął ręce w pojednawczym geście. Nie rozumiał, dlaczego wszystkie kobiety w wieku od piętnastu do pięćdziesięciu lat dostawały amoku w obecności lub choćby na samo wspomnienie Francuzki.
Prawda, Fleur była młoda, powabna, przyciągała uwagę, szczególnie, gdy nie miała na sobie zbyt wielu... ubrań... ?
Lupin otrząsnął się w duchu. O czym on myślał? To nie dla niego. Zresztą, związki w ogóle były nie dla niego. Był za stary, za niebezpieczny, za biedny... Czasem tego żałował, ale... Tonks z pewnością i tak nie myślała o nim w ten sposób.
Remus zorientował się, że Nimfadora coś do niego mówi.
- Słucham?
Kolejny błąd, sądząc po emocjach, które przemknęły po twarzy kobiety.
- Wybacz, ja...
- Nieważne.
Czyżby przed chwilą próbowała go przeprosić? Fakt, nieważne. Lupin miał już dość robienia z siebie idioty.
- Wracam ze spotkania z Dumbledorem – oznajmił. – Przydzielił nam, jak sam to określił, niesamowicie ważne zadanie. Z tego co zrozumiałem, przez większą część czasu będzie nam towarzyszył.
- Opuszczamy Hogsmeade?
- Już jutro – potwierdził Lupin. – Albus wszystko nam wyjaśni na zebraniu całego Zakonu. Na razie nawet nie mam pojęcia, czego będziemy szukać, gdzie i jak długo. - Ważne, że to nam pomoże pokonać Sam-Wiesz-Kogo. – Tonks zastanowiła się. Ostatnio Dumbledore przyjął aktywną postawę. Wyglądało na to, że nie zamierza dłużej czekać i patrzeć, jak wojna się rozwija. – Świetnie. Świetnie. Im szybciej z nim skończymy, tym lepiej. Harry... zostaje, prawda?
- Harry? Naturalnie. W Hogwarcie będzie bezpieczny. My przecież sobie poradzimy, po co go narażać?
- Wolałam się upewnić. – Tonks miała dziwne wrażenie, że opuszczenie Hogsmeade przez wszystkich członków Zakonu niekoniecznie jest najlepszym pomysłem. Ale co mogło się stać? – Przekaż to Billowi. Tylko delikatnie, nie będzie zadowolony.
- Fleur także nie będzie zadowolona – rzucił z uśmieszkiem Remus, idąc ku sąsiedniemu pokojowi.
- Co mnie obchodzi ta...
- Żartowałem.

Draco Malfoy również nie był zadowolony.
Stał na szczycie Wieży Astronomicznej, za towarzysza mając jedynie czarnego ptaka, kruka może, który skubał swoje pióra. Draco obserwował okolicę, szczególną uwagę kierując na boisko do quidditcha, i rozmyślał.
A raczej narzekał i pieklił się w duchu. Nie tak powinno być.
Powinien coś robić. Dostać jakieś zadanie. Czarny Pan na pewno mógłby znaleźć jakąś robotę dla niego, najmłodszego śmierciożercy.
Ale nie. Miał tylko siedzieć i obserwować. Co za porażka.
To była kara. Na sto procent. Rewanż za ojca. Pan wściekł się na niego za klęskę w Ministerstwie, zatem nie mogąc go osobiście ukarać, zemścił się na synu.
Draco chciał coś zrobić. Pokazać Panu, że jest świetnym kandydatem na wysokie stanowiska w hierarchii śmierciożerców. Gdyby tylko dostał jakieś zadanie... jakieś ważne, odpowiedzialne, trudne zadanie... Wykazałby się, pokazałby wszystkim, z jakiej gliny jest ulepiony...
Nie. Miał tylko siedzieć i obserwować. Draco poczuł, że zaraz trafi go jasny szlag.
Zwrócił oczy na boisko. Szybko poznał, która drużyna trenuje, wykorzystując fakt, iż rano większość klas albo miała lekcje, albo spała w najlepsze, ewentualnie niektórzy dopiero odrabiali lekcje zadane odpowiednio wcześniej. Ravenclawa zdradził ścigający, a raczej ścigająca – dziewczyna o orientalnej urodzie, Cho Chang. Malfoy był pewien, że Krukoni doskonale pamiętają, iż pół roku temu przegrali mecz o mistrzostwo, i teraz starają się doszlifować umiejętności drużyny, szczególnie Cho, która ostatnimi czasy zdawała się być odrobinę rozbita emocjonalnie.
Piękny sabotaż drużyny przeciwnika, Potter. Jestem z ciebie dumny. Ślizgońska robota.
Draco odkrył, że wodzenie wzrokiem za dzikimi i nieprzewidywalnymi zrywami ścigającej, a pełną wzajemnego porozumienia grą obrońców daje mu pewną ulgę. Czuł też lekkie ukłucie zazdrości – te dzieciaki nie musiały martwić się tym, że Czarny Pan ich ignoruje i się na nich mści.
Z drugiej strony, Krukoni ze swoim uwielbieniem wiedzy i porządku. Nie potrafili docenić prawdziwej potęgi Czarnego Pana i piękna czarnej magii. Głupcy.
Obrońca, który tylko o włos minął się z szalejącym kaflem przeklinał teraz siebie, kafla i sam sport. Szybko jednak został uciszony przez trenera Ravenclawu. Malfoy zdążył ujrzeć jeszcze kilka uśmiechów na twarzach zawodników.
Kiedy on się ostatnio uśmiechał? A tak; wtedy, gdy obraził tę obrzydliwą szlamę, Granger. Sama pamięć o tym wydarzeniu podniosła go na duchu.
Coś mówiło Malfoyowi, że takie użalanie się nad sobą niewiele mu da. Powinien wrócić do pokoju wspólnego Slytherinu albo udać się na obchód szkoły i postraszyć pierwszoroczniaków z Gryffindoru, że doniesie na nich u Snape’a lub Dumbledore’a.
Ale, mimo wszystko, nie mógł przestać się denerwować. Gdyby tak dostał misję eliminacji Pottera albo Dumbledore’a... w przypadku sukcesu Czarny Pan wyniósłby go na piedestał. Chociaż, niby jak miałby poradzić sobie z Dumbledorem?
Wymyśliłby coś. Na pewno.
Przed opuszczeniem wieży Draco spojrzał jeszcze za siebie. Cała drużyna obserwowała, czy Cho złapie wypuszczony przez trenera złoty znicz. Dziewczyna nie dawała za wygraną i błyskawicznie skręcała za latającą kulką ze skrzydełkami. Jej miotła kreśliła na tle nieba i stadionu przeróżne, fantazyjne zawijasy. Była coraz bliżej próbującego ją zgubić celu...
Malfoy prychnął. Opuścił szczyt Wieży.
=======================================================================
Ravenclaw odmienia się z apostrofem czy bez?


--------------------
Mój nowy fic

One in Fire Two in Blood
Three in Storm Four in Flood
Five in Anger Six in Hate
Seven Fear Evil Eight
Nine in Sorrow Ten in Pain
Eleven Death Twelve Life Again
Thirteen Steps to the Dark Man’s Door
Won’t be turning back no more
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
PrZeMeK Z.
post 11.09.2006 23:51
Post #32 

the observer


Grupa: czysta krew..
Postów: 6283
Dołączył: 29.12.2005

Płeć: wklęsły bóg



QUOTE
Ravenclaw odmienia się z apostrofem czy bez?

Bez.
Rozdział bardzo dobry. Podobało mi się zwłaszcza nawiązanie do tomu szóstego... a raczej kilka nawiązań. O bardziej konstruktywne komentarze pokuszę się może kiedy indziej, bo 23.50 w tygodniu szkolnym to nienajlepsza pora na fanfiki...
sleeping.gif


--------------------
Hey little train, wait for me
I once was blind but now I see
Have you left a seat for me?
Is that such a stretch of the imagination?
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Tara***
post 12.09.2006 14:48
Post #33 

Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 11
Dołączył: 02.04.2006
Skąd: Kraków

Płeć: Kobieta



Przeczytałam to wczoraj późnym wieczorem, ale dopiero teraz komenuje. Ciężko ze mnie cokolwiek wychodzi w godzinach nocnych.
A więc, bardzo mnie cieszy, że szybko pojawiają się kolejne części.
Przeczytałam dziś drugi raz, ale błędów jednak nie znalazłam.
Żadne nie rzuciły mi się w oczy.
Co do bohaterów, to Ginny wydała mi się w tym rozdziale jakaś taka mdła.
Malfoy pewnie nie nawróci się na jasną stronę, tak jakbym chciała. Za to Luna jest jedną z najbarwniejszych postaci w tym ficku.

QUOTE
Luna niespiesznie szła przed siebie, cały czas patrząc w sufit. Biorąc pod uwagę masę ludzi przeciskających się przez korytarz po skończonej lekcji, już dawno ktoś powinien potrącić Lunę lub na nią wpaść.
Nic z tych rzeczy. Tłum zdawał się rozstępować przed dziewczyną i zagęszczać się z powrotem zaraz za nią. Przestrzeń osobista Luny przypominała oko cyklonu.


QUOTE
Sklepienia w Hogwarcie są naprawdę ciekawe, dużo można się od nich dowiedzieć. Na trzecim piętrze przez cały korytarz ciągnie się wąskie pęknięcie,


Jak ja ją kocham.
Trochę zdziwił mnie Percy, który wyżala się i prosi o radę w sprawach sercowych. Jakoś mi to do niego nie pasuje.
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Hito
post 12.09.2006 17:57
Post #34 

Magik


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 751
Dołączył: 11.10.2005
Skąd: Częstochowa/Wrocław

Płeć: Mężczyzna



Przemek>>dzięki za odpowiedź.
Co czasu bardziej konstruktywnych komentarzy powiem Ci tylko tyle, że nawiązań do VI tomu będzie więcej.

Tara>>kolejne części powinny pojawiać się w podobnych odstępach czasu, choć, niestety, ostatnio jakoś nie mogę zabrać się do pisania. Mam nadzieję, że nie wpływnie to negatywnie na publikację fica.
QUOTE
Co do bohaterów, to Ginny wydała mi się w tym rozdziale jakaś taka mdła.

sad.gif
Z drugiej strony, to to się jej należy, tej Super!Ginny z HPiKP, cha, cha!
QUOTE
Trochę zdziwił mnie Percy, który wyżala się i prosi o radę w sprawach sercowych. Jakoś mi to do niego nie pasuje.

Czy ja wiem? Percy raczej się nie wyżalał. Przepraszał i prosił o radę, fakt. Raczej nie zgadza się to z Percym przedstawionym przez Rowling w VI tomie. Cóż, chciałem być oryginalny, chyba wszyscy do tej pory opisywali go jako skończonego drania :] Nie mój cel w tym przynajmniej ficu.

EDIT - odnośnie następnego fragmentu - w polskim tłumaczeniu była Gwardia Dumbledore'a, nie Armia?

Ten post był edytowany przez Hito: 12.09.2006 18:28


--------------------
Mój nowy fic

One in Fire Two in Blood
Three in Storm Four in Flood
Five in Anger Six in Hate
Seven Fear Evil Eight
Nine in Sorrow Ten in Pain
Eleven Death Twelve Life Again
Thirteen Steps to the Dark Man’s Door
Won’t be turning back no more
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Tara***
post 12.09.2006 20:16
Post #35 

Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 11
Dołączył: 02.04.2006
Skąd: Kraków

Płeć: Kobieta



Wydaje mi się, że Gwardia.
Fakt, ta przebojowa Ginny była wkurzająca.

czekolada.gif
landrynki.gif
smacznego
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
WeEkEnD
post 14.09.2006 15:14
Post #36 

Iluzjonista


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 103
Dołączył: 29.03.2006
Skąd: Taka dziura nad jeziorem Czos ;P




QUOTE
EDIT - odnośnie następnego fragmentu - w polskim tłumaczeniu była Gwardia Dumbledore'a, nie Armia?


W książce mówiono o GD, czyli Gwardii Dumbledore'a. :]



--------------------
user posted image
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Hito
post 14.09.2006 16:24
Post #37 

Magik


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 751
Dołączył: 11.10.2005
Skąd: Częstochowa/Wrocław

Płeć: Mężczyzna



ROZDZIAŁ 7

Istniały chwile, kiedy Ron żałował, że zna Hermionę.
Ta była jedną z nich.
Kręgosłup Rona i chyba każdy mięsień pleców z osobna zaprotestował w momencie nagłego i twardego kontaktu z kamienną podłogą. Chłopak miał nadzieję, że głowę ma jeszcze całą.
- Przepraszam, Ron! – krzyknęła przestraszona Hermiona. – Nie chciałam tak mocno cię uderzyć tym Impellerusem! Myślałam, że lepiej się obronisz i... – urwała, przeczuwając, że kontynuowanie wypowiedzi wcale nie załagodzi sprawy.
Wander uśmiechnął się pod nosem swoim zwyczajem. Zazwyczaj losowo wybierał uczniów do pojedynków, jakie co drugą lekcję im urządzał. Czasami jednak miał ochotę na rozrywkę, a wiedział, że sparowanie panny Granger z panem Weasleyem zakończy się efektowną porażką rudzielca.
Niewerbalna tarcza stworzona przez niego nie przydała się na nic. Oczywiście, czar Scutum w wykonaniu dziewczyny prezentował się perfekcyjnie, Impellerus Weasleya odbił się od jej tarczy bez zarzutu.
Bycie czarodziejem pełnej krwi niczego nie gwarantowało. Często bycie tak zwaną szlamą implikowało wielki potencjał magiczny.
Wandera wcale to nie dziwiło.
- Piękny lot, panie Weasley – rzucił wesoło profesor, gdy Hermiona pomagała wstać Ronowi. – Dzięki niemu i doskonałemu Impellerusowi panny Granger Gryffindor otrzymuje dziesięć punktów. A teraz... następna para.
Dwie wylosowane osoby weszły na szkarłatny dywan. Ron nie zwracał na nie uwagi. Delikatnie usiadł na ławce, oszczędzając swoje siedzenie. Zaczął wyginać się pod dziwnymi kątami, starając się zlikwidować lub przynajmniej zmniejszyć tępy ból pleców.
- Liczę, że to nie było specjalnie, Hermiono.
- Oczywiście, że nie. Ale...
Dziewczyna nie skończyła wypowiedzi, czując na sobie spojrzenie Wandera, który jak zwykle był świadom każdego szeptu rozlegającego się w klasie.
Harry siedział cicho. Cieszył się, że to nie on został wylosowany do pojedynku z Hermioną. Nie ufał na tyle swoim zdolnościom obrony.
Czuł się też głupio. W przeszłości nie rozumiał i nie pochwalał naukowego zacięcia swojej przyjaciółki, uważał, że ślęczenie nad książkami, pracą domową i tak dalej to – w większości przypadków – zwykła strata czasu.
Teraz mógł obserwować efekty. Owocem pasji Hermiony był fakt, iż zajmowała pierwsze miejsce na liście najlepszych uczniów szóstego roku, a co bardzo prawdopodobne, wszystkich siedmiu roczników. Skoro już rok temu potrafiła rzucić urok Protean...
- Harry Potter i Dean Thomas.
Głos Wandera przebił się przez myśli Harry’ego. Szturchnięty pod żebro przez Rona, szybko wstał z ławki i wyszedł na środek. Wyciągnął różdżkę, stając na jednym końcu dywanu. Czarnoskóry Dean już na niego czekał. Uśmiechnęli się do siebie. Wiedzieli, że żaden z nich nie jest na tyle silny, by posłać drugiego w powietrze.
Chociaż z Harrym to różnie bywało. Dean wcale nie czuł się tak pewnie, na jakiego wyglądał, mając pojedynkować się z Wybrańcem.
- Najpierw pan Potter.
Harry skupił się. Odpowiednie rzucenie czaru Scutum nawet przy użyciu słów nie należało do czynności banalnych. Niewerbalne zaklęcia, z jakimi od niedawna zmagali się uczniowie na kilku przedmiotach naraz, były jeszcze trudniejsze.
Jak dla kogo, pomyślał Harry, patrząc kątem oka na Hermionę. Zauważył, że dziewczyna uśmiecha się do niego zachęcająco. Nagle poczuł, że bardzo nie chce zrobić z siebie słabeusza.
Różdżka Harry’ego zakreśliła w powietrzu nieskomplikowany wzór, inny niż przy werbalnej wersji czaru.
W sali błysnęło. Jednocześnie palce Deana mocniej ścisnęły różdżkę.
- Impellerus!
Struga czerwonego światła pomknęła w kierunku Harry’ego. Nie dotarła do celu.
Odbiła się od niezupełnie przezroczystej tarczy, którą wyczarował Potter. Osłona nie była perfekcyjna, zatem Impellerus nie odbił się tak, jak powinien, czyli z powrotem w rzucającego. Czerwone światło z cichym sykiem pofrunęło ku Wanderowi.
Profesor niedbale machnął swoją różdżką. Czar nagle wygiął się, zaczął wirować i zataczać kółka wokół dłoni Wandera, po czym wsiąknął w jego różdżkę.
Hermiona zamrugała. Nigdy czegoś takiego nie widziała, ani, co dziwniejsze, o czymś takim nigdy nie czytała. Interesujące.
- Panie Potter – odezwał się Wander. – Chciał mnie pan trafić? Niezbyt zabawny żart.
- Ja... – Harry zamrugał, zdziwiony zimnym tonem mężczyzny. - Nie, oczywiście, że nie, panie profesorze. Nie spodziewałem się, że moja tarcza...
- Nie spodziewał się pan. Gdyby rzuciłby pan Scutum prawidłowo, żaden odchył od normy nie miałby prawa się przydarzyć.
Harry zacisnął zęby, czując ogarniający go gniew. Zachował milczenie, choć przyszło mu to z trudem.
- Ile razy już panu mówiłem, że powinien pan się bardziej starać? Uważa pan, że w szkole nie musi pan podchodzić poważnie do obrony przed czarną magią? Następnym razem proszę sobie wyobrazić, że pana oponentem jest Voldemort rzucający Avadę. Może to odpowiednio pana nastroi.
Jak zawsze, głośno wypowiedziane imię Czarnego Pana wywołało krótkie poruszenie w klasie. Uczniowie jeszcze nie czuli się komfortowo z myślą o Voldemorcie przebywającym na wolności.
- Tak jest, panie profesorze.
Nawet jeśli Wander usłyszał gniew w głosie Harry’ego, nie zareagował na niego.
- Teraz pan, panie Thomas.
Dean, wykonując różdżką asymetryczne ruchy, poczuł się niepewnie. Coś nie spodobało mu się w oczach Pottera.
- Impellerus!
Tarcza wyczarowana przez Deana była prawie niewidoczna; całkiem niezły rezultat, biorąc pod uwagę średnią klasową.
Zaklęcie rzucone przez Harry’ego nie odbiło się od niej. Bladoniebieski kontur tarczy zamigotał i zgasł, gdy Impellerus ze skwierczeniem w nią uderzył. Dean odruchowo cofnął się o krok.
Wśród Gryfonów zapadła chwilowa konsternacja. Zniknięcie tarczy wywołanej przez czar Scutum zdarzyło się na zajęciach pierwszy raz. Hermiona zrozumiała, iż zaklęcie Harry’ego nie było na tyle mocne, by przebić tarczę Deana, ale to nie oznaczało, że było słabe. Anulowało tarczę, co dobitnie świadczyło o jego sile.
Czyżby to dlatego, że Harry był zirytowany strofowaniem Wandera? Hermiona zacisnęła wargi. Nie była zachwycona. Wręcz przeciwnie. Poczuła nieprzyjemne ssanie w żołądku, które mogło przerodzić się w prawdziwy strach, jeśli nie przestanie o tym myśleć.
Harry, dość zaskoczony, wrócił do ławki. Usiadł pomiędzy Ronem a Hermioną. Rudzielec popatrzył na niego przelotnie z mieszaniną podziwu i zazdrości w oczach.
- Być może się zastanawiacie, dlaczego tak męczę was jednym zaklęciem, w dodatku pierwszym, którym zajęliśmy się po zagadnieniach teoretycznych – odezwał się Wander. – Dowiecie się tego na następnych zajęciach, gdy wrócimy do niego raz jeszcze. Teraz mogę powiedzieć, że Scutum jest w stanie obronić nas przed pewnym zaawansowanym czarem, magią zdecydowanie czarną. Naturalnie, jeśli ktoś z was dowie się, o jakim zaklęciu mowa... Punkty są chętne i tylko czekają na przydział. To wszystko na dzisiaj.

- Wiesz co, Hermiono?
- Tak?
- Musimy sami się zgłaszać do pojedynków. Moje plecy pewnie tego nie wytrzymają, ale Gryffindor dzięki nam wygra Puchar.
- Ron, przestań. Dobrze wiesz, że twój... nieszczęśliwy lot nie wpłynął na punkty. Nie chwalę się, chcę tylko...
- Nie? Przysiągłbym, że właśnie to robisz.
Hermiona westchnęła, rezygnując z korekty rozumowania przyjaciela.
- Chcę tylko powiedzieć, że jeśli chcesz, żeby nasz Dom wygrał, musisz bardziej przykładać się do nauki. Naprawdę muszę ci tłumaczyć, jak ważna jest Obrona w tym roku?
- Nie musisz, już to słyszałem.
- No to ćwicz. Harry, ty również powinieneś...
- Wiem.
- Rozumiem, że Wander nie jest wobec ciebie zbyt przyjemny – powiedziała Hermiona powoli, jakby chciała mieć pewność, że Harry zrozumie. - Ale osoba nauczyciela nie powinna mieć związku z twoim zaangażowaniem w naukę przedmiotu, szczególnie tak ważnego jak Obrona.
- Wiem. Już mi to mówiłaś – zauważył Harry z lekkim uśmieszkiem.
- Zgadza się. Ale nie zauważyłam, żebyś wziął sobie moje słowa do serca!
Na te słowa wszyscy troje zatrzymali się w miejscu. Stanęli na środku dziedzińca zamkowego, przez który przechodzili co najmniej raz dziennie. Zimny wiatr szarpał ich szaty.
Ron, o krok za Harrym i Hermioną, uniósł brwi. Czyżby właśnie miał być świadkiem pierwszej kłótni pierwszej pary Hogwartu? W takim wypadku dobrze by było ich zostawić, ale...
- W ogóle nie przykładasz się do nauki! Co z Gwardią, Harry? Dlaczego już nie chcesz jej prowadzić?
- Gwardia? No, Umbridge już nie ma...
- Umbridge! Co ona ma do tego? Czy przypadkiem nie spotykaliśmy się po to, by umieć się bronić przed śmierciożercami i Voldemortem? Uważasz, że on już nam nie zagraża?
- Hej, spokojnie – rzucił niepewnie Harry, zdezorientowany nagłym wybuchem Hermiony. Kątem oka zauważył, że Ron był równie zdziwiony. – Ja po prostu...
No właśnie, po prostu co? Harry musiał przed sobą przyznać, że nie bardzo wie, co odpowiedzieć Hermionie. Patrząc na sprawę obiektywnie, Gwardia Dumbledore’a zawsze byłaby przydatna. Wander Wanderem, ale profesor nie mógł wyjść poza limit godzin przedmiotu. Nie mógł nauczyć ich wszystkiego.
Umbridge była wymówką. Harry uświadomił sobie, że właściwie nie istnieje dobry powód, dla którego nie prowadził już Armii. A kilka osób – na przykład Luna – było tym faktem niemile rozczarowane.
Harry milczał, nie wiedząc, co powiedzieć. Hermiona oddychała już spokojnie, a jej wypieki znikały.
- Martwię się o ciebie – powiedziała cicho. – Nie chcę, żeby coś ci się stało. Tobie też, Ron.
Chłopak wykonał gest, jakby chciał pokazać przyjaciółce, że ma się nim nie przejmować.
- Harry, nie denerwuj się na Wandera. Wymaga od ciebie więcej, ale czy nie słusznie? Właśnie ty musisz być najlepszy w Obronie.
- I tak nie będę lepszy od ciebie.
- Harry, proszę cię.
Potter przyjrzał się Hermionie nieco uważniej. Nie mógł nie usłyszeć nutki błagania w jej głosie.
- Dobrze już, dobrze. Ja... od dzisiaj zabiorę się do Obrony na poważnie.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Hermiona spróbowała się uśmiechnąć. Niestety, nie mogłaby z niewzruszonym przekonaniem stwierdzić, że Harry nie próbował tylko jej uspokoić, a jego podejście do nauki naprawdę się zmieni.
Cóż, będzie musiała go pilnować. I stale mu o tym przypominać, nawet jeśli to będzie wyprowadzać go z równowagi. Czasami cel uświęca środki.
Dziewczyna odwróciła się do Rona, który natychmiast podniósł ręce, cofając się o krok.
- Nie ma mnie.
- Ron, ty także masz mi to obiecać. Przyznaję, że nie bardzo rozumiem metody Wandera, jego system oceniania wydaje się być pozbawiony wewnętrznej koherencji, ale...
- Czego jest pozbawiony?
Hermiona przymknęła oczy, tłumiąc kolejne westchnięcie. Moment ten bezlitośnie wykorzystał Ron.
- Zgłodniałem. Chodźmy do Wielkiej Sali wrzucić coś na ząb.
Rudowłosy chłopak szybko ruszył z miejsca. Harry uśmiechnął się do Hermiony, po czym ruszył w jego ślady.
Dziewczyna nie podążyła za nimi od razu. Patrzyła na oddalające się sylwetki swoich dwóch przyjaciół.
Nie. Sylwetki swojego przyjaciela i ukochanego przyjaciela. Tak; właśnie w ten sposób sprawy powinny być nazwane.
Nie mogła o tym zapominać.
Hermiona, patrząc na targane wiatrem włosy Harry’ego, ponownie przymknęła oczy, tym razem na dłużej. Na chwilę jej wnętrzności związały się w ciasny supeł.
Starała się wyrzucić z umysłu bardzo nieprzyjemne wspomnienia, od których czasem było jej niedobrze.
- Harry – powiedziała cichutko Hermiona. Drgnęła, i w końcu zaczęła iść.
Ptak, siedzący na fontannie, znajdującej się w centrum dziedzińca, skubał swoje czarne pióra. Zakrakał z zadowoleniem.
Były doskonale czyste.


--------------------
Mój nowy fic

One in Fire Two in Blood
Three in Storm Four in Flood
Five in Anger Six in Hate
Seven Fear Evil Eight
Nine in Sorrow Ten in Pain
Eleven Death Twelve Life Again
Thirteen Steps to the Dark Man’s Door
Won’t be turning back no more
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
haren
post 14.09.2006 18:21
Post #38 

Kafel


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 21
Dołączył: 28.11.2005




bardzo mi się podoba.
dlatego nie moge sie odczekac jak dodasz coś nowego.
w każdym razie pozostaje mi tylko czekanie;*


--------------------
jestem po to by życ.
by życ i kochac.
ehm.mylog.pl
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Ailith
post 14.09.2006 19:49
Post #39 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 77
Dołączył: 01.08.2006

Płeć: Kobieta



Świetne. I przyznam szczerze, że z postu na post jest coraz lepsze... czyta się przyjemnie... wątki są bardzo ciekawe, aż nie mogę się doczekać dalszych części... Pozdrawiam i weny życzę. smile.gif


--------------------
"Experience is the name everyone gives to their mistakes."

"A friend is someone who will bail you out of jail, but your best friend is the one sitting next to you saying "that was f***ing awesome" (- J-Dub)

"Stand up for what you believe in, even if it means standing alone."
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Hito
post 18.09.2006 11:33
Post #40 

Magik


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 751
Dołączył: 11.10.2005
Skąd: Częstochowa/Wrocław

Płeć: Mężczyzna



Ron przeczytał list Percy’ego.
Piąty raz z rzędu. Był tak samo wściekły, jak za pierwszym razem.
Nie z powodu treści listu; Percy z definicji był idiotą, toteż Rona żadne słowa nabazgrane na pergaminie nie zdziwiły ani specjalnie nie zdenerwowały.
Chodziło o fakt, iż list otrzymała Ginny. Nie on.
Ron przyrzekł sobie, że jeśli najpierw Harry otrzyma jeden z przeprosinami, nigdy się już do starszego brata nie odezwie. Oplucie jego ministerialnej odznaki także jawiło się jako dobry koncept.
- Mam nadzieję, że to dobra prognoza – przerwał ciszę Harry. – Może ten nowy minister, Scrimgeour, odpowiednio będzie kierował Ministerstwem. Skoro nawet Percy powoli zaczyna przyznawać się do błędu... Hej, Ron, czy twój tata mówił coś o Scrimgeourze? Jaki on jest?
- Co? – Ron musiał wrócić do rzeczywistości, porzucając ponure myśli o ciągłym byciu ostatnim w kolejce. – Scrimgeour? Ponoć bardziej zdecydowany i waleczny od Knota.
- Dobrze wiedzieć. Chociaż – dodał po chwili Harry – to chyba on wymyślił tę szopkę z Wybrańcem.
- Sława ci się znudziła?
Harry spojrzał kątem oka na Rona, który skrył się za listem. Już otwierał usta, by odpowiednio sprowadzić przyjaciela na ziemię, ale ten zamiar udaremniła mu Ginny, stojąca za fotelem brata.
- Wątpię, żeby to była robota Scrimgeoura. To bardziej pasowałoby do stylu Knota. No i jeśli ,,Prorok Codzienny’’ zatrudnia takie ziółka, jak Rita, to nikt nie musi nimi kierować, by pisali jakieś kompletnie bzdury.
- Oby. Byłoby dobrze, gdyby w końcu Ministrem został odpowiedni człowiek.
Ron zgodził się z Harrym, kiwając głową.
- I co, Ginny, zamierzasz dać Percy’emu kobiecą radę od serca?
- Nie bądź śmieszny, Harry. – Dziewczyna prychnęła głośno. – Póki nie pojawi się w domu i nie przeprosi całej rodziny, nawet nie zamierzam mu odpisywać. Zresztą... ja nie jestem jakąś specjalistką w tej dziedzinie.
Powietrze od razu stało się cięższe od tej aluzji. Hermiona ze zmęczeniem spojrzała na Ginny, która jednak kierowała oczy wszędzie, tylko nie na nią.
Ron nie miał pojęcia, dlaczego wśród foteli przy kominku wytworzyło się niemal namacalne napięcie. Harry wiedział, gdyż Hermiona jakiś czas temu wyjaśniła mu, dlaczego jej stosunki z Ginny tak nagle się oziębiły.
Dobrze pamiętał swoje zdumienie, gdy usłyszał, że Ginny właściwie nigdy nie przestała mieć nadziei na bliższy z nim związek. Ta wiadomość była dla niego nieco niezręczna, ponieważ on z kolei nigdy nie przestał myśleć o Ginny jako o młodszej siostrze Rona.
Czarę goryczy dla Ginny przepełnił fakt, iż to właśnie Hermiona poradziła jej kiedyś, żeby była bardziej sobą, może zaczęła chodzić z chłopakami – co miało jej ułatwić kontakty z Harrym.
Czyli chciała usunąć ją z drogi. A gdy tylko Cho przestała się liczyć, sama zgarnęła jej Harry’ego sprzed nosa. Taktyka godna Slytherinu.
Hermiona zapewniła Harry’ego, że z dobrego serca chciała pomóc Ginny. Nie zamierzała zdradzać jej planu, jak go zdobyć, a tylko sposób na pozbycie się niezręcznego zauroczenia Chłopcem, Który Przeżył. Myślała, że się udało, skoro Ginny niedługo po ich rozmowie zaczęła chodzić z Michaelem, a niedawno z Deanem.
Hermiona po obserwacji siostry Rona doszła do przykrego wniosku, iż Ginny potraktowała tych chłopców jako środek do celu, przynęty, które miały rozbudzić w Harrym zazdrość. Jak sam Harry zapewnił Hermionę, nie udało się jej to i nie mogło się udać.
Ale skoro tak się sprawy przedstawiały, nic dziwnego, że Ginny uznała Hermionę za zdrajczynię. Harry był pewien, że dziewczyny wyjaśnią sobie nieporozumienie i się pogodzą, jednak sądząc po ich zachowaniu, nic takiego się nie stało.
Harry spostrzegł, że Ginny przygląda mu się jednym okiem. Poczuł pewne zakłopotanie; nie wiedział za bardzo, jak się wobec niej zachowywać, skoro wszystko wskazywało na to, że ona nadal się w nim podkoch..e.
Tyle dziewczyn się nim ostatnio interesowało... Zaczynał tęsknić za starymi czasami.
- W każdym razie – Harry podjął próbę ożywienia rozmowy – zawsze to jakiś postęp dla Percy’ego.
- Postęp – Ron niemal wypluł to słowo. – Akurat. Scrimgeour pewnie nie lubi lizusów i zamierza wykopać tego durnia, dlatego nagle przypomniał sobie, że ma... siostrę.
- Zaraz napiszę list do rodziców, i jeśli dowiem się, że nic do nich nie dotarło, Percy będzie mógł mnie pocałować, tyle że nie w policzek.
Harry spojrzał na Ginny, a potem na Rona.
- Nie przesadzacie trochę? Może w końcu uświadomił sobie, jakim głupcem był i...
- Co, już go usprawiedliwiasz?
- Bierzesz stronę Percy’ego?
Czasami żałował, że próbował kogoś bronić.
- Nie, po prostu... Może najpierw napisz ten list do rodziców, Ginny, a potem wieszajcie na nim psy.
Dziewczyna prychnęła.
- Nie wierzę w cuda.
Ron odwrócił głowę w kierunku Hermiony.
- A ty dlaczego siedzisz tak cicho?
- Percy to nie moja sprawa, tylko wasza. – Ron uniósł brwi, a Ginny łypnęła na nią okiem, nic na mówiąc. – Jeśli bardzo chcesz znać moje zdanie, to uważam, że odpisanie Percy’emu nikomu szkody nie przyniesie, a istnieje prawdopodobieństwo, że niektóre kwestie się wyklarują. Skontaktowanie się z bratem to żadna ujma na honorze.
Harry natychmiast spostrzegł, że Ginny sztywnieje, gotowa do skoku i ataku, co najmniej słownego. Musiał interweniować, choć wiedział, że zrazi do siebie siostrę Rona, bo przecież nie mógł nie stanąć po stronie Hermiony.
- No właśnie, właśnie – rzucił Harry, wstając z fotela. – Przecież nie musisz udzielać mu żadnych rad, po prostu zapytaj go, czy nadal zamierza zgrywać nadętego urzędnika, czy też może jednak rodzina stoi u niego na pierwszym miejscu.
- Jasne, Harry. Skoro tak mówisz.
Ginny odwróciła się, wbiegła po schodach i zniknęła w żeńskim dormitorium. Ron z rozbawionym wyrazem twarzy odłożył list brata na najbliższy stolik.
- Wiecie, ładnie wam poszło. Już widzę, jak wszyscy pozujemy do rodzinnego zdjęcia.

Zbliżał się grudzień.
Zaraz potem się rozpoczął.
Czas szybko mijał, jak na gust Harry’ego. Być może było to skutkiem braku wolnego czasu. Nauka na szóstym roku nie należała do zadań lekkich i przyjemnych, w szczególności dzięki takim nauczycielem jak Snape czy Wander, który nie zamierzał mu odpuszczać – wszyscy zauważyli, że profesor najwięcej wymaga właśnie od niego.
Jak to niektórzy z błyskotliwym poczuciem humoru komentowali: ,,Bycie Wybrańcem ma swoje minusy’’.
Katie Bell, kapitan drużyny Gryffindoru, także nie zamierzała oszczędzać Harry’ego. Dziewczyna kończyła już szkołę, zatem chciała w ramach prezentu pożegnalnego wywalczyć Gryffindorowi puchar i w tym roku. Dla Harry’ego, gwiazdy drużyny, mogło znaczyć to tylko jedno. Treningi, treningi, treningi. Jeśli tylko odważył się dostać szlaban u Snape za pyskowanie, Katie była bardzo niezadowolona.
Czasami Harry zazdrościł jej stanowiska kapitana, ale wiedział, że nie ma powodu. Dumbledore już mu wyjaśnił, dlaczego nie został prefektem rok temu. Kapitanem nie został pewnie z tego samego powodu.
Harry nie do końca zgadzał się z decyzją i poglądami dyrektora w tej materii, ale nie zamierzał protestować. Miał na głowie inne sprawy.
Na przykład związek z Hermioną.
Gdyby go ktoś zapytał, czy chodzi z Hermioną, nie wiedziałby, co odpowiedzieć. Zawsze byli ze sobą blisko; ich przyjaźń spokojnie można było określić jako bardzo zażyłą. Dlatego na początku, we wrześniu, nie zauważył różnicy w stosunku do lat ubiegłych. Hermiona przytulająca go, łapiąca za rękę, prawiąca komplementy czy martwiąca się o niego – to wszystko standard.
Dopiero później zauważył, że jego przyjaciółka patrzy na niego nieco inaczej, niż zwykle; niestety, jak zawsze, nie potrafił rozszyfrować uczuć stojących za tym spojrzeniem. Nie ulegało dalszym wątpliwościom, że Hermiona w ciągu tygodni coraz bardziej się do niego zbliżała. Już w październiku właściwie nie odstępowała go na krok, pozwalając mu zachować tylko tyle prywatności, ile uważała za stosowne.
Nie narzucała mu się jednak. I zdecydowanie nie zamierzała całować go co krok. Wręcz przeciwnie, nie zachowywała się jak dziewczyna chodząca z chłopakiem powinna. Harry wyobrażał sobie, że całowanie jest niezbędne; tymczasem, na ile on się na tym znał, czyli niewiele, Hermiona okazywała mu czułość raczej takimi drobiazgami, jak ton głosu czy uścisk ręki.
Harry nie miał pojęcia, dlaczego, choć z drugiej strony coś w głębi ducha mu mówiło, że nie powinien być zaskoczony. Nigdy nie widział żadnej szczególnej bliskości pomiędzy nią a Krumem, który przecież zaprosił ją do siebie na wakacje, co sugerowało więcej niż przyjacielski związek.
Poza tym, przecież to Hermiona. Do niej jakoś mu nie pasowało zachowanie typowe dla dziewczyn. Obserwował momentami Lavender czy Parvati, toteż pewne rozeznanie w tej kwestii miał. Uważał, że pewnie niezaprzeczalna inteligencja Hermiony nie pozwala jej wdzięczyć się przed chłopakiem.
Czasami tego żałował. Przynajmniej by wiedział na sto procent, na czym stoi.
No i porządny całus by nikogo nie zabolał.
Harry zastanawiał się również, dlaczego dopiero teraz Hermiona zdecydowała się na ten krok do przodu. Nie wybrała najlepiej, jeśli chodzi o czas; w Hogwarcie utworzył się żeński Ruch Anty-Granger, składający się głównie z dziewczyn, których Harry w ogóle nie znał.
Przynajmniej jedna pozytywna rzecz z tego wynikła. Luna zyskała przyjaciółkę, a Hermiona nauczyła się akceptować jej niezwykłość. Bywały chwile, kiedy Harry z uśmieszkiem zastanawiał się, jak wyglądają rozmowy tak dwóch skrajnie różnych dziewczyn.
W każdym razie, dlaczego teraz? To nie nadmorskie wakacje na to wpłynęły, gdyż podczas ich trwania Hermiona nie była w najlepszej formie. A wcześniejsze wydarzenia, czyli głównie bitwa w Ministerstwie Magii powinny nastroić ją do przyjęcia postawy odwrotnej – przebywanie w jego towarzystwie nie pozwalało na beztroskie życie.
Harry zdawał sobie sprawę, że jego rozważania prowadzą donikąd. Oczywiście, prościej byłoby po prostu szczerze i otwarcie z Hermioną porozmawiać...
Tak, pewnie. ,,Hej, Hermiono, dlaczego się nie całujemy?’’.
Jasne.

Szkarłatny kolor stroju obrońcy drużyny Gryffindoru ładnie kontrastował z zielenią na twarzy Rona.
- Będę rzygał – ostrzegł słabym głosem rudzielec.
- Dramatyzujesz.
- Wychodźcie beze mnie, ja nie gram.
Ron zamierzał odwrócić się i odejść, ale już po pierwszym kroku został zatrzymany przez dłoń Harry’ego, trzymającą go za kołnierz.
- Nigdzie nie pójdziesz, póki pani kapitan ci na to nie pozwoli. Katie?
- Trzymaj go i nie puszczaj, Harry. A ty, Ron, wbij sobie w końcu do głowy, że nasza drużyna składa się z najlepszych graczy z Hogwartu. Cała drużyna, bez niepotrzebnie histeryzujących wyjątków.
- Łatwo ci mówić – jęknął Ron, który nie poczuł się jakoś specjalnie podniesiony na duchu wypowiedzią Katie. Czuł się tak roztrzęsiony wizją wyjścia na boisko, gdzie czekała już drużyna i kibice Ślizgonów, że postanowił spróbować innej taktyki. – Jaki sens ma quidditch w takich warunkach? Śnieg, wiatr... Kto w ogóle wymyślił, żeby grać zimą? To bez sensu, przyznasz chyba.
- Przyznaję, że pogoda nam dziś nie sprzyja – powiedziała kapitan Bell. – Ale naszym rywalom także. Wychodzi na to samo, tylko gra będzie trochę cięższa.
- Nie marudź, Ron. – Harry poklepał przyjaciela po ramieniu. – Żaden Ślizgon nie przełamie twojej obrony. Wygramy z nimi do zera, zobaczysz.
- Jasne. Łatwo wam wszystkim mówić.
- Pewnie. My przynajmniej nie martwimy się na zapas.
Ron obrzucił nieprzyjaznym spojrzeniem siostrę, która właśnie wyszła z szatni razem z resztą drużyny.
- Jeśli chcesz, kolego, to cię z chęcią zmienię – zaproponował McLaggen, szczerząc zęby.
- Nie bądź taki cwany, Cormac. Nie będę zmieniała lepszego obrońcę na gorszego ani nie zamierzam teraz szukać sobie nowego pałkarza. Żadnych zmian personalnych ani żadnych kłótni. Jasne? A ty, Ron, nos do góry. Nie siej defetyzmu.
- Jasne.
Harry jeszcze raz poklepał przyjaciela po ramieniu.
- Rozwalimy ich.


--------------------
Mój nowy fic

One in Fire Two in Blood
Three in Storm Four in Flood
Five in Anger Six in Hate
Seven Fear Evil Eight
Nine in Sorrow Ten in Pain
Eleven Death Twelve Life Again
Thirteen Steps to the Dark Man’s Door
Won’t be turning back no more
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Ailith
post 18.09.2006 14:24
Post #41 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 77
Dołączył: 01.08.2006

Płeć: Kobieta



Szczerze? Trochę mnie rozczarowałeś. Zacząłeś taki ciekawy wątek z Voldemortem... a tu nagle... cisza. Ja rozumiem, że później, że musi być trochę wtrąceń ze związku HP/HG, ale jednak trochę mi brakuje tej ciemniejszej strony... Cóż... w ostatnim poście... niewiele się dzieje... mam nadzieję, że na następny raz będzie ciekawiej.
Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej.
Pozdrawiam i weny życzę... smile.gif


--------------------
"Experience is the name everyone gives to their mistakes."

"A friend is someone who will bail you out of jail, but your best friend is the one sitting next to you saying "that was f***ing awesome" (- J-Dub)

"Stand up for what you believe in, even if it means standing alone."
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Hito
post 25.09.2006 12:31
Post #42 

Magik


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 751
Dołączył: 11.10.2005
Skąd: Częstochowa/Wrocław

Płeć: Mężczyzna



,,Rozwalimy ich’’.
Jak to optymistycznie zabrzmiało. Pozytywnie.
Harry gorączkowo rozglądał się za złotym zniczem, który był na chwilę obecną jedyną szansą na zwycięstwo. Jeśli szybko się nie pojawi...
Nie zazdrościł Katie. Gdyby on był kapitanem, zdzieliłby McLaggena po gębie już dawno. A na resztę drużyny szkarłatnych lwów nawrzeszczał, ile sił w płucach.
Ron najwyraźniej nie wziął sobie ich rad do serca, i grał zgodnie z zasadą loterii. Istniało pięćdziesiąt procent szansy, że złapie kafla, i takie same pięćdziesiąt, że go zatrzyma – głową. Stres wywołany wagę meczu ze Slytherinem mu nie służył. Publiczność w zielono-srebrnych barwach nie pomagała, śpiewając, a raczej wyjąc, ich zeszłoroczny hymn.
Reszta drużyny, oprócz Cormaca, który idealnie irytował drużynę tym, że strofował wszystkich, rządził się i przy okazji grał najlepiej, sprawowała się co najwyżej średnio. Harry był trochę rozczarowany Ginny, spodziewał się, że akurat ona będzie świetnie latać. Zgadza się, zdobyła kilka goli, ale nie wyróżniała się niczym szczególnym.
Właściwie, nic dziwnego, profesjonalnie zaczęła grać w quidditcha dopiero niedawno.
Pogoda także nie rozpieszczała Gryffindoru. Harry bał się, że zamarznie na swojej miotle. Padający śnieg i wiejący zimowy wiatr tworzyły zabójczą mieszankę. W takich chwilach chłopak mógł się zgodzić z Ronem, że gra w ostatnim stadium jesieni to głupota.
Wicher kompletnie zatkał mu uszy. Harry nie słyszał nawet komentatora. Okrzyki kibiców ginęły gdzieś pośród płatków śniegu, próbujących pogrzebać go żywcem w powietrzu. Palce tylko cudem nie przymarzły mu do miotły.
Jedna rzecz go motywowała i rozgrzewała od środka. Ukryta gdzieś pośród wirującego białego puchu burza krzaczastych włosów, okalająca opatuloną czerwono-złotym szalikiem twarz z dopingującym uśmiechem na ustach.
- Merlinie. Potter, nie przestajesz mnie rozczarowywać.
Niestety, bycie szukającym w razie braku znicza na boisku oznaczało przykrą konieczność dzielenia przestrzeni z szukającym drużyny przeciwnej.
- Wiedziałem, że zawsze było z tobą źle – zakpił Draco. – Ale żeby aż tak?
Harry postanowił go zignorować.
- Twoi straszliwie szlachetni rodzice byli czystej krwi, a ty jak im się odpłacasz? Klejeniem się do tej brudnej szlamy? Żałosne.
- Zamknij mordę, Malfoy!
Draco mocniej ścisnął swoją Błyskawicę. Jego szyderstwa wychodziły raczej z głowy, niż z serca. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, Potter czasami go przerażał. Normalnie od razu humor by mu się poprawił od rzucenia kilku obelg w stronę sławetnego Wybrańca, ale czasami – na przykład teraz – Draco nie czuł się pewnie, patrząc mu w twarz, wykrzywioną gniewem i chyba nawet czymś więcej.
- Niżej już nie można upaść. Kąpiesz się chociaż odpowiednio często?
- Jeszcze jedno słowo, Malfoy – warknął Harry – a zrzucę cię z...
Draco zmienił chwyt na trzonku miotły. Nagle jego Błyskawica skoczyła do przodu i przemknęła centymetry od Pottera.
Na krótką jak mgnienie oka chwilę Harry poczuł się jak skończony dureń. Dał się podebrać na tak rażąco oczywistą prowokację. Znicz.
Harry po sekundzie obrócił się w locie i także śmignął do przodu. Starał się dostrzec wśród padającego śniegu małą, złotą kulkę ze skrzydełkami.
Nie udało mu się jej wypatrzyć, ale przynajmniej Malfoy był większym i łatwiejszym celem. Harry nie wahał się i obrał taki sam kierunek, jak on. Cały czas zdawał sobie sprawę, że jeśli blondyn złapie znicz, to Gryffindor przegra przerażającą różnicą punktów. Zbliżenie się do Malfoya nie będzie proste, gdyż oboje posiadali takie same miotły.
Harry uśmiechnął się pod nosem. Tak, ale Malfoy nie miał jego talentu i zrozumienia wspaniałego sportu, jakim był quidditch. Trzeba znać jego ducha, by móc wygrywać.
No, czasami odwaga graniczącą z głupotą także była nie od rzeczy.
Znicz nagle zaczął pikować w dół. Draco momentalnie poszybował za nim, Harry za Malfoyem. Młodzieńcy szybko zorientowali się, że zbliżają się do obszaru boiska, gdzie właśnie koncentrowała się gra.
Oczywiście, była to strefa przy bramce Gryffindoru. Harry prawie westchnął.
Draco nie zmienił toru lotu. W takim razie on też go nie zmieni.
Wbijali się prosto w płaszczyznę zmagań dwóch drużyn. Ron, zamiast zwracać uwagę na grę, obserwował ich ze zbolałym wyrazem twarzy. Ginny krzyknęła, gdy Draco niemal staranował ją z całym impetem. Zawodnicy Slytherinu przezornie rozpierzchli się na wszystkie strony.
Aczkolwiek Cormac McLaggen postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję i uratować ,,wybitnego” obrońcę Weasleya. Kafel mknął ku niemu, zatem Cormac bez niepotrzebnych wątpliwości zamierzył się i uderzył kulę z całej siły.
Harry kątem oka zauważył jego działanie.
Jedno uderzenie serca później uświadomił sobie, że odbity kafel uderzy go prosto w głowę, a on nic na to nie poradzi.
Może jedynie starać się ratować okulary.

Wszechświat go bolał.
Harry z odpowiednim namaszczeniem otwierał oczy, żeby przypadkiem głowa nie rozpadła mu się na kawałki. Madam Pomfrey będzie mogła być nazwana cudotwórczynią, jeśli uda jej się usunąć wszelkie efekty jego spotkania z kaflem.
Właśnie, McLaggen. Harry obiecał sobie w duchu, że poprosi Katie o wyrzucenie go z drużyny na zbity pysk. Kretyn. To już Crabbe i Goyle mieli lepszego cela.
Wszystko było zamazane. No, tak; nie miał na sobie okularów.
Co nie przeszkadzało mu czuć ciepła na swojej prawej dłoni, trzymanej w delikatnym uścisku. Nie potrzebował widzieć wyraźnie, by poprawnie zgadnąć, kto siedzi na krześle przy jego łóżku.
- W końcu się obudziłeś. Zaczynałam się martwić.
- Zupełnie niepotrzebnie – rzekł Harry, lewą ręką szukając okularów. – Już się przyzwyczaiłem do wypadków i urazów spowodowanych quidditchem.
- Quidditch jest zbyt niebezpieczny.
- Jest wspaniały, Hermiono. Wierz mi.
Harry znalazł to, czego szukał; włożył szkła na nos i usiadł prosto, opierając plecy na poduszce.
Udało mu się to dopiero za drugim podejściem, gdy już młot bólu zmniejszył częstotliwość uderzeń w jego czaszkę. Wolał nawet nie dotykać głowy, pewnie guza miał nielichego.
- Mam nadzieję, że pani Pomfrey da mi coś na znieczulenie – stęknął chłopak. Nie przypominał sobie, żeby złamana ręka przyprawiała go o podobne cierpienia. Miał nadzieję, że po kilku magicznych lekach będzie w stanie powrócić do normalnego funkcjonowania.
- Powiedziała, że zaraz przyjdzie. Nie wiedziała, kiedy się obudzisz.
Harry kiwnął głową. Ostrożnie.
- Przegraliśmy?
- Dwieście trzydzieści do pięćdziesięciu. Malfoy złapał znicz.
Harry przymknął oczy. Co za porażka. Gdyby jemu udało się złapać tę przeklętą kulkę, wygraliby.
- Katie jest wściekła?
- Oczywiście, ale nie na ciebie. To znaczy, na ciebie także, ale nie za przegraną, tylko za niepotrzebną brawurę. Malfoy ma szczęście, że wyszedł z tego bez szwanku.
- Głupi ma zawsze szczęście. – Harry spróbował uśmiechnąć się szeroko. Średnio mu to wyszło. – Cóż... trudno. Jeszcze mamy szansę na puchar.
- Nie, jeśli drużyna dalej będzie taka zgrana, a Ron taki nerwowy.
- Ron to jeden problem. – Harry westchnął. Ostrożnie. – A McLaggen, ten tępak, to drugi. Naprawdę nie zazdroszczę Katie. Ma ciężki orzech do zgryzienia.
Hermiona nie odpowiedziała. Harry spojrzał na nią z pewnym zaskoczeniem. Wyglądała na nieobecną. Od początku ich rozmowy mówiła krótkimi zdaniami o charakterze raczej informacyjnym. Ton głosu nie zdradzał wielkich emocji.
Dziwne. Zazwyczaj w takich sytuacjach to ona była pierwsza do uzewnętrzniania uczuć. Już miał się zapytać, czy coś się stało, kiedy przeszkodził mu dźwięk otwieranych drzwi.
- Dobrze, że już doszedłeś do siebie – mruknęła kapitan Bell, wciąż w pełnym rynsztunku. – Bałam się, że ten kafel oderwie ci głowę.
- Jest na swoim miejscu, wydaje mi się.
- Bardzo śmieszne. – Katie spojrzała na niego z ukosa. – Czy to jakaś nowa taktyka? Bezmyślnie lecieć za zniczem, na nic nie zwracając uwagi? Harry, uważaj na siebie. Wolę już przegrać, niż mieć cię na sumieniu. Gdybyś w ostatniej chwili lekko się nie odchylił...
Dziewczyna zawiesiła głos. Chłopak uśmiechnął się niewyraźnie. Wolał nie rozważać alternatywy. Wystarczająco go głowa bolała.
- Przepraszam.
- Mnie nie przepraszaj. – Katie rzuciła okiem na Hermionę. Pamiętała jej reakcję, gdy zobaczyła spadającego z miotły Harry’ego. Młodsza koleżanka przeraziła się wtedy nie na żarty. Aż dziw, że teraz była taka spokojna. – Po prostu uważaj na siebie następnym razem.
- W porządku. Jak się miewa Ron?
Katie wzruszyła ramionami.
- Gdy go ostatni raz widziałam, mamrotał coś do siebie o samobójstwie.
- Myśli, że jedna Avada zwolni go z treningów. – Harry pokręcił głową, jednocześnie rozbawiony i współczujący przyjacielowi. – Hermiono, mogłabyś jakoś pocieszyć Rona? Ja chyba za szybko stąd nie wyjdę, a on gotów jeszcze zrobić coś głupiego, odejść z drużyny albo co.
- Mogę spróbować, ale nie jestem pewna, czy to poskutkuje.
Harry musiał przyznać, że biorąc pod uwagę komunikację tej dwójki, istnieje duże prawdopodobieństwo, że Ron gotów będzie wziąć słowa otuchy swojej przyjaciółki za brak wiary w jego umiejętności, użalanie się nad nim czy coś jeszcze gorszego.
Jeśli nakrzyczy na Hermionę lub ją obrazi, dostanie po łbie.
- Cóż, prawda, ale spróbuj i tak. Może posłucha głosu rozsądku.
- W porządku, zostawiam was – oznajmiła Katie, trzymając swoją miotłę za głową i przestępując z nogi na nogę. – Muszę się przebrać i już zacząć układać mowę mobilizacyjną na następne zebranie drużyny. Ech. Do zobaczenia w pokoju wspólnym, Harry.
Kapitan Bell kiwnęła głową Hermionie i opuściła skrzydło szpitalne.
Harry zaczął w myślach szukać tematu do rozmowy, ale Hermiona ucięła jego wysiłki, wstając z krzesła.
Nie wyszła jednak z ambulatorium od razu. Najpierw nachyliła się nad Harrym.
!?! Mmmm.
Chłopak siedział wyprostowany jeszcze dobrych kilkanaście sekund. Głowa, chyba dzięki energii przekazanej przez usta Hermiony, bolała go znacznie mniej.
Porównywał pierwszy pocałunek z Cho i Hermioną. Obydwie dziewczyny wzięły go z zaskoczenia. Cho płakała, Hermiona nie, choć nie wyglądała najlepiej. Ten drugi całus był krótszy, mimo to satysfakcjonujący. Smakował jak...
- Przepraszam, że musiał pan na mnie czekać, panie Potter – odezwała się pani Pomfrey, podchodząc do jego łóżka. – Sprawa nie cierpiąca zwłoki. Skoro został pan sam... Proszę.
Harry przyjął szklankę wypełnioną bladoniebieskim płynem z wdzięcznością, ale i pewną dozą rezerwy. Pamiętał, że lekarstwa serwowane przez hogwarcką uzdrowicielkę były skuteczne, ale niekoniecznie lubiły się z kubkami smakowymi.
- To na znieczulenie? – zapytał z nadzieją.
- Zaśnie pan – krótko wyjaśniła pani Pomfrey. – Gdy się pan obudzi, będzie pan mógł udać się do swoich obowiązków. Miłych snów – dodała na odchodnym kobieta z uśmiechem.
Harry przyjrzał się medykamentowi z nieufnością, ale, jako że nie miał wielkiego wyboru, postanowił go wypić jednym haustem i mieć to z głowy.
W momencie, kiedy podnosił szklankę do ust, do pomieszczenia wsunął się wysoki chłopak. Na jego widok palce Harry’ego zesztywniały, niemal roztrzaskując szklankę.
- Ładny lot – pochwalił go Cormac, szczerząc zęby. Na ułamek sekundy; natychmiast zdecydował przejść do sedna, ponieważ ofiara jego błyskotliwego odbicia przyglądała mu się z jawną wrogością. – Wpadłem cię przeprosić. To nie było specjalnie, Harry.
- Domyśliłem się.
- Hej, i po co te nerwy? Nie zauważyłem cię. Wykonywałem tylko niewdzięczną robotę pałkarza. Chciałem podać kafel do naszych ścigających, by mogli płynnym atakiem zdobyć gola. Gdybym był obrońcą, nic takiego by...
- Ron jest obrońcą – przerwał mu Harry głosem zimnym jak pogoda za oknem. – Ty, jeśli się nie mylę, jesteś pałkarzem. Masz bronić naszych zawodników przed tłuczkami. To wszystko, McLaggen.
- Ten kafel musiał walnąć cię w głowę mocniej, niż przypuszczałem – wycedził Cormac, mrużąc oczy. – Nie moja wina, że sam muszę odwalać robotę za pół drużyny, i że nasi ścigający nie potrafiliby złapać smoka za ogon.
Harry chciał się roześmiać, ale przezornie tego nie zrobił. Czuł, że młot na nowo podejmuje pracę, a szafirowa ciecz kusi bardziej niż poprzednio.
- Wiesz co, McLaggen? Idź stąd. A zanim wyjdziesz, wiedz, że nie omieszkam porozmawiać na twój temat z Katie.
Teraz twarz Cormaca zaczęła zdradzać jawną wrogość.
- Oho! Myślisz, że jak jesteś Wybrańcem, wielkim bohaterem, to możesz...
- Co pan wyprawia, panie McLaggen? – Pani Pomfrey, wyraźnie oburzona, nagle zmaterializowała się w ambulatorium. – Zakłóca pan spokój mojego pacjenta! Proszę stąd wyjść, i to już.
Cormac bez słowa przeprosin opuścił skrzydło szpitalne.
I dobrze, uznał Harry. Jeszcze trochę, a wstałbym i przyłożył mu.
- A pan na co czeka, panie Potter? Na zachętę? A może już nic pana nie boli?
Harry zmełł w ustach nieprzyzwoitą uwagę i posłusznie wypił zawartość szklanki, starając się przy tym nie krzywić. Opadł na poduszkę, jęknął i zamknął oczy. Już po krótkiej jak tyknięcie zegara chwili poczuł, że jego zmysły rozpływają się w przyjemnej zupie odrętwienia. Język przestał palić, a głowa stała się lekka jak piórko.
Zanim zasnął, przypomniał sobie dotyk ust Hermiony.


--------------------
Mój nowy fic

One in Fire Two in Blood
Three in Storm Four in Flood
Five in Anger Six in Hate
Seven Fear Evil Eight
Nine in Sorrow Ten in Pain
Eleven Death Twelve Life Again
Thirteen Steps to the Dark Man’s Door
Won’t be turning back no more
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Rosssa
post 29.09.2006 00:57
Post #43 

Uczeń Hogwartu


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 205
Dołączył: 25.09.2006
Skąd: City centre

Płeć: Kobieta



Duży plus za zupełnie nowy temat opowiadania. Harry współpracujący z Voldemortem? Tego jeszcze nie było smile.gif Zachowanie Harry'ego tak mnie zaintrygowało, że nie wiem w sumie co myśleć. Gdy jest u Czarnego Pana zachowuje się jak prawdziwy śmierciożerca, a w Hogwarcie jak niby nigdy nic. Jednak to nie jest ten sam Harry. Coś w tym musi być...
Większych błędów nie zauważyłam, chyba tylko jedną literówkę.
A to co najbardziej mnie zszokowało:
QUOTE(Hito @ 08.09.2006 18:41)
- Nie kpij ze mnie i z siebie, Lordzie. Zwykli mugole? Nie, szykuję coś lepszego, coś, co na pewno cię przekona.
Voldemort miał ochotę odpowiedzieć, że jak dla niego masakra kilkudziesięciu ludzi to wystarczający dowód, ale powstrzymał się.
*


Harry brutalną bestią? blink.gif Voldemort bardziej ludzki od Harry'ego? blink.gif Takie odniosłam wrażenie blush.gif
Aha i jeszcze jedno. Voldemort i przepych w pałacu? Trochę mi to nie pasuje.
Generalnie bardzo dobry fick. Czekam na kolejną część smile.gif nutella.gif dla Ciebie smile.gif

Ten post był edytowany przez Rosssa: 29.09.2006 00:59


--------------------
Love - devotion
Feeling - emotion

Don't be afraid to be weak
Don't be too proud to be strong
Just look into your heart my friend
That will be the return to yourself
The return to innocence.

If you want, then start to laugh
If you must, then start to cry
Be yourself don't hide
Just believe in destiny.

Don't care what people say
Just follow your own way
Don't give up and use the chance
To return to innocence.
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Dziubdziub
post 01.10.2006 11:41
Post #44 

Mugol


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 1
Dołączył: 22.06.2006




Ej sorry, ale to opowiadanie jest jakieś takie bez ładu i składu. Tzn. ja myślałam, że Harry po porażce z Malfoyem weźmie się za siebie, jakaś determinacja czy coś, a tu cały czas myśli o pocałunku. Żałosne. I czemu cały czas ktoś go zaskakuje? Nie podoba mi się to. Wychodzi na to, że Potter jest słabeuszem. Masz jednego plusa za pomysł i drugi za styl pisania. Łatwy, dobrze się czyta. To wszystko. Narazie. Aga
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Hito
post 07.10.2006 14:29
Post #45 

Magik


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 751
Dołączył: 11.10.2005
Skąd: Częstochowa/Wrocław

Płeć: Mężczyzna



Jak widać, rozpoczęcie roku akademickiego i skandaliczny brak Internetu w akademiku, w którym przyszło mi mieszkać, nie pozwolił mi na wklejenie kolejnego fragmentu w odpowiednim czasie.
Teraz nadrabiam zaległość, niestety jednak nie mogę zagwarantować, iż następna część pojawi się za kilka dni. Nie wiem. Poza tym, fic trochę mi się sypia, ale o tym już wspomnę po jego ukończeniu, w ostatnim komentarzu.
Póki co, na pokrzepienie serc - aktualny part jest nieco dłuższy od poprzednich.

====================================================================
Hermiona rysowała patykiem na piasku.
Powoli kreśliła linie, żłobiła wzory składające się w harmonijną całość.
Starała się nie myśleć.
- Nie mogę, po prostu nie mogę – paplał dalej Ron. – Harry, widziałeś ją? To ciało, te srebrzyste włosy, to spojrzenie... To już nie wila, to ideał!
- Nie ma ideałów, Ron – odezwał się Harry ze swojego miejsca na ręczniku.
- Co? Co? Nie ma? Jak możesz tak mówić? A... Fleur? – Ron wymówił to imię z niesamowitym wręcz namaszczeniem. – Przeklęty Bill, przeklęty szczęściarz, zabierze ją tylko dla siebie, będzie ją miał, jej ciało, egoista...
Rudzielec nie przestawał mówić. Robił to, gdyż nie miał wyboru. Gdyby zamilkł, nie wytrzymałby, wstał i podszedł do Francuzki, co skończyłoby się kompromitacją nie tylko w jej oczach, ale i w oczach idealnego brata Billa.
Zatem Ron mówił, chociaż wiedział, że robi z siebie idiotę, szczególnie, że Hermiona siedziała zaraz obok niego. Ale nie miał wyboru, póki Fleur nie opuści plaży, jego mózg nie potrafił normalnie funkcjonować.
- ... Gdyby tylko raz na mnie spojrzała, jeden dotyk, jeden posmak, jeden...
- Przestań już – mruknął Harry, zmęczony słowotokiem przyjaciela. – Jest zajęta przez Billa. Nie będzie żadnego posmaku. W ogóle o czym ty marzysz?
- Drań, drań z niego, wszyscy moi bracia tacy są, najlepsze dla nich... – Ron urwał na chwilkę. Jakieś inne myśli zaczęły pojawiać się w jego umyśle. To oznaczało, że najprawdopodobniej Fleur wymknęła się z Billem, zostawiając resztę na plaży. Jeszcze parę chwil, a urok przestanie działać. Mimo to, nie rozglądał się. Jeszcze by ją zobaczył. – Jak, jak ty w ogóle możesz być taki spokojny? Normalny? Dlaczego ona na ciebie nie działa?
- Nie wiem. – Harry wzruszył ramionami ze swojej horyzontalnej pozycji. – Pewnie, Fleur jest ładna, ale nie przesadzajmy, nie jest ideałem. Nie wpływa na mnie krew ze strony jej babci. Nie wiem, czemu.
- To niemożliwe, nie wierzę. Jak niby...
- Zamknij się, Ron.
Chłopak odwrócił się jak użądlony w kierunku Hermiony. Harry zerknął na nią przez zaciemnione okulary. Odezwała się właściwie pierwszy raz od momentu, gdy rozłożyli się na plaży.
- Co? Wiem, że...
- Harry posiada wyjątkowe zdolności obronne. Jako jedyny był w stanie oprzeć się Imperiusowi rzuconemu przez Croucha. Magia bazująca na wnikaniu w umysł, dezorientacji czy wszelako pojętej ingerencji w proces myślowy czy wolną wolę nie mają na niego wielkiego wpływu. Naturalna, wrodzona zdolność właściwa tylko jemu, lub nabyta w wieku dziecięcym.
Harry spojrzał na Hermionę bardziej uważnie. Wszystko to powiedziała dość monotonnym głosem, nie patrząc na nich; cały czas rysowała patykiem w piasku. Ciekawe, czy te asymetryczne wzory były jakimiś konkretnymi runami, czy też może tylko chaotyczną twórczością.
Swoją drogą, jej teoria na temat jego odporności na magię umysłu miała wiele sensu. Fleur po prostu na niego nie działała, a faktycznie, Imperiusa fałszywego Moody’ego nikt inny nie zrzucił. Tylko on.
Ty draniu i morderco, być może chociaż na to się przydałeś, pomyślał.
- Oczywiście, no tak, tylko Harry jest na tyle dobry, by mieć specjalną więź z...
- Hermiona ma rację, Ron, zamknij się już. – Potter usiadł i rozejrzał się po plaży. – Nigdzie nie widzę Fleur. Pewnie Bill się nią zajmuje. Możesz już wrócić do rzeczywistości.
Rudzielec wydał jakiś nieartykułowany odgłos i zaczął pocierać kciukami oczy. Harry spojrzał na niego.
- Wiesz co, Hermiono? Powinniśmy mu znaleźć jakąś fajną dziewczynę. Może wtedy zachowywałby się normalnie.
Patyk na chwilę przerwał swoje dzieło. Na chwilę.
- Nie jestem przekonana, czy to by pomogło. Ron to beznadziejny przypadek.
Harry nie był pewien, czy ta uwaga miała być dowcipna. Przeniósł wzrok na ciemnoniebieskie morze, na błękitne niebo, na złoty piasek i bawiących się dookoła ludzi. Potem na swoją przyjaciółkę.
- Hermiono, co się z tobą dzieje? Jesteśmy na wakacjach, a ty nie wyglądasz na szczęśliwą.
- Nic.
- Daj spokój.
- Może brakuje jej książek? – podsunął dziewczęcy głos.
Harry od razu go rozpoznał. Ginny. Odwrócił się ku niej i poprawił okulary na nosie.
Ho. Niektóre nastolatki szybko dojrzewają w tych czasach.
Może to dlatego Hermiona była taka pochmurna. Fleur, Tonks, i jeszcze Ginny.
Rudowłosa dziewczyna, ubrana w dwuczęściowy kostium kąpielowy, nie doczekała się odpowiedzi od Hermiony, więc spojrzała na brata.
- A temu co jest?
- Stara się zmusić mózg do pracy. No wiesz, Fleur.
Niesamowite. Wystarczyło jedno słowo, by wyraz twarzy Ginny zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni.
- Delacour! Ta francuska flegma doprowadza mnie do szału!
- Flegma? – powtórzył kompletnie zbity z tropu Harry.
- Jak się wdzięczy przed każdym facetem! Obrzydliwość! Myślałam, że Bill jest mądrzejszy, że nie zakocha się w takiej... takiej...
Harry westchnął w duchu. Chyba obecność Fleur na tych wakacjach była błędem.
Hermiona nigdy by tego tak nie nazwała. Przynajmniej teraz. Dobrze odwracała uwagę.
Złamała patyk w rękach.
Dość.

- Remus czasami zachowuje się jak głuptas.
Tonks mruknęła niezobowiązująco.
- Wiesz, kochanie – odezwał się Artur. – Chyba go rozumiem.
- Uważasz, że zamykanie się w hotelu to mądre postępowanie z jego strony?
- Mądre? Może i nie, Molly. Ale nie można go winić... Pewnie czułby się na plaży wśród ludzi co najmniej nieswojo.
Tonks wpatrywała się w horyzont z zaciętą miną. Nie czuła się najlepiej.
Jej kuzyn, Syriusz, nie żył od kilku miesięcy, a dokładniej, został zamordowany przez jej kuzynkę – nie ma to jak rodzina. Nimfadora nie rozpaczała za nim za bardzo – widziała go właściwie kilka razy w życiu, a przez długi okres czasu była święcie przekonana, że jest mordercą i poplecznikiem Voldemorta.
Jej uczucia skierowane do innego mężczyzny zaczynały wyprowadzać ją z równowagi. Jak tak dalej pójdzie, straci swoje wrodzone moce.
- Uważam, że trochę słońca i rozrywki na świeżym powietrzu by mu nie zaszkodziło.
- Pewnie i nie – zgodził się Artur, choć nie postawiłby na to rodzinnego majątku; bądź co bądź, Remus był wilkołakiem. – Ale wiesz, przyzwyczajenie drugą... O, cześć, dzieciaki!
Artur i Molly zauważyli, że do ich miejsca leżakowania zbliżają się ich dzieci, Harry i Hermiona.
- Skąd takie smętne miny? – spytała Molly, patrząc po twarzach młodzieży.
Pan Weasley mógłby się założyć, co, a raczej kto, był powodem udręki jego najmłodszego syna. Nadąsanie na twarzy córki najprawdopodobniej miało takie samo źródło.
Cóż. Wile miały właściwie w genach zdolność do wzbudzania pożądania u mężczyzn i zazdrości u kobiet. Być może nawet nad nią nie panowały. Fleur była tylko po części wilą, ale ten fakt w niczym jej czaru nie umniejszał. Przyszła synowa Artura ubrana szczelnie pod szyję wzbudzała powszechny zachwyt wśród płci brzydszej, zatem w kostiumie kąpielowym efekt jej urody był wielokrotnie spotęgowany.
Gdyby Fleur rozebrała się całkowicie... Pan Weasley błyskawicznie odrzucił tę myśl. Nawet on nie czuł się na tyle mocny, by się nad tym rozwodzić.
Zauważył, że Harry spogląda co chwilę na Hermionę, która nie wyglądała na rozgniewaną czy zirytowaną. Prędzej zamyśloną. Smutną?
Nagle Tonks wstała. Zamierzała zaproponować jakąś aktywność, pływanie, piłkę plażową, cokolwiek, by mogła porzucić ponure myśli i przestać siedzieć na tym przeklętym ręczniku. Jednak Harry, widząc jej ruch, zapytał ją pierwszy:
- Gdzie jest Lupin?
Merlinie, czy wszyscy faceci muszą być takimi idiotami?
- Siedzi w hotelu – Nimfadora wycedziła przez zęby. – Woli użalać się nad sobą niż spędzać czas w moim... w naszym towarzystwie. Pewnie stoi w oknie i szuka... – Tonks prychnęła. Nie patrząc na nikogo, pomaszerowała w kierunku wody.
Harry westchnął ciężko, tym razem na głos. Naprawdę te wakacje zaczynały go męczyć, a nie taki miał być ich zamierzony rezultat. On i jego świetne pomysły...
- Może ktoś oprócz Tonks ma ochotę popływać? Wiecie, jesteśmy nad morzem.

Piasek chrzęścił mu w sandałach.
Harry krzywił się co dwa kroki, jednak nie chciało mu się podjąć żadnych działań, by to zmienić.
Może powodem była temperatura.
- Rozpuszczam się.
- Ron, czego lamentujesz? Przecież byłeś w Egipcie. Tam na pewno było goręcej.
- Nigdy w życiu. Na pewno nie aż tak.
- Wydaje ci się. Gdybyś teraz znalazł się w Egipcie, zmieniłbyś zdanie.
Ron spojrzał z niechęcią na Hermionę, idącą obok Harry’ego. Wiedział, że pewnie to ona ma rację, ale nigdy w życiu by tego nie przyznał, również przed samym sobą.
- Nie spodziewałem się takiego upału na Lazurowym Wybrzeżu – mruknął Harry. – Nie jesteśmy w Afryce, do licha.
Trójka przyjaciół wędrowała deptakiem usytuowanym blisko plaży, na której niedawno się opalali. Harry zaczynał dochodzić do wniosku, że ubranie się w podkoszulki i krótkie spodenki nie należało do najszczęśliwszych rozwiązań. Gdyby chociaż w pobliżu był jakiś cień... Wszystkie drzewa ustawiły się tak, by pozostawić promenadę na pastwę zabójczych promieni słonecznych.
- Wiesz co, Harry – przemówił Ron, rozglądając się na boki. – Naprawdę, nie myślałem, że jesteś aż tak nadziany. Skąd twoi rodzice wzięli tyle kasy?
- Nie mam pojęcia. – Potter wzruszył ramionami, żałując w głębi ducha, że istotnie tego nie wie. Tak mało wiedział o swojej matce i ojcu. Jak zdobyli tę fortunę? – A ja nie myślałem, że uda mi się was przekonać do wyjazdu.
- Bardzo ci na tym zależało. Miałem wrażenie, że udusisz mamę, jeśli się nie zgodzi pożyczyć od ciebie pieniędzy na wyjazd.
Harry stanął w pół kroku.
- Ron, mówiłem ci już, że nie chcę żadnych...
Rudzielec także się zatrzymał. Spojrzał na przyjaciela.
Wystarczyło. Potter już wiedział, że wygranie z rodziną Weasleyów w kwestiach finansowych było rzeczą właściwie niemożliwą, nakłonienie jej do potraktowania tych pieniędzy jako bezzwrotnego podziękowania za opiekę było syzyfową pracą.
Duma czasem szkodzi.
Harry kątem oka zauważył, że Hermiona mu się przygląda. Akurat ona nie mogła mieć wątpliwości co do jego motywacji stojącej za wyjazdem. Mimo to, nie próbowała z nim rozmawiać o Syriuszu; być może czekała, aż inicjatywa wyjdzie z jego strony. Nie robiła mu także wymówek na temat ucieczek od problemów.
Bo on musiał uciec. Gdzieś dalej niż Nora. W lipcu Syriusz co dzień i co noc stał mu przed oczami. Azkaban, Łapa, wspólne chwile w Grimmuald Place 12, jego śmierć. Głos, wygląd, zachowanie. Serce.
Harry miał dość życia już po paru dniach spędzonych u Dursleyów. Gdy tylko przyszła pora na wizytę w Norze, wpadł na pomysł wakacji. Po co jego pieniądze miały pędzić swój żywot w zamkniętej celi bankowej? Chciał wyjechać, gdzieś daleko, ze swoimi przyjaciółmi i drugą rodziną, by zapomnieć, choć na chwilę, o przytłaczającej rzeczywistości. W końcu przekonał do tego pomysłu Molly, Artura i członków Zakonu. Fleur zaproponowała wspaniałą i słoneczną Francję. Zatem pojechali, by cieszyć się życiem.
Średnio to wszystko wyszło, pomyślał Harry.
Deptak przechodził w okrągły plac, środek którego zajmował trawnik z rosnącymi na nim tu i ówdzie kolorowymi kwiatami. Po placu spacerowali ludzie rozmawiający głównie po francusku, toteż Harry szybko przestał zwracać na nich uwagę.
- Mam świetny pomysł – odezwał się Ron, wachlując się ręką.
- Niech zgadnę. Wracamy do hotelu.
- Jak zawsze domyślna Hermiona. W lewo, prawda?
Harry rozglądał się, zastanawiając się jednocześnie, czy powrót w klimatyzowane mury hotelu nie byłby taki od rzeczy. Wulkaniczny wręcz upał skutecznie zniechęcał go do dalszej przechadzki.
No i ... Może zapyta Lupina o majątek swoich rodziców. Może Remus będzie wiedział, w jaki sposób go zdobyli.
Potter na krótką chwilę zatrzymał swój wzrok na mężczyźnie, który siedział na jednej z ławek okalających plac i karmił czarne ptaki. Na czas równy uderzeniu serca Harry’emu wydawało się, że czarnowłosy mężczyzna patrzy wprost na niego i uśmiecha się lekko. Wrażenie zniknęło nawet szybciej, niż się pojawiło. Niebieskie oczy młodego jeszcze człowieka obserwowały ptaki kłębiące się u jego nóg.
Harry mrugnął. Dziwne. Chociaż nie – w takim gorącu to i fatamorgany byłyby zrozumiałe.
Odwracając się w kierunku przyjaciół, zdołał dostrzec jeszcze młodą, urodziwą kobietę o czarnych włosach. Ona nie kryła się ze swoim spojrzeniem. Uśmiechnęła się do niego.
Czyżby już we Francji wiadomo było, jak bardzo zmieniło się stanowisko Ministerstwa w stosunku do jego osoby? Czy też to zwykły przypadek, i po prostu spodobał się tej dziewczynie?
- Idziesz, Harry, czy będziesz mnie nosił na barana, jak zemdleję?
- Sam jesteś baran. – Hermiona także była gotowa do odejścia. Widać jej bujne włosy nie chronią jej przed słońcem, uznał Harry. – Już idę.

Słońce kładło się spać.
Zachody słońca nad morzem były warte zapamiętania. Ładne. Pozytywnie działające na stan ducha.
Takie widoki potrafiły przekonać do słuszności nadmorskich wakacji. Zmierzch w każdym innym miejscu wyglądał gorzej.
Cichy szum morza oraz ciepły piasek pod bosymi stopami również działały kojąco nad umysł. Delikatna bryza rozwiewała chaotyczną szopę kruczoczarnych, jak i burzę krzaczastych, brązowych włosów.
- Piękny widok.
Harry i Hermiona stali zaledwie kilka kroków od linii, na której fala przypływu traciły swoją siłę i nie pięły się dalej. Woda morska zdawała się krwawić, zraniona przez promienie czerwonego słońca.
- Cieszę się, że ci się podoba.
Dziewczyna odetchnęła głęboko. Nie odpowiedziała jednak.
- Do tej pory nie wyglądałaś na zbyt... zadowoloną.
- Przepraszam, że psuję ci wakacje.
- Nie o to chodzi. – Harry złączył dłonie i zaczął studiować swoje palce. Ton głosu Hermiony, nie wiedzieć czemu, dziwnie na niego działał. – Martwi cię coś? Nie czujesz się dobrze?
Jego najlepsza przyjaciółka znowu nie spieszyła się z odpowiedzią.
- Jak myślisz, jak to wszystko się skończy?
- To wszystko?
- Wojna. I my.
My? Czyli... cała grupa będąca na wakacjach?
- Nie wiem, Hermiono. Mogę ci obiecać jedno. Że zrobię co w mojej mocy, by oczyścić świat z Voldemorta i jego popleczników – oznajmił stanowczo Harry. To postanowienie wypływało wprost z jego serca.
Hermiona podeszła bliżej do morza. Przyjemna w dotyku woda omyła jej stopy, zanim, jak zawsze, powróciła w objęcia czerwono-niebieskiej toni.
- Zrobisz wszystko, by go zabić, prawda?
- Tak – odparł jeszcze bardziej stanowczo Harry, mając przed oczami wizerunek ojca chrzestnego.
Hermiona milczała, patrząc w horyzont, stojąc nieruchomo. Tylko jej włosy poddały się wiatrowi.
- Nie chcesz, żeby Voldemort zginął? – Pytanie było niedorzeczne, ale Harry nie miał już żadnej gwarancji, że wie, co jego przyjaciółka stara się powiedzieć.
- Nie chcę, żeby ludzie cierpieli i umierali.
- Voldemort musi zginąć, by tak było.
- Musi zginąć – powtórzyła Hermiona. – Musi, oczywiście. Harry?
- Tak?
- Co mówiła przepowiednia?
Chłopak zacisnął zęby, czując rozlewające się w ciele zimno i ściśnięty żołądek. Planował o tej trapiącej go kwestii porozmawiać z najbliższymi przyjaciółmi dopiero w roku szkolnym, nie teraz.
Jednakże plany można zmieniać. Nie potrafił zataić prawdy przed Hermioną ani ją okłamać, gdy była w takim stanie. Czuł podskórnie, że jej myśli wirują wokół czegoś bardzo ważnego.
- Krótko mówiąc, tylko ja mogę zabić Voldemorta. Tę wojnę przeżyję albo ja, albo on. Nie ma innej możliwości.
Zachód słońca stracił swój uspakajający wpływ. Harry poczuł przygnębienie, a potem trawiącą go od środka gorącą wściekłość. Jego wakacyjne plany w jednej chwili runęły jak domek z kart.
Nie dla niego szczęście i radość, póki Voldemort żyje. Przepowiednia będzie na nim ciążyć aż do momentu jej spełnienia. Znajdzie spokój albo po śmierci, albo po zwycięstwie nad Czarnym Panem.
- Rozumiem. - Cichy głos Hermiony oderwał Harry’ego od czarnych myśli. – Jesteś tego pewien?
- Tak. Dumbledore mi to powiedział.
Dziewczyna kiwnęła głową, w końcu przenosząc wzrok z malowniczego krajobrazu na przyjaciela. Oczy miała lekko załzawione.
Podeszła do Harry’ego i objęła go z całej siły. Jej uścisk został szybko odwzajemniony.
- Nie martw się – szepnęła Hermiona. – Pamiętaj, że nie jesteś sam. Nawet w najtrudniejszych chwilach.
Harry odetchnął powoli. Objęcia najlepszej przyjaciółki były niczym balsam dla duszy. Co tam zachodzące słońce i piękne widoki. Liczyła się druga osoba, rozumiejąca jego udrękę i chcąca ją złagodzić w jak największym stopniu.
- Pozwól, że cię pocieszę – ponownie szepnęła Hermiona, jednak zupełnie innym tonem niż poprzednio. Zanim Harry zdążył choćby mrugnąć, poczuł, że usta Hermiony całują jego, i to mocno.
Równie nagle uświadomił sobie, że piersi Hermiony nie skrywa już ciemnoniebieski kostium kąpielowy, a ona sama przylega do jego ciała coraz silniej.
Podobało mu się to. Jego małemu braciszkowi również.
Jeden moment później oboje leżeli na piasku całkiem nadzy. Gdzieś zniknęli wszyscy inni obserwatorzy szkarłatnego końca dnia. Ciepła woda pieszczotliwie obmywała parę kochanków.
Ręce Harry’ego błądziły we włosach Hermiony, głaszcząc jej głowę, gdy ta posuwała się coraz niżej. Każdy ruch języka dziewczyny oznaczał przejście na kolejny poziom przyjemności.
Schody do nieba.
Wszechświat Harry’ego skupił się na jednym obszarze pomiędzy wargami Hermiony. Doznania zmysłowej rozkoszy rosły tak szybko i tak intensywnie, że chłopak miał wrażenie, że zaraz eksploduje drugą Mleczną Drogą.
O, tak, kochana...

- Psia krew!
Stłumione przekleństwo rozległo się w pustym ambulatorium. Kilka rzeczy było dla Harry’ego pewnych: właśnie się obudził, był wieczór, a to wszystko tylko mu się śniło. Co miało swoje konsekwencje.
- Cholera!
No, ciekawe, jak to wytłumaczy pani Pomfrey.
Przed zaśnięciem musiał za dużo myśleć o pocałunku, którym z zaskoczenia obdarowała go Hermiona. Do momentu ich uścisku sen całkiem wiernie odzwierciedlał jego wspomnienia z wakacji. Ale – za co Harry dałby sobie głowę uciąć – gdy wtedy skończył się tulić z Hermioną, poszli razem do hotelu, rozważając kwestię, komu jeszcze wyjawić treść przepowiedni. Nie pamiętał, by naga Hermiona polepszyła mu humor.
Nigdy w życiu. To tylko wytwór jego zboczonego umysłu.
- Szlag!
Dobrze chociaż, że pani Pomfrey nie zadaje wielu pytań. Najlepiej, żeby w ogóle ich nie zadawała.
A może najlepiej będzie po prostu zwiać?


--------------------
Mój nowy fic

One in Fire Two in Blood
Three in Storm Four in Flood
Five in Anger Six in Hate
Seven Fear Evil Eight
Nine in Sorrow Ten in Pain
Eleven Death Twelve Life Again
Thirteen Steps to the Dark Man’s Door
Won’t be turning back no more
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Ailith
post 07.10.2006 22:46
Post #46 

Kandydat na Maga


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 77
Dołączył: 01.08.2006

Płeć: Kobieta



Niesamowite.
Najbradziej zaintrygował mnie mężczyzna siedzący na ławce.
Chociaż ciągle nieco brakuje mi tu sytuacji, w której Harry ponownie spotka się z Voldemortem. Cóż... cały ff ponownie mnie zaciekawił, choć szkoda, że praktycznie cały powyższy fragment był snem...
Pozdrawiam Autora.
Weny życzę i neta.
Ailith.


--------------------
"Experience is the name everyone gives to their mistakes."

"A friend is someone who will bail you out of jail, but your best friend is the one sitting next to you saying "that was f***ing awesome" (- J-Dub)

"Stand up for what you believe in, even if it means standing alone."
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Rosssa
post 09.10.2006 23:40
Post #47 

Uczeń Hogwartu


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 205
Dołączył: 25.09.2006
Skąd: City centre

Płeć: Kobieta



Cóż mogę napisać...Nie mam dziś zbyt weny twórczej do wszelakiego wysławiania się, więc powiem tylko, że podobało mi się. Błędów raczej nie było wink2.gif Mnie tak samo jak Ailith zaintrygował mężczyzna na ławce...
Życzę wenki do dalszego pisania ---> landrynki.gif dla Ciebie wink2.gif
Pozdrawiam.


--------------------
Love - devotion
Feeling - emotion

Don't be afraid to be weak
Don't be too proud to be strong
Just look into your heart my friend
That will be the return to yourself
The return to innocence.

If you want, then start to laugh
If you must, then start to cry
Be yourself don't hide
Just believe in destiny.

Don't care what people say
Just follow your own way
Don't give up and use the chance
To return to innocence.
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Hito
post 18.10.2006 20:17
Post #48 

Magik


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 751
Dołączył: 11.10.2005
Skąd: Częstochowa/Wrocław

Płeć: Mężczyzna



Ailith>>tak się zastanawiałem podczas pisania fica, czy przypadkiem fragmenty z Harrym i Voldemortem nie będą ocenione jako najciekawsze. Cóż, na pocieszenie (jako że dzisiajeszy fragment nie zawiera Voldiego) mogę dodać, że takie części jeszcze się pojawią. Jedna z nich - niedługo.
Tajemnica intrygującego mężczyzny na ławce zostaje od razu rozwiązana i wyjaśniona :]
No i... mam nadzieję, że akademik nie będzie mi już sprawiał problemów z netem. Inna rzecz, że studia atakują od samego początku roku akademickiego. Bywało lepiej.

========================================================================
Myślenie o przyszłości martwiło Harry’ego.
Ciekawe, jak będzie wyglądał kolejny trening quidditcha, zastanawiał się chłopak. Ron ani myślał słyszeć o kolejnym meczu z jego udziałem na boisku, kompletnie zatracony w swojej boskości Cormac coraz bardziej rozbijał drużynę od środka, a Ginny, która musiała jakimś cudem dowiedzieć się o pocałunku w ambulatorium, unikała Harry’ego jak ognia i chodziła po Hogwarcie z miną kogoś stąpającego po krawędzi.
Wspaniale. Nic dziwnego, że Katie miała ochotę wpaść w depresję. Potter już w najmniejszym stopniu nie zazdrościł jej pozycji kapitana. Musiała czuć się jak skazaniec z pętlą na szyi.
Puchar oddalał się od Gryffindoru coraz bardziej. Dobrze chociaż, że szansa na zdobycie Pucharu Domów jeszcze istniała.
Aczkolwiek – naturalnie – Snape ze wszystkich sił starał się Gryfonom to uniemożliwić. Atakował z każdej możliwej strony, zadręczał ich podchwytliwymi pytaniami, pracami domowymi i referatami. Mikstury na szóstym roku były wyjątkowo ciężkie do przyrządzenia. Harry, podejmując wysiłek pokazania się Hermionie z jak najlepszej strony, sam walczył z tym przedmiotem, ale na dobrą sprawę było to przedsięwzięcie z góry skazane na niepowodzenie. Chłopak często żałował, że nie ma czegoś, co mogłoby mu ułatwić życie. Gdyby lekcje prowadził inny nauczyciel albo gdyby istniał jakiś eliksir szczęścia...
Niestety, takie cuda zdarzają się tylko w książkach. Nie ma tak dobrze.
Dodatkowo drażnił go brak zainteresowania ze strony Dumbledore’a. Dyrektor znikał z zamku dość regularnie, nic mu o tym nie mówiąc. Harry przeczuwał, że wyprawy jego mentora mają jakiś związek z Voldemortem, co tylko zwiększało jego frustrację. Chciał działać, uderzyć w Czarnego Pana, zniszczyć śmierciożerców, a tymczasem został zupełnie pominięty przez Albusa i Zakon.
Wspaniale.
Gdyby nie obecność Hermiony u jego boku, szare niebo grudnia i na niego wpłynęłoby przygnębiająco. Mimo, że zbliżało się Boże Narodzenie.
Na kilka dni przed tym świętem już cały Hogwart pokryty był białym puchem. Na szczęście pogoda zdała się wysłuchać życzeń uczniów i poprawiła się. Bezchmurne, błękitne niebo przepuszczało promienie słońca, które choć troszkę zmniejszyły mróz ściskający mury zamku.
Pomimo takich warunków, lekcja transfiguracji nie zamierzała usunąć się w cień. Harry, wyglądając przez wysokie okno, starał się o niej zapomnieć. Umysł zajmował powtórnym odtwarzaniem wydarzeń, które miały miejsce od jego uścisku z Hermioną na plaży.
W każdym razie, to pocieszanie na pewno tylko mu się śniło.
Pamiętał, że w drodze do hotelu ustalili, iż Ron zdecydowanie powinien dowiedzieć się o przepowiedni pierwszy. Potem Luna, Neville i Ginny, czyli osoby towarzyszące mu w samobójczej misji dwa miesiące temu.
Aczkolwiek obecność Ginny na tej liście mogła być błędem. Przekazanie jej, że Harry Potter jest Wybrańcem, bez dwóch zdań nie pomogło jej przezwyciężyć swojego zadurzenia w nim.
Zadurzenia? Czy coś, co trwa prawie sześć lat, można tak nazwać? Harry’emu wydawało się to trochę niepokojące.
Gdy zjawili się w hotelu, już na progu przywitała ich uśmiechnięta od ucha do ucha twarz Rona. Wyniki SUMów. Hermiona na tę wiadomość zbladła i zaczęła się denerwować, mimo iż nikt przy zdrowych zmysłach nie podejrzewałby jej o kiepskie wyniki. Dziesięć najlepszych ocen i tylko jedno ,,powyżej oczekiwań’’ to marzenia każdego ucznia Hogwartu.
Harry był nieco zaskoczony swoją wybitną oceną z Obrony przed Czarną Magią. Cieszył się z niej ogromnie, choć wiedział, że zawdzięcza ją tylko i wyłącznie patronusowi. Co pociągało za sobą kolejny fakt, już mniej przyjemny – wszyscy z Armii Dumbledore’a potrafiliby wyczarować patronusa, ale nie mieli okazji, gdyż plotki dotyczyły tylko jego. Hermiona powinna dostać ,,W” również z tego przedmiotu.
O wiele bardziej jednak dziwiła go wybitna ocena z mikstur. Jak to możliwe? Harry szybko to sobie wyjaśnił. To wina Snape’a. To on specjalnie i złośliwie zaniża jego oceny, nie pozwala mu rozwinąć swojego potencjału z powodu incydentu sprzed wielu lat. Bez niego, na egzaminie, wyszło szydło z worka. Harry był dobry w miksturach. Bardzo.
Będzie mógł kontynuować ścieżkę kariery, którą wybrał. Zostanie aurorem. Cudownie.
- Proszę skupić się na tym zadaniu, gdyż nie jest ono proste – powtórzyła McGonagall. – Niewerbalna transfiguracja to niezwykle pomocna i ważna, ale trudna sztuka, która wymaga pilności i pełnej uwagi, by udało się w jej zakresie coś osiągnąć.
Harry poczuł na prawej nodze czułe kopnięcie pochodzące od Hermiony. Wrócił do rzeczywistości.
Fakt, zadanie miało całkiem wysoki poziom trudności. Gdyby zgromadzeni w sali uczniowie mogli używać słów... Ale tylko ruchy różdżką były dozwolone. W takim przypadku zamiana poduszki w świecznik wcale nie była prosta.
Po pierwszej próbie poduszka Harry’ego zamieniła się w świecę, w dodatku dziwnie puchatą. Po drugiej w coś zbliżonego do kolorowego świecznika wielkości paznokci.
Ron musiał nieźle się napocić, żeby efekt jego transfiguracji w ogóle przypominał przedmiot docelowy. Za którymś razem jego poduszka wyciągnęła cztery nóżki i uciekła.
Nikogo nie dziwiło, że świecznik Hermiony wyglądał bardziej jak kandelabr zajmujący cały stół, wykonany ze złota i srebra. Za każdym razem.
Jak ona to robiła? Harry nie miał czasu się nad tym zastanawiać; widział kątem oka, że McGonagall zbliża się do niego, zapewne by ujrzeć odpowiedni świecznik zamiast poduszki. To przepełniło czarę goryczy, napełnianą kolejnymi porażkami, które Hermionie musiały wydawać się co najwyżej śmieszne.
Czas sięgnąć do niezawodnego i najlepszego środka, jaki miał do dyspozycji.
Harry wzniósł różdżkę, gotowy do wykonania czaru. Przymknął na chwilę oczy, pogrążając się w wspomnieniach i sięgając do głębin umysłu.
Syriusz. Bellatrix. Śmierciożercy. Voldemort. Rodzice i ponownie Voldemort.
Gniew i nienawiść przyszły same, wypełniając go od środka, wzmacniając jego siłę, dając do ręki klucz mocy.
Harry machnął różdżką.
- No, no, brawo, panie Potter – pochwaliła go McGonagall. Rzadko to czyniła, zatem musiała być pod wrażeniem. – O wiele lepiej niż poprzednio. Widać dzielenie stolika z panną Granger ci służy.
Pani profesor poszła dalej, oglądać starania innych uczniów. Zadowolony z siebie i swojego genialnego sposobu uśmiechnął się do Hermiony, która zrewanżowała mu się tym samym, dodatkowo ściskając z uczuciem jego dłoń.
Ron, siedzący przy stoliku obok, nie spojrzał na szmaragdowo-srebrny świecznik przyjaciela z zazdrością. Takie spojrzenia już mu się znudziły. Spowszedniały.
Bardziej chyba dobiło go to, że siedząca z nim Lavender radzi sobie lepiej od niego.
Co za życie.
Harry za to był ze swojego w tym momencie bardzo zadowolony. Dzięki tej metodzie jeszcze pokaże Wanderowi, na co go stać. Będzie najlepszy w Obronie przed Czarną Magią, już niedługo.
Powinien też podziękować Thomasowi. Należało mu się.

Padał śnieg, gdy trójka przyjaciół wyszła na dziedziniec.
Hermiona zadarła głowę do góry, by móc lepiej obserwować białe płatki wirujące w skomplikowanym i tylko im znanym tańcu. Bardzo lubiła śnieg. Jak wyjawiła Harry’emu i Ronowi, duże znaczenie miało jej wspomnienie pierwszego, niekontrolowanego użycia magii.
- Stałam wtedy na tyłach naszego domu i patrzyłam na padający śnieg – wyjaśniła im kiedyś. - Byłam cała w skowronkach, właśnie dostałam pochwałę od rodziców. – Lekki uśmiech. – Pewnie ta radość wpłynęła na aktywację moich zdolności.
- No, ale co zrobiłaś?
- Nagle płatki, te blisko mojej twarzy, zaczęły zamieniać się w motyle. Pamiętam jeszcze miny swoich rodziców, gdy zobaczyli mnie wśród nich.
Masowa transfiguracja w wieku dziecięcym. Zdumiewające osiągnięcie, akurat pasujące do Hermiony.
Tym razem jednak dziewczyna nie napatrzyła się na śnieg zbyt długo.
- Co on trzyma w ustach? – rozległ się zdumiony głos Rona.
Harry i Hermiona jednocześnie spojrzeli przed siebie. Chłopakowi opadła szczęka.
Na zamarzniętej fontannie, opatulony w ciepły, czarny płaszcz, patrzący, jak przed chwilą Hermiona, w niebo, siedział profesor Wander.
Palił papierosa.
Harry nie zdążył przetrawić tego widoku, kiedy w czoło uderzyła go pewna myśl.
Nie mógł się mylić. Okoliczności, pogoda i stroje były inne, ale sam Wander i zbite w gromadkę u jego stóp ptaki – te same.
Mężczyzną siedzącym na ławce był Wander.
- On pali papierosy.
- Papierosy...? Hej, zaczekaj!
Ron zamrugał, jednak to nie pomogło; burza brązowych włosów dalej oddalała się od niego.
- Ona chce upomnieć nauczyciela! Muszę to zobaczyć... Harry, rusz się!
Potter podążył za przyjaciółmi, choć myślami chwilowo był gdzie indziej.
Co, na Merlina, robił Wander na Lazurowym Wybrzeżu? Pewnie, mógł mieć wakacje, ale dokładnie wtedy, co Zakon? Akurat tam? Dziwne.
Profesor zarejestrował obecność lekko wzburzonej Hermiony, zanim się odezwała. Spojrzał na nią uprzejmie.
- Tak, panno Granger?
- Z całym szacunkiem, panie profesorze, ale, wydaje mi się, nie powinien pan palić na terenie Hogwartu. Daje pan uczniom negatywny przykład.
- Sądząc po minie twojego przyjaciela – Wander wskazał głową Rona – niewiedza to błogosławieństwo.
- Tak, czystej krwi czarodzieje... Jednakże, jak pan zapewne doskonale wie, w Hogwarcie uczy się także młodzież mugolskiego pochodzenia. – Hermiona starannie dobierała słowa, i równie starannie gestykulowała okrytymi rękawiczkami dłońmi. – Nie zauważyłam, żeby ktokolwiek z uczniów palił. To szkodliwe dla zdrowia, chyba się pan profesor ze mną zgodzi. Poza tym, ciekawość może popchnąć niektórych do eksperymentów i...
Hermiona urwała, jakby speszona intensywnym spojrzeniem niebieskich oczu Wandera. Ron, trzymający się o krok za nią, nie miał zielonego pojęcia, co jest przedmiotem rozmowy, toteż przenosił tylko wzrok z przyjaciółki na profesora.
Wander uśmiechnął się. Jak zwykle, odrobinę kpiąco. Po czym zaciągnął się i dmuchnął papierosowym dymem Hermionie prosto w twarz.
Dziewczyna odruchowo zakaszlała i cofnęła się, kompletnie nieprzygotowana na atak ze strony członka ciała pedagogicznego Hogwartu.
- Co pan wyprawia?!? – krzyknął Harry, wyrwany z rozmyślań.
Wander nie odpowiedział. Wpatrywał się wyczekująco w ofiarę dmuchnięcia.
Hermiona dopiero po chwili zrozumiała. Ukradkiem pociągnęła nosem. Róże?
- Mogę? – spytała, wyciągając rękę w kierunku profesora.
- Ależ proszę.
Hermiona wzięła do ręki papierosa. Obejrzała go podejrzliwie z każdej strony. Przygryzła dolną wargę i wyciągnęła różdżkę.
- Co ty robisz?
Nie odpowiedziała Harry’emu; poruszyła bezgłośnie ustami i rzuciła zaklęcie na papierosa, który pod jego wpływem na mgnienie oka zaświecił się na bladoniebiesko.
- No tak. Przepraszam, panie profesorze. Mogłam się domyślić.
- Nic nie szkodzi. Mogę?
- Proszę.
Wander wsadził z powrotem papierosa do ust. Wzniósł głowę w kierunku nieba, najwyraźniej uważając problem za niebyły.
- Panie profesorze, mimo wszystko...
- Panno Granger – uciął jej natychmiast Wander. Głos miał spokojny. – Rozumiem twoje obawy, są one jak najbardziej logiczne i uzasadnione. Obawiam się jednak, iż palenie sprawia mi zbyt dużo przyjemności, bym miał z niego rezygnować na twoją prośbę, panno Granger. Lepiej mi się dzięki nim myśli. – Profesor wyprostował w poziomie lewą rękę przed twarzą Hermiony, jak gdyby chciał jej dotknąć. Z tego faktu skorzystał czarny ptak, który usadowił się blisko łokcia mężczyzny. Jego błyszczące oczka momentalnie spoczęły na Harrym. – Mogę jednak całą waszą trójkę zapewnić, że żaden uczeń nie wpadnie przeze mnie w nałóg ani nie zacznie eksperymentować. Czy to ci wystarcza, panno Granger?
- Całkowicie – odparła Hermiona bez śladu wahania.
- Cieszy mnie to. Jeśli się nie mylę, za dwie godziny mamy ze sobą lekcję, prawda?
- Zgadza się – rzucił Ron, postanawiając choć na chwilę włączyć się do konwersacji.
- To dobrze – zakończył Wander.

Harry postanowił podzielić się z przyjaciółmi swoim spostrzeżeniem i jego konsekwencjami zaraz przed lekcją Obrony przed Czarną Magią.
- Wiecie co?
- Co?
- Powinniśmy mieć oko na Wandera.
- Co przez to rozumiesz, Harry?
- On może być... – Chłopak zawiesił głos, rozejrzał się wokół siebie, by sprawdzić, czy ktoś w pokoju wspólnym może ich usłyszeć. – Kolejnym szpiegiem Voldemorta.
Ron wytrzeszczył oczy.
- Żartujesz sobie?
- Harry – zaczęła Hermiona matczynym tonem. – Nie powinieneś wyciągać pochopnych wniosków, skoro...
- Pamiętasz ten okrągły plac na promenadzie?
- Słucham?
- W czasie wakacji. Pamiętasz, kto siedział na jednej z ławek?
Hermiona zamrugała kilka razy. Nie podobała się jej ta sugestia.
- Wander?
- Dokładnie! – Harry uderzył pięścią w otwartą dłoń. – Voldemort pewnie dowiedział się jakoś o naszym wyjeździe i wysłał tam swojego agenta!
- No nie wiem – zawahał się Ron. – Myślisz, że Dumbledore dałby się ponownie oszukać i zatrudniłby śmierciożercę?
- Poza tym, dlaczego Wander miałby tylko nas obserwować? Gdyby był szpiegiem Voldemorta, z pewnością nastawałby na twoje życie.
- Nie wiem, co wymyślił sobie ten cholerny drań – zapalił się Harry. – Ale czuję, że to on wysłał...
- Harry, uspokój się! – Hermiona prędko ucięła jego wypowiedź. Jednocześnie ścisnęła mu dłoń. Jej, mała i ciepła, kojąco działała na Harry’ego. Gniew odszedł równie szybko, jak się pojawił.
Ron spojrzał na złączone dłonie przyjaciół jakby przez mgłę. Potrząsnął głową.
- Chodźmy, bo się spóźnimy. – Sięgnął po torbę. – Pomyślimy jeszcze o tym, ale wiesz, Harry, jakoś nie wydaje mi się, żeby Wander był śmierciożercą.
- Twierdzisz tak z powodu swojej taryfy ulgowej? – Hermiona uniosła brwi, idąc w kierunku portretu.
- Jakiej znowu taryfy? Kobieto, chyba wiesz, jakie zdanie ma... Voldemort i jego przydupasy o mojej rodzinie. Zdrajcy czystej krwi. – Ron aż się skrzywił. W takich chwilach nienawidził Malfoya jeszcze bardziej. – Wątpię, by śmierciożerca nie wykorzystałby okazji i nie uprzykrzył mi życia gorzej niż Snape.
- Wander pewnie się maskuje – zaoponował Harry. Był przekonany, że z Wanderem jest coś nie tak.
- Daj spokój. Wpadasz w paranoję.


--------------------
Mój nowy fic

One in Fire Two in Blood
Three in Storm Four in Flood
Five in Anger Six in Hate
Seven Fear Evil Eight
Nine in Sorrow Ten in Pain
Eleven Death Twelve Life Again
Thirteen Steps to the Dark Man’s Door
Won’t be turning back no more
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
Rosssa
post 18.10.2006 22:23
Post #49 

Uczeń Hogwartu


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 205
Dołączył: 25.09.2006
Skąd: City centre

Płeć: Kobieta



Hehe czyli nieznajomy pan to Wander blush.gif Parcik krótki i mało się w nim dzieje, ale rozumiem Cię i nie popędzam wink2.gif Może następnym razem pojawi się dłuższa część i więcej akcji będzie biggrin.gif Przynajmniej mam taką nadzieję biggrin.gif Ale jest jedno zdanie, w którym jedno słowo jakoś mi tak nie pasuje tongue.gif
QUOTE(Hito @ 18.10.2006 20:17)
Voldemort pewnie dowiedział się jakoś o naszym wyjeździe i wysłał tam swojego agenta!
*

Chodzi mi o "agenta". Jak czytałam to zdanie to miałam wrażenie, że czytam jakiś kryminał czy coś w tym stylu tongue.gif To tylko taka mała sugestia wink2.gif Pozdrawiam serdecznie smile.gif

Ten post był edytowany przez Rosssa: 18.10.2006 22:27


--------------------
Love - devotion
Feeling - emotion

Don't be afraid to be weak
Don't be too proud to be strong
Just look into your heart my friend
That will be the return to yourself
The return to innocence.

If you want, then start to laugh
If you must, then start to cry
Be yourself don't hide
Just believe in destiny.

Don't care what people say
Just follow your own way
Don't give up and use the chance
To return to innocence.
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
EnIgMa
post 19.10.2006 10:54
Post #50 

Tłuczek


Grupa: Magiczni Forumowicze
Postów: 43
Dołączył: 30.01.2006

Płeć: Kobieta



QUOTE
Syriusz. Bellatrix. Śmierciożercy. Voldemort. Rodzice i ponownie Voldemort.
Gniew i nienawiść przyszły same, wypełniając go od środka, wzmacniając jego siłę, dając do ręki klucz mocy.
No no no... powoli robi się ciekawie. Tylko czemu Harry na co dzień nie korzysta z tego "klucza mocy"? Czyżby był... zbyt szlachetny?!

QUOTE
Ron, siedzący przy stoliku obok, nie spojrzał na szmaragdowo-srebrny świecznik przyjaciela z zazdrością.
Szmaragdowo-srebrny?! Czy te barwy mają jakieś znaczenie?! (właściwie można to pytanie potraktować jako retoryczne, ale gdybyś zechciał na nie odpowiedzieć, nie ma sprawy wink2.gif). Mam tendencję do dosuzkiwania się wszędzie i we wszystkim różnych symboli, znaków i powiązań (takie moje małe zboczenie), więc możliwe, że jestem skłonna do zbytnich nadinterpretacji, ale kolor tego świecznika jakoś wybitnie mi się wyostrzył na tle całego zdarzenia.

A co do scen z Harrym i Voldemortem - tak, na te sceny właśnie wszyscy czekamy - chcemy akcji, intryg, walk, krwi i przemocy (eee... chyba się zapędziłam). Poprzestańmy na tym, że czekamy na sceny z Voldemortem. Ale pisz dalej po swojemu, przecież to autor wie najlepiej co, gdzie i kiedy, więc co ja tutaj motam tongue.gif.

Pozdrawiam serdecznie i weny życzę.


--------------------
"Love isn't brains, children, it's blood. Blood screaming inside you to work its will."

Nakarm mnie...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post

9 Strony < 1 2 3 4 > » 
Reply to this topicTopic OptionsStart new topic
 


Kontakt · Lekka wersja
Time is now: 20.11.2018 17:52